Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopacz Ewa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopacz Ewa. Pokaż wszystkie posty

2015-11-12

Maltańska wpadka, polski niesmak

By nie być zdziwionym, wystarczy przyjąć właściwe założenia. Skład rządu PiS na przykład mnie nie zdziwił, zwłaszcza obecność w nim Macierewicza. Na pewno nie drę dziś szat, że mnie niby oszukano. Oszukać się dają jedynie Ci, co naiwnie wierzą lub którym wygodnie jest dać się oszukać. Co nie znaczy, że od zaskoczenia można się trwale zaszczepić. Rozumiem, że Ewa Kopacz mogła być zaskoczona najgorszą z możliwych datą pierwszego posiedzenia nowego sejmu, wybraną przez prezydenta. Tłumaczenia - bez ładu, i składu, i sensu - sprzeczności tej daty z kalendarzem unijnych spotkań na szczycie potwierdziły obawy co do profesjonalizmu i samodzielności w myśleniu prezydenckich doradców. Mnie znacznie bardziej zaskoczyła informacja, że premier nie poleci na Maltę, by po raz ostatni reprezentować Polskę. Jej decyzję, by zostać w Warszawie przyjąłem z niesmakiem. Moja wina, naiwnie uwierzyłem, że zachowa się odpowiedzialnie.

Kopacz (też) nie jedzie na Maltę


Polskę na szczycie UE w Valletcie reprezentował 
B. Sobotka, premier Czech
Podjęta przez Ewę Kopacz próba budowy antypisowskiego frontu poprzez wpuszczenie na platformowe listy Dorna i Kamińskiego i udzielenie poparcia Giertychowi miała dość duży wpływ na moją decyzję przed urną wyborczą, ale wiedziałem, że to tylko taktyka. Dla mnie niemożliwa do wybaczenia, okazało się też, że nieskuteczna dla partii, ale gatunkowo nie tak bardzo istotna dla państwa. Inaczej jest z decyzją Ewy Kopacz, by nie jechać do Valletty na unijno-afrykańską konferencję w sprawie migracji i na unijny szczyt.

Jestem w stanie zrozumieć, że nie chciała się dać wciągnąć w pułapkę. Z punktu widzenia pisowskiego prezydenta sens wysyłania tam premier w ostatnim dniu jej urzędowania byłby dość oczywisty: chodzi o to, by o każdy niepopularny społecznie element polityki imigracyjnej oskarżyć w przyszłości rząd PO; by nie brać odpowiedzialności za skutki rozpętanej w dużej mierze przez PiS ksenofobicznej, nieludzkiej burzy antyimigranckiej w społeczeństwie. Bez trudu przychodzi mi zrozumienie potrzeby "przeczołgania" prezydenta za głupie, krótkowzroczne gierki z polityką europejską, woli utrzymania go w niepewności do ostatniej chwili. Liczyłem jednak, że w końcu Kopacz pojedzie na Maltę, bo zwycięży jej odpowiedzialność za państwo. Tymczasem zwyciężyła małostkowość i tania, partyjna kalkulacja.

Małostkowość, bo Kopacz chciała Dudę ukarać. Ludzka rzecz. Kalkulacja, bo nie chciała się dać wystrychnąć przez Dudę na dudka. Partyjna taktyka. To, że w tej sytuacji mediom decyzję o nieobecności premier na Malcie przedstawił Rafał Trzaskowski, wydaje się wręcz naturalne. Nie tylko dlatego, że chodzi o jego pole kompetencji (polityka europejska). Głównie z tego powodu, że ów młody, niewatpliwie zdolny choć niezbyt jeszcze doświadczony polityk, instynktownie kieruje się w swych działaniach i swym rozumieniu świata bardziej pragmatyczną, jednorazową kalkulacją niż ideą, taktyką a nie strategią. Wystarczy przypomnieć jak cynicznie (w wymowie, nie w zamierzeniu, cynizm u Trzaskowskiego jest formą pragmatyzmu i jako taki nie do końca jest uświadomiony) tłumaczył przyczyny, dla których na poprzednim szczycie Polska głosowała w sprawie migracji inaczej, niż pozostałe państwa Grupy Wyszechradzkiej. Uzasadnienie było arytmetyczne, szczerze i głęboko bezideowe. Podobnie jak dziś decyzja o dezercji ze szczytu na Malcie.

