Przejdź do głównej zawartości

Ekonomia chciwości według Scorsese

Trzynaście lat po "Chłopcach z ferajny" Martin Scorsese powraca na ekrany z historią gangsterską. Akcja jego najnowszego filmu "Wilk z Wall Street" rozgrywa się, jak sam tytuł wskazuje, w amerykańskiej mecce finansów. Główny bohater jest maklerem giełdowym. Niech te detale nikogo nie zmylą: chodzi o współczesną formę gangsterstwa. Chciwość i władza, jaką dają pieniądze to nie jedyny wspólny mianownik łączący oba filmowe obrazy.

Przyznaję, nie czytałem żadnego wywiadu z reżyserem, w którym wyjawiłby zamierzoną paralelę między oboma filmami. Ale zbieżności między nimi jest tak wiele, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż Scorsese świadomie do tego skojarzenia dążył. Obie historie są oparte na faktach, scenariusze powstały w oparciu o książkowe biografie (Henry'ego Hilla w pierwszym przypadku i Jordana Belforta w drugim). Bliźniaczo podobny jest sposób narracji i wybór znaczących etapów w życiorysach obu bohaterów, zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Motywacje działania i funkcjonowanie w środowisku, cechy charakteru, stosunek do etyki i moralności łączą postaci Hilla i Belforta. Obie historie zaczynają się podobnie (nic nie zapowiadało kryminalnej kariery) i kończą niemal tak samo (Hill i Belfort nie są w stanie wycofać się, gdy jeszcze nie jest za późno, brną w zbrodni, bo nie są w stanie stawić czoła uzależnieniu, na koniec stają się świadkami koronnnymi, sypią wszystkich przyjaciół by zapewnić sobie złagodzenie kary i opiekę FBI). Nawet takie szczegóły jak prostackie zamiłowanie do europejskich marek i produktów: symboli wyszukanego luksusu, awansu społecznego i przynależności do elity wplatają się w sieć wątków i akcesoriów wzmacniających powiązania. W obu filmach chodzi też o coś więcej niż opowiedzenie historyjki. Prawda o życiu epoki i prawdy ponadczasowe odnoszące się do relacji między ludźmi czynią z jednego i drugiego filmu fresk obyczajowy w wymiarze uniwersalnym.

Wataha z Wallstreet & Co.

To narzucające się zestawienie wymusza konkluzję: Wilk z Wall Street, Jordan Belfort, tak jak Henry Hill, to gangster. Choć w obu przypadkach widz łapie się na tym, że kibicuje przestępcy i cieszy się jego sukcesami, to jednak identyfikacja z Jordanem wywołuje większe (przynajmniej w moim odczuciu) zawstydzenie, niż solidarność z Henrym. W "Wilku" barokowe przerysowanie sięga dalej niż w "Chłopcach", budzi niesmak i odruch wymiotny podobny do tego, jakie wywołuje wulgarna śmierć z obżarstwa w "Wielkim żarciu" Ferreriego. Zdrada Jordana jest jeszcze gorsza niż zaprzedanie Henry'ego (który nie tylko uciekał przed kratami, ale walczył o życie). Dalszych dziejów Henry'ego ("Chłopcy z ferajny") można się doszukać w udanej komedii Luca Bessona "Porachunki" (2013, producentem jest Scorsese, oryginalny tytuł "Malavita"). Bohater cieszy się, że jego opowieść na spotkaniu kinomanów we francuskim miasteczku budzi entuzjazm. Słuchacze nie wiedzą jednak, że spotkali prawdziwego gangstera, tematem dyskusji jest film (oczywiście "Chłopcy z ferajny"), wszystko pozostaje więc w świecie fikcji.

