Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EFTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EFTA. Pokaż wszystkie posty

2014-02-11

Proste europejskie wybory


Zmniejszyć Unię, zwiększyć Polskę


W Polsce słychać przede wszystkim zwolenników tej pierwszej teorii, zgrabnie wyrażonej wyborczym hasłem partii Jarosława Gowina „Polska Razem”: „Wielka Polska w małej Unii”. Powinno być chyba „słaba” Unia, „albo płytka” bo w swoim programie gowinowcy domagają się, wbrew tytułowi, powiększenia UE, ale to szczegół. Jeśli ktoś chce powiedzieć „Wszechpolska” zamiast „Wielka Polska”, to też proszę się nie krępować: różnica jest jedynie retoryczna. Bo poza retoryką i polityczną gestykulacją, wzmocnioną na czas kampanii wyborczej (nie ma się co dziwić, bo dla niektórych partyjek miejsca w Europarlamencie to szansa na przetrwanie) poglądy w sprawie UE takich partii jak PiS, SP, PR JG i RN są praktycznie identyczne. Dosyć dobrze scharakteryzował je Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego, kandydat na europosła (poważnie!): Europa ojczyzn, związek suwerennych państw, precz z traktatem lizbońskim, skończyć z polityką klimatyczną i bronić palenia węglem, nigdy nie przyjmować euro (w rozmowie z francuskim Nouvel Observateur).

Ten program można wzbogacić innymi punktami z programu PR Gowina, na przykład postulatem by organizować referendum narodowe za każdym razem, gdy Unia miałaby uzyskać nowe kompetencje, albo oskarżeniem UE o wszystko, jak leci, na przykład o to, że za dużo Polaków wyjeżdża do pracy w Norwegii i Islandii. Albo opiniami Solidarnej Polski Ziobry, który lubi na przykład powoływać się na „wybitnych ekonomistów” przewidujących „upadek i katastrofę” strefy euro. Jego poglądy idealnie pokrywają się w tej sprawie z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, co zresztą otwarcie podkreśla, mimo, że PiS jest partią konkurencyjną w wyborach do PE, obie partie zabiegają przecież o ten sam elektorat. Ale jeśli chodzi o Unię Europejską, to różnic programowych i ideologicznych nie ma, konsensus jest całkowity, i niemal wszystko co na temat programu europejskiego PiS piszę od paru tygodni na tym blogu (Państwo PiS jest nie z tej Europy), można by też powiedzieć o SP, PR i, w dużej mierze, o RN.


Dalsza integracja czy status quo


Zwolenników dalszej integracji politycznej Europy wyraźnie widać właściwie tylko w Twoim Ruchu Palikota. To ugrupowanie, w przeciwieństwie PR Gowina, widzi wielką Polskę w wielkiej UE. Czym silniejsza Unia, a przede wszystkim jej wspólnotowy wymiar, tym lepiej dla Polski. Ale nawet w deklaracjach polityków tego ugrupowania nie dostrzegam głębokiej wiary w sens integracji europejskiej i zrozumienia tego procesu. To bardziej kwestia usytuowania na politycznym rynku, odróżnienia od innych, zbudowania tożsamości. Więcej w tym PR, polityki wizerunkowej, pragmatyzmu, niż idei. U polskich zwolenników integracji europejskiej zaobserwować można syndrom sierocy, zagubienie adoptowanego dziecka, bolesną nieświadomość korzeni. To wynik nieuczestniczenia Polski i Polaków w procesie integracji europejskiej od samego początku. Chcemy, jesteśmy za, ale nie czujemy do końca tego procesu.

W koalicji rządowej dominuje postawa utrzymania status quo. PO jest oczywiście bardziej proeuropejska niż jej koalicyjny partner, integracja europejska to dla Tuska najlepszy, i jedyny, sposób na budowę zasobnej Polski (zasobnej, bo zasoby są jednak na pierwszym miejscu). Proeuropejskość PSL jest, po pierwsze, objawem politycznego mimetyzmu, w końcu są w rządzie; a po drugie wynikiem pewnej ewolucji, której motorem - jak zawsze w przypadku tej partii – jest korporacyjny pragmatyzm: dzięki unijnym funduszom możemy zaproponować więcej naszym wyborcom niż bez nich. Utrzymanie status quo i program minimum: to uznawana za typową postawa PO i PSL wobec rzeczywistości, ironicznie nazywana polityką ciepłej wody w kranie, która ma zastosowanie również wobec UE. Trzeba przyznać, że nie różni się zasadniczo od polityki innych większości parlamentarnych obecnie u władzy w państwach europejskich. Rządzeni przez socjalistów Francuzi i Niemcy z chadekami u władzy też chcą status quo w UE. O dalszej integracji mówią coraz wyraźniej, ale jedynie w strefie euro. A to oznacza tylko tyle, że dziś już bez owijania w bawełnę politycznej poprawności wzywają do powrotu do małej Unii, tej sprzed wielkiego rozszerzenia, bo dzisiejsza wydaje im się zbyt kosztowna i niespójna (gospodarczo, społecznie, kulturowo i politycznie).


