poniedziałek, 24 października 2016

W traktacie UE zapomniano o obronie demokracji przed autorytaryzmem

Z końcem października upływa termin, który Komisja wyznaczyła polskim władzom na przyjęcie zaleceń dotyczących poszanowania demokratycznego państwa prawa. Większość z nich dotyczy Trybunału Konstytucyjnego. Za niecałe dwa miesiące kończy się kadencja przewodniczącego Trybunału, profesora Rzeplińskiego – to inna data graniczna ważna dla Polski. Jakie kroki podejmie w tym czasie Unia Europejska? Czy pozwoli sobie na zdecydowane działanie w oparciu o przepisy Traktatu?

W styczniu tego roku Komisja Europejska zastosowała wobec Polski procedurę „na rzecz umacniania praworządności”. To oczywiście eufemizm, bo przecież nie chodzi o umacnianie, ale o ocalenie. Potem o sytuacji w Polsce parę razy debatował Parlament Europejski, a Komisja Wenecka Rady Europy wielokrotnie odwiedziła Warszawę i wydała opinię na temat stanu polskiej demokracji. 

Skłonność polskich władz do współpracy z tymi instytucjami topniała z każdym tygodniem i dziś dla nikogo już nie jest tajemnicą, że w Polsce nie chodzi o jednorazowe odstępstwo od normy, ale o plan trwałej zmiany kursu: Kaczynski buduje w Polsce, tak jak Orban na Wegrzech, alterantywną demokrację i alternatywną Europę - przeciw demokracji i przeciw Europie. Instytucje unijne nie dysponują żadnym twardym instrumentem prawnym, którym dałoby się zmusić  państwo członkowskie do powrotu na drogę demokracji. To może zrobić tylko społeczeństwo tego państwa. I opozycja, w Polsce przede wszystkim Komitet Obrony Demokracji. Poniżej kilka uwag na temat tego, co może i czego nie może zrobić Komisja Europejska i Rada.

Unijne sposoby przeciwdziałaniu erozji demokracji

Procedura, którą KE zastosowała wobec Polski jest stosunkowo nowa, wprowadzono ją w 2014 roku, i wobec żadnego innego kraju nie była stosowana. Nie da się więc odwołać do precedensu, aby przewidzieć, co będzie dalej. Owszem, podobne działania jak wobec Polski Komisja podejmowała począwszy od 2009 wobec Węgier, ale wtedy procedura  stanowiła swego rodzaju improwizację, nie była spisana i nie miała charakteru "komunikatu" Komisji. Wcześniej bowiem żadne państwo członkowskie Unii nie podjęło systematycznych i systemowych prób demontażu demokracji i państwa prawa. Szlak „nieliberalnej demokracji” – kolejnej demokracji z przymiotnikiem, po demokracji socjalistycznej, przecierał Orbán. Dziś jest zadowolony, że całą uwagę skupia na sobie nieporadny polski rząd. Unia, od początku tworzona jako wspólnota państw demokratycznych, nie jest na taką sytuację przygotowana.

Komisyjna procedura praworządności ma charakter czysto administracyjny i dlatego, choć odwołuje się do traktatu, ma bardzo ograniczą skuteczność: określa ramy konsultacji z państwem członkowskim i zapowiada dalsze etapy. Po wyczerpaniu środków administracyjnych KE nie ma żadnych prawnych instrumentów bezpośredniego nacisku na państwo członkowskie. Od pewnego już czasu było jasne, że wymiana korespondencji zakończy się fiaskiem: strona polska nie wyraziła ochoty do współpracy wiedząc, że pole manewru Komisji jest ograniczone. Wiedziała o tym również Komisja, dlatego dążyła do porozumienia na tyle zadowalającego obie strony, żeby jednak nie trzeba było przechodzić do następnego etapu przewidzianego w procedurze, którym jest odwołanie się do artykułu 7 Traktatu.

Co zrobi Komisja

Można przyjąć, że wygaśnięcie z końcem października trzymiesięcznego okresu, który Komisja przyznała polskim władzom na zastosowanie się do swoich zaleceń, właściwie kończy etap konsultacji. Następnym krokiem jest złożenie przez Komisję wniosku do Rady o ustalenie, czy w Polsce zaistniało ryzyko naruszenia unijnych wartości. Na tym polega pierwszy etap działań przewidzianych w artykule 7. Traktatu. Dlaczego do złożenia takiego wniosku Komisji nie spieszono? Bo po postępowaniu administracyjnym, prowadzonym przez nią samą, rozpoczyna się etap polityczny, w którym decydujący głos ma Rada, czyli państwa członkowskie. I nie chodzi bynajmniej o żadne ambicje kompetencyjne tylko o to, co Rada z takim wnioskiem zrobi.

