Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński Jarosław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński Jarosław. Pokaż wszystkie posty

2017-12-08

Na Wschodzie bez zmian

Niby wiadomo było, że lekkie drgnięcie tektoniczne w jednej z dzielnic Warszawy nie zapowiada wielkiego trzęsienia ziemi w całym kraju, a jednak: same komentarze w tej sprawie gęstą medialną mgłą skryły polski krajobraz polityczny na parę dni. Teraz pomruk gleby ustał. Nic się nie stało. Wszystko wraca do normy. 

Norma jest taka: Jarosław Kaczyński zmienia polityczny ustrój Polski od 2015 roku i nikt mu w tym nie przeszkodzi. Zmiany są fundamentalne, wprowadzane wbrew konstytucji są zamachem stanu. Od samego początku zamysł był taki, żeby polityczną rewolucję zrównoważyć gospodarczym status quo. Kaczyński o ekonomii nie ma zielonego pojęcia, a gospodarka go nie interesuje. Ale ponieważ wszystkich innych interesuje, to niech mają: dla każdego coś miłego. Pomysł zadziałał bezbłędnie: proszę, miało się wszystko (gospodarka) zawalić (niby z powodu polityki), a nic się nie zawaliło. Gwarantem gospodarczego status quo jest od 2015 roku Mateusz Morawiecki. A to, jaka tytulatura wypełnianiu tej roli towarzyszy nie ma znaczenia innego, niż symboliczne.

Pewnie, że dla Kaczyńskiego symbole są ważne. Jest on w polityce przedstawicielem symbolizmu ekspresyjnego, który z powodu wychowania i wyrachowania ukrywa się za maską akademizmu. Morawiecki to ustępstwo na rzecz akademizmu. Macierewicz to ekspresywizm. Ziobro mieści się gdzieś pośrodku. Cała reszta to wyposażenie pracowni, albo elementy kompozycji: martwa natura. Dokończenie monumentalnego dzieła, jakim jest demontaż prawnych gwarancji niezależności sądownictwa właśnie się zakończyło. To zamyka pewien etap, kompozycję można zmienić. Oznacza to przesunięcie Beaty Szydło na jakąś inną pozycję, i nie ma żadnego znaczenia na jaką. Znaczenie ma tylko kto dokonuje przesunięć. 

Niektórzy dopatrują się u Kaczyńskiego choroby psychicznej. Ależ skąd. Można co najwyżej powiedzieć, że Kaczyński mieści się w stworzonej przez Marię Janion kategorii wariatów-patriotów (razem z Macierewiczem), ale i to byłoby naciągane. Kaczyński jest przedstawicielem mesjanizmu. Ale nie jakiegoś polskiego romantycznego mesjanizmu. W jego mesjanizmie to on sam jest mesjaszem. Jego brat był elementem jego mesjańskiej misji. Gdy zginął w katastrofie, strata zabolała tak, jak boli utrata oka albo nogi. Pamięć o bracie jest bólem fantomowym, jak po amputacji. A na dodatek przypomina o potrzebie zemsty. Niech nikogo nie zmylą hołdy oddawane Lechowi przez Jarosława: Jarosław oddaje je sam sobie. Mesjasz czeka tylko na siebie. Nie jest skazany na wypełnianie teraźniejszości beckettowskim wyczekiwaniem: teraźniejszość to źródło irytującego znudzenia, to stan przejściowy między historią (przeszłość okiełznana i udomowiona) a wiecznością (jedyna forma przyszłości, która naprawdę się liczy, wolna od imposybilizmu kalendarza). Ważne jest to, co nadejdzie. Stąd zapewne bierze się chichot Kaczyńskiego błędnie brany za objaw psychozy: on jeden wie, że już nadszedł. Jakie z znaczenie mogą w takiej perspektywie mieć wejścia i zejścia ze sceny Morawieckich czy Szydłowych?

2017-07-19

PiS walczy z kastami, czyli algorytm zmiany ustroju

Beata Szydło, premier polskiego rządu, powiedziała, że w imię sprawiedliwości społecznej, PiS konsekwentnie przeprowadzi reformę wymiaru sprawiedliwości odbierając władzę nad nim kaście i korporacji prawniczej. To ważne słowa, bo w prosty sposób przedstawiają retoryczny algorytm tłumaczący zmianę ustroju państwa przeprowadzaną przez Jarosława Kaczyńskiego. Oto na czym on polega.

Sędziowie i adwokaci tworzą kastę (korporację) prawną.
Służba cywilna tworzy kastę (korporację) urzędniczą.
Media tworzą kastę (korporację) dziennikarską.
Politycy tworzą kastę (korporację) polityczną.
Organizacje pozarządowe tworzą kastę (korporację) pozarzadową czyli pozapaństwową czyli pozanarodową.
Unia Europejska tworzy kastę (korporację) obcych (z natury rzeczy wrogów Polski).

Tylko PiS nie tworzy kasty ani korporacji. Nie ma tam bowiem sędziów, adwokatów, urzędników, polityków, pozarządowców ani, za przeproszeniem, Europejczyków. Są natomiast zwarte szeregi realizatorów woli Suwerena, czyli Polaków popierających Wielką Zmianę. Wielka Zmiana polega na odebraniu całości władzy kastom i korporacjom i oddaniu jej w ręce organizacji działającej pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, egzegety i wyraziciela woli Suwerena. Wyraziciela tak bezbłędnie odczytującego potrzeby Polaków i tak sprawnie je realizującego, że jest właściwie z Suwerenem tożsamy. Przekazanie władzy w ręce jednego człowieka to najskuteczniejszy sposób walki z korporacjami i wyeliminowania ich na zawsze, bo przecież jeden człowiek nie może stanowić korporacji. To oczywista oczywistość.


2017-03-05

W tym szaleństwie jest metoda

Psychiczny czy cyniczny? Wariat czy polityczny geniusz? Po ponad dwóch latach od przejęcia władzy przez PiS, ten dylemat pozostaje dla wielu podstawą analizy zdarzeń, których sprawstwo przypisuje się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wystawienie Jacka Saryusz-Wolskiego jako kandydata na przewodniczącego Rady Europejskiej przeciw kandydaturze Tuska to świetna okazja, by wykazać, że nie ma sprzeczności: wariat może działać racjonalnie. Pytanie: z jakim skutkiem.