Wymarzone miejsce w przeszłości


Wyjątkowość Wielkiej Brytanii,,rządzonej przez torysów, w tym kontekście jest banalna. Nie jestem nawet pewien, czy wyjątkowość do dobre słowo, bo ma ono sens tylko, gdy możliwe jest porównanie bytów porównywalnych. A stosunek wyspiarskiego Zjednoczonego Królestwa do kontynentu zawsze charakteryzował się izolacjonizmem i silnym poczuciem odrębności celów i interesów. Ich relacja wobec UE nie odbiega od tej zasady. Oni też zresztą chcą powrotu, tyle, że jeszcze bardziej w przeszłość niż Francuzi i Niemcy: do czasu, gdy jednocząca się Europa nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście chce być czymś więcej niż ograniczoną do rynku i unii celnej EFTA. O ile można zrozumieć zbieżność programów polskiej opcji narodowo-eurosceptycznej (PiS, PRJG, SP, RN) z brytyjską wizją (nacjonalistów z UKIP i większości torysów) co do postulatu ograniczenia Unii do minimum, o tyle ich uwikłanie w sojusz z Brytyjczykami w innych sprawach jest wbrew naturze. Brytyjski egoizm i izolacjonizm wyklucza przecież bezinteresowną szczodrość, której od tak zwanego Zachodu oczekują polscy eurosceptycy z tytułu zadośćuczynienia za historyczną krzywdę Polski.


Chęć powrotu do przeszłości i izolacjonizm to cechy charakteryzujące postawę wobec integracji europejskiej w większości państw UE. Niepewność jutra w czasach kryzysu gospodarczego rozbraja polityczną odwagę i dalekowzroczność. Idea postępu (jakbyśmy tego terminu nie definiowali) trafiła do muzeum, którego kustoszami są zatwardziali konserwatyści. Ich konserwatyzm należy rozumieć dosłownie: jako determinację w zakonserwowaniu swoich własnych (swojego kraju, społeczeństwa) zdobyczy. Zdobyczy (na przykład socjalnych, na przykład poziomu życia), które kiedyś w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Francja uważano za objaw postępu. Które z kolei w takich krajach jak Polska czy Czechy też definiować trzeba dosłownie: nie damy sobie odebrać tego co zdobyliśmy, a więc i prawa do dalszych zdobyczy (z unijnego budżetu), bo jako biedniejsi i – jak lubi powtarzać prezes Kaczyński – „na dorobku”, potrzebujemy ich do życia. Ponieważ potrzebujemy, to nie chcemy wracać do czasu sprzed rozszerzenia. Wygląda na to, że w przypadku krajów korzystających z funduszy spójności koncepcja powrotu, kroku wstecz w integracji europejskiej, nie ma zastosowania.

Czy rzeczywiście? Polskie partie narodowo—eurosceptyczne domagają się Unii bez tych zasad, które - wedle chociażby definicji  Joschki Fischera - są siłą napędową integracji europejskiej: zaufania, solidarności i kompromisu. Bo zaufanie miedzy państwami i narodami jest wbrew naturze, bo solidarność polega na tym, że oni dają nam pieniądze a my im logo „Solidarności”, bo kompromis to zdrada, która dowodzi, że skoro interesy każdy ma inne, zaufania być nie może. Można się jedynie spierać, czy rozumujący w ten sposób politycy i wyborcy chcą powrotu do sytuacji, gdy te integracyjne mechanizmy i pryncypia nie działały, czy też po prostu nie przyjmują ich do wiadomości, bo w głowie się im nie mieszczą. Jeśli ta druga interpretacja jest prawdziwa, to na ich usprawiedliwienie można jedynie powiedzieć, że w głowie im się zasady europejskiej integracji nie mieszczą dlatego, że byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny, gdy się one krystalizowały. I chyba spoza tej kurtyny nie wyszli do dziś. To specyficzna odmiana ukąszenia heglowskiego. Niestety, jego ofiarami padli nie tylko narodowcy-eurosceptycy, ale i spora cześć zwolenników integracji europejskiej, tak otumanionych historycyzmem, że utracili zdolność zrozumienia na czym integrowanie Europy polega, choć bronią tego projektu, bo wiedzą, że do czegoś się może przydać, że się opłaca. Czysty pragmatyzm.