Komisja może trochę zwlekać z ogłoszeniem, że nie dało się dojść do porozumienia, ale w końcu będzie musiała to zrobić bo wyznaczanie jakiegoś nowego terminu granicznego władzom polskim, które – inaczej niż kiedyś Orbán - nie starają się tworzyć nawet wrażenia dobrej woli - byłoby bezproduktywne. Komisja, zamiast taktycznego zwlekania, może też oczywiście dokonać politycznego wyboru i bezzwłocznie złożyć propozycję do Rady, żeby położyć karty na stół: niech będzie jasne, że odpowiedzialność w tej sprawie należy do państw członkowskich. To wielka i pasjonująca tajemnica, co teraz wymyśli wiceprzewodniczący Komisji Timmermans.

Co zrobi Rada

Można teoretycznie założyć, że w imię wartości, jaką jest demokracja, Rada zapomni o niepisanej zasadzie, wedle której państwa członkowskie patrzą przez palce na swe wzajemne przewinienia, i że  uzna oczywistość, a mianowicie, że w Polsce doszło do "wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Państwo Członkowskie wartości, o których mowa w artykule 2.". Taka decyzja musiałaby zapaść  większością kwalifikowaną (4/5 głosów w obecnym systemie głosowania), wymagałaby też opinii Parlamentu Europejskiego.

Zanim by jednak do tego doszło, Rada musiałaby przeprowadzić swoje własne konsultacje z polskimi władzami i wysłuchać ich opinii. Inaczej mówiąc, weszlibyśmy w kolejny etap konsultacji, tylko tym razem na poziomie Rady, a nie Komisji. Żaden przepis nie określa, jak długo takie konsultacje mogłyby trwać.

Gdyby Rada się odważyła…

Skoro popuściliśmy wodze fantazji, idźmy za ciosem: konsultacje kończą się niepowodzeniem, to znaczy polskim władzom nie udaje się przekonać innych państw członkowskich, że „polska demokracja ma się dobrze”, a  innym państwom członkowskim nie udaje się przekonać władz w Warszawie (konkretnie na Żoliborzu), do zmiany kursu. Wtedy większość państw (to znaczy 4/5 głosów) uznaje, że "wyraźne ryzyko" w Polsce nastąpiło. To by już było wielkie wydarzenie. Historyczne.

Ale co później? Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B: brak porozumienia w sprawie usunięcia "ryzyka" powinien doprowadzić do kolejnej decyzji Rady. Musiałaby ona stwierdzić, że chodzi juz nie o ryzyko, ale o zaistnienie poważnego naruszenia przez Polskę unijnych wartości. Znowu jednak w głosowaniu, a tu poprzeczka ustawiona jest jeszcze wyżej: wymagana jest jednomyślność. Czyli bez szans: same Węgry wystarczą, by procedurę zablokować (Polska byłaby wyłączona z postepowania, nie mogłaby decydować sama o sobie), a wiemy, że gdyby do głosowania doszło na pewno to zrobią. Pytanie tylko, czy byłyby same. A bez tej jednomyślnej decyzji nie można przejść do etapu sankcji.

Gdyby były sankcje…

Chyba, żeby fantazjowanie kontynuować. Załóżmy, że część państw członkowskich mówi: basta! Bo jak długo można tolerować obecność we wspólnocie krajów, które podważają jej absolutny fundament: demokrację? Jak długo można wysłuchiwać bajdurzenia o „elastycznej solidarności”, gdy trzeba wspólnie stawić czoła problemom takim jak fala uchodźców, nie uelastyczniając solidarności na przykład w dziedzinie funduszy strukturalnych? Jak długo można nie reagować na nadchodzące z byłych demoludów nawoływanie do „kulturalnej kontrrewolucji”, która jest niczym innym niż rewolucją antyeuropejską i antydemokratyczną?

Determinacja tych państw mogłaby pozwolić na przykład na jednoczesne rozpoczęcie procedury przeciwko dwom państwom: Węgrom i Polsce, co oznaczałoby ich wykluczenie z podejmowania decyzji w oparciu o artykuł 7. Traktatu. Wtedy można by zastosować wobec nich sankcje polegające na zawieszeniu wobec nich „niektórych praw wynikających ze stosowania Traktatów”. Zaraz, zaraz: niektórych, to znaczy jakich? Zwykliśmy się skupiać na jedynym wymienionym w traktacie, ale nie jedynym możliwym, przykładzie: pozbawienie danego państwa (dwóch w tym przypadku) prawa głosu w Radzie. To drastyczny środek. Żeby do tego doszło, trzeba by naprawdę politycznej odwagi i gotowości do dalszego pogłębiania integracji tylko w gronie tych państw, które  pozostały wierne wartościom podstawowym dla  Unii, zapisanym w artykule 2. Traktatu i w Karcie Praw Podstawowych. 