Dlaczego trzeba było na Malcie być

Zarówno prezydent Duda jak i Ewa Kopacz, PiS jak PO, tłumaczyli do niedawna Polakom, że problem fali imigrantów należy rozwiązywać systemowo, u podstaw. Tłumaczyli podobnie, ale w innym duchu, bo gdy przyszło do decyzji, Kopacz opowiedziała się jednak za solidarnością, a nie egoizmem, za Unią Europejską, a nie przeciw niej. Konferencja na Malcie i szczyt UE, który zaraz po niej nastąpił tego właśnie dotyczyły: systemowych rozwiązań, działania u źródeł. Chodziło o skłonienie państw afrykańskich do wywiązywania się z obowiązku readmisji. O racjonalne wykorzystanie korzyści z legalnej, uregulowanej imigracji i skuteczne postawienie tamy nielegalnemu napływowi migrantów, o walkę z gangami przemytników i pomoc na miejscu ludziom uciekającym przed głodem, wojną i terrorem. Nieobecność na tym szczycie jasno pokazuje, że nawoływanie polskich władz, jakie by nie były, do rozwiązywania problemu u źródeł to czysta ściema, oszustwo. Ani Duda ani Kopacz nie chcieli w tej dyskusji wziąć udziału. Niech żadne z nich nie mówi potem, że ktoś za nas decyduje.

O spotkaniu na Malcie mówiono od kwietnia, od czerwca potwierdzona była dokładna data konferencji. Mówiono nie dlatego, że brak innych tematów, tylko dlatego, że do tej konferencji przywiązywano dużą wagę. I słusznie. Kiedy przedstawiciel Kancelarii Prezydenta mówi, że nikt im o tym nie powiedział, ośmiesza siebie i prezydenta. Decyzja o szczycie UE zapadła z niewielkim wyprzedzeniem, ale przecież przed decyzją prezydenta w sprawie daty inauguracyjnego posiedzenia sejmu i nie była niespodziewana, bo wykorzystanie obecności szefów państw i rządów w jednym miejscu było racjonalne, a potrzeba szczytu - niekwestionowana. Nikt nie mógł przewidzieć, że polski prezydent wybierze najgorszą z możliwych datę powyborczego przekazania władzy w Polsce. Ani że podporządkuje decyzję w tej sprawie terminowi... mszy w Watykanie.

Argument, że z Chorwacji pewnie nikt nie przyjedzie jest niepoważny: rola Polski w UE jest inna niż rola Chorwacji. No, chyba, że ktoś świadomie zamierza rolę Polski zdegradować. Warszawa jest siedzibą Frontexu - niejednokrotnie Włosi, Grecy i Hiszpanie krytykowali to usytuowanie agencji do spraw unijnych granic twierdząc, że nie tylko geograficznie, ale i mentalnie Polska jest od problematyki trwającego kryzysu uchodźców zbyt odległa. Nieobecnością na szczycie przyznajemy im rację. Polska jest krajem granicznym UE i wciąż podkreśla swoją gotowość do stawienia czoła ewentualnej fali migrantów ze wschodu. Chyba w pojedynkę, bo o wspólnej strategii rozmawiano na Malcie. Argument, że w Valletcie miało nie być Camerona dowodzi albo ignorancji albo naiwności albo jednego i drugiego: Cameron, jako jedyny szef rządu państwa członkowskiego, nie bierze udziału w żadnych unijnych dyskusjach na temat migracji, on przygotowuje referendum w sprawie wystąpienia z UE. Jeśli to jest nasz wzór w kształtowaniu polityki europejskiej, to warto powiedzieć to otwarcie.