Donald Tusk i Jacek Saryusz-Wolski na zebraniu EPL, 20.10.2016 © UE 2016
Ci, którzy pukają się w głowę, zwracają uwagę, że Wolski przecież nie ma szans, więc po co? Odwołująca się do najprostszych instynktów odpowiedź jest taka, że na złość Tuskowi. Ci, co skłonni są decyzje polityczne tłumaczyć wymogami retoryki, chcą wierzyć, że taki ruch (wyłącznie na potrzeby polskiej sceny politycznej) pozwala PiS oddalić od siebie zarzut szkodzenia polskiemu kandydatowi. No tak, bo przecież Wolski też jest z Polski.

Inni, polityczni stratedzy, węszą podstęp: Kaczyński oczywiście wie, że Wolski jest bez szans, ale w ten sposób chce go zmusić,  by zrobił coming-out. Polityk o wyjątkowo (nawet jak na polityka) rozbujanym ego, z bardzo jasnym pomysłem na siebie (od zawsze), mimo, że od dawna zasłużony dla pisowskiej wizji Europy (przypominam "pierwiastek albo śmierć"), działa z ukrycia, przyczajony w PO z obawy, by zbyt jawne zbliżenie się do PiS nie spaliło go w Brukseli jako ekstremisty. Chciał być Wolski postrzegany jako człowiek POPiSowego środka, z Gowinem, Ujazdowskim, Szymańskim? Idealny kompromisowy kandydat na komisarza w przyszłości? To mu Kaczyński zrobił coming-out i w ten sposób wzmocnił swoją brukselską ekipę narodową złożoną z Legutki, Krasnodębskiego i Czarneckiego. A że teraz o Wolskim, już kandydacie Kaczyńskiego, się w Europie mówi, to dobrze: wszystko jedno jak o tobie mówią, byle mówili. Przyda się może na później.

Wszystkie te odpowiedzi się jakoś bronią. I wszystkie też można podważyć. Ale mniejsza o odpowiedzi. Najważniejsze pozostaje pytanie: nie po co i nie dlaczego, ale z jakim skutkiem. Wszystko samo się wyjaśni, już niedługo. Najbardziej prawdopodobne są dwie opcje.

Porażka Kaczyńskiego

Pierwsza, to opcja porażki Kaczyńskiego. Na polu międzynarodowym, a zwłaszcza europejskim, działają inne mechanizmy niż na polskim podwórku. W Polsce można sobie poradzić z publicznymi mediami, ze służbą cywilną, z konstytucją i Trybunałem konstytucyjnym, wkrótce może nawet z Sądem Najwyższym (oby nie). Ale jeśli Kaczyński myślał, że w sprawie Tuska wystarczy zrobić kolejny krok na tej samej drodze, to się przeliczy.

Nikt w UE nie potrzebuje go za sojusznika (nawet Orban widzi w nim bardziej alibi niż wspólnika). Nikt, nawet mało entuzjastyczni wobec integracji partnerzy, nie chcą na stanowisku szefa Rady człowieka zależnego od oszołoma i nacjonalisty. Tusk gwarantuje stabilność, tak bardzo dziś porzebną. Nikt nie chce złego precedensu: po co marnować wypracowany w tej sprawie konsensus? A zdecydowane i natychmiastowe poparcie Europejskiej Partii Ludowej dla Tuska to jasny sygnał dla socjaldemokratów: nie dajcie się skusić, bo z tego będzie konflikt.

Porażka Polski i Europy

Druga opcja to zwycięstwo Kaczyńskiego: udaje mu się odsunąć Tuska, osobista zemsta zostaje dopełniona, a test skuteczności wypracowanej w Polsce metody destabilizacji w celu przejęcia kontroli kończy się sukcesem. To scenariusz koszmarny dla Polski i koszmarny dla Europy.  Oznacza pojawienie się kandydata, którego nikt już nie szukał, bo nie było po co, skoro wszystko wydawało jasne. I oczywiście kandydatem tym nie jest Wolski, bo Wolski jest kandydatem na niby, czynnikiem destabilizacji.

Nowy, nieoczekiwany kandydat, byłby prawdopodobnie socjalistą, miałby poparcie znaczącego unijnego państwa (czyli Francji, bo nie Niemiec), pochodziłby z Europy południowej (dla zachowania pozorów, mógłby być ze wschodniej, ale gdzie takiego szukać?). O możliwości takiego scenariusza dowiedzielibyśmy się 9 marca, gdy na posiedzeniu Rady Europejskiej, zamiast wybrać Tuska, unijni przywódcy podjęliby decyzję o konieczności kolejnego, roboczego spotkania. Nie wierzę, by tak się stało. Ale alternatywą wobec kandydatury Tuska nie byłby Wolski: byłby nim ktoś, kogo jeszcze nie znamy.

Pierwsza opcja jest dla Polski zła, bo wzrośnie antyeuropejskie zacietrzewienie Kaczyńskiego i jego akolitów. Tusk pozostaje jednak w tym przypadku personifikacją nadziei unijnych liderów, że może proeuropejski (i prozachodni) kurs i demokratyczne państwo prawa mają jeszcze przed sobą w Polsce przyszłość. Druga opcja jest jeszcze gorsza, bo oznacza, że - po pierwsze - Europa machnęła już na Polskę ręką. A po drugie, że u podstaw nowego etapu integracji europejskiej leżeć będzie krótkowzroczność, klientelizm i - kryjąca się za złudnym przekonaniem o sprytnym wykorzystaniu populizmu i nacjonalizmu - skłonność do układania się z populistami i nacjonalistami.

Za rządów PiS nie ma dla Polski dobrego scenariusza. I na pewno nie ma scenariusza europejskiego.

2017-02-03

Państwo dobrej zmiany walczy z antyrasistami

Na wezwanie księdza-neofaszysty pisowska władza zleciła śledztwo w sprawie Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych prokuraturze okręgowej w Białymstoku, tej samej, która z zasady uważa rasizm i ksenofobię za nieszkodliwe społecznie. Bez względu na rozwój wypadków, to zdarzenie ma rangę symbolu. PiS przeszedł do nowego etapu działań, nowego etapu swej narodowej rewolucji, i z ostentacją ogłasza: nie cofniemy się przed niczym.

Niedawno neofaszysta w sutannie, tzw. kapelan nacjonalistów, ks. Jacek Międlar wezwał do delegalizacji Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Następnie chwalił się na Twitterze pozytywną reakcją władz: odzew prokuratury był natychmiastowy. 