Ile byłoby takich państw? Dziesięć? Dwanaście? Bo na pewno nie wszystkie. Trudno, być może trzeba zmniejszenia liczby członków, by uratować integrację europejską: najmądrzejszy, najbardziej dalekowzroczny i najskuteczniejszy pomysł na Europę, na jaki Europejczycy kiedykolwiek wpadli. Być może do tego nie dojdzie, jeżeli społeczeństwa tych państw ponownie zdecydują, że chcą być w Unii Europejskiej. Ale uwaga: zdecydują w wyborach, nie tylko w sondażach. Czasem jednak, choćby najbardziej zdeterminowane, społeczeństwo obywatelskie może okazać się za słabe, by pokojowo obronić demokrację przed zakusami autorytarnej władzy. I wtedy unijne instytucje powinny mieć do dyspozycji narzędzia, które  pozwolą prodemokratyczne działania takiego społeczeństwa wesprzeć. Dziś ich nie mają.


PS. Parlament Europejski będzie głosował 25 października w Strasburgu w sprawie wniosku o ustanowienie w UE przepisów nakładających na Komisję obowiązek stałego monitorowania stanu demokracji, praworządności i przestrzegania praw podstawowych w poszczegolnych państwach członkowskich. Frans Timmermans też wypowie się w tej sprawie. Nie jest jednak wcale pewne, czy uda się wniosek przyjąć. Wymagana jest większość bezwzględna. Choć jest jasne, że bezpośrednią inspiracją dla projektu przepisów jest sytuacja na Wegrzech i w Polsce, żaden kraj nie jest w tekście wymieniony z nazwy.


Na podobny temat:







niedziela, 16 października 2016

Może to wszystko przez pomyłkę?

Przy okazji ostatnich deklaracji Jarosława Kaczyńskiego na temat aborcji, nie po raz pierwszy okazało się, że  prezes PiS wcale nie mówi tego co mówi. Zamiast naśmiewać się z niezręcznej egzegezy prezesowych słów dokonywanej przez jego podwładnych w rządzie, spojrzmy na tę retoryczna ekwilibrystykę z optymizmem: jest szansa, że wszystko wróci do normy. 

Być może okaże się, że cała polityka pisowskiego układu władzy: sejmowej większości,  rządu i prezydenta bierze się z błędnego zrozumienia słów i intencji prezesa. Może wyjdzie na jaw, że również w kwestii demokracji, praworządności wolności mediów, polityki zagranicznej, polityki obronnej i społecznej oraz finansów państwa prezes miał na myśli coś całkowicie odmiennego niż partyjni wykonawcy jego poleceń zrozumieli i zrealizowali. I że stąd problemy we wszystkich tych dziedzinach. 

Wystarczyłoby zinterpretować słowa prezesa właściwie, aby Polska wróciła do europejskiej rodziny narodów demokratycznych, jako prawowity i odpowiedzialny członek Unii Europejskiej. Ba, nawet KOD i Komisja Wenecka na pewno by przyklasnęli, gdyby pomyłkę wyeliminować.

Sprawa mogłaby się wydawać dziecinnie prosta, gdyby nie jeden szczegół: co zrobić, żeby właściwa interpretacja słów prezesa dotarła do umysłów pisowskich aparatczyków, ale żeby jednocześnie elektorat, który na PiS głosował wiedziony słowami prezesa nie zorientował się, że tępy jest, bo nic z przekazu nie skapował. Gdyby się to wydało, chryja by była nie z tej ziemi.



Przypomnienie: "Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię" - powiedział prezes PiS. Przedstawiciele rządu i partii twierdzili, że mial na myśli zupełnie co innego, niż nieuczeni w interpretacji słów Kaczyńskiego i źle nastawieni ludzie zrozumieli. 

czwartek, 8 września 2016

Globalizacja czampionów: mój słownik językowych potworności

Słownik to przesada. Co najwyżej krótka i subiektywna lista lista wyrazów i zwrotów, na które reaguję alergicznie. Dziś na przykład stałem się ofiarą anafilaksji wywołanej użyciem przez panią premier terminu "globalizacja czampionów". W ramach terapii postanowiłem spisać klika przykładów językowego śmiecia, w nadziei, że lista zadziała jak szczepionka. Oto one.


Przymiotnik "polski" pisany wielką literą, w środku zdania, umieszczam na początku listy tylko z szacunku dla pani premier Szydło, która odważnie propaguje patriotyzm ortograficzny. Z kolei użycie terminu "polskie globalne czempiony" to zapewne element retoryki wyrażającej patriotyzm gospodarczy, również bliski pani premier. Tu znów w sukurs przychodzi pisownia, a konkretnie jej polonizacja, czemu zresztą z zasady nie jestem przeciwny, choć słuchać i czytać tego żargonu nie jestem w stanie.