Rower z napędem na ciepłą wodę

Podejście do historycznych zdobyczy i długość doświadczenia w integrowaniu Europy to różnice decydujące o stosunku do UE państw bogatych, które wymyśliły i nadały bieg integracji europejskiej, i tych „na dorobku”, które jako ostatnie przystąpiły do UE. W roku dziesiątej rocznicy polskiego członkostwa warto sobie te różnice uświadomić. To, co praktycznie wszystkie państwa UE dziś łączy, to pokusa powrotu (do lepszych czasów albo do bardziej zrozumiałej rzeczywistości) i izolacjonizm. Na tym właśnie polega kryzys integracji europejskiej, poważniejszy niż wszystkie pozostałe. Do tej pory przekonanie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni świetnie sprawdzało się w odniesieniu do integracji europejskiej: każdy kryzys stawał się bodźcem do pogłębienia i przyspieszenia procesu, bo siła powiązań między państwami zmuszała do poszukiwania wspólnych rozwiązań.
Dziś prawdziwość tej reguły potwierdza się przede wszystkim w odniesieniu do strefy euro, czy jednak rzeczywiście gwarantuje to trwałą konsolidację należących do niej państw? A jeśli tak, to co z tymi, którzy znajdą się poza tym obszarem? Trudno przewidzieć. Ale jeżeli dzisiejsze tendencje zmierzające do sformalizowania „zmiennej geometrii” Europy się umocnią, spór o Europę jeszcze wyraźniej niż dziś stanie się sporem fundamentalnym w polskiej polityce.

Bo na coś trzeba się będzie zdecydować: albo zrobić krok do przodu z tymi, którzy wzmocnią UE ograniczoną do strefy euro, albo krok wstecz z tymi, którzy chcą Unii bez kompetencji, powrotu do idei EFTA. To raczej zła wiadomość dla uprawiających politykę ciepłej wody w kranie: czas status quo właśnie się kończy. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że integracja europejska jest jak rower: w którąś stronę trzeba pedałować, żeby się nie wywrócić. Napęd na ciepłą wodę nie zadziała. Na węgiel też zresztą nie.

2014-02-08

Państwo PiS jest nie z tej Europy (7) Udział Polski w konstruowaniu UE: żeby się za bardzo nie zintegrowali

W swym przemówieniu programowym wygłoszonym w Sosnowcu w 2013 roku, Jaroslaw Kaczyński zapowiedział, że pod jego rządami Polska włączy się w poszukiwania nowego modelu organizacyjnego UE. To ważna deklaracja, z której dowiadujemy się, że takie poszukiwania trwają, że Polska w nich nie uczestniczy oraz, że się do nich włączy, kiedy PiS dojdzie do władzy. 

Deklaracja ta zachęca też do pytań. Po pierwsze, jak się włączy zważywszy na dość specyficzną koncepcję współpracy Prezesa Kaczyńskiego z partnerami unijnymi i jego niechęć, a nawet niezdolność do kompromisu? Po drugie, jak Prezes ocenia stan wyjściowy przyszłych zmian, czyli obecny model organizacyjny UE? Na to pytanie udzieliłem już poniekąd odpowiedzi w poprzednich artykułach cyklu poświęconego programowi europejskiemu PiS: nie jest to ocena specjalnie pozytywna. I wreszcie po trzecie, jak Unia Europejska powinna zdaniem Prezesa wyglądać w przyszłości, jak widzi on ewolucję integracji europejskiej? Bo przecież model organizacyjny nie jest celem samym w sobie: ma służyć realizacji celów.

Federacji mówimy "nie"

Model organizacyjny to termin dość techniczny. Co konkretnie Jarosław Kaczyński ma na myśli, nie wiadomo. Rzeczywiście trwają spory o to, jak bardzo UE powinna być zintegrowana: czy mamy zachować status quo, cofnąć się w integracji w stronę struktury bardziej międzyrządowej, oddając niektóre ponadnarodowe kompetencje państwom członkowskim, czy też – przeciwnie – zmierzać w stronę federacji. Wszystkie te opcje dotyczą ustroju UE i raczej wykraczają poza minimalistyczne rozważania na temat "modelu organizacyjnego". Jest jednak jasne, że Kaczyński jest przeciwny federacyjnym ciągotom, opowiada się za wzmocnieniem wymiaru międzyrządowego UE, więc de facto za krokiem w tył. W czerwcu 2013 w Sosnowcu zapowiedział, że PiS "zdecydowanie będzie odrzucać propozycje federalistyczne skazujące Polskę na wieczną peryferyzację i bycie rezerwuarem taniej siły roboczej. Bez własnego ośrodka dyspozycyjnego o suwerennym charakterze, a więc bez suwerennego państwa, nie jesteśmy w stanie tej sytuacji zmienić." Kaczyński nie przyjmuje do wiadomości zasady dzielenia suwerenności, fundamentalnej dla integracji europejskiej: albo się jest suwerennym, albo nie, nie ma nic pośredniego jego zdaniem.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że unia bankowa, wzmocnienie koordynacji gospodarczej i budżetowej, zacieśnienie więzów gospodarczych i politycznych między członkami strefy euro, to wszystko procesy o charakterze federacyjnym. Konieczność walki z kryzysem bardzo te procesy przyspieszyła. PiS jest tego świadom. Dlatego 3 czerwca 2013 rzecznik partii, Adam Hofman, powiedział (cytat za Gazetą Wyborczą): "Unia Europejska jest rzeczą dla Polski bardzo dobrą pod jednym warunkiem: że nie będzie się zmieniać w stronę federacji, czyli jednego superpaństwa. Trzeba UE mocno zmienić, mamy sporo zastrzeżeń do kierunku, w którym ona podąża. Oficjalne stanowisko PiS zakłada, że odpowiedzią na kryzys nie powinna być zwiększona integracja w Europie, lecz refleksja o tym, co powinno wracać czy też zostać w państwach narodowych".