Twierdzenie, że szczyt jest nieważny, bo nieformalny, po raz kolejny dowodzi niewiedzy. Zgodnie z traktatem lizbońskim, każdego roku odbywają się co najmniej cztery szczyty UE, formalne posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli. Może ich być więcej. Ale nie za dużo, bo ich przygotowanie wymaga sporego wysiłku i negocjacji. Przyjmuje się bowiem na nich dokument zwany konkluzjami szczytu, wcześniej przygotowany. Szczyty zwane nieformalnymi, na których konkluzji się nie przyjmuje, mają charakter roboczy, przygotowują szczyty formalne, i niejednokrotnie są od nich ważniejsze. To tam ucierają się stanowiska i zawiązują koalicje. Tymczasem słuchając polskiej dyskusji można odnieść wrażenie, że szczyt "nieformalny" to nie szczyt, to takie luźne spotkanie, nieobecność na nim nie ma znaczenia. Nic bardziej błędnego. Błędem jest nieobecność. I ten błąd popełnili zarówno prezydent Duda jak premier Kopacz. Poproszenie o zastępstwo czeskiego premiera niczego nie załatwia.

Oczywiście to prawda, że udział w szczycie w dniu, w którym składa się urząd, nie jest rozwiązaniem najlepszym. Najlepiej by było, gdyby pojechał tam Duda. Ale po co udawać zdziwienie: teraz, gdy skład nowego rządu jest znany, wydaje się jasne, że wolą prezesa Kaczyńskiego rola prezydenta na polu spraw zagranicznych będzie ograniczona. Duda nie dostał instrukcji, sam nie ma nic do powiedzenia. Kopacz ma. Nadzieja, że Duda wypije piwo, które nawarzył, i na Maltę pojedzie jako konstytucyjny gwarant ciągłości państwa była naiwna: jego szczeniacki bojkot rządu Kopacz jasno pokazuje w jak wielkim poważaniu ma ciągłość państwa.

Na Malcie trzeba było być z przyczyn wizerunkowych i z uwagi na pozycję Polski w UE. Kopacz powinna o tym wiedzieć, wykazać się innym instynktem politycznym i wyższą odpowiedzialnością niż PiS. Szkoda, że dokonała innego wyboru, bo to ważne jak się odchodzi, jaki po sobie zostawia się smak. Lub niesmak. Udział Polski w szczycie, zwłaszcza nieformalnym, polegałby na czym innym niż wygłoszenie oficjalnego przemówienia przez Ewę Kopacz. Razem z nią pojechałaby Polska delegacja (której status jest inny, gdy na czele stoi premier i inny, gdy tylko wiceminister). Urzędnicy, których wiedza powinna pomóc w płynnym przejściu z jednych rządów w drugie. Prezydentowi Dudzie i jego pisowskim mocodawcom oczywiście na tym nie zależy. Przeciwnie: chodzi przecież o zerwanie tej ciągłości. Ewa Kopacz powinna po raz ostatni pokazać, że ma do państwa inny stosunek.



2014-10-02

Jak Ewa Kopacz widzi Europę

Dla Ewy Kopacz przynależność Polski do Unii ma charakter utylitarny, w jej exposé nie znajdziemy, w odniesieniu do integracji europejskiej, nawet śladu wzniosłości i ideowości, które pojawiały się czasem w retoryce Tuska. Bo Unia to dla nas ciepła woda w kranie: jest oczywiście potrzebna, to nasza prosta, pragmatyczna codzienność. Europejski program Ewy Kopacz jest prosty: bierzemy, co tylko możemy, dawać nie zamierzamy. Jesteśmy w pierwszej unijnej lidze, ale wychylać się przed szereg nie będziemy, przeciwnie: pozostaniemy w tyle zawsze, gdy krok do przodu oznaczałaby dla nas koszty.


Ewa Kopacz w Brukseli, październik 2014                             ©UE
Dla premier polskiego rządu przynależność do Unii Europejskiej to oczywistość. Bezdyskusyjna. Unia to część Zachodu, rozumianego również jako obszar wartości i zasad, którego jesteśmy częścią. To przekonanie bardzo różni Ewę Kopacz od liderów prawicowej opozycji z PiS i konsorcjum, dla których Zachód to wciąż jeszcze "tamci". Podobnie jednak jak dla opozycji, według następczyni Tuska Unia to przede wszystkim źródło finansowania krajowych potrzeb. Unia jest też częścią (obok USA i NATO) gwarancji polskiego bezpieczeństwa (o bezpieczeństwie w ogóle było w exposé bardzo dużo). Mamy w niej coraz silniejszą pozycję: wszak Tusk został "prezydentem Europy". Tę pozycję trzeba ugruntować po to, by członkostwo jak najlepiej wykorzystać: finansowo, politycznie, ale też by zadbać o szacunek dla Polski.