Ale żeby było jasne: nie uważam, żeby język pani premier był gorszy niż średnia krajowa. Weźmy na przykład wyrażenie "to robi mój dzień", coraz częściej występujące we współczesnej polszczyźnie. Kiedyś zdarzało się, że ludzie mówili tak z sarkazmem, naśmiewając się z prowincjonalnej anglicyzacji języka polskiego, ale dziś słyszę ludzi wypowiadających tę potworność zupełnie poważnie i bezwiednie, na przykład w radiu i w telewizji. Zarówno tam jak i w gazetach spotykam się  też z tak zwanym "wywiadem ekskluzywnym", choć teoretycznie ludzie przeprowadzający wywiady po polsku powinni znać znaczenie polskich słów i zawodowej terminologii, zwłaszcza, że sami uważają się często za członków ekskluzywnego towarzystwa. 

"Dużo różnych aktywności", "występowanie różnych ryzyk" albo "niewłaściwe rozumienia przepisów" to objawy zaniku świadomości, że w języku polskim są wyrazy policzalne i niepoliczalne. Termin "oficer rowerowy", zwykle w gminie, i cała rzesza różnego rodzaju "oficerów" dowodzi zapewne, że dla wielu osób używających od dziecka języka polskiego język ten staje się z czasem językiem dość obcym, a przede wszystkim niewystarczająco bogatym, aby opisać nim złożoną gminną rzeczywistość, nawet na poziomie ścieżki rowerowej. Podobnie tłumaczę sobie coraz powszechniejsze użycie reklamowych zachęt w rodzaju "przyjazny dla kieszeni" (zamiast niedrogi) lub "latamy do wielu destynacji". Nierzadko też słyszę termin "spiker parlamentu", który mnie razi, choć rozumiem, że nie każdy kończył politologię i nie każdemu słowo "spiker" kojarzy się z Suzinem. A skoro już jestem przy parlamentarnej tematyce, zacytuję jeszcze jedno słowo, od którego moja skóra pokrywa się pryszczami : "zawnioskować".

Z kolei w kontekście towarzysko-restauracyjnym atakowany jestem takimi określeniami jak "starter" (pewnie jako przystawka, choć pierwsze skojarzenie mam raczej maszynowo-technologiczne niż gastronomiczne), "kawa regularna" (doceniam poznawczy walor tego terminu, bo wiem, gdy go słyszę, że używająca go osoba w życiu prawdziwej kawy nie piła, a pewnie nawet nie widziała). Zdarza mi się też usłyszeć, że tutaj nie można, bo tu są "vipowskie miejsca" albo, że to "vipowski stolik" lub "vipowskie wejście". Niestety, nie zawsze wiem, do kogo przymiotnik "vipowski" się odnosi, choć przeczuwam, że są to bardzo ważne osoby, na przykład sponsorzy. Ci raczej na koncerty jazzowe (uwaga: nie mam nic przeciw zapisowi "dżezowe") nie chodzą (chyba, że będzie telewizja), ale miejsce czy stolik zarezerwowane muszą mieć, w końcu po to płacą, a nie żeby im jakaś hołota w pierwszym rzędzie siedziała. Przy okazji, czy pisze się już "wipowski", przez "w"? Nie wiem.

O powszechnym myleniu w mediach narzędnika i dopełniacza, albo "tę" (w bierniku) i  "tą" (w narzędniku) nie będę się rozpisywał, ale to jasne, niestety, że fleksyjność polskiego języka zanika. Czy winny jest brak "merytoryki"? Bo owszem, wiem, że słowo nie istnieje, ale tak często pojawia się w pseudonaukowym bełkocie medialnych magistrów, że aż się zastanawiam, czy nie powinna "merytoryka" zaistnieć. 

Życzenie poety, by język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, nieszczęśliwie spełnia się dziś na naszych oczach (i uszach): spodlony język dobrze wyraża podłe myśli tworząc wspaniałe pole dla rozwoju "hejtspiczu", brak własnych słów odzwierciedla brak własnych myśli, a nieświadomość języka - nieświadomość siebie. Bo po polsku, gdy ginie fleksja, ginie refleksja.





środa, 31 sierpnia 2016

O co ten spór

Najważniejszy spór polityczny w Polsce nie toczy się między rządem a opozycją. Ani między partią PiS i jakąkolwiek inną partią. Obecny podział, w swej substancji, nie różni się niczym od społeczno-politycznych podziałów odnotowanych i opisanych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Jest jednak od wszystkich poprzednich bardziej wyrazisty. Stawia kropkę nad "i", bo ma charakter czysto konstytucyjny. To podział między tymi, dla których konstytucja z zasady jest instrumentem kontroli nad władzą, a tymi, którzy skłonni są powierzyć władzy kontrolę nad konstytucją.