Suwerenny margines

PiS, nawet w przypadku wygrania wyborów w Polsce, nie będzie oczywiście w stanie doprowadzić do zatrzymania dalszej integracji UE. Będzie ona postępowała przynajmniej w strefie euro. PiS jest przeciwny przystąpieniu Polski do euro. Państwa, które będą chciały w procesie integracji uczestniczyć, będą musiały w strefie euro pozostać (a nie słychać, aby ktoś zamierzał wychodzić) albo do nie przystąpić (tak, jak właśnie zrobiła to Łotwa, za rok zrobi Litwa, i jak chce w nieco dalszej przyszłości zrobić Tusk). Wyłączając Polskę z udziału w tych federalistycznych formach integracji, Kaczyński wyłączy ją z głównego nurtu, usytuuje poza centrum UE, w którym zapadają decyzje, i które jest motorem dalszej integracji. To z kolei, w przypadku dojścia PiS do władzy, może się oczywiście udać. Wówczas nawet dla wyborców PiS stanie się jasne, że obrona "suwerenności" w rozumieniu Kaczyńskiego oznaczać będzie de facto całkowitą marginalizację Polski.

Co, poza czysto politycznym, wymiarem, przyniesie marginalne usytuowanie Polski w UE? Konsekwencje będą poważne. Po pierwsze, dla samej Unii. Wiadomo, że strefa euro będzie miała swój własny budżet. Nie wiadomo, jak będzie się on miał do budżetu ogólnego UE. Jest jasne, że taka zmiana wymaga podstawy prawnej, ale nie jest jasne, jak ani kiedy dojdzie do zmiany traktatu UE. I czy w ogóle dojdzie, bo bardziej możliwy jest traktat międzyrządowy (na zmianę traktatu musiałyby się zgodzić wszystkie państwa członkowskie). Mimo tych wszystkich niewiadomych, jest pewne, że decyzje dotyczące rozdysponowania środków unijnych nie będą takie same bez udziału Polski jak z jej udziałem, bo Polska to znaczący kraj. PiS i jego liderzy nie rozumieją jak bardzo wzrosła pozycja naszego kraju w UE, a jeśli rozumieją, to nie przyjmują tego do wiadomości, nie mieści się to bowiem w ich koncepcji relacji miedzy państwami, jest też sprzeczne z ich postrzeganiem procesu integracji europejskiej.  W przypadku rządów Kaczyńskiego, jeżeli zrealizuje on swój program wyłączenia Polski z głównego nurtu integracji, należy się przygotować na nieobecność naszego kraju przy głównym stole negocjacyjnym i przyspieszoną alienację Polski.  Ale dzięki temu strefa euro będzie mogła się zintegrować nawet szybciej.

Po drugie, Polska niewątpliwie ucierpi na swojej marginalizacji budżetowo. Do 2020 roku środki z UE mamy zagwarantowane. Po 2020 natomiast fundusze UE tak czy owak nie będą już mogły płynąć do Polski tak szerokim jak obecnie nurtem. Nie zmienia to faktu, że nadrobienie zapóźnień rozwojowych potrwa jeszcze długie lata. To, jak będzie wyglądał unijny budżet i jaki będzie udział Warszawy w decyzjach kluczowych dla kształtu unijnej awangardy będzie nadal miało zasadnicze znaczenie dla rozwoju Polski. Nie wierzę, by Kaczyńskiemu udało się przekonać państwa głównego nurtu integracji do szczodrości wobec outsidera argumentem zadośćuczynienia za "zdradę jałtańską".

Sojusz idei, konkurencja patriotyzmów

Tym bardziej trudno oczekiwać, by PiS mógł oczekiwać szczodrości od Wielkiej Brytanii. Anty-imigrancka histeria, która zapanowała nad Tamizą, niewolna od antypolskich deklaracji, wyklucza takie oczekiwania. Pozostający tam u władzy torysi to nie tylko sojusznicy PiS z tego samego klubu politycznego w Parlamencie Europejskim (ECR), ale i ideowi pobratymcy. Przynajmniej pozornie. Pisałem o tym już wielokrotnie, wiec tym razem bardzo krótko. Z jednej strony z ECR i brytyjskimi torysami PiS łączą poglądy polityczne: eurosceptycyzm (mniej ekstremalny jednak niż w przypadku skrajnie prawicowej Partii Niepodległości UKIP), suwerenizm, pociąg do autarchii, nieufność wobec wszystkiego, co na zewnątrz (Unii Europejskiej, sąsiadów).

