czwartek, 10 sierpnia 2017

Może się już nie śmiejmy się z Korei Północnej

Tak się nabijamy z tej Korei Północnej, ale może należy na nią spojrzeć poważniej, jak w kryształową kulę. Bo może Kaczyński, Macierewicz i Co. upodobali sobie model koreański i do niego zmierzają? Naburmuszone i prężące muskuły państewko pod ochroną mocarstwa: jak Korea Północna w chińskiej strefie wpływów, tak Polska w rosyjskiej? Też totalitarna, z wodzem psycholem, skłócona z resztą świata, stawiająca na armię (tylko z pociągiem pancernym zamiast broni nuklearnej), uprawiająca na lokalne potrzeby propagandę potęgi i niezależności, a w rzeczywistości protektorat pełniący rolę antyzachodniego i antyeuropejskiego straszaka w rękach orientalnego hegemona?

środa, 19 lipca 2017

PiS walczy z kastami, czyli algorytm zmiany ustroju

Beata Szydło, premier polskiego rządu, powiedziała, że w imię sprawiedliwości społecznej, PiS konsekwentnie przeprowadzi reformę wymiaru sprawiedliwości odbierając władzę nad nim kaście i korporacji prawniczej. To ważne słowa, bo w prosty sposób przedstawiają retoryczny algorytm tłumaczący zmianę ustroju państwa przeprowadzaną przez Jarosława Kaczyńskiego. Oto na czym on polega.

Sędziowie i adwokaci tworzą kastę (korporację) prawną.
Służba cywilna tworzy kastę (korporację) urzędniczą.
Media tworzą kastę (korporację) dziennikarską.
Politycy tworzą kastę (korporację) polityczną.
Organizacje pozarządowe tworzą kastę (korporację) pozarzadową czyli pozapaństwową czyli pozanarodową.
Unia Europejska tworzy kastę (korporację) obcych (z natury rzeczy wrogów Polski).

Tylko PiS nie tworzy kasty ani korporacji. Nie ma tam bowiem sędziów, adwokatów, urzędników, polityków, pozarządowców ani, za przeproszeniem, Europejczyków. Są natomiast zwarte szeregi realizatorów woli Suwerena, czyli Polaków popierających Wielką Zmianę. Wielka Zmiana polega na odebraniu całości władzy kastom i korporacjom i oddaniu jej w ręce organizacji działającej pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, egzegety i wyraziciela woli Suwerena. Wyraziciela tak bezbłędnie odczytującego potrzeby Polaków i tak sprawnie je realizującego, że jest właściwie z Suwerenem tożsamy. Przekazanie władzy w ręce jednego człowieka to najskuteczniejszy sposób walki z korporacjami i wyeliminowania ich na zawsze, bo przecież jeden człowiek nie może stanowić korporacji. To oczywista oczywistość.


poniedziałek, 3 lipca 2017

Do kogo przyjeżdża Trump?

Ryszard Petru ma rację, gdy się upiera, że Donald Trump nie przyjeżdża do Kaczyńskiego, tylko do Polski. Oczywiście nie można zaakceptować pisowskiej retoryki, wedle której Stany Zjednoczone Donalda Trumpa są sojusznikiem Polski Jarosława Kaczyńskiego. Ale czy przychodzenie na wiec poparcia na placu Krasińskich jest dobrym sposobem, żeby takiemu stawianiu sprawy przez PiS się przeciwstawić? Myślę, że nie.

Donald Trump przyjeżdża do Polski trochę jak Erdogan chciał przyjechać do Niemiec: na spotkanie ze swoimi. Erdogan tak jak Trump chciał sobie zorganizować wiec. Nie zorganizował, Niemcy go nie wpuścili. Nie mówię, że Trumpa nie należy wpuszczać: USA to nie Turcja, Polska to nie Niemcy. Można spluwać z pogardą na realpolitik, ale nie każdego stać na uprawianie polityki kształtującej realia, a wtedy to realia kształtują politykę. Tak już jest. Rzeczą nie do pomyślenia jest jednak, żeby Trump sobie organizował w Polsce gospodarską wizytę w centrum miasta i żeby jego ambasador na nią zapraszał. Ambasador może zapraszać do ambasady, nie na plac Krasińskich, i Petru powinien o tym wiedzieć. 