Kolejne sondaże, czego by o sondażach nie myśleć, potwierdzają linię podziału znaną z wyborczej geografii, przynajmniej odkąd mamy w Polsce wolne wybory: dzieli ona społeczeństwo na pół.

Dla części społeczeństwa konstytucja jest niezbędnym zaworem bezpieczeństwa w demokratycznym kotle. Definiuje i dystrybuuje uprawnienia władcze, które społeczeństwo powierza swoim przedstawicielom; uruchamia automat wzajemnego równoważenia trzech komponentów władzy państwowej i reguluje stosunki między różnym grupami społecznymi; stanowi instrument nadzoru społeczeństwa nad władzą wykonawczą oraz gwarnację niezawisłości władzy sądowniczej i reprezentatywności władzy ustawodawczej. Jest fundamentem zapewniającym długookresową stabilność państwa. Ich wyrazicielem jest Komitet Obrony Demokracji, ich sztandarem - poparcie dla Trybunału Konstytucyjnego.

Dla drugiej części społeczeństwa konstytucja ma znaczenie drugorzędne, zarówno politycznie, jako element składowy koncepcji państwa, jak i prawnie, ze względu na swoje miejsce w hierarchii praw. Jest jednym z elementów układanki, którą można rozsypać i złożyć przy okazji wyborów. Bo demokracja to dla nich przede wszystkim wybory: są wybory, jest demokracja. Nie ma wyborów, nie ma demokracji. Wybory nie służą jednak do wyłonienia przedstawicieli, ale do przekazania władzy. Władza zaś oznacza obowiązek sprawiania przyjemności tym, którzy na nią głosowali, oraz prawo do pozycji herszta bandy w systemie podziału łupów. Podział łupów uznają za naturalną zasadę tego świata, demokracja tej zasadzie również podlega.

Konstytucja w powyborczym podziale łupów ogrywa funkcję czysto formalną: jeżeli władza uważa, że konstytucja przeszkadza jej w sprawianiu swojemu elektoratowi przyjemności, to może konstytucję zinterpretować w taki sposób, żeby nie przeszkadzała. I wtedy elektorat takiej interpretacji przyklaśnie, byle tylko udało się władzy utrzymać w elektoracie przekonanie, że wszystko co władza robi, służy elektoratowi. Władza z natury rzeczy jest wykonawcza, inne konstytucyjne rodzaje władzy to jakaś mrzonka, zbędne ozdobniki. Jesli przeszkadzają, można się ich pozbyć. Wyrazicielem tej części społeczeństwa jest przede wszystkim PiS, ale również takie partie i partyjki jak ugrupowania Kukiza lub Korwina-Mikkego. Nie ma natomiast po tej stronie odpowiednika KOD. W jakiejś mierze społeczną, niepartyjną reprezentację tej grupie obywateli zapewniały do niedawna Kluby Gazety Polskiej, ale ich aktywność zamarła, gdy PiS zdobył władzę. Trudno też bojówki fanatyków uznać za ruch społeczny.

 

Na podobny temat:

"Buntu nie będzie" (10/07/2016)

"Murem za Wałęsą" (28/02/2016)

 

wtorek, 23 sierpnia 2016

Soros i Sobieski, dwa bratanki

Kiedy opowiadam węgierskim przyjaciołom, że Sorosem w Polsce dzieci straszą (przynajmniej w mediach narodowych), otwierają szeroko oczy ze zdumienia, że u nas też. Bo u nich owszem, Soros juz dawno przez władzę narodową został ogłoszony zdrajcą, ale to Węgier. No właśnie, tlumaczę: dlatego, że zdrajca na Węgrzech to w Polsce można na nim psy wieszać. Na innych Węgrach nie można, bo wszyscy inni popierają Orbàna i kibicują polskiej dobrej zmianie (przynajmniej w mediach narodowych).  


George Soros ©Niccolò Caranti
Wypromowanie Sorosa na wroga Narodu Polskiego nie jest rozwiązaniem idealnym, bo zdrajca nie zdrajca, żyd nie żyd, ale jednak Węgier i dlatego jego wrogie działania tłumaczyć można w mediach narodowych  jedynie poprzez interes finansowy, z natury rzeczy sprzeczny z interesem polskim, a to trochę za mało. Żydostwa wyciągnąć mu wprost nie można, bo wróg nie śpi i zaraz bezpodstawnie oskarży Polski Naród o antysemityzm (a, niestety, z powodu "Sąsiadów" Grossa, "Idy" Pawlikowskiego i "pedagogiki wstydu" Zachodowi się wydaje, że Polacy to antysemici). 