Z drugiej strony, paradoksalnie, zarzewiem konfliktu między PiS i torysami jest patriotyzm. W jednym i drugim przypadku jego fundamentem jest narodowy egoizm. Nie od dziś wiadomo, że trudno zbudować sojusz egoizmów, dlatego też, na szczęście, nacjonalistom nie udaje się stworzyć trwalej ponadnarodowej struktury. Jednym z głównych elementów patriotyzmu PiS jest zasada, że cały świat ma nam robić dobrze, bo nam się należy. Tymczasem patriotyzm brytyjskich torysów opiera się na zasadzie: niczego od nikogo nie potrzebujemy, dlatego nic nikomu nie jesteśmy winni. Patrioci z PiS, intuicyjnie eurosceptyczni, oczekują od Unii Europejskiej funduszy spójności, dopłat rolniczych, poszanowania swobody i przemieszczania się pracowników. Eurosceptyczny patriotyzm torysów każe im odrzucać wszystkie te elementy integracji europejskiej.

Być wewnątrz i na zewnątrz jednocześnie

Eurosceptycyzm zapędził brytyjski rząd w ślepą uliczkę referendum w sprawie ewentualnego wyjścia z UE. To on jest motorem stanowiska Wielkiej Brytanii w kluczowych dla UE sprawach. Kanclerz skarbu George Osborn w wystąpieniu na forum eurosceptycznego think tanku Open Europe (15 stycznia 204) zapowiedział, że Wielka Brytania zgodzi się na dalszą integrację strefy euro pod warunkiem, że nie będzie to oznaczało marginalizacji państw pozostających Eurolandem. Na pozór to dobra wiadomość dla PiS, bo nie będzie odosobniony. W praktyce jednak to mrzonki. Przekonanie, że Wielka Brytania mogłaby mieć w tej sprawie wiele do powiedzenia jest pozbawione podstaw. We wszystkich innych kwestiach (rynek wewnętrzny, polityka obronna, koordynacja gospodarcza) Londyn opowiada się za modelem "Europe à la carte" i za międzyrządowym (a nie wspólnotowym) mechanizmem wzmocnionej współpracy. Opowiada się tak konsekwentnie i skutecznie, że sam wpadł we własną pułapkę: pozbawił się wpływu na najważniejsze decyzje.

W tę samą w pułapkę PiS chce wepchnąć Polskę żywiąc naiwne przekonanie, że przynajmniej uda się pozostać w komitywie z Londynem. Zaskakujący brak konsekwencji w przypadku partii, która swą politykę buduje na nieufności, a w relacjach z UE kieruje się pamięcią o "zdradzie jałtańskiej". Nie sądzę, żeby Kaczyński nie był tej sprzeczności świadomy. Chodzi raczej o retorykę: polska opinia publiczna boi się izolacji Polski, trzeba więc ja uspokoić zapewnieniami o sojuszu z Londynem. "Głupi naród to kupi", jak mawiał Jacek Kurski w czasach członkostwa w PiS. Ale podobnie należy rozumieć deklaracje Osborna i Camerona o utrzymaniu się w głównym nurcie UE mimo antyunijnej postawy: to retoryka pod adresem brytyjskich przedsiębiorców i londyńskiego City przerażonych perspektywą wyjścia Wielkie Brytanii z UE.

Cameron może sobie wyobrażać, że uda mu się zachować profity płynące z przynależności do wspólnego rynku UE i jednocześnie uwolnić od wszelkich unijnych zobowiązań. Na jakiej podstawie podobne wyobrażenia podtrzymuje w sobie Kaczyński – nie mam pojęcia. Czyżby liczył, że uda się Polsce pozostać w jakiejś nowej EFTA, niedorozwiniętą namiastką UE, pod wodzą Londynu? A może na zasadach równości Warszawy (pod rządami PiS) i Londynu? Że na obrzeżach UE będzie funkcjonowała grupa dziewiętnastowiecznie suwerennych państw, której najbiedniejsi członkowie, ci "na dorobku", będą finansowani przez sfederalizowaną UE? Bo chyba nie liczy na pieniądze z Londynu. I chyba pamięta, że w tej samej grupie może znaleźć się inny konkurent na dorobku, Węgry, które pod rządami Viktora Orbána też pozostają uczestnikiem aliansu hamulcowych integracji europejskiej.