Ośrodek jest solą w oku pisowskiej władzy, bo nieustannie udowadnia, że w Polsce jest rasizm. Tymczasem władza twierdzi co innego. Monitorowanie rasizmu i ksenofobii nie podoba się naturalnie samym rasistom i ksenofobom (którzy w Polsce dysponują silnymi strukturami, to nie tylko ONR i Falanga) ponieważ wielokrotnie skutkiem monitorowania przez Ośrodek było zablokowanie tworzonych przez nich stron i portali w mediach społecznościowych. A media społecznościowe, zwłaszcza Twitter i Facebook to główne platformy służące popularyzacji nienawiści rasowej i poglądów skrajnych, nie tylko w Polsce. Zachowania rasistowskie i ksenofobiczne pozostają zwykle bezkarne: stwierdza się brak szkodliwości społecznej czynu. Prym wiedzie tu prokuratura okręgowa w Białymstoku, która swastykę uznaje za nieszkodliwy azjatycki symbol szczęścia, a nie nazistowski emblemat.

Polską rządzą ludzie, którzy, jak Macierewicz, skłonni są ksenofobów i religijno-nacjonalistycznych integrystów uznać za „patriotyczną młodzież” i zaprosić do udziału w bojówkach zwanych „obroną terytorialną”; którzy, jak Jaroslaw Kaczyński, uciekających przed wojną ludzi uważa za roznosicieli chorób i zarazków, jeśli mają inny niż biały kolor skóry i wyznają inna niż katolicka religię; jak Mariusz Błaszczak, któremu rasizm wydaje się oczywistą reakcją na „multi-kulti” w Niemczech lub we Francji, natomiast nie ma nic wspólnego z aktami przemocy wobec obcokrajowców w Polsce, gdzie przecież nie ma „multi-kulti” (a tym samym nie może być rasizmu).  Politycy PiS wskazywanie palcem coraz częstszych rasistowskich incydentów uważają za „lewacką” propagandę skierowana przeciw Polsce. Ta władza nie tylko przymyka oczy na rasizm i ksenofobię, ona tym tendencjom wyraźnie sprzyja.


Określenie ideologii i działań PiS-u mianem neofaszystowskich wywołuje w Polsce niejednokrotnie żachnięcie: łatwo usłyszeć słowo „przesadzasz”. A przecież w dziedzinie ustroju, praworządności czy konstytucyjności wpływ idei Carla Schmitta jest bezsprzeczny. Teraz władza, którą firmują Kaczyński, Duda, Szydło, Kuchciński, Macierewicz, zrobiła krok dalej. W państwie „dobrej zmiany” coraz wyraźniej dochodzi do głosu, jako element systemowy, ksenofobia. I rasizm: pobrzmiewający w wypowiedziach publicznych, nie jest jeszcze ideologią oficjalnie głoszoną przez PiS. Ale należy już do nowego kanonu polskiego pluralizmu, tego samego, z którego wykluczone zostały: praworządność, tolerancja, w tym wobec mniejszości, liberalna demokracja, poszanowania praw człowieka, równość kobiet i mężczyzn. Artykuł 2. unijnego traktatu, który definiuje europejskie wartości będące podstawa wspólnoty, przestał w Polsce obowiązywać. Wrogowie społeczeństwa otwartego zakorzeenili się u władzy na dobre.

2016-10-16

Może to wszystko przez pomyłkę?

Przy okazji ostatnich deklaracji Jarosława Kaczyńskiego na temat aborcji, nie po raz pierwszy okazało się, że  prezes PiS wcale nie mówi tego co mówi. Zamiast naśmiewać się z niezręcznej egzegezy prezesowych słów dokonywanej przez jego podwładnych w rządzie, spojrzmy na tę retoryczna ekwilibrystykę z optymizmem: jest szansa, że wszystko wróci do normy. 

Być może okaże się, że cała polityka pisowskiego układu władzy: sejmowej większości,  rządu i prezydenta bierze się z błędnego zrozumienia słów i intencji prezesa. Może wyjdzie na jaw, że również w kwestii demokracji, praworządności wolności mediów, polityki zagranicznej, polityki obronnej i społecznej oraz finansów państwa prezes miał na myśli coś całkowicie odmiennego niż partyjni wykonawcy jego poleceń zrozumieli i zrealizowali. I że stąd problemy we wszystkich tych dziedzinach. 

Wystarczyłoby zinterpretować słowa prezesa właściwie, aby Polska wróciła do europejskiej rodziny narodów demokratycznych, jako prawowity i odpowiedzialny członek Unii Europejskiej. Ba, nawet KOD i Komisja Wenecka na pewno by przyklasnęli, gdyby pomyłkę wyeliminować.

Sprawa mogłaby się wydawać dziecinnie prosta, gdyby nie jeden szczegół: co zrobić, żeby właściwa interpretacja słów prezesa dotarła do umysłów pisowskich aparatczyków, ale żeby jednocześnie elektorat, który na PiS głosował wiedziony słowami prezesa nie zorientował się, że tępy jest, bo nic z przekazu nie skapował. Gdyby się to wydało, chryja by była nie z tej ziemi.



Przypomnienie: "Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię" - powiedział prezes PiS. Przedstawiciele rządu i partii twierdzili, że mial na myśli zupełnie co innego, niż nieuczeni w interpretacji słów Kaczyńskiego i źle nastawieni ludzie zrozumieli. 

2016-08-23

Soros i Sobieski, dwa bratanki

Kiedy opowiadam węgierskim przyjaciołom, że Sorosem w Polsce dzieci straszą (przynajmniej w mediach narodowych), otwierają szeroko oczy ze zdumienia, że u nas też. Bo u nich owszem, Soros juz dawno przez władzę narodową został ogłoszony zdrajcą, ale to Węgier. No właśnie, tlumaczę: dlatego, że zdrajca na Węgrzech to w Polsce można na nim psy wieszać. Na innych Węgrach nie można, bo wszyscy inni popierają Orbàna i kibicują polskiej dobrej zmianie (przynajmniej w mediach narodowych).  


George Soros ©Niccolò Caranti
Wypromowanie Sorosa na wroga Narodu Polskiego nie jest rozwiązaniem idealnym, bo zdrajca nie zdrajca, żyd nie żyd, ale jednak Węgier i dlatego jego wrogie działania tłumaczyć można w mediach narodowych  jedynie poprzez interes finansowy, z natury rzeczy sprzeczny z interesem polskim, a to trochę za mało. Żydostwa wyciągnąć mu wprost nie można, bo wróg nie śpi i zaraz bezpodstawnie oskarży Polski Naród o antysemityzm (a, niestety, z powodu "Sąsiadów" Grossa, "Idy" Pawlikowskiego i "pedagogiki wstydu" Zachodowi się wydaje, że Polacy to antysemici). 

