Przejdź do głównej zawartości

Viktor Orbán na falach radia Erewan


V. Orban i J.M. Barroso          © EU2012
Węgierski premier bardzo nie lubi, gdy się o nim nie mówi. Rumuńskie kłopoty z demokracja przysłoniły jego wcześniejsze dokonania, europejska prasa (poza Igorem Janke w Rzepie) przestała się nim interesować, postanowił wiec o sobie przypomnieć. I zrobił to w sposób sobie właściwy: ogłosił, że nie zgadza się na dyktat zagranicy i międzynarodowej finansjery. Jego zwolennikom na Węgrzech i pewnie polskim wyznawcom z PiS-u, taka twarda postawa na pewno się spodoba.  Problem w tym, że lista "nieakceptowalnych" warunków postawionych Węgrom przez MFW została wymyślona przez samego… Orbána. I ogłoszona na Facebooku. Facebook, tak jak Radio Erewan, wszystko zniesie.

Gdy pod koniec lipca, po wielu perturbacjach, wznowiono wreszcie przerwane w grudniu 2011 negocjacje w sprawie pomocy finansowej dla Węgier wiadomo było, że łatwo nie będzie. Prawdę mówiąc, pomijając nawet węgierską specyfikę, łatwo nie jest nigdy, bo MFW i Komisja Europejska zawsze stawiają warunki krajowi, któremu mają udzielić wsparcia finansowego. Chodzi w końcu o zabezpieczenie kredytu. Właśnie tego dotyczą negocjacje: ustalenia warunków, których spełnienie da w miarę wiarygodną gwarancję, że linia kredytowa rzeczywiście pomoże państwu potrzebującemu pomocy w wyjściu z sytuacji kryzysowej. W przypadku Węgier wsparcie z UE i z MFW pozwoliłoby powstrzymać ucieczkę inwestorów przerażonych polityką gospodarczą Orbána a nawet przyciągnąć nowych. Wzrosłaby wiarygodność węgierskiej gospodarki i borykającego się z wysokim deficytem państwa. Gdyby pożyczkę można było wykorzystać na choćby częściową spłatę długu publicznego, węgierski budżet mógłby zostać odciążony wydatkami rzędu 500 miliardów forintów w ciągu dwóch lat. Jeszcze kilka dni temu Antal Rogán, szef klubu parlamentarnego FIDESZ-u, partii Orbána, deklarował, że oczywiście Węgrom łatwiej będzie poradzić sobie z kryzysem dzięki finansowemu wsparciu z UE i z MFW.

Kolejna runda negocjacji była zapowiadana na wrzesień przez Mihály'ego Varge, szefa węgierskiej delegacji, jednak bez dokładnej daty. Zakładano, że rozmowy zakończą się szczęśliwie na jesieni tego roku. Jeszcze w środę te przewidywania potwierdzał Viktor Orbán. Ale już następnego dnia prorządowy dziennik Magyar Nemzet poinformował, że rządząca koalicja nie zgadza się na warunki stawiane Węgrom przez MFW. A premier Orbán oświadczył na Facebooku, że "takiej ceny" za bezpieczeństwo i finansowe gwarancje Węgry płacić nie będą. Owszem, jest gotów zgodzić się na pomoc, ale na swoich warunkach.

Negocjacje finansowe są tajne i nie przypominam sobie przypadku rokowań z MFW, w którym któraś ze stron ogłaszałaby listę negocjowanych warunków na Facebooku. I to jeszcze przed zakończeniem rozmów. Przynajmniej równie zaskakujące w całej sprawie jest to, że warunki, na które Orbán nie chce się zgodzić, nie zostały mu przedstawione przez MFW. Oficjalnie ani MFW ani Komisja Europejska nie komentują słów węgierskiego premiera. Na dzisiejszej konferencji prasowej Komisja Europejska przyznała, że istnieje non-paper z warunkami. Nic w tym dziwnego, bo jeżeli trwają negocjacje, to istnieją też tego rodzaju robocze noty, które strony przekazują sobie podczas negocjacji. Jednak co do zawartości dokumentu, to Komisja określiła ją dyplomatycznie jako "nieprecyzyjną". To znaczy coś tam jest, ale akurat nie to, co mówi Orbán. Jednak ponieważ negocjacje są tajne, to MFW i Komisja mają związane ręce: nie mogą przecież roboczego dokumentu opublikować. Nawet na Facebooku. Bardziej wprost o dokumencie napisał opozycyjny węgierski dziennik Népszabadság (tak, wbrew temu, co się w Europie słyszy, na Węgrzech działają opozycyjne media): Orbán odrzuca "nieistniejące warunki MFW" (Nem létező IMF-pontok).

Z dala od kamer przedstawiciele MFW i Komisji pukają się w głowę: dlaczego Orbán chce utrudnić negocjacje wymyślając przeszkody, skoro pozytywne ich zakończenie naprawdę leży w interesie Węgier? Powiedzieć, że chciał o sobie przypomnieć, nie wystarczy. Jak zwykle deklaracje Orbána skierowane są przede wszystkim do lokalnego, węgierskiego odbiorcy. Po raz kolejny stara się ukazać, jako nie zginający karku przed zagranicą (czyli przed wrogiem) polityk, ojciec Narodu. Jego elektorat to lubi i każda okazja jest – jego zdaniem –dobra, by swój wizerunek dumnego i nieugiętego Węgra wzmocnić. Dobrze też odwrócić choćby przez chwile uwagę węgierskiej opinii publicznej od wstydliwego konfliktu z Armenią. A w pogarszającej się sytuacji gospodarczej nie zaszkodzi przypomnieć Węgrom, że wszystkiemu winny jest zły Zachód: UE, USA, MFW. Orbán pewnie wierzy, że pożyczkę i tak się da wynegocjować, bo cierpliwość Komisji Europejskiej i MFW – którą nie raz już poddał testom – jest niewyczerpana. Być może jednak uznał, że z pożyczką czy bez, sytuacja gospodarcza Węgier jest na tyle kiepska, że od walki z deficytem ważniejsze jest połechtanie swojego elektoratu nacjonalistyczną retoryką?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…

Polaczek, żydek i murzynek

Przedstawiciele Bielmaru, producenta margaryny „Palma” z Bielska-Białej, twierdzą, że nie rozumieją czemu grafikę opakowania ich produktu uznano za rasistowską. Jak zareagować na takie wyznanie bezrozumności? Nie idźmy na łatwiznę. Odrzućmy nęcącą grę słów (Bielsko-Biala, ha ha ha, białe Bielsko, wiadomo; i jeszcze Biel-mar!). Nie czepiajmy się branży tłuszczów utwardzonych: producenci asfaltu albo bambusowych tyczek też mogliby ozdobić takim logotypem swoje produkty. I też mogliby się tłumaczyć, że nie rozumieją. Bo to nie sprawa branży, ani geografii. Nierozumność, jako ułomność umysłu, to kwestia indywidualna. Ale co począć, gdy nierozumność jest zbiorowa? Zbiorowa jak system wyobrażeń społecznych.

Po pierwsze, nie odnosić się do nierozumności ze zrozumieniem. Nie akceptować. Nie traktować jak usprawiedliwienia. Miał racje nieodżałowany Andrzej Szczypiorski: głupota jest kategorią moralną. Po drugie, edukować. Nie na pamięć. Nie z przymusu. Niech czytają i mówią ze zrozumieniem. A…