Byłoby lepiej, gdybyśmy mieli własnego zdrajcę-kapitalistę, bo wtedy można by zastosować targowicką ornamentację, a na tym bardzo zyskałby styl przekazu. W końcu rytuał narodowej ewangelizacji też się liczy. Przypadek Sorosa pokazuje jak bardzo potrzebna jest polonizacja polskiej gospodarki. Gdybyśmy mieli własnego milionera promującego społeczeństwo otwarte (wedle terminologii mediów narodowych chodzi o wpuszczanie terrorystów, nic wspólnego z Karlem Popperem), żyda na dodatek (nic nie trzeba mówić, mrugnięcie okiem wystarczy), to też moglibyśmy go ogłosić zdrajcą, a tak, niestety, musimy sobie sobie zdrajcę pożyczyć od bratanków Madziarów i przystosować do naszych potrzeb. 

Na szczęścicie przystosowanie nie jest takie trudne, bo rząd PiS i rząd Fideszu mają podobne, by nie powiedzieć bliźniacze potrzeby i metody działania. Weźmy na przykład taką politykę historyczną. W Polsce Kaczyńskiego, tak jak na Węgrzech Orbàna  polityka historyczna to rodzaj pojęciowej plasteliny, z której lepi się przeszłość wedle najmodniejszych wzorów odpowiadających potrzebom teraźniejszości. I tu i tam rządzący są przekonani, że to fundament każdego działania, niezbędne uprawomocnieni każdej polityki. 

Oczywiście ta bliskość, choć piękna, nie jest wolna od zagrożeń. Z niepokojem czekam na dzień, w którym Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz odkryją, co Węgrzy wypisują w szkolnych podręcznikach historii. Otóż wbrew oczywistej oczywistości piszą tam, że to oni byli przedmurzem chrześcijaństwa: walcząc w XIII wieku z Mongołami, w XVI i XVII z Turkami, a w czasie drugiej wojny światowej z bolszewikami. Dziś, wobec zlaicyzowanego i liberalnego Zachodu, znów stanowią awangardę odbudowy narodowo-chrzescijańskiej Europy.  To samo mniej więcej mówi PiS, tylko że wedle polskiej polityki historycznej to Polska jest przedmurzem chrześcijaństwa. Jest jednak wyjście: możemy się z Węgrami podzielić Janem Sobieskim, jak oni podzielili się Georgem Sorosem. 

NB. Tekst powstał pod wpływem porażającego arogancją infantylnej propagandy materiału na temat nieistniejacej listy Sorosa wyemitowanego kilka dni temu w Wiadomościach. 

Na podobny temat:

Alternatywna Europa byłych demoludów (6.03.2013)


poniedziałek, 11 lipca 2016

Barroso dostał posadę w Goldman Sachs

Przyjęcie stanowiska dyrektora niewykonawczego w Radzie Nadzorczej banku Goldman Sachs przez José Manuela Barroso, byłego szefa Komisji Europejskiej, wywołało burzę negatywnych komentarzy, zwłaszcza w środowiskach lewicowych i u prawicowych euroscptyków. Z prawnego punktu widzenia Barroso nie naruszył żadnych zasad. Nie znam osobistych, prywatnych względów, które o przyjęciu funkcji zadecydowały, ale pewnie są wystarczające, żeby przed samym sobą Barroso mógł swój ruch usprawiedliwić. Ale nie mógł nie wiedzieć jaki wpływ jego decyzja, zwłaszcza teraz, w czasie największego kryzysu integracji europejskiej, będzie miała na ocenę UE, jak bardzo pomoże ona eurosceptykom i eurofobom. A mimo to podjął tę decyzję.

Barroso, po trzydziestu latach kariery politycznej, uznał najwidoczniej, że czas wielkiej polityki się dla niego zakończył. Portugalski minister spraw zagranicznych, który wsławił się skutecznym zaangażowaniem w negocjacje pokojowe w Angoli i na rzecz niepodległości Timoru Wschodniego, wieloletni premier Portugalii, któremu zarzuca się, zwłaszcza ostatnio, że wraz z Blairem i Aznarem przyczynił się do wewnątrzeuropejskiej kłótni na temat udziału UE w amerykańskiej inwazji na Irak, dwukrotny szef Komisji Europejskiej, został doradcą bankierów.