Powinien, nawet jeżeli polski rząd tego nie wie, albo jeśli polskiemu rządowi to na rękę. Chcąc nie chcąc, biorąc udział w wiecu poparcia Trumpa Petru weźmie udział w wiecu poparcia Kaczyńskiego. Jeżeli, mimo pozorów politycznej strategii, Ryszardowi Petru - jako jedynemu przedstawicielowi opozycji na placu - chodzi jedynie o fotkę z amerykańskim prezydentem, to ktoś mu powinien powiedzieć, że już niedługo bardzo się tej fotki będzie wstydzić i bardzo będzie miał za złe tym, którzy ją będą publikować.

Czy obrażenie się na rzeczywistość i zbojkotowanie wiecu jest lepszym rozwiązaniem? Istnieje duże ryzyko, że ta postawa może sprzyjać pisowskiej retoryce sojuszu z USA. Ten sojusz to oczywiście brednia, ale w odbiorze opinii publicznej ta retoryka przysparza punktów partii Kaczyńskiego. Jednym z głównych elementów budowanego na jej fundamencie przekazu jest informacja, że opozycja ma za sojusznika zohydzaną skutecznie w pisowskich mediach Europę Merkel i Macrona, a patriotyczny rząd PiS jest aliantem Stanów Zjednoczonych. Zbojkotowanie wiecu przez PO, tak samo jak pójście Nowoczesnej na ten wiec, to bezradne próby walki demokratycznej opozycji z tworzoną przez PiS narracją. 

Jakie jest wyjście? To samo co zwykle: pięknie się różnić, ale w krytycznych momentach i w fundamentalnych sprawach być razem. Znowu się to opozycji nie udało. A nie jest pozbawiona głosu: pełzający autorytaryzm jeszcze opozycji w obozach nie pozamykał, całej prasy nie opanował. Amerykański ambasador, skoro opozycję zaprasza, to jest też gotów argumentów opozycji wysłuchać. Trump chce, żeby na wezwanie stawiła się opozycja, a skoro chce, to znaczy, że jest coś do ugrania. Z braku wspólnej strategii opozycja, jak zwykle, podejmuje sprzeczne działania taktyczne i zupełnie się w nich gubi.

Po co Trump przyjeżdża z wizytą państwową do Polski? I dlaczego najpierw do Polski, a nie do historycznego sojusznika Wielkiej Brytanii? Wszystko już na ten temat zostało powiedziane, łącznie z tym, że chce hołdu jak w Arabii Saudyjskiej. Parę rzeczy warto jednak przypomnieć. Po pierwsze, Trump już był w Europie: był w Brukseli, przyjechał do Tallina. Fakt, że przy okazji szczytu NATO, ale w stolicy Estonii spotkał się dyskretnie z całą Komisją Europejską (aż dziwne, że spotkanie to nie odbiło się w prasie szerokim echem).  Był we Włoszech na szczycie G7. Nie były to udane dla wizerunku USA podróże. Po drugie, Wielka Brytania nie jest już niczyim sojusznikiem, to kraj w głębokim kryzysie, i wizyta Trumpa miałaby jedynie lokalny charakter. A Trump nie chce wydarzenia lokalnego. To, że przyjeżdża do Polski, faktycznie dowodzi pewnego potencjału Polski, potencjału wzmocnionego nieobecnością w Unii Europejskiej Wielkiej Brytanii. Ale ta konstatacja nie przemawia na korzyść PiS. Przeciwnie, jest oskarżeniem tej formacji. To nie PiS stworzył międzynarodowy potencjał Polski, ale to on go trwoni. Ten potencjał to otwarte drzwi do zbudowania pozycji w UE, o jakiej kiedyś Polska nie mogła by nawet marzyć. Z Tuskiem by się to udało.  Z Petru pewnie też. Z każdym, tylko nie z Kaczyńskim, który podąża w przeciwnym kierunku. W kierunku mrzonki Trójmorza.

Po trzecie, Trump, niechętny integracji europejskiej, której ani nie rozumie ani nie jest w stanie zrozumieć, nie przyjeżdża do eurofobicznej Wielkiej Brytanii, bo Polska Kaczyńskiego jest w stanie zaofiarować mu więcej: poza eurofobią ma też rządowy nacjonalizm, autorytarne zapędy, nienawiść do wszystkiego co inne, do każdej mniejszości, do imigrantów  do demokracji i do praworządności, do całego dziedzictwa Oświecenia (nawet, jeśli nie wie co to Oświecenie . Gdzie, w Europie, Trump mógłby się poczuć tak dobrze jak tu? Trump przyjeżdża do Polski, to znaczy do siebie. I wielka szkoda, że opozycja nie dała sobie nawet szansy, by powiedzieć - nawet nie Trumpowi, bo co tam Trump - ale Europie: Trump nie jest w Polsce u siebie. 