Byłoby lepiej, gdybyśmy mieli własnego zdrajcę-kapitalistę, bo wtedy można by zastosować targowicką ornamentację, a na tym bardzo zyskałby styl przekazu. W końcu rytuał narodowej ewangelizacji też się liczy. Przypadek Sorosa pokazuje jak bardzo potrzebna jest polonizacja polskiej gospodarki. Gdybyśmy mieli własnego milionera promującego społeczeństwo otwarte (wedle terminologii mediów narodowych chodzi o wpuszczanie terrorystów, nic wspólnego z Karlem Popperem), żyda na dodatek (nic nie trzeba mówić, mrugnięcie okiem wystarczy), to też moglibyśmy go ogłosić zdrajcą, a tak, niestety, musimy sobie sobie zdrajcę pożyczyć od bratanków Madziarów i przystosować do naszych potrzeb. 

Na szczęścicie przystosowanie nie jest takie trudne, bo rząd PiS i rząd Fideszu mają podobne, by nie powiedzieć bliźniacze potrzeby i metody działania. Weźmy na przykład taką politykę historyczną. W Polsce Kaczyńskiego, tak jak na Węgrzech Orbàna  polityka historyczna to rodzaj pojęciowej plasteliny, z której lepi się przeszłość wedle najmodniejszych wzorów odpowiadających potrzebom teraźniejszości. I tu i tam rządzący są przekonani, że to fundament każdego działania, niezbędne uprawomocnieni każdej polityki. 

Oczywiście ta bliskość, choć piękna, nie jest wolna od zagrożeń. Z niepokojem czekam na dzień, w którym Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz odkryją, co Węgrzy wypisują w szkolnych podręcznikach historii. Otóż wbrew oczywistej oczywistości piszą tam, że to oni byli przedmurzem chrześcijaństwa: walcząc w XIII wieku z Mongołami, w XVI i XVII z Turkami, a w czasie drugiej wojny światowej z bolszewikami. Dziś, wobec zlaicyzowanego i liberalnego Zachodu, znów stanowią awangardę odbudowy narodowo-chrzescijańskiej Europy.  To samo mniej więcej mówi PiS, tylko że wedle polskiej polityki historycznej to Polska jest przedmurzem chrześcijaństwa. Jest jednak wyjście: możemy się z Węgrami podzielić Janem Sobieskim, jak oni podzielili się Georgem Sorosem. 

NB. Tekst powstał pod wpływem porażającego arogancją infantylnej propagandy materiału na temat nieistniejacej listy Sorosa wyemitowanego kilka dni temu w Wiadomościach. 

Na podobny temat:

Alternatywna Europa byłych demoludów (6.03.2013)


2016-07-03

Kochani Londyńczycy: brawo! Ale za późno.

Trzydzieści tysięcy londyńczyków wyszło na ulice, bo nie chcą żeby Zjednoczone Królestwo wystąpiło z Unii Europejskiej. Czy wsród protestujących jest wielu takich, którzy 23 czerwca nie wzięli udziału w referendum w przekonaniu, że Brexit zwyciężyć nie może? Jeśli tak, to czy ich głos mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę zwolenników pozostania w Unii? Pytania ciekawe, ale dziś już bez znaczenia. Szkoda Londyńczyków, szkoda Szkotów i północnych Irlandczyków. Ale na krok w tył już za późno. Wielka Brytania, dla dobra integracji europejskiej, musi Unię opuścić.

Unia doszła do ściany. Dzięki Brytyjczykom, albo z winy Brytyjczyków, integracja znalazła się w miejscu, w którym trudno sobie wyobrazić współistnienie na obecnych zasadach tych, którzy chcą Unię wzmacniać z tymi, którzy chcą ją ograniczyć do minimum. Co znaczy wzmacniać, co znaczy ograniczać wymaga oczywiście zdefiniowania. Nie będzie łatwo, bo nie są to bynajmniej jedynie techniczne spory. Ale zacząć trzeba od uświadomienia sobie tej najbardziej oczywistej linii podziału: kto chce do przodu, kto w tył.

Unia dwóch prędkości

O tym, że taki podział istnieje, wiadomo przynajmniej od czasu traktatu z Maastricht. Traktat amsterdamski wprowadził mechanizm wzmocnionej współpracy sankcjonując możliwość integracji w różnym tempie, choć jedynie w odniesieniu do konkretnych projektów. Poważny kryzys nastąpił w momencie prac nad Konstytucją dla UE, postrzeganą przez przeciwników postępu integracji jako krok w kierunku federacji. Wielkie rozszerzenie w 2004 roku nie odbyłoby się, gdyby sporu na chwilę nie wyciszono. Ale wyciszenie go nie zakończyło. Przeciwnie: ci, którzy uważali, że rozszerzenie osłabi tempo integracji jednocześnie nadmiernie podnosząc jego koszty utwierdzili się w przekonaniu, że Unia różnych prędkości, integracja w "kręgach koncentrycznych" z centralnym, "twardym jądrem" skupiającym państwa chętne i gospodarczo zdolne do utrzymania tempa, jest koniecznością.

Najpierw twarde jądro oznaczało tak zwane państwa założycielskie. Kryterium historyczne uzupełniono szybko kryterium przenależności do strefy euro. Ale zaczął się kryzys finansowy, który strefę euro wystawił na ciężką próbę. Podział na nowe i stare kraje członkowskie też nie był już tak oczywisty, w głównej mierze dzięki prointegracyjnej postawie Polski, której pozycja w Unii rosła za rządów Tuska w imponującym tempie (w odróżnieniu od Słowacji, Czech czy Węgier), ale i dlatego, że aż siedem z dziesięciu państw, które przystąpiły do UE w 2004 roku przyjęły euro.

Dziś reformowanie Unii w celu zachowania dorobku integracji i dalszych postępów rozumiane jest przede wszystkim jako reforma w granicach strefy euro, uzupełniająca monetarny wymiar Eurolandu wymiarem politycznym i budżetowym. Odżyła też argumentacja historyczna: założycielska szóstka zadeklarowała dziś gotowość i chęć wzięcia na siebie odpowiedzialności za ratowanie Unii. Czemu szóstka, z eurosceptyczną Holandia w komplecie? Bo jak nie oni, to kto: przecież nie będą ratować Unii z Kaczyńskim i Orbànem; z kolei niemiecko-francuskie tradycyjne koło zamachowe integracji nie dość, że dawno już utraciło dynamikę z czasów Kohla i Mitteranda,  to jeszcze u wielu może w obecnym kontekście nie budzić zaufania.