Epilog w "Wilku", w którym poznajemy losy Jordana po wyjściu z więzienia, ukazuje zadowolonego z siebie faceta, który zarabia pieniądze jako konferansjer i coach, dzielący się z zachwyconymi kursantami swoją wiedzą zawodową. Inaczej mówiąc wiedzą o tym, jak oszukać, jak zorganizować malwersację, zaspokoić swą chciwość. Słuchacze płacą za lekcję, bo wiedzą, że mają do czynienia z fachowcem pierwszej klasy. Niczego nie pragną tak, jak nauczyć się sztuczek, które zaprowadziły ich mistrza za kratki. Dzięki sprzedaniu przyjaciół trafił tam na krócej niż powinien. Ale ilu jemu podobnych nigdy za kratki nie trafiło? O Madoffie i Kervielu wszyscy słyszeli, ale całej rzeszy maklerów i bankierów oszustów udało się uniknąć konsekwencji.

Optymalizacja cnoty chciwości

Bo też nie da się oglądać "Wilka z Wallstreet" w oderwaniu od kontekstu, w jakim żyjemy. Jego historia wydarzyła się przed oficjalnym początkiem kryzysu finansowego, z którego dopiero wychodzimy, ale mechanizmy przedstawione w filmie niczym nie różnią się od tych, które ten kryzys wywołały. Odnajdziemy je z łatwością w najnowszej historii takich instytucji finansowych jak Northern Rock, Bear Stearns czy Lehman Brothers, albo w działalności innego wilka z Wallstreet, Berny'ego Madoffa. We wszystkich tych przypadkach istotną rolę odegrały też raje podatkowe i offshoring. W końcu z nadmiarem funduszy wygenerowanych legalnie czy nielegalnie coś trzeba zrobić, przede wszystkim zaś należy uniknąć ich opodatkowania (Jordan Belfort ulokował pieniądze w Szwajcarii). Do głowy nie przyszłoby mi posądzanie gdańskiej spółki LPP o nieuczciwe zyski, ale dezercja podatkowa należących do spółki marek Reserved, House i Mohito na Cypr (to państewko to też bohater trwającego gigantycznego kryzysu finansowego) jest faktem. Walka z rajami podatkowymi oraz przeciwdziałanie unikaniu płacenia podatków i oszukiwaniu fiskusa to priorytety G7, G20 i Unii Europejskiej. Działania UE w tym zakresie są istotnym elementem pakietu reform systemu finansowego i gospodarczego. Ma on na celu stworzenie instrumentów, które lepiej zabezpieczą unijną gospodarkę i jej finanse na wypadek przyszłego kryzysu a nawet, w miarę możliwości, pozwolą takiego kryzysu uniknąć.

Dezercję podatkową poprzez offshoring, zjawisko naganne, można też nazwać "optymalizacją podatkową". Brzmi lepiej. Nie chodzi bynajmniej tylko o leksykę, ale o dogmaty. Optymalizacja podatkowa w tym znaczeniu to termin z arsenału wyznawców dogmatu prawa do chciwości. Głoszą go na przykład wielbiciele Adama Smitha, który uważał, że motorem i zasadą przedsiębiorczości jest egoistyczna chęć zysku. Naiwnie wierzył, że przy okazji indywidualnego wzbogacenia wypełniona zostanie rola społeczna, zaspokojona będzie potrzeba zbiorowości. Dzisiejsi miłośnicy neoliberalizmu tym drugim, rzeczywiście naiwnym wymiarem, nie zawracają już sobie głowy. Koncentrują się na hołubieniu cnoty chciwości. Cnotliwe na przykład jest przeciwstawienie się regulacjom państwa, które chciwość mają ograniczać lub zaprzęgąć w kierat pożytku społecznego. Niekontrolowana spekulacja, której elementem są też niektóre mechanizmy "optymalizacji podatkowej", to - zdaniem Josepha Stiglitza, laureata ekonomicznego Nobla - główna przyczyna kryzysu, który wybuchł w latach 2007-2008.

Chciwość zaspokajana na drodze przestępstwa łączy Jordana Belforta z Henrym Hillem. To jasne. Czy jednak wielkim nadużyciem byłoby stwierdzenie, że ekonomia chciwości to mianownik łączący Wilka z Wallstreet z szefami LPP? Obawiam się, że niewielkim.



Komentarze

  1. Gratuluję znakomitego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuję za tę przychylną ocenę i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…