Przejdź do głównej zawartości

Erasmus bankrutuje, czyli pochwała wiadomo czego


Hans Holbein Młodszy: Desiderius Erasmus
Czy najbardziej znany unijny program, który doczekał się nawet poświęconego sobie filmu (Smak życia Cédrica Klapischa) zbankrutuje?  We wspólnej kasie zabrakło pieniędzy na program Erasmus. W ciągu 25 lat ponad 2 miliony studentów dostało stypendia na studia w 33 państwach Europy (do programu przystąpiły też państwa spoza UE). Funkcjonujący bez zarzutu program kosztuje. Zobowiązania finansowe trzeba płacić. Okazało się, że już nie ma z czego. Jak do tego doszło?
"Budżet UE jest haraczem płaconym Brukseli przez państwa członkowskie" - to teza, którą z upodobaniem promują eurosceptyczni publicyści i politycy. Jest ona jednak na rękę również tym politykom, którzy chcą pokazać  wyborcom jak bardzo troszczą się o ich pieniądze: nie oddamy Unii waszej krwawicy. Absurdalność tej populistycznej postawy dość łatwo uświadamiają dane liczbowe: 80% gotówki wpłacanej do wspólnej kasy wraca do państw członkowskich, ich regionów i gmin. Wraca do rolników, studentów, naukowców. Wraca z nawiązką w postaci trudnych do wyrażenia prostą liczbą korzyści dla gospodarki i ludzi.
Politycy znają zalety ekonomii skali i wartości dodanej, chętnie więc zbierają się w Brukseli i tworzą listy zobowiązań, które mają być realizowane w ich krajach poprzez wspólne unijne programy i za wspólne pieniądze.  Pamiętają o tej liście, gdy obiecują swoim krajowym wyborcom inwestycje w infrastrukturę, pomoc upadającym na skutek globalizacji fabrykom, finansowanie badań naukowych , rozwój terenów wiejskich i ochronę środowiska (tak, w niektórych krajach wyborcy chcą czystego środowiska). Zapominają o niej, gdy trzeba na wspólne działania i inwestycje znaleźć wspólne pieniądze. Na obradach w Brukseli tną unijny budżet by po powrocie do kraju pochwalić się ile zaoszczędzili. Nie wspominają na kim: na beneficjentach unijnych programów w swoich krajach.  
W listopadzie 2011 roku rządy państw członkowskich wynegocjowały z Parlamentem Europejskim zmniejszenie zaproponowanego przez Komisję Europejską projektu budżetu UE o 4 miliardy euro. Projektu krytykowanego wcześniej przez Parlament za krótkowzroczność: propozycje Komisji już zakładały, że kołdra będzie za krótka. Unijny budżet rośnie co prawda arytmetycznie, ale w odniesieniu do inflacji maleje. Maleje, można powiedzieć, jego siła nabywcza. Mimo wzrastających zobowiązań zaciąganych przez państwa członkowskie. Zaciąganych słusznie, bo to właśnie w dużej mierze z unijnego budżetu finansowane maja być działania zapewniające w dłuższej perspektywie wzrost gospodarczy: badania i nauka, innowacje, infrastruktura transportowa, energetyczna, cyfryzacja. 
Erasmus stał się ofiarą za krótkiej kołdry. Tak jak Europejski Fundusz Społeczny, niezdolny do wypłat od początku tego miesiąca, i program Badania i Innowacje, który traci zdolność płatniczą z końcem października. Kiedyś, tnąc projekt budżetu, państwa członkowskie uważały, że potem gdzieś się pieniądze znajdą. I faktycznie częściowo się znajdowały. Poprawki budżetowe pozawalały uzupełnić braki. Ale budżet skurczył się tak bardzo, że tego, co nie wydano, jest za mało. A poprawka budżetowa oznacza, ze trzeba się będzie zrzucić i dziurę zalatać. Jak co roku. Tylko, ze tym razem dziura jest olbrzymia. 
Zdaniem szefa komisji budżetowej w PE, Alaina Lammassoura, jeżeli nie będzie porozumienia w sprawie poprawki budżetowej, może zabraknąć nawet 10 miliardów euro. Oznacza to brak 400 milionów dla Francji, 600 dla Grecji, 900 dla Hiszpanii,  150 do 200 dla Wielkiej Brytanii. 
W przyszłorocznym, obecnie negocjowanym budżecie, kłopoty mogą być jeszcze większe, bo to ostatni rok budżetowy siedmiolatki 2007-2013. Zobowiązań do spłacenia będzie więc więcej. Siedem państw: Austria, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja i Wielka Brytania, a więc tych, które do budżetu znacznie więcej wpłacają niż z niego dostają, nie zgadza się na propozycję Komisji. Jej projekt przewiduje 138 miliardów euro na 2013 rok, o 9 więcej, niż w ubiegłym roku. Ten projekt ponownie zakłada budżet „krótkiej kołdry”. Jego obcięcie nie pozwoli na realizację zobowiązań, które wszystkie 27 państw, wliczając więc feralną siódemkę, na siebie przyjęło.  Może się to okazać bolesne dla wszystkich, nie tylko dla krajów takich jak Polska, która do budżetu wpłacać mniej, niż z niego dostaje. 
W różnych językach  rożnie tłumaczy sie tytuł dzieła Erazma z Rotterdamu, na którego cześć nazwano unijny program dla uczniów i studentów: „Pochwała głupoty” albo „Pochwała szaleństwa" .  Różnice miedzy głupotą a szaleństwem wydają się oczywiste, ale w tym przypadku ten semantyczny spór nie ma znaczenia: to co z UE w ogóle i z jej budżetem w szczególe robią dziś politycy i decydenci, to jedno i drugie, głupota a szaleństwo . 








Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Do kogo przyjeżdża Trump?

Ryszard Petru ma rację, gdy się upiera, że Donald Trump nie przyjeżdża do Kaczyńskiego, tylko do Polski. Oczywiście nie można zaakceptować pisowskiej retoryki, wedle której Stany Zjednoczone Donalda Trumpa są sojusznikiem Polski Jarosława Kaczyńskiego. Ale czy przychodzenie na wiec poparcia na placu Krasińskich jest dobrym sposobem, żeby takiemu stawianiu sprawy przez PiS się przeciwstawić? Myślę, że nie.
Donald Trump przyjeżdża do Polski trochę jak Erdogan chciał przyjechać do Niemiec: na spotkanie ze swoimi. Erdogan tak jak Trump chciał sobie zorganizować wiec. Nie zorganizował, Niemcy go nie wpuścili. Nie mówię, że Trumpa nie należy wpuszczać: USA to nie Turcja, Polska to nie Niemcy. Można spluwać z pogardą na realpolitik, ale nie każdego stać na uprawianie polityki kształtującej realia, a wtedy to realia kształtują politykę. Tak już jest. Rzeczą nie do pomyślenia jest jednak, żeby Trump sobie organizował w Polsce gospodarską wizytę w centrum miasta i żeby jego ambasador na nią zapr…

PiS walczy z kastami, czyli algorytm zmiany ustroju

Beata Szydło, premier polskiego rządu, powiedziała, że w imię sprawiedliwości społecznej, PiS konsekwentnie przeprowadzi reformę wymiaru sprawiedliwości odbierając władzę nad nim kaście i korporacji prawniczej. To ważne słowa, bo w prosty sposób przedstawiają retoryczny algorytm tłumaczący zmianę ustroju państwa przeprowadzaną przez Jarosława Kaczyńskiego. Oto na czym on polega.

Sędziowie i adwokaci tworzą kastę (korporację) prawną.
Służba cywilna tworzy kastę (korporację) urzędniczą.
Media tworzą kastę (korporację) dziennikarską.
Politycy tworzą kastę (korporację) polityczną.
Organizacje pozarządowe tworzą kastę (korporację) pozarzadową czyli pozapaństwową czyli pozanarodową.
Unia Europejska tworzy kastę (korporację) obcych (z natury rzeczy wrogów Polski).

Tylko PiS nie tworzy kasty ani korporacji. Nie ma tam bowiem sędziów, adwokatów, urzędników, polityków, pozarządowców ani, za przeproszeniem, Europejczyków. Są natomiast zwarte szeregi realizatorów woli Suwerena, czyli Polaków popi…

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…