Puszka Camerona i protesty pod unijną flagą

Referenda w Holandi i we Francji w 2005 roku, przegrane przez zwolenników integracji europejskiej, były tak naprawdę opóźnionym protestem przeciw rozszerzeniu UE i okazją dla konsolidacji lewicowych i prawicowych tendencji suwerenistycznych. To były przedbiegi. Można do nich zaliczyć też referenda w Irlandii, Danii, kolejne w Holandii, spadek poparcia dla integracji w Szwecji. Ale dopiero referendum w Wielkiej Brytanii wywołało wstrząs wywracający wszystko do góry nogami. Nigdy bowiem wcześniej, w kolejnych referendach, wyborach i politycznych zawirowaniach nikt nie postawił pytania o wystąpienie z Unii. Dziś się to stało. Dopiero Cameron, niczym Pandora, otworzył puszkę nieszczęść, ale już wcześniej wielu pracowicie ją wypełniało. I bynajmniej nie wszyscy byli Brytyjczykami.

Dziś mieszkańcy Londynu i innych wielkich miast, Szkoci i Irlandczycy chcieliby puszkę na nowo zatrzasnąć. Rozumiem przerażenie: na transparentach powypisywali obronę miejsc pracy, systemu zdrowotnego i praw socjalnych, szacunek dla mniejszości, a nawet spóźnione wyznania miłości do Unii Europejskiej. Popieram demokratyczny odruch wyjścia w proteście na ulicę w obronie rozumu, racji stanu i odpowiedzialności, przeciw korumpowaniu demokracji populizmem, krótkowzrocznym partyjnym interesem i zwyczajnym kłamstwem.

To oczywiste, że protest odbywa się pod unijną flagą (kilka było, nie za dużo, ale w Londynie trudno kupić). W Warszawie społeczeństwo obywatelskie też demonstruje pod unijną flagą, bo stała się ona dla wielu symbolem wolności i praworządności, amuletem odstraszającym zmory nacjonalizmu i ksenofobii. W Londynie, jak w Warszawie czy Budapeszcie, eurofobia jest sztandarem populizmu. Ale niestety, drodzy Brytyjczycy, mleko się wylało, za późno. Bo jeśli wierzyć greckim mitom, raz otwartej puszki Pandory zatrzaskiwać nie wolno, by nie uwięzić na zawsze umieszczonej na jej dnie nadziei.

Historyczna rola Wielkiej Brytanii

Wielka Brytania zawsze miała kłopot z kontynentem. A odkąd rozpoczęła się integracja europejską miała kłopot z integracją (tu więcej na temat najdłuższego i zakończonego porażką rozszerzenia Europy). Dziś sama siebie doprowadziła do takiego poziomu eurofobii, że jej pozostanie w UE byłoby dla integracji destrukcyjne (tu więcej o zagrożeniach pozostania Wielkiej Brytanii w UE). Dokąd Wielka Brytania pozostawała państwem członkowskim, eurosceptyczne rządy innych, mniejszych państw mogły się wygodnie ukrywać za jej plecami. Dziś to Cameron powiedział im: "sprawdzam". Jarosław Kaczyński musi teraz składać deklaracje prounijności, niewiarygodne i bezsensowne, bo wygłaszane nacjonalistycznym językiem. Trudno, przyszedł moment, kiedy trzeba się będzie opowiedzieć.

Przeciąganie procesu występowania Wielkiej Brytanii z Unii oznaczałoby wydłużanie ponad wytrzymałość okresu niedomówień i niejasności, zarówno prawnej jak i politycznej. Pozwoliłoby to na zachowanie pozorów stabilności na rynku tylko na krótką metę, przygotowująć znacznie poważniejszy wstrząs w bliskiej przyszłość. Dlatego trzeba ten okres skrócić na ile się da i negocjować z Londynem tak, by zachować integralność Unii na ile to możliwe (tu więcej o wyzwaniach negocjacji). Pozostanie Wielkiej w Brytanii w Unii doprowadziłoby do erozji integracji. Jej odejście stwarza szansę trudnych, ale niezbędnych dla uratowania Unii przegrupowań i przewartościowań.

Przed zwycięstwem zwolenników Brexitu można się jeszcze było łudzić. Teraz okres złudzeń się skończył: Wielka Brytania nie może Unii wzmocnić, może ją jedynie wysadzić od środka. Sama też zresztą może się wysadzić: Szkotom i północnym Irlandczykom życzę jak najlepiej, niech zaczną prawne i polityczne starania o pozostanie w Unii jak najszybciej i jak najbardziej zdecydowanie. Ale choćby nie wiem jak cynicznie to zabrzmiało, ratowanie jedności i stabilności Wielkiej Brytanii kosztem integracji europejskiej nie leży w interesie żadnego członka Unii i nie leży w interesie Europy jako takiej.



2016-03-10

Po co Prezesowi media publiczne

Wiele mądrych i uczonych, politologicznych i socjologicznych odpowiedzi sformułowano już by na tytułowe pytanie odpowiedzieć. Najprostsza odpowiedź brzmi oczywiście tak: autorytarna władza potrzebuje propagandowej tuby, zamienia więc media publiczne w rządowe, nazywa je "narodowymi", bo ma nacjonalistyczny światopogląd.

PiS przejmuje media publiczne (i wszystko inne) jak piraci, którzy przejmują statek: gdy tylko znajdą się na zdobytym pokładzie, wywieszają swoją flagę (jak ona wygląda, każdy wie). Ach, gdyby tak jeszcze mogli powywieszać poprzednią załogę, na rejach, obraz byłby pełniejszy, sen dośniony do końca. Poczekajmy jednak cierpliwie.

