Przejdź do głównej zawartości

Wojna o ACTA, wojna domowa

W sporze o ACTA dwie rzeczy zwracają moją uwagę. Po pierwsze, że udział zainteresowanych środowisk, opinii publicznej i mediów jest w Polsce niewspółmiernie większy niż w jakimkolwiek innym kraju. Owszem, na przykład w Stanach Zjednoczonych kwestie będące w centrum tej debaty też są żywo dyskutowane.  Te kwestie to dopuszczalny zakres kontroli życia obywateli w jego internetowym wymiarze przez instytucję (przez państwo, przez operatora z nakazu państwa, przez jakąkolwiek administrację), kwestia rynkowej wartości i ceny własności intelektualnej w ogóle i na poszczególnych etapach dystrybucji, oraz ochrony własności intelektualnej jako takiej przed podróbkami. Tyle, że tam spór i bunt wybuchły w reakcji na dwie amerykańskie ustawy: Stop Online Piracy Act (SOPA) i Protect IP Act (PIPA), a nie o ACTA.  W Polsce, o ile mi wiadomo takiej ustawy nie ma. Przynajmniej na razie.

Warszawska manifestacja przeciw ACTA, 27.01.2012
Dlaczego więc akurat w Polsce, a nie gdzie indziej, spór jest tak zażarty? Może nie ma innego tematu, który byłby w stanie wszystkich zelektryzować. Może rzeczywiście, mimo, że Polska pozostaje w ogonie państw rozwiniętych, jeśli chodzi o dostęp do internetu, wszyscy czują, że internet ich dotyczy. Może obrońcy "otwartego internetu" w Polsce mają silniejsze niż gdziekolwiek indziej struktury (do niedawna pozostające w ukryciu). Może wreszcie głód kultury (kina, muzyki, literatury) jest w Polsce silniejszy niż w innych częściach świata a możliwość zapłacenia za dostęp do niej - mniejsza.  Może Polacy bardziej niż inni świadomi są cywilizacyjnej przemiany, której dokonuje internet? Jeśli tak, to brawo.  Przyznam, że nie mam odpowiedzi na pytanie dlaczego wojna o ACTA pozostaje w Polsce wojną domową. Rodzinną wręcz kłótnią, w której kwestia międzynarodowego znaczenia obecności polskiego podpisu pod tą międzynarodową umową wydaje się kwestią drugorzędną. Tak jakby brak podpisu załatwiał sprawę.

Druga interesująca kwestia, to etap debaty na temat internetu. Etap wstępny, jak się okazuje. Bo z jednej strony można mieć wrażenie, że spór toczy się między generacją sprzed ery internetu (to inicjatorzy i obrońcy ACTA) a generacją dzieci internetu, obrońców powszechnej internetowej wolności.  Przy czym wiek uczestników batalii nie ma tu oczywiście zasadniczego znaczenia. Podstawą rozróżnienia jest poziom świadomości zmiany cywilizacyjnej, która się dzięki internetowi i przez internet dokonuje.  Z drugiej jednak widać, że obie strony odwołują się do tych samych zasad i wartości, używają tych samych słów i terminów. A jeżeli rzeczywiście dokonuje się na naszych oczach cywilizacyjna przemiana, to "dzieci internetu" powinny na nowo zdefiniować zarówno wielkie pryncypia i podstawowe prawa, takie jak wolność, otwartość, kultura i mniej górnolotne, ale naturalnie pojawiające nieustannie się w tym sporze terminy takie jak wartość rynkowa, sprzedaż, użytkownik, zysk, dostęp do dóbr kultury, obrót. 

Nie wygra się z anachronicznym światem, posługując się językiem tego świata. Wszystkie rewolucje dokonywały się w dużej mierze poprzez język i internetowa rewolucja też się tak będzie musiała dokonać. Na razie, to nie ten etap. Spór toczy się w obrębie tej samej cywilizacji sprzed ery internetu, tej samej anachronicznej rzeczywistości, której zwolennicy i przeciwnicy ACTA są częścią. Pierwsi nie wiedzą lub wiedzieć nie chcą, że bronią anachronizmu. Drudzy wzywają do walki z anachronizmem, ale nie są w stanie wyjść ideologicznie, intelektualnie i mentalnie poza jego obręb.  W jednym stali domu... 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…

Polaczek, żydek i murzynek

Przedstawiciele Bielmaru, producenta margaryny „Palma” z Bielska-Białej, twierdzą, że nie rozumieją czemu grafikę opakowania ich produktu uznano za rasistowską. Jak zareagować na takie wyznanie bezrozumności? Nie idźmy na łatwiznę. Odrzućmy nęcącą grę słów (Bielsko-Biala, ha ha ha, białe Bielsko, wiadomo; i jeszcze Biel-mar!). Nie czepiajmy się branży tłuszczów utwardzonych: producenci asfaltu albo bambusowych tyczek też mogliby ozdobić takim logotypem swoje produkty. I też mogliby się tłumaczyć, że nie rozumieją. Bo to nie sprawa branży, ani geografii. Nierozumność, jako ułomność umysłu, to kwestia indywidualna. Ale co począć, gdy nierozumność jest zbiorowa? Zbiorowa jak system wyobrażeń społecznych.

Po pierwsze, nie odnosić się do nierozumności ze zrozumieniem. Nie akceptować. Nie traktować jak usprawiedliwienia. Miał racje nieodżałowany Andrzej Szczypiorski: głupota jest kategorią moralną. Po drugie, edukować. Nie na pamięć. Nie z przymusu. Niech czytają i mówią ze zrozumieniem. A…