Przejdź do głównej zawartości

Państwo PiS jest nie z tej Europy (1) Fundusze strukturalne: niech Unia się nie miesza, niech płaci

Katowice, przebudowa dworca                                 © Piotrus 2012
Jarosław Kaczyński i jego uczniowie nie dali się zwieść propagandzie Tuska, wedle której jego rząd wynegocjował dla Polski olbrzymie pieniądze z unijnego budżetu. Kaczyński, który z zasady odrzuca negocjacje jako metodę obrony interesów jest przekonany, że dostaliśmy, bo się nam po prostu należało. Naprawdę! Oraz, że dostaliśmy za mało, bo zawsze należy nam się więcej. Skoro już mamy unijne fundusze spójności, wykorzystamy je tak, jak sami tego chcemy, nie tak, jak sugeruje Bruksela. Jego postulat jest prosty: niech fundusze europejskie działają podobnie, jak polskie janosikowe: jako podatek na biedną Polskę płacony przez bogatą UE; tak, jak Warszawa płaci na Podkarpacie. Jednak nie z solidarności, wspólnoty interesu, czy na rzecz spójności terytorialnej i społecznej, ale w imię historycznej sprawiedliwości. Kiedy PiS dojdzie do władzy w Polsce (tak jak na Podkarpaciu), spożytkuje fundusze unijne właściwie, czyli tak, jak uzna za stosowne.

Rzad (PiS) wie najlepiej

Kaczyński odmawia UE wglądu w sposób wydatkowania w Polsce europejskich funduszy, bo Bruksela nie może przecież wiedzieć lepiej czego Polsce potrzeba niż sami Polacy. Konkretnie: nie wszyscy Polacy, bo obecny rząd na przykład nie wie, ale zapowiadany rząd PiS będzie wiedział najlepiej (pieniądze trzeba będzie wydać na przykład "na 300 tysięcy mieszkań rocznie, jak za Gierka" – co niedawno obiecywał mieszkańcom Ursynowa). Kaczyński wydaje się więc ortodoksyjnym zwolennikiem decentralizacji i subsydiarności, ale jedynie w tym jednym przypadku. W Polsce bowiem  opowiada się za centralizmem.

Owszem, bogate regiony (na przykład niegłosująca na PiS Warszawa, jedyny dziś płatnik janosikowego netto) mają płacić na biedne i najmniej rozwinięte regiony, które są zamieszkane przez elektorat PiS. "Prawo i Sprawiedliwość przywiązuje ogromne znaczenie do funkcjonowania samorządów. Dlatego zamierza wycofać się z polityki obecnego rządu, który obciąża samorząd, przerzucając nań finansowanie wielu zadań, co stawia je w trudnej sytuacji finansowej" – mówi nam Kaczyński. Nie proponuje jednak przekazania samorządom lub pozostawienia w ich rękach środków pozwalających na realizacje zadań, zamierza im zadania powierzone do realizacji odebrać. Rząd PiS się wszystkim zajmie, bo PiS wie najlepiej. 

Jest też - zdaniem Kaczyńskiego - najlepszym zabezpieczeniem przed korupcją, bo gdzie są duże pieniądze (a unijnych jest dużo) tam musi być korupcja. Jeden z najbardziej oszołomskich pisowców, Mariusz Kamiński, już zapowiedział, że po dojściu PiS do władzy będzie wielki audyt środków unijnych: "rozliczymy ich z każdego euro" (Dziennik, 11 stycznia 2014). Wiadomo, że PiS jak nikt potrafi fabrykować "wielkie afery", żeby udowodnić swoje oskarżycielskie tezy, nawet jeśli później z afery zostaje sprawa sadowa o pomówienie. Tym jednak razem wyniki audytu, ukierunkowanego niewątpliwie na wysoką wykrywalność, będą musiały zostać przedstawione Komisji Europejskiej, bo to unijne pieniądze. Łatwo sobie wyobrazić larum, które podniosą krytycy UE, gdy Komisja weźmie sobie do serca te audyty i każe zwracać pieniądze do unijnego budżetu. Larum będzie nie mniejsze, gdy Komisja uzna wyniki pracy rewizorów z CBA pod rządami Mariusza Kamińskiego za niewiarygodne.

Polska, kraj na dorobku

Odnosząc się do unijnej polityki spójności Kaczyński nie bierze pod uwagę dwóch podstawowych zasad: że fundusze strukturalne służą wyrównywaniu poziomów życia biedniejszych i bogatszych regionów Europy (o to chodzi w "spójności"), i że mają one służyć finansowaniu wspólnych priorytetów, ustalonych przez wszystkie państwa członkowskie. Kaczyński twierdzi, że nie potrzebuje wskazówek ani unijnych porozumień. Kaczyński uprzedza ewentualne brukselskie protesty: "UE nie powstała po to, żeby przeszkadzać krajom, które nadrabiają historyczne zapóźnienia". A Polska nadrabia, więc nie obowiązują jej wspólne zasady. Specjalny status kraju na dorobku - oto czego domaga się Kaczyński dla Polski, zapominając, że jako beneficjent środków spójności taki status de facto już ma. Kaczyński, krytykując Brukselę za mieszanie się w nie swoje sprawy zapomina też, że dystrybucja środków i wybór inwestycji w ramach wspólnych priorytetów (programy operacyjne) dokonują się na poziomie kraju, który jest beneficjentem unijnych funduszy. 