Znalazłem jeszcze jedną, inspirującą odpowiedź. Wyczytałem ją w książce zmarłego przed paroma dniami Umberto Eco zatytułowanej "Temat na pierwszą stronę". Jeden z bohaterów, niejaki Braggadocio, jest przekonany, że wykrył spisek i że wbrew temu, co wszyscy mówią, Mussolini nigdy nie został zabity. Zwierza się koledze z redakcji fikcyjnej gazety i tak tłumaczy potrzebę wyjawienia tajemnicy: "Muszę przecież opowiedzieć komuś o tym, co we mnie kipi, bo inaczej oszaleję. Kiedy jeden jedyny pojąłeś prawdę, możesz dostać zawrotu głowy. Tu nie ma nigdy nikogo oprócz przypadkowych turystów z zagranicy, którzy niczego nie rozumieją."

Czyż nie jest to piękny opis stanu ducha i umysłu Prezesa Kaczyńskiego? Tłumaczący zresztą nie tylko przejęcie mediów publicznych, których jesteśmy potencjalnie zbiorowym odbiorcą, ale i wielu innych przedsięwzięć komunikacyjnych? Zwracam też uwagę na dostrzeżoną przez Braggadicio niezdolność obcokrajowców do zrozumienia historii i teraźniejszości jego narodu. Nie tak dawno przecież premier Beata Szydło pojechała aż do Strasburga, żeby powiedzieć zagranicy, jak bardzo, ale to bardzo nie jest ona w stanie zrozumieć tego, co się właśnie w Polsce wyprawia (tu więcej na ten temat).

W tej samej książce jest też taki dialog: "Chce pan powiedzieć, że każdy nasz artykuł musi się podobać Prezesowi? - spytał wyspecjalizowany w zadawaniu głupich pytań Cambria. - Oczywiście - odpowiedział Simei - jest naszym najważniejszym akcjonariuszem." Wypisz wymaluj, polskie media publiczne.

Umberto Eco, Temat na pierwszą stronę, Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa, 2015. Tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki


NB. Sytuacja w polskich mediach publicznych była 8 marca przedmiotem dyskusji na posiedzeniu komisji do spraw politycznych i demokracji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Niepokoiłem się niedawno, że głównym źródłem wiedzy członków komisji będzie relacja pisowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (Kto opowie Radzie Europy o polskich mediach publicznych), okazało się, że niesłusznie: poza obecnym na spotkaniu, w imieniu Gazety Wyborczej, Jarosławem Kurskim (tu wystąpienie) i Magdą Szulekąm przedstawicielką Fundacji Helsińskiej, podczas posiedzenia rozdawano też list Mateusza Kijowskiego w imieniu KOD i list Towarzystwa Dziennikarskiego.

Na podobny temat:

2016-02-28

Murem za Wałęsą?

Pierwszy raz tekst na tym blogu piszę sam do siebie. Muszę. Bo dziś, pod flagami Polski i UE, skandowałem na manifestacji KOD "Polska murem za Wałęsą". I czuję potrzebę powiedzenia dlaczego. Przychodzi mi do głowy odpowiedź najprostsza: dlatego, że kiedyś skandowałem: "Mazowiecki na prezydenta!"

Odpowiedź może wydać się paradoksalna. Przecież kontrkandydatem Mazowieckiego był wtedy, w 1990 roku, właśnie Lech Wałęsa. To on stanął na czele obozu politycznego, który wywołał tak zwaną "wojnę na górze", trwającą do dziś, by sięgnąć po stanowisko prezydenta. Tak jak dziś, za sznurki pociągał Jarosław Kaczyński. Opozycjonista z czwartego szeregu, praktycznie wówczas nieznany, na plecach Wałęsy wdarł się na szczyt i stworzył polityczną strukturę, w której stał się głównym rozgrywającym. Zbyt mało znaczący, by osobiście pretendować do najwyższych stanowisk, posłużył się autorytetem Wałęsy i sprawnie wykorzystał wybujałą ambicję historycznego szefa Solidarności by poszczuć go przeciw dorastającej dopiero polskiej demokracji. Stawiając na Kaczyńskiego, Wałęsa  odwrócił się od wielu ludzi (Mazowieckiego, Geremka, Turowicza, Kuronia, Michnika), bez których nie byłoby Wałęsy i sojuszu intelektualistów z robotnikami, solidarności głównych sił narodu.

Gdy słucham dziś, nie po raz pierwszy przecież, jak Wałęsa opowiada o swojej próbie zmanipulowania SB w latach siedemdziesiątych, nie wnikam w historię prostego, dwudziestoparoletniego robotnika, ledwie piśmiennego, który w samotności musiał stawić czoła oficerom bezpieki. Myślę raczej jak później, już jako laureat Nagrody Nobla, narodowy bohater, człowiek rozpoznawany na świecie jako symbol demokratycznego zrywu, Wałęsa znów myślał, że to on manipuluje, że jest cwańszy, i że to on Kaczyńskich wykorzysta, by dojść do upragnionej władzy. I znów stało się inaczej.

Gdyby Wałęsa się wtedy nie skusił, gdyby - tak jak w 1980 - potrafił stanąć na wysokości zadania, które nieświadoma zakamarków ludzkiej psychiki historia mu wyznaczyła, Polska wyglądałaby dziś pewnie inaczej. Wojna na górze pewnie nie doprowadziłaby w 1990 do sukcesu tępawego populisty znikąd, Stana Tymińskiego, który wypchnął Mazowieckiego z wyścigu o prezydenturę. Nie byłoby prezydentury Wałęsy: zaspakajającej jego ambicję, ale kiepskiej dla Polski. Nie byłoby drastycznego końca legendy wodza Solidarności, człowieka, który na legendę przecież zasłużył. Nie nastąpiłoby weliminowanie z życia politycznego tylu odważnych, zasłużonych i świadomych sensu polskich przemian ludzi. Ale przede wszystkim nie byłoby sukcesu zrodzonej wtedy formacji, przekształconej później w Prawo i Sprawiedliwość. Formacji, która stała się grabarzem polskiej demokracji, praworządności i europejskości. Największego i wczoraj i dziś zagrożenia przyszłości Polaków.

Czemu jednak służy gdybanie? Pewnie rację mają ci, co mówią, że inaczej być nie mogło: na ówczesnej scenie politycznej nie było miejsca dla Wałęsy, którego nie zadowolała ani rola lidera związkowego ani historycznej postaci. Chciał być częścią teraźniejszości, nie przeszłości. Budować historię a nie odchodzić do historii. I dlatego też nie było możliwe funkcjonowanie rządu z Wałęsą pozostającym poza szczytami władzy. Na tym defekcie dziejów, na małości wielkiego Wałęsy, swą karierę zbudował Kaczyński.

