Przejdź do głównej zawartości

Trudne prawdy nie zasługują na ordery

Naród, który uważa, że niewinność jest częścią jego genotypu, jest moralnie i intelektualnie niedorozwinięty. Naród niezdolny do uderzenia się w piersi z powodu zbrodni wyrządzanych w jego imieniu, nie zasługuje na szacunek. Naród, który za godną nagrody zasługę może uznać każde pochlebstwo, ale który jest gotów odbierać zasłużonym ordery, gdy dopuszczą się krytyki narodu, jest śmieszny. Decyzja prezydenta w sprawie propozycji odebrania profesorowi Grossowi orderu będzie nie tylko wyrazem jego stosunku do Tomasza Grossa, ale i odpowiedzią na pytanie jak jego środowisko polityczne rozumie honor i dobro narodu i czy moralnie i intelektualnie jest zdolne do stawienia czoła przeszłości.

Prof. Jan Tomasz Gross
O odebranie Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi prof. Janowi Tomaszowi Grossowi zaapelowała do prezydenta Dudy fundacja pod nazwą "Reduta Dobrego Imienia - Polska liga przeciw zniesławieniom", w której radzie zasiada między innymi profesor Piotr Gliński, minister kultury i dziedzictwa narodowego. Prezydent się zastanawia, wystąpił do MSZ o opinię. Gross od dawna jest na celowników prawicowych obrońców narodowego dziewictwa (nie mylić z dziedzictwem), którzy każdą hańbiącą prawdę o narodzie uznają za kłamstwo i obrazę. Nigdy nie darują autorowi "Sąsiadów" ujawnienia pogromu w Jedwabnem. Gross dał im pretekst do formalnego działania, gdy w ubiegłym roku udzielił wywiadu niemieckiemu Die Welt. Tłumaczył tam postawę polskiego społeczeństwa wobec uchodźców między innymi doświadczeniami wojennymi swych rodaków. To tam upublicznił hipotezę, która wywołała w Polsce burzę. Jego zdaniem w czasie drugiej wojny światowej Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców.

O tezie postawionej przez Grossa wiele napisano i powiedziano. Odwołuje się ona do statystyk trudno sprawdzalnych, bez względu na to, czy analizuje się je by hipotezę profesora potwierdzić czy obalić. Wybitny polsko-amerykański uczony, wykładowca w Princeton, socjolog i specjalista od holocaustu i historii stosunków polsko-żydowskich jest pewnie w stanie udowodnić słuszność swych wyliczeń, co nie znaczy, że inni eksperci muszą uznać je za odzwieciedlające prawdę. Nie w tym rzecz. Chodzi o absurd, nad którym polski prezydent z całą powagą się pochylił. Odbierać ordery za naukowe hipotezy? Albo nawet za opinie polityczne? Czy literackie lub sceniczne skojarzenia? I może za rzeźby i obrazy?

Są w prawie przewidziane sankcje za promowanie wrogich ludzkości i jednostce ideologii. Wypowiedź Grossa oczywiście pod te paragrafy nie podpada. Przypinanie i dopinanie odznaczeń to jednak działanie innej natury. Nie wyobrażam sobie, żeby amerykański rząd odbierał wyróżnienia czy ordery historykowi albo literatowi, który krytycznie napisze o ludobójstwie Indian leżącym przecież u podwalin Stanów Zjednoczonych. Albo o niewolnictwie i appartheidzie: tak, w państwie uznawanym przez wielu, nie wiedzieć czemu, za symbol i oazę demokracji, jeszcze w latach w sześćdziesiątych czarni nie mieli tych samych praw co biali. A wojna w Wietnamie, niewyczerpane źródło inspiracji dla niezwykle ktrytycznych wobec amerykańskiego państwa filmów, książek i historycznych opracowań? Nie znam przypadku, by uznany izraelski pisarz czy naukowiec był przez władze karany odebraniem dystynkcji z tego powodu, że oskarża państwo Izrael o segregację rasową i czystki etniczne. Przykład Niemców, którzy jak żaden inny naród potrafili poradzi sobie z przeszłością, jest zbyt oczywisty, by go rozwijać. Ale również Francuzi, Belgowie, Holendrzy czy Brytyjczycy nie wpadliby na pomysł, żeby odbierać dyplomy czy odznaczenia komukolwiek za to, że formułuje przykre dla narodowego ego hipotezy dotyczące kolonializmu lub wojen światowych.

W Polsce obrona dobrego imienia narodu poprzez zabieranie odznaczeń najwyraźniej tylko przez mniejszość uznawana jest za absurd. To niezwykle interesujące w kraju, którym rządzi obóz polityczny tak często odwołujący się do przeszłości i do historii. Do tradycji i dziedzictwa. Słusznie mówił Sołżenicyn, że dziedzictwem narodu są również zbrodnie jego przodków, "winy naszych ojców". Naród to nie tylko wspólnota dumy, ale i poczucia winy. Nie da się jednego od drugiego oddzielić, bo duma zbudowana na kłamstwie i konsensusie przemilczenia to uzurpacja. Ten sam Sołżenicyn zwracał uwagę, że narody to nie tylko wspólnoty polityczne, ale i duchowe. Ten pogląd powinien być ideologom z PiS szczególnie bliski. Na pewno bardziej niż zasada, wedle której demokracja to również odpowiedzialność: zbiorowa i indywidualna, polityczna (obywatelska) i historyczna. Odpowiedzialność nawet nie w sensie winy i kary, ale w znaczeniu gotowości do wzięcia odpowiedzialności: za siebie, za swoje dzieci, a więc i za swoich ojców i dziadów. To miał na myśli Gilbert K. Chesterton, gdy w "Ortodoksji" pisał o "demokracji umarłych". Niechże o tym pamiętają apologeci tak zwanej "polityki historycznej".

Przyjęcie na siebie chwały za dokonania i odpowiedzialności za przewiny przodków może objawić się w postaci przerysowanych metafor i zbyt wybujałych hiperbol. Po to jest wolność słowa i myśli, żeby z nimi dyskutować. Ale odbieranie orderów aktywnym i publicznie uznanym uczestnikom takiej dyskusji to gorzej niż małostkowość: to głupota.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Może się już nie śmiejmy z Korei Północnej

Tak się nabijamy z tej Korei Północnej, ale może należy na nią spojrzeć poważniej, jak w kryształową kulę. Bo może Kaczyński, Macierewicz i Co. upodobali sobie model koreański i do niego zmierzają?

Naburmuszone i prężące muskuły państewko pod ochroną mocarstwa: jak Korea Północna w chińskiej strefie wpływów, tak Polska w rosyjskiej? Też totalitarna, z wodzem psycholem, skłócona z resztą świata, stawiająca na armię (tylko z pociągiem pancernym zamiast broni nuklearnej), uprawiająca na lokalne potrzeby propagandę potęgi i niezależności, a w rzeczywistości protektorat pełniący rolę antyzachodniego i antyeuropejskiego straszaka w rękach orientalnego hegemona?

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…