środa, 21 czerwca 2017

Imigrant i uchodźca, czyli grochem o ścianę

Czy probowaliście Państwo kiedykolwiek wpisać do wyszukiwarki słowa "imigrant" i "uchodźca"? Z zaskoczeniem odkryłem, jak wiele polskich stron internetowych je definiuje. Nie chodzi o żadne publicystyczne artykuły, tylko po prostu o najzwyklejsze w świecie definicje. Zaskakująca nie jest bynajmniej konieczność rozróżnienia, ale to, do jak niewielu w Polsce ta informacja trafia. 

Erupcja ksenofobii i rasizmu i tempo ich rozprzestrzeniania się w Polsce wywołały godną pochwały reakcję osób i organizacji, które uznały, że ludziom trzeba powiedzieć jak jest, to zrozumieją i staną się lepsi. Nie po raz pierwszy jednak staje się jasne, że ograniczony dostęp do informacji nie stanowi głównej bariery społecznego poznania. I na odwrót: zwiększenie dostępności informacji nie gwarantuje upowszechnienia wiedzy niezbędnej do dokonania właściwego, również w moralnym wymiarze, wyboru.

Jak ludzie nie chcą wiedzieć, to się nie dowiedzą. Ignorancja bywa wyborem ideologicznym. Ignorancja bywa bezczelna i nachalna. Nie traktujmy jej więc jak okoliczności łagodzącej.

niedziela, 5 marca 2017

W tym szaleństwie jest metoda

Psychiczny czy cyniczny? Wariat czy polityczny geniusz? Po ponad dwóch latach od przejęcia władzy przez PiS, ten dylemat pozostaje dla wielu podstawą analizy zdarzeń, których sprawstwo przypisuje się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wystawienie Jacka Saryusz-Wolskiego jako kandydata na przewodniczącego Rady Europejskiej przeciw kandydaturze Tuska to świetna okazja, by wykazać, że nie ma sprzeczności: wariat może działać racjonalnie. Pytanie: z jakim skutkiem.


Donald Tusk i Jacek Saryusz-Wolski na zebraniu EPL, 20.10.2016 © UE 2016
Ci, którzy pukają się w głowę, zwracają uwagę, że Wolski przecież nie ma szans, więc po co? Odwołująca się do najprostszych instynktów odpowiedź jest taka, że na złość Tuskowi. Ci, co skłonni są decyzje polityczne tłumaczyć wymogami retoryki, chcą wierzyć, że taki ruch (wyłącznie na potrzeby polskiej sceny politycznej) pozwala PiS oddalić od siebie zarzut szkodzenia polskiemu kandydatowi. No tak, bo przecież Wolski też jest z Polski.

Inni, polityczni stratedzy, węszą podstęp: Kaczyński oczywiście wie, że Wolski jest bez szans, ale w ten sposób chce go zmusić,  by zrobił coming-out. Polityk o wyjątkowo (nawet jak na polityka) rozbujanym ego, z bardzo jasnym pomysłem na siebie (od zawsze), mimo, że od dawna zasłużony dla pisowskiej wizji Europy (przypominam "pierwiastek albo śmierć"), działa z ukrycia, przyczajony w PO z obawy, by zbyt jawne zbliżenie się do PiS nie spaliło go w Brukseli jako ekstremisty. Chciał być Wolski postrzegany jako człowiek POPiSowego środka, z Gowinem, Ujazdowskim, Szymańskim? Idealny kompromisowy kandydat na komisarza w przyszłości? To mu Kaczyński zrobił coming-out i w ten sposób wzmocnił swoją brukselską ekipę narodową złożoną z Legutki, Krasnodębskiego i Czarneckiego. A że teraz o Wolskim, już kandydacie Kaczyńskiego, się w Europie mówi, to dobrze: wszystko jedno jak o tobie mówią, byle mówili. Przyda się może na później.

Wszystkie te odpowiedzi się jakoś bronią. I wszystkie też można podważyć. Ale mniejsza o odpowiedzi. Najważniejsze pozostaje pytanie: nie po co i nie dlaczego, ale z jakim skutkiem. Wszystko samo się wyjaśni, już niedługo. Najbardziej prawdopodobne są dwie opcje.