Bierzemy, co tylko możemy

W sejmowym exposé Ewy Kopacz Unia Europejska najczęściej pojawia się w charakterze milczącego i spolegliwego bankiera. "Zyskaliśmy w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej ponad 400 mld złotych na rozwój Polski w latach 2014-2020" – to europejski rekord, więcej niż Zachód dostał w ramach plany Marshalla, a wszystko to dzięki siedmioletnim rządom PO i PSL - przypomina pani premier.

Dzięki unijnym pieniądzom rząd Ewy Kopacz będzie rozwijał transport miejski, tworzył przyzakładowe żłobki, przedszkola i dzienne domy opieki dla ludzi starszych. Samorządy zapłacą z budżetu UE za wyposażenie gabinetów stomatologicznych, które dzięki rządowi powrócą do szkół. Rekordowymi zasobami finansowymi, które tak sprytnie rząd PO-PSL wynegocjował w Brukseli, wystarczy zarządzać tak, by osiągnąć "zasadniczy cel rządu", to znaczy "dobrobyt Polaków"

Są jednak dziedziny, w których Ewa Kopacz nie jest zadowolona z Unii Europejskiej. "Mamy prawo oczekiwać od Unii Europejskiej, że jej pomoc dla polskiej wsi będzie adekwatna do strat, które ponosimy" z powodu rosyjskiego embarga na polską żywność. Dlaczego mamy takie prawo Ewa Kopacz nie wyjaśnia. Nie jest też jasne, czy takie samo prawo maja wszyscy, nie tylko polscy producenci rolni UE, bo jeśli tak, to należałoby zapytać: Pani Premier, skąd brać, skąd brać?

Dawać nie zamierzam

Unijnych sankcji wobec Rosji rząd PO-PSL domagał się z większą determinacją niż którykolwiek w świecie, teraz jednak okazuje się, że "idea solidarności, którą Polska dała światu" i obrona "fundamentalnych zasad świata, do którego należymy" są nie na naszą kieszeń. Dlatego po zaksięgowaniu prawdziwych wartości oczekujemy od UE (czyli innych państw członkowskich) uregulowania faktury.

Przed październikowym unijnym szczytem, poświęconym polityce energetycznej i klimatycznej, Ewa Kopacz oświadcza, że jej" rząd nie zgodzi się na nowe koszty i wyższe ceny usług dla konsumentów." Spodziewam się twardej postawy polskiego rządu na ostatnim posiedzeniu Rady Europejskiej, któremu przewodniczyć będzie Herman Van Rompuy. Na następnym pojawi się już nowy przewodniczący, Donald Tusk. Ewa Kopacz niby zdaje sobie sprawę "jak ważna jest ochrona środowiska", ale kwestia klimatu to nadal tylko element arsenału wartości zachodnich hipsterów. Rząd Ewy Kopacz nie będzie rządem przełomu, jeśli chodzi o zrozumienie znaczenia polityki klimatycznej UE dla zmiany orientacji europejskiego przemysłu i pozycji UE w światowym podziale pracy, pozostanie wierny tradycji polskiego ponadpartyjnego konsensusu w sprawie polityki klimatycznej UE.

Jesteśmy w pierwszej lidze

Jednocześnie jednak rząd Ewy Kopacz chce, "żeby UE wcieliła w życie ideę solidarności energetycznej". Zastanawiająca jest nieświadomość, że przy zachowaniu obecnej retoryki (tak, retoryki bardziej niż polityki) każda polska propozycja dotycząca energii, choćby była najlepsza, jest już na starcie skazana na niepowodzenie. Niewiarygodność w polityce kosztuje. Rozumiem, że nowy rząd chce "doprowadzić do ukrócenia wszystkich monopolistycznych praktyk i manipulacji cenowych" ze strony Rosji, kontynuując taktykę rządu Tuska zmierzającą do ustalenia na poziomie UE jednej akceptowalnej ceny za rosyjski gaz. Ale powodzenia temu pomysłowi nie wróżę.