Powrót do polityki portugalskiej byłby trudny. Może Barroso uznał nawet, że niemożliwy. Portugalia była jednym z krajów, które podczas kryzysu finansowego popadły w największe tarapaty. Wielu Potugalczyków oczekiwało od portugalskiego przewodniczącego Komisji większej empatii. Barroso zachowywał się tak, jakby właśnie z tytułu nadrodowści nie mógł sobie pozwolić na przychylne gesty wobec swego kraju, bo utraciłby wiarygodność w innych trudnych przypadkach, przede wszystkim w sprawie Grecji i Hiszpanii. Dziś nie mogą mu tego darować, nie jest w Portugalii popularnym politykiem i raczej nie mógłby zostać prezydentem. Również żeby otrzymać znaczącą funkcję międzynarodową trzeba, po pierwsze, trafić na dobry moment. Po drugie, trzeba mieć poparcie swojego kraju. Barroso nie miał tych asów w rękawie.

Może trzeba było poczekać. Może była jakaś ważna, osobista przyczyna, dla której Barroso czekać nie mógł. Brak bliskich perspektyw w polityce nie oznacza jednak brak perspektyw na polu biznesu i nauki. Pewną uniwersytecką aktywność Barroso wykazał. Na biznes trzeba było poczekać 18 miesięcy, bo taki obowiązek nakłada na każdego byłego komisarza kodeks dobrych praktyk. Decyzja nie jest łatwa, bo transfery z polityki do biznesu i z powrotem zawsze wywołuja krytykę. Na przykład w Polsce, gdy bankowiec i finansista Mateusz Morawiecki został ministrem w populistycznym rządzie głoszącym głęboką niechęć do finansjery i neoliberalizmu. Transfer w drugą stronę jest etycznie trudniejszy, bo natychmiast formułowany jest zarzut, że jego wytłumaczeniem są pieniądze. A przecież w odczuciu dużej części opinii publicznej polityk powinien pieniędzmi się brzydzić. Barroso o tym wiedział, a jednak, gdy tylko okres ochronny minął, przyjął propozycję szczególnie niefortunną.

Golden Sachs, najgorszy wybór Barroso

Funkcja dyrektora niewykonawczego (a więc, w zasadzie, po prostu zewnętrznego doradcy), którą objął Barroso jest zdecydowanie mniej angażującea niż stanowisko, które sprawuje w Gazpromie były niemiecki kanclerz, socjalista Gerhard Schröder. Według Barroso, który sam krytycznie wypowiadał się, o ile sobie przypominam, o decyzji Schrödera, różnica jest zapewne fundamentalna. Ale w oczach opinii publicznej to szczegół, bo liczy się wymiar symboliczny, który takie porównania uzasadnia. Schröder podpisał z Putinem umowę o niemiecko-rosyjskiej współpracy przy budowie Gazociagu Północnego na dwa tygodnie przed zakończeniem kanclerskiego mandatu. Nie było sposobu by jego fuchę w Gazpromie odbierać inaczej niż polityczną korupcję, całkowity upadek etyczny i moralny.

Barroso przyjął propozycję banku Goldman Sachs 18 miesięcy po odejściu ze stanowiska szefa Komisji Europejskiej, a więc zgodnie z kodeksem etycznym, któremu podporządkowani są pełniący obowiązki i byli komisarze. Kodeks zna jak mało kto, sam go zaostrzał i to jego podpis znajduje się po dokumentem przyjętym w 2011 roku. Ale swą funkcję w Komisji sprawował podczas apogeum kryzysu finansowego. Rola banku Goldman Sachs w wyołaniu tego kryzysu jest powszechnie znana. To Goldman Sachs pomagał ukryć Grekom przed Komisją Europejską deficyt, gdy Grecja przystępowała w 2001 roku do stery euro. Był to też jednen z banków, który spekulował greckim zadłużeniem w latach 2009-2010. W tym samym czasie Komisja Europejska, pod rządami Barroso, przyjęła twardy kurs wobec Grecji, domagając się reform i obejmując ten kraj kuratelą (w ramach Trojki razem z Europejskm Bankiem Centralnym i MFW) w zamian za zgodę na pomoc finansową dla bankrutującego kraju. Ci, którzy tamte decyzje krytykowali, i którzy zbudowali (lub odbudowali) swą polityczną tożsamość na sprzeciwie wobec neoliberalnej polityki zaciskania pasa, dziś przedstawiają decuzję Barroso jako dowód, że mieli rację: facet jest na smyczy światowego kapitalizmu, globalnej finansjery.

Woda na młyn euroscpetyków

Wszystko jedno, jak kto patrzy na rolę Barroso i Komisji Europejskiej w greckim kryzysie i jak bardzo jest skłonny do tłumaczenia tamtej polityki najnowszą decyzją zawodową Barroso. Barroso nie jest nowicjuszem. To nie jest naiwność, to cynizm. Nie mógł ani przez chwilę łudzić się, że jego decyzja zostanie odczytana inaczej, niż obecnie jest odczytywana. Prywatnie miał prawo ją podjąć. Ale to, że taką propozycję od Goldman Sachs otrzymał, możliwe było tylko dlatego, że nawet 18 regulaminowych miesięcy po odejściu z Komisji nie jest osobą prywatną.