Ciekawe też, jak Kaczyński wyobraża sobie pozycję Polski w duecie z Wielką Brytanią, skoro jest przekonany, że – poza bogactwem, którego kraj na dorobku jeszcze nie ma - to demografia decyduje o znaczeniu państwa. W debacie na temat traktatu lizbońskiego i sposobu głosowania w Radzie, broniąc zasady "pierwiastka kwadratowego" (sen szalonego arytmetyka…) Kaczyński oświadczył: "Domagamy się tylko tego, by nam oddano to, co nam zabrano. Gdyby Polska nie przeżyła lat 1939–1945, byłaby dzisiaj, jeśli odwołać się do kryterium demograficznego, państwem 66-milionowym" (wypowiedź dla Sygnałów Dnia z 22 czerwca 2007). System głosowania też powinien być rekompensatą dla Polski pozostającej na, demograficznym tym razem, dorobku. Ten postulat to kolejna wskazówka, jak Kaczyński wyobraża sobie swój udział w kształtowaniu przyszłego "modelu organizacyjnego" UE.

Pomysł na Unię zbudowany na sprzecznościach

Kaczyński jest krytycznie nastawiony do UE, która jego zdaniem za dużo żąda od Polski w zamian za to, co daje, a daje za mało. Czy da się tak zreformować Unię, by usatysfakcjonowała Prezesa? Każda reforma UE jest wynikiem kompromisu między członkami UE, możliwego, bo więcej je łączy niż dzieli.  Ale zdolność Prezesa do przekonania kogokolwiek w UE do swojej wizji jest niewielka: nie ma nic do zaoferowania (odpowiedzią na straszenie wetem jest traktat międzyrządowy), kompromisem się brzydzi, negocjacje jest w stanie prowadzić tylko z pozycji siły (której nie ma), a jego główny sojusznik w Parlamencie Europejskim (torysi) promuje model funkcjonowania i organizacji UE nie do pogodzenia z wyborczymi obietnicami i priorytetami PiS.

Kaczyński ma wobec UE oczekiwania, których spełnieniu służą silne ponadnarodowe instytucje i stosowanie metody wspólnotowej, ale jednocześnie – tak jak jego brytyjscy  sojusznicy - odrzuca wszystko, co ponadnarodowe i preferuje metodę międzyrządową. Kaczyńskiemu obecna UE się zdecydowanie nie podoba, ale w ostateczności woli zachować status quo niż przystać na dalszą integrację. Jego zdaniem każdy krok w stronę federacji jest niebezpieczny, ale postulowany powrót do sytuacji sprzed traktatu lizbońskiego to propozycja podróży w czasie: jest nie do zrealizowania.

Działania, które w polityce europejskiej zapowiada Kaczyński, mają ponoć uchronić Polskę przed marginalizacją. Ale w rzeczywistości to ich podjęcie doprowadzi do błyskawicznego zepchnięcia Polski na margines. Mieliśmy już tego próbkę za rządów braci Kaczyńskich. Wbrew deklarowanym intencjom Prezesa, skażą Polskę "na wieczną peryferyzację i bycie rezerwuarem taniej siły roboczej". Kaczyński jest zagorzałym przeciwnikiem Tuska. Jego opozycja nie jest natury politycznej, tylko paroksyzmowej. Tuska można krytykować za wiele rzeczy. Ale jednego nie sposób mu odmówić: to za jego rządów Polska zajęła w UE miejsce, jakiego nie miała na poziomie międzynarodowym przez wieki. To nie tylko jego osobista zasługa, to wynik ewolucji kraju, która zaczęła przynosić najbardziej widoczne efekty za jego kadencji. Ale bez jego zaangażowania i sposobu wykorzystania forum, jakim była polska prezydencja w Radzie UE, bez umiejętności zdobycia zaufania Niemiec, Komisji Europejskiej, a nawet Francji, nie udałoby się wydobyć Polski tak szybko i skutecznie z zapaści dyplomatycznej, którą spowodowały rządy PiS. I w tej sytuacji Kaczyński chce bronić Polski przed marginalizacją? Pusty śmiech. Jego dzisiejsze pomysły doprowadziłyby nie tylko do dyplomatycznej, ale też gospodarczej izolacji Polski.

Poglądy na państwo głoszone przez PiS sytuują to ugrupowanie w nurcie lewicowych suwerenistów, obrońców "Europy socjalnej": duże wydatki socjalne i centralna dystrybucja środków budżetowych; podejrzliwość wobec przedsiębiorców i przekonanie, że pieniądz rodzi korupcję; nieufność wobec bogatych i tendencje do obrony interesów biedniejszych obywateli metodą Robin Hooda; centralizm państwowy; program nacjonalizacji gospodarki; keynesizm w dziedzinie walki z bezrobociem; patriotyzm gospodarczy; emocjonalna krytyka liberalizmu. Jednocześnie jednak głównego sojusznika w planowaniu przyszłego kształtu UE upatruje w liberalnej Wielkiej Brytanii.