Porażka Kaczyńskiego

Pierwsza, to opcja porażki Kaczyńskiego. Na polu międzynarodowym, a zwłaszcza europejskim, działają inne mechanizmy niż na polskim podwórku. W Polsce można sobie poradzić z publicznymi mediami, ze służbą cywilną, z konstytucją i Trybunałem konstytucyjnym, wkrótce może nawet z Sądem Najwyższym (oby nie). Ale jeśli Kaczyński myślał, że w sprawie Tuska wystarczy zrobić kolejny krok na tej samej drodze, to się przeliczy.

Nikt w UE nie potrzebuje go za sojusznika (nawet Orban widzi w nim bardziej alibi niż wspólnika). Nikt, nawet mało entuzjastyczni wobec integracji partnerzy, nie chcą na stanowisku szefa Rady człowieka zależnego od oszołoma i nacjonalisty. Tusk gwarantuje stabilność, tak bardzo dziś porzebną. Nikt nie chce złego precedensu: po co marnować wypracowany w tej sprawie konsensus? A zdecydowane i natychmiastowe poparcie Europejskiej Partii Ludowej dla Tuska to jasny sygnał dla socjaldemokratów: nie dajcie się skusić, bo z tego będzie konflikt.

Porażka Polski i Europy

Druga opcja to zwycięstwo Kaczyńskiego: udaje mu się odsunąć Tuska, osobista zemsta zostaje dopełniona, a test skuteczności wypracowanej w Polsce metody destabilizacji w celu przejęcia kontroli kończy się sukcesem. To scenariusz koszmarny dla Polski i koszmarny dla Europy.  Oznacza pojawienie się kandydata, którego nikt już nie szukał, bo nie było po co, skoro wszystko wydawało jasne. I oczywiście kandydatem tym nie jest Wolski, bo Wolski jest kandydatem na niby, czynnikiem destabilizacji.

Nowy, nieoczekiwany kandydat, byłby prawdopodobnie socjalistą, miałby poparcie znaczącego unijnego państwa (czyli Francji, bo nie Niemiec), pochodziłby z Europy południowej (dla zachowania pozorów, mógłby być ze wschodniej, ale gdzie takiego szukać?). O możliwości takiego scenariusza dowiedzielibyśmy się 9 marca, gdy na posiedzeniu Rady Europejskiej, zamiast wybrać Tuska, unijni przywódcy podjęliby decyzję o konieczności kolejnego, roboczego spotkania. Nie wierzę, by tak się stało. Ale alternatywą wobec kandydatury Tuska nie byłby Wolski: byłby nim ktoś, kogo jeszcze nie znamy.

Pierwsza opcja jest dla Polski zła, bo wzrośnie antyeuropejskie zacietrzewienie Kaczyńskiego i jego akolitów. Tusk pozostaje jednak w tym przypadku personifikacją nadziei unijnych liderów, że może proeuropejski (i prozachodni) kurs i demokratyczne państwo prawa mają jeszcze przed sobą w Polsce przyszłość. Druga opcja jest jeszcze gorsza, bo oznacza, że - po pierwsze - Europa machnęła już na Polskę ręką. A po drugie, że u podstaw nowego etapu integracji europejskiej leżeć będzie krótkowzroczność, klientelizm i - kryjąca się za złudnym przekonaniem o sprytnym wykorzystaniu populizmu i nacjonalizmu - skłonność do układania się z populistami i nacjonalistami.

Za rządów PiS nie ma dla Polski dobrego scenariusza. I na pewno nie ma scenariusza europejskiego.

sobota, 18 lutego 2017

Tygodniowa kronika dokonań władzy w skrócie (13-18 lutego)


13-18 lutego 2017 Rząd postanowił ograniczyć prawo do tabletki "dzień po", ponieważ w odróżnieniu od faszystowskich Niemiec, w Polsce prawo nie jest najważniejsze, ważniejsza jest sprawiedliwość.  

Już wkrótce, z okazji święta narodowego Polski 11 września (rocznica zamachu smoleńskiego) sfinalizowany zostanie zakup dwóch używanych amerykańskich helikopterów. W międzyczasie rząd Polski zwrócił się do NATO o pomoc w sprowadzeniu z Rosji wraku samolotu, który znacznie wzmocni poziom uzbrojenia Wojska Polskiego. Dozbrajanie Obrony Terytorialnej odbywa się bez udziału NATO. 