Podjął swą decyzję z pełną świadomością, że zostanie ona wykorzystana przeciwko niemu (to jego osobista sprawa), i że zapewne bardziej niż cokolwiek innego zaważy na jego politycznej reputacji, na tym, jak zostanie zapamiętany jako były polityk i były szef Komisji Europejskiej. Co grosza, nie mam też wątpliwości, że miał absolutną jasność co do tego, że jego osobista decyzja zostanie wykorzystana przeciw Unii Europejskiej, przeciw Komisji Europejskiej, przeciw integracji europejskiej. A tego wybaczyć mu nie mogę. Zwłaszcza jako byłemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej. Okazał się małym człowiekiem.



niedziela, 10 lipca 2016

Buntu nie będzie

Zablokowanie Trybunału Konstytucyjnego, likwidacja służby cywilnej i zastąpienie jej partyjnym aktywem, zrujnowanie relacji z Unią Europejską i z USA, inwigilacja i prawo do blokowania internetu, upaństwowienie mediów publicznych i wreszcie manipulacja i cenzura w TV. Za każdym razem słyszę: teraz przegięli, ludzie się zbuntują. 

1989
Słyszę to od tych, co jeszcze rok, parę miesięcy temu mówili mi: przesadzasz, popadasz w antyspisowską obsesję. Ale ci, co się mieli zbuntować, już się zbuntowali. Popatrzcie dobrze: oni nie są większością! Większość doprowadziła Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa wyborach i dzisiaj zagłosowałaby tak samo. PiS nie szczędzi starań, by determinacja kontestujących nowy porządek nie opadła, by zbuntowani się nie znudzili. Ale tej determinacji nie wystarczy, by przekonać tę drugą część Polski: tych, którzy mają w nosie i tych, którym naprawdę się "dobra zmiana" podoba. Naprawdę.

Nie dołączą do buntu i żadne policyjne represje tego nie zmienią. Będzie jak zwykle, jak zawsze i wszędzie bywało: bunt zacznie się wtedy, gdy w portfelu zacznie ubywać, a nie przybywać, gdy przyjdą podwyżki cen i nie pozostanie już nic do rozdania. Ponieważ jednak w ciagu ostatnich dwudziestu sześciu lat sporo udało się wypracować (tak, pamiętam, że alokacja szwankowała), to na dość długo może wystarczyć. Może na przykład PiS wystarczyć do wygrania kolejnych wyborów.

Jeśli wagę poszczególnych praw podstawowych w społecznym odczuciu mierzyć potencjałem buntu, jaki wywoła ich ograniczenie, to okaże się, że najważniejszym prawem i najcenniejszą wartością współczesnej demokracji jest święte prawo obywatela do konsumpcji. Niech władza popełni ten jeden, jedyny niewybaczalny błąd, a wywoła gniew. Nie wcześniej.

***

NB. Kilka słów o kontekście tego wpisu. Przebywający w Warszawie z okazji szczytu NATO Barack Obama  8 lipca 2016 w jednoznaczny sposób przypomniał polskim władzom o koniecznosci przestrzegania praworządności. Andrzeja Dudę upomniał w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. A na konferencji prasowej powiedział "Zaapelowaliśmy do wszystkich stron o wspólne działania dla dobra polskich instytucji demokratycznych. To właśnie bowiem czyni z nas demokracje – nie słowa zapisane w konstytucji czy fakt udziału w wyborach, ale instytucje, na których na co dzień polegamy, takie jak rządy prawa, niezależne sądownictwo i wolne media. Wiem, że są to wartości, na których zależy prezydentowi. Te właśnie wartości leżą u podstaw naszego Sojuszu, który został zbudowany, jak to zapisano w Traktacie Północnoatlantyckim, „na zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa”Telewizyjne Wiadomości, tuba propagandowa rządu, ocenzurowały  wypowiedź Obamy, a w redakcyjnym komentarzu sugerowaly, że amerykański prezydent wyraźnie zadeklarował,  że polska demokracja nie jest zagrożona. Ta seria klamstw i manipulacji (dostrzeżona przez międzynarodowe media) została uzupełniona podczas oficjalnej wystawy poświeconej  przystapieniu Polski do NATO. Pominięto na niej wszystkie kluczowe dla tego procesu postaci , lacznie z Bronislawem Geremkiem, który układ negocjował i podpisał zastępując je osobami o żadnym lub trzeciorzędnym znaczeniu, ale za to związanymi z PiS.