Przejdź do głównej zawartości

Brytyjski pop-patriotyzm olimpijski


Darowałem sobie wczoraj transmisję ceremonii zamknięcia olimpiady w Londynie. Trudno, już się raczej nie dowiem, czy królowa wleciała na odrzutowych wrotkach do balonu Phileasa Fogga. Po obejrzeniu ceremonii otwarcia tego się na zakończenie spodziewałem. Ale w gazetach sprawdzał nie będę. Lektura prasy krajowej (innej nie czytałem, to nie wiem) nazajutrz po inauguracji igrzysk przekonała mnie bowiem, że ani idei ani estetyki olimpijskiej nie rozumiem i nie chciałem tego bolesnego uświadomienia przeżywać ponownie.
Z dużym niesmakiem oglądałem pierwszą część ceremonii otwarcia i zupełnie nie mogłem zrozumieć zachwytów, jakie wywołała. Wioskowa sielanka na początku skojarzyła mi się z przejęciem Cepelii przez IPN. Odwieczna jedność brytyjskiego imperium wyrażana każdym gestem wydała mi się niedorzecznością, bo właśnie wróciłem ze Szkocji. Nie, w tym olimpijskim image d'Epinal nie było Szkocji, Walii, Północnej Irlandii, sam tylko jukej stuprocentowo angielski. Polityka historyczna w Made in UK niesie przede wszystkim przekaz imperialnej jedności. Jedności nie tyko narodowej, ale wszelkiej jedności. Ze szeroko otwartymi oczami patrzyłem, z jaką radością czarnoskóry przemysłowiec modernizuje wchodzącą w erę industrialną Anglię. Wespół z Hindusem we fraku. W Glasgow przed Pałacem Ludu stoi fontanna Doultona. Jedyna taka na świecie, zrobiona z terakoty, w prezencie dla królowej. Tam też twarze poddanych imperium z różnych kolonii. I ona też, jak olimpijska ceremonia, świadczy o potędze największego cesarstwa. Powstała ledwie parę lat przed publikacją Jądra Ciemności Conrada, też poniekąd opowiadającego o kolonializmie, ale jakże innym od brytyjskiego, jakże mniej cywilizowanym. Jedność narodów, ras i klas, a nawet płci. Tak, po obejrzeniu ceremonii otwarcia można by nawet pomyśleć, że sufrażystki też z jukeju się wywodzą.
England's Glory", Derek Boshier
W muzeum Sztuki Nowoczesnej w Łodzi wisi na ścianie obraz "England's Glory". Namalował go Derek Boshier, a jego dominującym elementem jest Union Jack, na którym angielski krzyż św. Jerzego przykrywa krzyże szkockie i irlandzkie świętych Andrzeja i Patryka. Walii brak. Popartowy "England's Glory" bardzo kojarzy mi się z inauguracją igrzysk. Nie dziwię się, że ludziom popart się podoba, w końcu bardzo jest w modzie od lat, mnie też się zresztą podoba, a brytyjska flaga stała się jednym z atrybutów popartu. Natomiast pamięć historyczna w popartowskim wydaniu podoba mi się mniej. Mam widać uczulenie na IPN. Imperialny patriotyzm wyspiarzy umazany polityczną poprawnością jak, nie przymierzając, tenisówki pastą do zębów Nivea, żeby na PRL-owskim capstrzyku było schludnie, jakoś nie przypadł mi do gustu.
W paru radosnych recenzjach porównywano inaugurację w Londynie do topornej pochwały imperialnych Chin na otwarciu olimpiady w Pekinie w 2008 roku. Mam z tamtych czasów t-shirt z olimpijskimi kołami w kształcie kajdanów. To jest jasny symbol, a nie jakiś tam "England's Glory", którego przecież na koszulkę go sobie nie przylepię. Porównanie Pekinu i Londynu jest oczywiście jakąś niedorzecznością, bo w końcu UK, jaki by nie był, to nowoczesne, demokratyczne państwo. Ale jak na państwo nowoczesne i demokratyczne dość bezmyślnie UK wyraził to, co od początku nowożytnych olimpiad wyrażać ma inauguracja igrzysk: dumę państwa organizatora. Jest 2012 rok, a brytyjska koncepcja powodów do dumy i przekazu, jaki można wysłać w świat (w świat, to nie znaczy do Commonwealthu) specjalnie się nie zmieniła w ostatnim półwieczu. Poza efektami technicznymi, ma się rozumieć.
Imperialno-popartowski patriotyzm chwycił też za serce w drugiej części spektaklu. Któż nie lubi złotych przebojów? Fajnie grali i tańczyli, nie ma co.
Może ja za wiele wymagam, ale po londyńskim show utwierdziłem się w przekonaniu, że kicz formy i siermiężność treści, kojarzone zwykle z estetyką totalitaryzmu, nie muszą być obce estetyce demokracji.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…