Przejdź do głównej zawartości

Przychodzi Cameron do Szydło, a Szydło też...

Cameron, premier kraju spoza kontynentalnej Europy, przyjechał do Szydło, premier kraju spoza demokratycznej Europy, w nadziei, że znajdzie tu poparcie w demontowaniu Unii i wygaszaniu integracji europejskiej. Polska premier bardzo by chciała, ale nie bardzo sobie może na to pozwolić. To przekleństwo pochodzić z kraju zbyt biednego, by realizować swe pragnienia i idee.


PiS i brtyjscy torysi należą na szczeblu europejskim do tego samego, konserwatywnego i euroceptycznego ugrupowania politycznego: EKR. David Cameron wie, że eurosceptycyzm obecnych władz polskich jest silniejszy niż jego własny. PiS jest więcej niż "euroceptyczny", on jest antyeuropejski: cywilizacyjnie, kulturowo i światopoglądowo. Cameron miał więc prawo liczyć na większe zrozumienie w kwestii sabotażu integracji europejskiej, niż podczas swej poprzedniej wizyty w Warszawie, gdy rozmawiał z Ewą Kopacz.

PO należy na poziomie unijnym do konserwatywnego i proeuropejskiego ugrupowania EPL. Brytyjscy torysi też należeli kiedyś do EPL. Wystąpili z niego, gdy Cameron uznał, że aby utrzymać pozycję polityczną musi wygrać z eurofobicznym, nacjonalistycznym UKIP-em. A ponieważ UKIP to partia jednotematyczna, to jedynym polem walki o rząd brytyjskich dusz, na którym mógł stanąć do konkurencji z liderem eurofobów, kabaretowym Nigelem Faragem, była krytyka Unii Europejskiej. Cameron strasznie się na tej taktyce przejechał. UKIP okazał się znacznie słabszym zawodnikiem, niż się Cameronowi wydawało. Ale było już za późno: chcąc przebić eurofobów, obiecał eurosceptycznym rodakom referendum w sprawie wystąpienia z UE.

Dziś Camron jest zakładnikiem tej obietnicy i z trudem udaje mu się żeglować po falach rozpętanej przez siebie eurofobii. Nie panuje już nad opinią publiczną. W kraju, zamiast pogrążyć UKIP, utrzymał go przy życiu. Londyńskie City bardzo się obawia spadku znaczenia i zdystansowania przez Frankfurt, gdyby rzeczywiście Londyn wziął z Brukselą rozwód. Cameronowi z trudem też przychodzi wmawianie przedsiębiorcom, że można utrzmać wszystkie korzyści jednolitego rynku mimo wystąpienia z UE. Cameron doprowadził do politycznej marginalizacji Wielkiej Brytanii w Unii. Z zaskoczeniem zaczął dostrzegać, że jego światowa pozycja też się osłabiła, bo Wielka Brytania jest ważna dla USA, Chin czy Rosji jako członek UE, mniej jako wolny strzelec.

Beacie Szydło też pewnie rozum podpowiada, wbrew podszeptom serca, że przynależność do Unii dodaje znaczenia: na wizytę Camerona kazała wyciągnąć z szafy unijne flagi. Słusznie, bo w końcu gdyby Polska nie była w Unii nie byłaby dla Camerona żadnym partnerem. Liczy się tylko dlatego, że może negocjować i głosować w Radzie. Pod unijnym proporcem Szydło zapewniała Camerona o swym poparciu dla jego "reformowania" Unii, niewątpliwie szczerze i ze znajomością rzeczy. W końcu podobnie jak Cameron chce "zreformować" integrację europejską, PiS "reformuje" w Polsce demokrację: pozbawiając ją fundamentów i instrumentalizując dla swoich potrzeb.

Ale poza niechęcią rządzących do Unii Polskę i Wielką Brytanię wszystko dzieli. Brytyjczy do unijnego budżetu płacą, my z niego czerpiemy. My chcemy przedłużenia sankcji wobec Rosji, oni niekoniecznie. My oczekujemy od Unii, że politycznie zablokuje Nordstream, oni, że się nie będzie mieszała do czysto gospodarczych decyzji. Dla nas priorytetem pozostaje Ukraina i Wschód, dla nich ISIS, Syria, Irak i terroryzm. Eurosceptycyzm torysów, w odróżnieniu od eurosceptyzyzmu PiS, nie idzie w parze z pogardą dla demokracji, przeciwnie: antykonstytucyjne działania obecnej sejmowej większości nie znajdą w Londynie uznania, tak jak nie znalazły działania Orbana. Pole wspólnych interesów jest wąziutkie: pisowski rząd ma nadzieje, że Cameron poprze wzmocnienie wschodniej flanki NATO. I to Cameron obiecał, co go kosztuje poprzeć? To bez większego znaczenia. Nie obiecał natomiast, że spełni drugi postulat Warszawy: utrzymanie obecnych zasad wypłacania zasiłków na Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Bo to go kosztuje. Szydło, jeśli już podliczyła koszty budżetowe zrealizowania obietnicy "500 złotych na dziecko" i koszty polityczne jej niezrealizowania, powinna wiedzieć, że Cameron też umie liczyć.

Nawet gdyby Polska miała zasoby finansowe Wielkiej Brytanii to, podobnie jak Cameron, pisowski rząd musiałby się mocno zastanowić, czy go stać na wyjście z UE. Gdyby uznał, że tak, mógłby wspólnie z Orbànem budować swoją alternatywną Europę byłych demoludów. Można by ją nawet budować z Londynem, gdyby Wielka Brytania rzeczywiście wystapiła z UE. Ale za dużo tego gdyby. Za dużo niezniszczalnych nadziei, sprzecznych interesów i kosztownych do spełnienia postulatów. PiS może sobie pozwolić na Budapeszt w Warszawie. Ale Londynu z Budapesztem nawet w Warszawie pogodzić się nie da. Eurofobia łączy, ale nie wystarcza. Bo jest ta cholerna demokracja.

Na podobne tematy:



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…