Nowy rząd zamierza też wykorzystać unijny pretekst dla ograniczenia importu taniego rosyjskiego węgla do Polski. W tym celu do polskiego prawa ma zostać wprowadzony zapis o preferencji wspólnotowej. Wszak "unijny węgiel" oznacza w praktyce węgiel polski. Pomysł dobry, nie sadzę jednak, by jego realizacja stymulowała wzrost rentowności polskich kopalń. Stymulować będzie przede wszystkim samozadowolenie górniczego lobby przekonanego, że dostarcza Polakom czarne złoto. Drogo to kosztuje polskich konsumentów, tych samych, których przed wysokimi cenami energii Ewa Kopacz chce bronić w Brukseli.

Ewa Kopacz ma rację mówiąc, że Polska bardzo szybko z kraju kandydującego, potem raczkującego w UE, stała się w Unii graczem pierwszoligowym. Ale ogranicza się do jednego przykładu: Tusk został "prezydentem Europy". Tytułowanie przewodniczącego Rady Europejskiej "prezydentem Europy" nie wystarczy, by ugruntować miejsce Polski w pierwszej lidze. Czysto instrumentalne odwołanie do wspólnotowości też nie wystarczy. Ta pozycja – i ambicja - jest nie do pogodzenia z mało ambitnym, podejściem do integracji europejskiej. To, jak Ewa Kopacz mówi o integracji, nie rokuje dobrze osiągnieciu "jednego z największych celów jej rządu", to jest "umacniania naszej pozycji w Unii Europejskiej". Nie można być jednocześnie w kulisach i na scenie, unijną awangardą i cichym zwolennikiem Europy à la carte.

Nie wychylać się przed szereg

Tymczasem w exposé pojawiły się dwie sprzeczne tezy: jesteśmy w pierwszej lidze, ale jednocześnie nie chcemy wychodzić przed szereg. Żeby było jasne: nie wszyscy muszą być awangardą. Problemem jest brak konsekwencji, niespójność, a nie wybór takiej czy innej pozycji.

Wobec Ukrainy na przykład Ewa Kopacz zamierza prowadzić "politykę pragmatyczną" i "nie stawiać przed Polską nierealistycznych celów". Myślę, że słusznie. W dwustu procentach zgadzam się z Kopacz, gdy mówi jasno to, o czym zbyt często w Polsce się zapomina: "Wspieramy proeuropejski kierunek rozwoju Ukrainy, ale nie zastąpimy Ukraińców, na których ciąży obowiązek zreformowania ich kraju." Bo rzeczywiście dla Polski i dla Unii ważniejsze jest, by Ukraina była suwerennym, ale też demokratycznym, wolnorynkowym, szanującym podstawowe europejskie zasady i wolnym od korupcji państwem prawa niż niegotowym do członkostwa członkiem Unii. To dobrze, że rząd Ewy Kopacz chce pomagać Ukraińcom w zreformowaniu ich państwa. Jak jednak interpretować w kontekście tego pragmatyzmu inna słuszną zasadę sformułowaną przez panią premier: "Każda polityka zagraniczna musi być oparta na systemie wartości. Te wartości są tylko tak silne, jak silna jest wola i determinacja do ich obrony." Jeżeli nasza determinacja ma być jedynie odzwierciadleniem woli tych, dla których Ukraina jest naturalnie częścią Rosji, to będzie problem. Częściowo jedynie uspokaja mnie to zapewnienie Ewy Kopacz: "Zadaniem mojego rządu będzie zabieganie o jedność i solidarność obozu demokratycznego. Jest najgłębszą racją stanu, by nie dopuścić do rozwodnienia stanowiska Zachodu".