Integracja europejska tak bardzo nie mieści się Kaczyńskiemu w głowie, że mówiąc o UE grzęźnie w sprzecznościach, które czynią jego europejski program absurdalnym. Tak naprawdę, nie jest w stanie zadowolić ani tych, którzy integracji europejskiej nie lubią, ani jej zwolenników. Mówiąc o zwolennikach, nie mam na myśli tak zwanych euroentuzjastów, bo tu sprawa wydaje się jasna. Ale nawet ci, którzy popierają członkostwo Polski w UE i jednocześnie głosują na PiS, bo chcą Unii państw narodowych, nie mają na co liczyć: PiS pod przewodnictwem Kaczyńskiego nie jest w stanie wpływać na kształt UE.  Oferta, jaką Kaczyński ma dla eurosceptyków, nic nie jest warta, bo jego eurosceptycyzm prowadzi donikąd: Kaczyński nie jest w stanie sformułować pozytywnego programu, rzeczowej alternatywy, która dodałaby wiarygodności postawie "Unia tak, ale inaczej". Bo też jego stosunek do integracji europejskiej jest bardziej emocjonalny niż intelektualny. Momentami nadaje to wiecowej ostrości jego poglądom, ale ta emocjonalna więź strachu, agresji i nieufności to za mało, by pociągnął za sobą nawet elementy najbardziej skrajne, szowinistyczne, eurofobiczne. Rozumie, że jest skazany na polityczny flirt z nimi (tak jak kiedyś z LPR, z Samoobroną), ale - przyznajmy uczciwie - to nie jego towarzystwo. Kibicuje ich poczynaniom na Marszu Niepodległości w Warszawie, ale sam jedzie maszerować do Krakowa. Niegdysiejszy uczeń i wyznawca Prezesa a dziś jego zażarty oponent, Michał Kamiński, powiedział niedawno w wywiadzie z Moniką Olejnik, że Kaczyński "poszukuje wyborców, takich emocji, jakie wyraża pani Pawłowicz". Jeżeli rzeczywiście poszukuje,  to i tu może go spotkać rozczarowanie: dla eurofobów i nacjonalistów wciąż jest zbyt mało radykalny.

Z deklaracji Kaczyńskiego wyłania się plan udziału w dyskusji na temat przyszłego "modelu organizacyjnego UE" ograniczony do jednego prostego zaklęcia: żeby się tylko za bardzo nie zintegrowali. Gdy próbuje tłumaczyć, o co mu chodzi i jakie byłyby konsekwencje jego działań dla Polski, ginie w retoryce pełnej sprzeczności i niekonsekwencji. Retoryce miałkiej i mało atrakcyjnej. Przegrywa ona w konkurencji ze stylem posłanki Krystyny Pawłowicz, która mówi wprost: "Jestem z gruntu przeciwna Unii Europejskiej. Czekam i modlę się, żeby to się po prostu samo rozwaliło" (wywiad dla Rzeczpospolitej z 1 czerwca 2013, w którym deklaruje też, że jej stanowisko w tej sprawie aprobuje prezes Kaczyński). Pawłowicz jest wyrazista i konsekwentna, gdy wspomina o "unijnej szmacie" (wywiad dla Super Expressu, 10 grudnia 2013), a zapewnienia kolejnych rzeczników PiS (Adama Hoffmana w czerwcu 2013 i Andrzeja Dudy w grudniu), że posłanka Pawłowicz nie stanowi głównego nurtu PiS nie zmienia faktu, iż to jej wypowiedzi nadają ton dyskursowi PiS o Unii Europejskiej. To one zostaną zapamiętane i w tych kategoriach o UE myśleć będą wyborcy PiS oddając na te partie glos w najbliższych wyborach. Pod tym względem Michał Kamiński ma rację: "to ona wyraża jądro PiS!"


2013-01-15

Cameron i lampa Alladyna


D. Cameron w Davos, Szwajcaria, 2010
W najbliższy piątek, 18 stycznia, Cameron ogłosi jak wyobraża sobie specjalny status swojego kraju w Unii Europejskiej. Długo oczekiwane przemówienie wygłosi w Holandii, nie w Londynie, bo adresowane jest bardziej do rządów i opinii publicznej państw członkowskich niż do samych Brytyjczyków. Ma to być ponoć lista wyłączeń spod obowiązujących w UE zasad i przepisów oraz katalog specjalnych przywilejów przyznanych Wielkiej Brytanii w zamian za jej pozostanie w UE. Jeśli ta prognoza się sprawdzi, to na pewno nie należy tego wystąpienia traktować jak "propozycji nie do odrzucenia". Jej odrzucenie jest jak najbardziej wskazane i bardziej niż prawdopodobne. Cameron o tym wie i przeżywa trudny okres w swej karierze. Współczuć mu jednak nie należy, bo sam – ze szkodą dla wszystkich – postawił się pod ścianą.