Na szczycie w Brukseli NATO uznało jednak za swój najpilniejszy sojuszniczy obowiązek współpracę z komisją  Macierewicza w zbadaniu niepokojąco rosnącej liczby wraków pojazdów używanych przez Narodową Służbę Ochrony, i to zanim jeszcze ta Służba powstała.

piątek, 3 lutego 2017

Państwo dobrej zmiany walczy z antyrasistami

Na wezwanie księdza-neofaszysty pisowska władza zleciła śledztwo w sprawie Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych prokuraturze okręgowej w Białymstoku, tej samej, która z zasady uważa rasizm i ksenofobię za nieszkodliwe społecznie. Bez względu na rozwój wypadków, to zdarzenie ma rangę symbolu. PiS przeszedł do nowego etapu działań, nowego etapu swej narodowej rewolucji, i z ostentacją ogłasza: nie cofniemy się przed niczym.

Niedawno neofaszysta w sutannie, tzw. kapelan nacjonalistów, ks. Jacek Międlar wezwał do delegalizacji Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Następnie chwalił się na Twitterze pozytywną reakcją władz: odzew prokuratury był natychmiastowy. Ośrodek jest solą w oku pisowskiej władzy, bo nieustannie udowadnia, że w Polsce jest rasizm. Tymczasem władza twierdzi co innego. Monitorowanie rasizmu i ksenofobii nie podoba się naturalnie samym rasistom i ksenofobom (którzy w Polsce dysponują silnymi strukturami, to nie tylko ONR i Falanga) ponieważ wielokrotnie skutkiem monitorowania przez Ośrodek było zablokowanie tworzonych przez nich stron i portali w mediach społecznościowych. A media społecznościowe, zwłaszcza Twitter i Facebook to główne platformy służące popularyzacji nienawiści rasowej i poglądów skrajnych, nie tylko w Polsce. Zachowania rasistowskie i ksenofobiczne pozostają zwykle bezkarne: stwierdza się brak szkodliwości społecznej czynu. Prym wiedzie tu prokuratura okręgowa w Białymstoku, która swastykę uznaje za nieszkodliwy azjatycki symbol szczęścia, a nie nazistowski emblemat.

Polską rządzą ludzie, którzy, jak Macierewicz, skłonni są ksenofobów i religijno-nacjonalistycznych integrystów uznać za „patriotyczną młodzież” i zaprosić do udziału w bojówkach zwanych „obroną terytorialną”; którzy, jak Jaroslaw Kaczyński, uciekających przed wojną ludzi uważa za roznosicieli chorób i zarazków, jeśli mają inny niż biały kolor skóry i wyznają inna niż katolicka religię; jak Mariusz Błaszczak, któremu rasizm wydaje się oczywistą reakcją na „multi-kulti” w Niemczech lub we Francji, natomiast nie ma nic wspólnego z aktami przemocy wobec obcokrajowców w Polsce, gdzie przecież nie ma „multi-kulti” (a tym samym nie może być rasizmu).  Politycy PiS wskazywanie palcem coraz częstszych rasistowskich incydentów uważają za „lewacką” propagandę skierowana przeciw Polsce. Ta władza nie tylko przymyka oczy na rasizm i ksenofobię, ona tym tendencjom wyraźnie sprzyja.

Określenie ideologii i działań PiS-u mianem neofaszystowskich wywołuje w Polsce niejednokrotnie żachnięcie: łatwo usłyszeć słowo „przesadzasz”. A przecież w dziedzinie ustroju, praworządności czy konstytucyjności wpływ idei Carla Schmitta jest bezsprzeczny. Teraz władza, którą firmują Kaczyński, Duda, Szydło, Kuchciński, Macierewicz, zrobiła krok dalej. W państwie „dobrej zmiany” coraz wyraźniej dochodzi do głosu, jako element systemowy, ksenofobia. I rasizm: pobrzmiewający w wypowiedziach publicznych, nie jest jeszcze ideologią oficjalnie głoszoną przez PiS. Ale należy już do nowego kanonu polskiego pluralizmu, tego samego, z którego wykluczone zostały: praworządność, tolerancja, w tym wobec mniejszości, liberalna demokracja, poszanowania praw człowieka, równość kobiet i mężczyzn. Artykuł 2. unijnego traktatu, który definiuje europejskie wartości będące podstawa wspólnoty, przestał w Polsce obowiązywać. Wrogowie społeczeństwa otwartego zakorzeenili się u władzy na dobre.