Po latach znów możemy powiedzieć: inaczej być nie mogło. Sprawna przecież PO, jeśli oceniać po wynikach gospodarczych i miejscu Polski w Europie, była jednocześnie gnuśna i bezideowa, a więc upośledzona w sporze o wartości i idee; ślepa na socjalne potrzeby Polaków a tym samym na zagrożenie populizmu i imperatyw sprawiedliwości; naiwna i zadufana wobec marszu PiS po władzę. Władzę absolutną, bo inna Kaczyńskiego nie zadowala. Jest niezdolny do funkcjonowania w demokracji. Przestrzegam jednak przed prostym skojarzeniem: o, to jak kiedyś Wałęsa. Nie, bo niezdolny do działania w demokracji Wałęsa demokracji nie zniszczył i zniszczyć nie chciał. Nie, bo Wałęsa dokonał tak wiele, że starczyłoby dla armii Kaczyńskich. Jego ludzkie błędy nie mogą tych dokonań przekreślić, bo dziś wszyscy jesteśmy depozytariuszami pamięci o tych dokonaniach, jesteśmy ich spadkobiercami. I dlatego to mądre, i oczywiste, że dzisiejsza manifestacja KOD odbyła się pod hasłem "My, naród", tym samym cytatem z amerykańskiej Konstytucji, którym kiedyś wystąpienie w Kongresie USA rozpoczął Wałęsa.

Dziś, obrona fundamentów wolnej i demokratycznej Polski, obrona nas samych przed destrukcyjnym zalewem pisowskiego błota, polega również na obronie naszej zasłużonej dumy z tego, co udało się dokonać; na obronie przed splugawieniem naszej zbiorowej pamięci; naszego świeżego jeszcze imaginarium; naszych mitów założycielskich. Wałęsa, czy się to komu podoba czy nie, jest częścią tego, czego bronimy. I dlatego dziś, na manifestacji w obronie demokracji, tak jak za czasów komuny, wyrażając poparcie dla Wałęsy, wyrażaliśmy wierność tym ideom i wartościom, które od czasu rządu Mazowieckiego stały się kamieniem węgielnym nowej Polski: demokracji, praworządności, wolności, integracji europejskiej.

----------------------------------
Ciekawy materiał: Kropka nad i z udzialem prof. A. Friszke i Jana Litynskiego: "Wchodzi w kontakty z bezpieką, kiedy jeszcze są niepochowane trupy" (http://www.tvn24.pl)

2016-01-18

Co powie w Strasburgu Beata Szydło i po co

Polska premier jedzie do Strasburga, bo Orban jeździł. Tak jak wcześniej miała nie jechać, bo Orbàn jeździł nie zawsze. Podjęta w ostatniej chwili decyzja, prezentowana teraz jako realizacja oczywistego i znanego od dawna zamierzenia, to objaw nagłego przypływu świadomości w dyrektoriacie Partii, że jednak ktoś zauważył, co się w Polsce dzieje, że jednak się to komuś nie podoba, i że jednak ma to jakieś społeczne, polityczne i gospodarcze skutki. Zdziwienie, z jakim Partia reaguje na tę nową dla siebie sytuację może obniżyć skuteczność i wiarygodność retoryki, którą pani premier chce zastosować w Strasburgu, aby przekonać posłów, że w Polsce nic złego się nie stało.

Poziom zaskoczenia PiS międzynarodową reakcją, jaką wywołuje prowadzona w Polsce polityka jest miarą mentalnego i cywilizacyjnego dystansu, jaki dzieli tę partię od funkcjonujących w Unii Europejskiej współczesnych formacji politycznych, które mają inne wartości, inne idee, inny język opisu rzeczywistości i politycznego komunikowania. Władza PiS jest z innej czasoprzestrzeni (przeczytaj więcej). To niezbędna informacja, by zrozumieć dlaczego, gdy politycy PiS używają terminów demokracja, Europa, wolność, władza lub prawo, to terminy te mają inne znaczenie, niż gdy wypowiadają je politycy unijni. Przy czym przymiotnik "unijni" niekoniecznie oznacza ludzi z innych krajów, może dotyczyć również Polaków, ale mówiących językiem współczesności.

Nie wiecie i nie rozumiecie

Tych terminów użyje też Beata Szydło, gdy w Strasburgu będzie przekonywać posłów, jak bardzo się mylą oceniając negatywnie sytuację w Polsce. Powie im, że nie zrozumieli i że nie wiedzą. To zawsze ryzykowny przekaz, gdy chce się kogoś udobruchać. Dlaczego niby mieliby nie wiedzieć? Skąd ten argument? Z dwóch powodów, a każdy z nich unaocznia potęgę wpływu Prezesa Kaczyńskiego na wszelkie działania, na myślenie i artykułowanie myśli przez jego wyznawców. Po pierwsze, Prezes nie do końca jest świadom tempa, z jaką rozchodzi się dziś informacja, zakresu jej dostępności i skutków technologicznej zmiany, która zaszła w ciagu ostatnich 30 lat. Po drugie, wyznawcy Prezesa przesiąknięci są jego wiarą w Wielką Manipulację. A ta z kolei jest wynikiem Wielkiego Spisku uknutego przez "różne grupy".

Prawda, fakty, które ją budują, nie mają wymiaru epistemologicznego. Są jedynie zawartoscią manipulacji. Dlatego w Polsce trzeba media opanować, żeby zmienić zawartość, zamienić manipulację wroga na swoją własną manipulację. A poza Polską wytłumaczyć tym zachodnim naiwniakom, że zostali zmanipulowani i dostarczyć im właściwych informacji. Takie jest zadanie Beaty Szydło. Taki był cel wizyty w PE ministra spraw zagranicznych Konrada Szymańskiego. Taki jest cel artykułu opublikowanego przed prezydenta Dudę w Financial Times. Po to, za pieniądze rządu i grupy EKR w Parlamencie Europejskim, ukazują się artykuły sponsorowane w zagranicznej prasie. Wszystkie tłumaczą, że nic się złego w Polsce nie stało. Że wręcz przeciwnie: wszystko się ma ku lepszemu, bo to poprzedni rząd był zły. A ci, którzy twierdzą inaczej, są albo sprawcami antypolskiej manipulacji, albo jej ofiarami. Beata Szydło zwróci się w Strasburgu do nieświadomych ofiar Wielkiej Manipulacji, ponieważ Prezes myśli, że "różne grupy" przekazały unijnym politykom i instytucjom, odciętym przecież od informacji z dalekiej Polski, fałszywy obraz działań polskich władz.