Pragmatyzm zwycięża też w kwestii przyjęcia przez Polskę unijnej waluty. Przyjmiemy ją, gdy strefa euro wyjdzie z kryzysu wzmocniona i gdy Polska gospodarka uzyska pożądany stopień stabilności. Inaczej mówiąc, gdy spełni kryteria przystąpienia do eurolandu. A ich spełnienie jest " jest dobre dla polskiej gospodarki". Kopacz nie stawia pytania wchodzić, czy nie, tylko, w jakim tempie. To dobry znak. Zabrakło mi jednak w jej wystąpieniu jednego choćby zdania na temat politycznego wymiaru przystąpienia do euro: nie można być w Unii graczem pierwszoligowym opóźniając przyjęcie wspólnej waluty. Być jednocześnie in i out. Wydaje się, że zasada nie wychodzenia przed szereg to podstawa europejskiej strategii Ewy Kopacz.

Nieobecna Europa

Miłośnicy statystyk wyliczyli, że czterdziestopięciominutowe wystąpienie nowej szefowej rządu było najkrótszym exposé premiera w III RP. Trudno więc oczekiwać, że znajdzie się w nim wszystko. O roli Unii Europejskiej w świecie, o polskim stanowisku w sprawie perspektywy jej rozszerzenia, kształtowaniu unijnej polityki bezpieczeństwa i obrony, o polityce sąsiedztwa, współpracy na rzecz rozwoju, paneuropejskich sieciach energetycznych, cyfrowych, transportowych, przyszłości wspólnej polityki rolnej powie być może minister spraw zagranicznych, którego wystąpienie zostało zapowiedziane na październik. Ale oczywiście taki podział nie pozostaje bez wpływu na to, jakiej odpowiedzi udzielimy na tytułowe pytanie tego bloga: Gdzie ta Europa? Gdzie ta Europa w polityce rządu Ewy Kopacz? Jak bardzo jest częścią polityki krajowej? Jak bardzo ma ona znaczenia sama w sobie? Czy może - wyłączając naturalnie pieniądze dla Polski z unijnego budżetu -jest jedynie elementem polityki zagranicznej?

W swym wystąpieniu Ewa Kopacz podniosła szereg wątków mogących kojarzyć się naturalnie z integracja europejską. Bronię się przed przypuszczeniem, że pani premier mogą się nie kojarzyć, że kojarzy się jedynie unijny budżet. Wśród wątków, w których unijnego odwołania mi zabrakło, są na przykład rozwój polskiej nauki i innowacyjność ("najnowocześniejsze rozwiązania techniczne, z których dziś korzystają Polacy, mogą znacznie polepszyć poczucie bezpieczeństwa obywateli" – czy zmieni się nierozumne polskie stanowisko sprawie jednolitego patentu? Również w kontekście kultury elementu europejskiego mi zabrakło. Nie tylko europejskiego zresztą: zabrakło mi sztuki, w tym sztuki nowoczesnej. Kultura to jeden z najbardziej oczywistych składników wspólnej europejskiej tożsamości. Różnorodność kultur w ramach europejskiej jedności to unijne motto, dewiza integracji europejskiej. Ale dla Ewy Kopacz kultura to" muzea i miejsca pamięci historycznej stanowiące źródło budowania nowego patriotyzmu i świadomości historycznej młodego pokolenia". Znów warto zapytać: to gdzie ta Europa?

Nie ma wątpliwości: rząd Ewy Kopacz będzie rządem proeuropejskim, ale nie euroentuzjastycznym. Dobrej pozycji Polski w Unii Euroepejskiej nie zmarnuje. Ale też nic nie wskazuje na to, żeby ją umocnił. Członkostwo Polski w UE jest pozytywnym elementem teraźniejszości, którym trzeba sprawnie, pragmatycznie zarządzać, ale nie inspiracją dla myślenia o przyszłości Polski i Europy. Udane członkostwo Polski to takie, które daje jej gwarancję bezpieczeństwa geopolitycznego i zapewnia finansowanie rozwoju rozumianego jako wzrost zamożności obywateli. Nie oznacza ono jednak skutecznego i ambitnego udziału w integrowaniu Europy.



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...