Miejsce Wielkiej Brytanii

Piątkowe wystąpienie, którego wysłuchają zagraniczni dyplomaci i dziennikarze, to kolejna próba odwleczenia momentu, w którym będzie musiał wprost powiedzieć Brytyjczykom czy zorganizuje im obiecane referendum unijne czy nie. Połowa wyspiarzy chciałaby w nim zagłosować za wyjściem wielkiej Brytanii z UE ("Brexit"). Sam Cameron nie jest jednak do tego rozwiązania przekonany. Nie wie jak z powrotem zapędzić do czarodziejskiej lampy dżina populizmu i eurofobii, którego wypuścił ubiegając się o lokum na Downing street nr 10. Cameron to nie tylko polityk krótkowzroczny i nierozważny. To również polityk, który dal się ponieść brytyjskim snom o potędze, które powróciły nad Tamizę w latach dziewięćdziesiątych.

Wielu torysów, a za nim spora część elektoratu, uwierzyło, że w nowej Europie jest specjalne miejsce dla Wielkiej Brytanii. Koniec zimnej wojny i dwubiegunowego świata oraz zniknięcie sowieckiego zagrożenia pozwoliły wielu Brytyjczykom uwierzyć, że mają swoją rolę do odegrania. Zdystansować się wobec UE, do której przystąpili bardziej pod wpływem geopolitycznego i gospodarczego instynktu przetrwania i pozostać głównym partnerem Stanów Zjednoczonych, sytuując się niejako okrakiem między Ameryką i Europą i wykorzystując swoje światowe wpływy pozostałe z czasów kolonialnych – taki był zamysł. Niedawne oświadczenie Philipa Gordona (odpowiedzialnego w amerykańskiej administracji za sprawy europejskie), że w interesie USA leżą bliskie relacje z Wielka Brytanią jako rzeczywistym a nie byłym albo niepełnym członkiem UE, było kubłem zimnej wody na głowę Camerona. Wielka Brytania usłyszała gdzie jest jej miejsce i była to przestroga, która wywołała w Londynie więcej szumu niż wcześniejsze wypowiadane przez szefów unijnych instytucji, niemiecką kanclerz, irlandzkiego premiera czy polskiego ministra spraw zagranicznych.

Watykan czy Norwegia

Kiedy w 2009 roku torysi wyszli z Europejskiej Partii i Ludowej i utworzyli w Parlamencie Europejskim antyeuropejski klub Europejskich Konserwatystów i Reformatorów wydawało się, że to tymczasowy kaprys, wyborczy fortel. Ale torysi wytrwali w swej schizmie. Uspokajali kolegów, z którymi do niedawna dzielili parlamentarne ławy, że wszystko jest pod kontrolą. Sami jednak stali się zakładnikami eurofobicznych deklaracji i mrzonek o referendum. Dziś dwie trzecie torysów ma z tym problem, bo nie zamierza wychodzić z UE. Niejednokrotnie się zdarza, że brytyjscy konserwatyści głosują tak jak posłowie Partii Pracy. Dyscyplina partyjna będzie się osłabiać. Cameron wie, że ma kłopoty we własnych szeregach. Brytyjski biznes, z City na czele, przestrzega go przed wyjściem z UE.

Pomysł uzyskania specjalnego statusu w UE bez wychodzenia z niej miałby pozwolić wyjść Cameronowi z politycznego potrzasku, w który wdepnął. Dlaczego jednak inne państwa członkowskie miałyby się na to godzić? Brytyjczycy już dziś mają najwięcej opt-outów, wyłączeń, derogacji: euro, Schengen, wymiar sprawiedliwości. Unia nie odniosłaby żadnej korzyści pozwalając na wydłużenie tej listy. Jacques Delors powiedział niedawno, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie musi być żadną tragedią. Trzeba tylko będzie wynegocjować zasady współpracy. W końcu Szwajcaria, która nie jest nawet członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego (odrzucili członkostwo w EOG w referendum w 1992 roku) opiera swoja współpracę z UE na umowach dwustronnych. Fakt, że w niektórych dziedzinach jest bardziej zintegrowana z UE niż Wielka Brytania (należy na przykład do Schengen). Wielka Brytania może dołączyć do grona państw europejskich, które nie należą do UE. Jest ich niemało: poza Szwajcarią jest przecież Norwegia, Islandia (ta jednak o członkostwo się ubiega), Andora, Liechtenstein, Monako, San Marino i Watykan.

Niektóre z tych państw należą do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) i na tej płaszczyźnie definiują swoje relacje z UE, w ramach EOG. Wielka Brytania jednak wystąpiła w 1973 roku z EFTA, choć sama ja zakładała. Możliwości jest wiele. Pytanie tylko, czy bez norweskiej ropy Wielka Brytania może być samowystarczalna jak Norwegia; czy bez szwajcarskich banków i szwajcarskiej tradycji neutralności może być Szwajcarią; czy ze swoimi post-imperialnymi ambicjami i złudzeniami dotyczącymi specjalnej pozycji w świecie Brytyjczycy będą w stanie wymyślić dla siebie rolę zainspirowaną Watykanem, Islandią albo Lichtensteinem. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...