To nie wasza sprawa, to wam się nie opłaca

A co, jeśli ktoś mimo wszystko nie uwierzy w dobrą nowinę pisowskich apostołów? A co, jeśli ktoś krytykuje PiS, bo ma w tym interes? Dla tej części publiki też jest przekaz. Po pierwsze, co wam do tego? - powie im Beata Szydło. Polacy nas wybrali, bo chcieli zmiany, a my te zmiany wprowadzamy, na tym przecież polega demokracja. To, że wielu wyborców głosowało na lewicowy program PiS (sedno ich kampanii wyborczej), a nie za nacjonalistycznym, wyznaniowym autorytaryzmem (który podczas kampanii wyborczej ukazywał się na stronie internetowej PiS w postaci zwięłej formuły "Error 404"), to szczegół (przeczytaj więcej), o którym Pani premier nie wspomni, bo to bez znaczenia: demokracja dla PiS to jeden z mechanizmów (są inne, z których mogliśmy skorzystać, ale nie było potrzeby) służących przejęciu władzy; władza, to realizowanie przez zwycięzcę swoich zamysłów. To, że w obronie zagrożonej demokracji manifestują w Polsce ludzie, to nie jest problem, tylko kolejny dowód, że jest w Polsce demokracja (moglibyśmy ich spałować, ale tego nie robimy - jeszcze).

Jeżeli i ten argument nie trafi do manipulatorów i zmanipulowanych, to Beata Szydło odwoła się do bilansu zysków i strat. Po co wam to? - zapyta. Jest tyle ważnych spraw, z którymi Unia musi sobie poradzić, bo jak nie to się rozleci, a wy się zajmujecie jakimiś drobiazgami w naszym kraju? Na który i tak nie macie wpływu, bo demokratycznie wybrana władza nie ugnie się przed wichrzycielami i zewnętrzną ingerencją w wewnętrzne sprawy Polski (jak echo historii słychać w tej argumentacji wystąpienia Gomułki, Moczara, Cioska z 1968 roku, ale kto na tym obcym, nieświadomym niczego Zachodzie może to zauważyć?). Tymczasem Komisja Europejska wszczynając swoją procedurę miesza się w nie swoje sprawy (przeczytaj więcej). Ustawia się po jednej stronie politycznego sporu, zamiast zachować neutalność. Tak jak ci politycy, niemieckie wilki w unijnej skórze, jak Schulz czy inne Junckery, Verhofstadty i Timmermansy (Luksemburczyk, Belg i Holender, ale co tam). Żadnego zysku z tego mieć nie będziecie, wiem to, bo Orbàn Prezesowi powiedział, że "możecie poszczekać, ale nie ugryziecie".

Jesteśmy proeuropejscy

W FT prezydent Duda napisał, że Polska była i pozostanie proeuropejska. Beata Szydło powtórzy tę deklarację w Strasburgu. Przed gmachem Parlamentu proeuropejskie hasła mają skandować zwolennicy Radia Maryja i aktyw Klubów Gazety Polskiej (dostali zgodę na protest uliczny mimo stanu wyjątkowego we Francji? Hmm). Tak, ci sami, którzy organizowali autokarowe pielgrzymki do Budapesztu by wesprzeć Viktora Orbàna. Na czym polega "proeuropejskość" PiS, bardzo dobrze widać na okładce tygodnika W Sieci, tej z Orbànem i Kaczyńskim i podpisem: "Oni bronią Europy". Duda czy Szydło naprawdę się łudzą, że nikt zapyta, dlaczego KOD manifestuje w Polsce pod unijnymi flagami? Że nikt nie dostrzeże hipokryzji w jej retoryce? Tych usuniętych przez Szydło flag UE; likwidacji stanowiska pełnomocnika do spraw przygotowania przyjęcia euro (bo przecież PiS zamierza niczego przyjmować - tu więcej); tego podważania podstaw prawnych decyzji Komisji Europejskiej, "strażnika traktatów, zgodnie z zasadą, że w Polsce tylko polskie prawo się liczy (przeczytaj więcej). A przede wszystkim całkowicie innego od dominującego w UE rozumienia, czym jest integracja europejska (przeczytaj więcej).

W Strasburgu premier Szydło uraduje się, że może wystąpić w Parlamencie Europejskim, by przedstawić jak rzeczy się mają naprawdę. Zapewni, że cieszy się z woli dialogu ze strony Komisji i zadeklaruje, że oczywiście jej rząd odpowie na wszystkie pytania, żeby sprawę wyjaśnić, tym bardziej, że faktycznie Komisja niewiele wie. Zaapeluje, jak Duda, o "uczciwą i rzetelną" analizę sytuacji. Ale ani urzędowy optymizm, ani zapewnienia o woli współpracy nie wystarczą by, udobruchać posłów. Beata Szydło jeszcze nigdy w takiej debacie nie uczestniczyła. Nie ma ani doświadczenia ani determinacji ani łatwości wypowiedzi swego bohatera, Viktora Orbàna.

Ponoć posłowie PiS zabiegali, by ich premier mogła podczas debaty zabrać głos trzy, a nie dwa razy. Może i zabiegali, ale wcale to Beacie Szydło nie musi pomóc. Częstsze wystąpienia wymagają bardziej rzeczowej i szczegółowej reakcji na uwagi posłów. Czy Szydło sobie z tym poradzi? Owszem, taki scenariusz pozwala zwielokrotnić cięte riposty. Ale czy bedzie miała co zwielokrotniać? Czy odpowie na nie po angielsku, po francusku, czy też trzeba będzie tłumacza? To, jak sobie na tej debacie poradzi, będzie miało niewątpliwy wpływ na jej wizerunek w kraju i na pozycję we własnej partii. Warto tej debaty wysłuchać i zobaczyć, czy stawiając w końcu czoła wyzwaniu Beata Szydło zrealizuje swoje cele: przekonać opinię publiczną w Polsce, że jest twardym, skutecznym politykiem na arenie europejskiej i nakłonić europosłów do rezygnacji z lutowej rezolucji na temat sytuacji w Polsce lub przynajmniej do maksymalnego złagodzenia języka, w jakim zostanie napisana. Trudne zadanie.


Na podobny temat:
Przyjdzie Unia i wyrówna (6/01/2016) 
Komisja Europejska wszczyna procedurę (13/01/2016)
Po co Waszczykowskiemu opinia Rady Europy (28/12/2015)

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...