Przejdź do głównej zawartości

Na Cyprze (nie) okradają biedaków

Żeby wszystko było jasne od pierwszego zdania: nie, nie uważam, żeby zabieranie ludziom pieniędzy z kont było w porządku; tak, myślę, że przynajmniej tych drobnych ciułaczy lepiej byłoby oszczędzić. A jednak nie oznacza to, że mi po drodze z tabunem konserwatystów-patriotów, oburzonych i  niepokornych, którzy łzami współczucia wyrażają swoją solidarność z biednymi Cypryjczykami a pomrukiwaniem oburzenia - potępienie wobec podłej, okradającej ludzi Brukseli. Śledząc wymianę tweetów między patriotami-eurofobami, mam zresztą wrażenie, że wszystko im się miesza, a najbardziej łzy z uśmieszkiem. Uśmieszkiem satysfakcji, że można sobie na Unii poużywać i "lemingi" nastraszyć, że też im kiedyś władza (w ich przypadku: Tusk), konta okradnie. Tusk i Eurogrupa, Bruksela i MFW,  Dijssebloem i EBC, cypryjski rząd, prezydent i wszyscy komisarze (tak, nawet ten od administracji i ten od rybołówstwa, poczytajcie Warzechę, naprawdę) - wszyscy są winni. Winny, jak zwykle w populiźmie, jest "establishment". Czyli Bruksela. Ufff… Bruksela się rozleci.

Otóż nie, nic się nie rozleci. Okazuje się, że "Bruksela" jest zdolna do innowacji. Brawo. Okaże się już niedługo, że błędem byłoby powtórzenie na Cyprze scenariusza greckiego, bo Cypr nigdy nie byłby w stanie spłacić zadłużenia, gdyby UE udzieliła mu większej pożyczki, a jego gospodarka nie podniosłaby się w dającej się przewidzieć przyszłości. Krytycy przyjętego w sobotę rozwiązania z równym zapałem rzuciliby się do krytyki każdego innego rozwiązania, z greckim na czele, nie bez cienia racji krzycząc wtedy, że Cypr został pozbawiony suwerenności. Tymczasem w sobotę decyzję o obłożeniu kont obywateli jednorazowym podatkiem podjął suwerenny rząd cypryjski. Być może we wtorek parlament suwerennego Cypru tej decyzji nie poprze. Może uzna, że mniej zasobne konta, na przykład te poniżej 25 tysięcy euro trzeba wyłączyć z tego nadzwyczajnego obowiązku podatkowego. Tak czy owak, gdzieś brakujące pieniądze trzeba będzie znaleźć.

A. Merkel i N. Anastasiades, Szczyt EPL, styczeń 2013      ©CE2013
I tu jest pies pogrzebany. Cypryjski rząd dlatego chciał - wbrew opinii przedstawicieli Komisji Europejskiej i niektórych członków Eurogrupy - obciążyć posiadaczy drobnych oszczędności, żeby nie obciążać za bardzo posiadaczy większych fortun. Pewnie niektórzy odkryli temat dopiero w ten weekend, ale opcja sięgnięcia po depozyty bankowe była dyskutowana od wielu tygodni. Cypryjskie władze ostrzegały, że to zahamuje napływ inwestycji, bo zmniejszy wiarygodność banków cypryjskich. W sobotę, z tego samego powodu, rząd Cypru stawał na głowie żeby nie przekroczyć liczby dwucyfrowej. Psychologiczna granica ponoć. Dlatego największe depozyty obciążone są podatkiem 9,9%. 12 czy 13% - co pozwoliłoby ulgowo potraktować mniej zasobnych posiadaczy kont - nie wchodziło w rachubę. Rosjanom te 9,9% też się nie podoba. Rosjanom - bo to oni, za przyzwoleniem władz Cypru, zamienili tamtejsze banki w pralnię brudnych pieniędzy. Aż dziw, że patriotyczno-konserwatywni oburzeni, zwykle antyrosyjscy, nie chcą tego dostrzec. Pewnie dlatego, że fobie antyeuropejskie i antyniemiecki przedkładają ponad fobie antyrosyjskie.

Co do najbiedniejszych Cypryjczyków, to powiedzmy sobie szczerze: dawno już przejedli swoje oszczędności, bo wymógł to na nich kryzys. W nich podatek nie uderzy. To tyle na pocieszenie naszych patriotycznych janosików i innych wielbicieli Jakuba Szeli. Czy należy podzielać obawy cypryjskiego rządu, że system bankowy straci zaufanie zagranicznych inwestorów? Po części na pewno tak. Włosi do dziś pamiętają, jak socjalistyczny premier Amato obłożył podatkiem depozyty w 1992. A było to tylko 0,6%. Nic w porównaniu do podatku cypryjskiego. Wtedy wystarczyło, bo chodziło o zupełnie inną sytuację. A przede wszystkim Włochy to wielki kraj. No właśnie, parę słów o wielkości kraju.

Wielkość kraju, wielkość i struktura systemu finansowego mają znaczenie. Przykład Islandii, która chciała być małą Szwajcarią, bankowym rajem, tak jak Cypr: w wyniku kryzysu sektora finansowego pół miliona depozytów na kontach zagranicznych filii islandzkich banków zostało zablokowanych (inaczej niż na Cyprze, gdzie tyko krajowe depozyty i tylko do środy są zablokowane). Pół miliona depozytów w państewku liczącym 320 tysięcy mieszkańców! Islandia to nie Cypr, ale warto o niej wspomnieć, bo to przypadek, którego eurofoby nie lubią: Islandia nie ma euro, nie jest nawet członkiem UE. To nie "Bruksela" blokowała tam depozyty. Ale tak jak na Cyprze, mikrogospodarka oparta na usługach finansowych nie była w stanie poradzić sobie, gdy system finansowy stał się niewypłacalny. Na Cyprze tej sytuacji uniknięto. Dzięki specjalnemu podatkowi od depozytów, ale przede wszystkim dzięki 10 miliardom euro pożyczki od innych państw Eurolandu. Tak, to jest wyraz europejskiej solidarności.

Eurogrupa zrzuci się na 10 miliardów wsparcia dla cypryjskiej gospodarki, której wartość to 0,2% unijnego PKB. Której PKB jest pięć razy mniejsze niż mające zostać opodatkowane depozyty bankowe. Depozyty w bardzo dużym stopniu dość niejasnego pochodzenia. Ale przyciągające inwestorów rajskim oprocentowaniem, do 7%! Oprocentowaniem wynikającym z ryzykowanych inwestycji w greckie produkty finansowe. Bardzo ryzykowne, jak się potem okazało, skoro stały się przyczyną 50% strat poniesionych przez cypryjskie banki. Strat wartych 10 miliardów euro, w państwie liczącym ponad połowę mniej mieszkańców niż Warszawa. Rosjanie Rosjanami, ale Cypryjczycy sami uwierzyli, że mogą sporo zarobić w sposób, którego wysoki stopień ryzyka został już przeanalizowany i opisany tysiące razy odkąd zaczął się globalny kryzys finansowy. Naiwność? Jeśli tak, to po części nagrodzona: rzeczywiście sporo zarobili. Dziś oddadzą niewielką stosunkowo część zysku, by dołożyć się do ratowania swojego państwa. Trudno to nazwać grabieżą biedaków i rozbojem w biały dzień.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…