Przejdź do głównej zawartości

Na czym nie polega zamach stanu

Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, powiedział w wywiadzie dla niemieckiego radia, że to, co się dzieje w Polsce, ma znamiona zamachu stanu. Dzisiaj wytłumaczy Beacie Szydło dlaczego tak sądzi. A ona będzie starała się go przekonać, że się myli i uzyskać przeprosiny. Marne szanse na porozumienie. I nawet nie o brak dobrej woli chodzi, ale o przynależność do różnych światów: Szydło jest z formacji odrzucającej europejskie wartości, Schulz ustawia się w pozycji tego, który ich broni.

Schulz nie należy do najbardziej finezyjnych polityków. To prawda, że słowa szefa unijnego parlamentu mają niepomiernie mniejsze znaczenie niż deklaracje przewodniczących Rady Europejskiej albo Komisji. Ale jakieś jednak mają. Schulz czasem nie rozumie, że nie jest niezależnym ekspertem z jakiegoś think tanku, i nie może sobie po prostu chlapnąć publicznie takiej czy innej opinii nie zastanawiając się nad skutkami. A chyba się nie zastanowił.

Najwyraźniej albo nie słucha doradców, albo nie ma w swoim zespole nikogo, kto by wytłumaczył, że w tym przypadku, z różnych powodów, jego wypowiedź będzie wodą na młyn tych, których krytykuje. Schulz jest socjalistą, ale wśród polskich socjalistów nie ma widocznie takiego, który by sobie zadał trud, na który zdobyli się Petru - rozmawiając z liderem liberałów w Parlamencie, i Schetyna - tłumacząc sytuację szefowi parlamentarnych konserwatystów.

Czy dobrze tłumaczyli, to inna sprawa (tu więcej ma ten temat). Czy Schulz ma rację - to też inna kwestia, choć akurat w tej sprawie trudno mi się z jego słowami nie zgodzić. Chodzi jednak o skutki. PiS podchwycił okazję i ochoczo wytoczył przeciw Schulzowi wszystkie armaty dyplomatyczne, bo w trwającej debacie pozostały mu już tylko dwa argumenty: "Niemcy nas biją" (w odniesieniu do złej zagranicy) i "zdrada narodowa" (w odniesieniu do tych, którzy albo nie wyznają zasady, że brudy się w domu pierze, albo też uważają, że UE to bardziej dom, niż zagranica)

Po ksenofobicznej i antyeuropejskiej partii, nie tyle rządzącej ile zawłaszczającej Polskę, można się tego było spodziewać. Podobnie jak nie może dziwić próba PiS przebudzenia w Polakach pokaźnych przecież mentalnych zasobów szowinizmu i przekonania, że jesteśmy wieczną ofiarą nieprzychylnego nam świata. Rząd PiS zagroził notą dyplomatyczną, ale pewnie pojął, że na ręce Schulza nie bardzo by ją mógł złożyć. Polski ambasador przy UE odbył więc rozmowę z szefem gabinetu Schulza, potem z samym Schulzem. Schulz jednak twardo twierdzi, że jedynie wyraża niepokój wobec zarysowujących się tendencji, nie stwierdza faktu. I przeprosin nie składa.



Dziś, na marginesie unijnego szczytu, Martin Schulz i Beata Szydło mają się spotkać i porozmawiać. Prorządowe media i funkcjonariusze Partii oczekują, że Schulz się ukorzy i przeprosi za "skandaliczne słowa". Bardziej jednak prawdopodobne, że Beata Szydło wytłumaczy Martinowi Schulzowi, że to, co jej partia robi w Polsce, to nie zamach stanu. Ciekaw jestem jak.

Jak już Pani Premier Beata Szydło przećwiczy z Schulzem dowodzenie, że łamanie konstytucji celem przejęcia kontroli nad państwem to nie zamach stanu, to też chętnie posłucham. Już w styczniu będzie miała okazję zrobić to na forum Parlamentu w Strasburgu podczas debaty na temat stanu praworządności w Polsce. Oczywiście jeśli się tylko odważy również w tym przypadku skopiować taktykę Viktora Orbàna, który w Parlamencie występował już kilka razy, by bronić polityki swego rządu. Fakt, że bezskutecznie. Bo autorytaryzm to autorytaryzm. A demokracja "nieliberalna", którą stara się zaprowadzić, to nie demokracja.



Aktualizacja Spotkanie się odbyło. Schulz nie przeprosił, bo tematu jego "skandalicznej wypowiedzi" Szydło w ogóle  nie poruszyła. Nie rozmawiano też o debacie na temat Polski w Parlamencie. Dlaczego? Bo, jak oświadczył minister Konrad Szymański, "rozmowa dotyczyła spraw instytucjonalnych".  Co ustalono? Schulz zadeklarował wole współpracy. Niestety, będę musiał jeszcze poczekać na objaśnienie przez Panią Premier, czemuż  nie jest zamachem stanu to, co PiS wyprawia w Polsce.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…