Analiza poglądów Kaczyńskiego na fundusze strukturalne i ich "właściwe" wykorzystanie prowadzi do oczywistej konkluzji: Kaczyński ma poglądy, ale nie ma wiedzy. Dał temu bardzo wyraźnie dowód, gdy po rekonstrukcji rządu zwołał konferencje prasową (25 listopada 2013) by udowodnić, że rząd Tuska i superminister Bieńkowska źle wydają unijne pieniądze. Co zdanie to, bzdura (niektóre bzdury demaskował na swoim blogu Konrad Niklewicz i anonimowy przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju Regionalnego prostując je na Twiterze na żywo).

Fundusze UE jako rekompensata za historyczne krzywdy

Krytykując UE za narzucanie Polsce sposobu inwestowania prezes PiS zapomina, że jeżeli któreś z państw członkowskich ma własne cele inwestycyjne, nie mieszczące się w unijnych priorytetach, może je zrealizować za własne pieniądze. Może, ale akurat Polska ma prawo domagać się pieniędzy na wszystko, bo należy się jej bardziej, niż komu innemu: wszak "Polska zapłaciła za II wojnę światową dramatycznie wysoką cenę". Wyższą niż Niemcy, a mimo to "unijne przywileje posiadają wschodnie Niemcy a nie Polska". Kaczyński sugeruje, że unijne "przywileje" dla NRD to rekompensata za sowiecką dominację, choć polskie krzywdy wojenne warte są więcej: "to gorzki żart ze sprawiedliwości, solidarności i spójności społecznej, a więc z zasad, do których odwołuje się Unia" (Sosnowiec, czerwiec 2013). 

Nie jest jasne, o jakich przywilejach przyznanych Niemcom mówi Kaczyński. Być może ma na myśli złotą mannę, którą Niemcy z Zachodu zasypali byłą NRD. Rzeczywiście, Unia musiała wyrazić zgodę na te inwestycje, bo w wielu przypadkach chodziło o pomoc państwa naruszającą zasadę rynkowej konkurencji. Kaczyński jednak nie wyjaśnia, jak ten przykład mógłby odnosić się do Polski. Czyżby żądał od Niemiec reparacji wojennych? Bardzo możliwe. Bo Kaczyński nie postrzega funduszy strukturalnych jako instrumentu wzmacniania spójności UE, tylko jako rekompensatę Zachodu dla Polski, za historyczne krzywdy, jakich doznała.  W 2009 roku w Radomiu, na konwencji wyborczej PiS poprzedzającej wybory do Parlamentu Europejskiego,  Kaczyński powiedział: "Zrobiliśmy bardzo dużo dla wolności nie tylko europejskiej, ale i światowej. Dlatego mamy mocną legitymację do tego, by mówić, że należy nam się rekompensata, bo nas zdradzono, bo była Jałta." I wszystko jasne.

Zdaniem Kaczyńskiego Unia nie wywiązuje się wystarczająco dobrze ze swego długu wobec bohaterskiej Polski, a Niemcy - butni i zaborczy, bogaci i chytrzy - tylko czyhają, żeby Polsce benefitów uszczknąć.  Germańska fobia Kaczyńskiego jest jednym ze stałych wątków w jego eurosceptycznych dywagacjach. Jest silniejsza niż fakty: Niemcy są głównym płatnikiem do unijnej kasy, a Polska jej największym beneficjentem. To ona otwiera listę sześciu państw, które w latach 2007 – 2013 z unijnej kasy dostały najwięcej. Z samej polityki spójności Polska otrzymała prawie 36 miliardów euro, czyli 22% wszystkich płatności przekazanych państwom członkowskim do sierpnia tego roku. Tylko, że ani cierpienie i bohaterstwo Polaków ani niemieckie przewiny sprzed 70 lat, ani "zdrada jałtańska" nie maja tu nic do rzeczy. Kaczyński tego nie rozumie, bo jest nie z tego świata, nie z tych czasów, nie z tej Europy.


Dla przypomnienia: Fundusze spójności stanowią 34 proc. budżetu Unii na lata 2014–2020, czyli 325 mld euro. Z tego dla Polski przewidziano najwięcej – 72,9 mld euro, więcej niż w poprzednim budżecie wieloletnim (69 mld), mimo, że budżet UE jako taki się zmniejszył.

Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…