Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Timmermans Frans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Timmermans Frans. Pokaż wszystkie posty

2017-01-07

Myślenie na skróty: Polska, kraj bez konstytucji?

Na Twitterze znalazłem link do artykułu zatytułowanego "Polska, kraj bez konstytucji" opublikowanego na anglojęzycznym portalu EUobserver ("Poland: A country without a constitution"). Bardzo się zdziwiłem, bo o ile wiem problem Polski nie polega na tym, że kraj nie ma konstytucji, ale że rządzi tu ugrupowanie, które konstytucji nie przestrzega.

Z podobnymi opiniami spotykam się dość często. Tak samo jest na przykład z Trybunałem Konstytucyjnym: nie chodzi o to, że już go nie ma, ale o to, że nie działa zgodnie z Konstytucją. Gdy się żachnę, słyszę, że niepotrzebnie, bo to tylko skrót myślowy. Może i tak. Ale skróty mogą być z sensem lub bez sensu. Ten jest bez sensu, bo pomija rzeczywisty problem. To nie myśl skrócona (jak krócej wyrazić to, co najważniejsze), ale myśl uboga, pozbawiona esencji. Esencją sporu między władzą PiS i jej przeciwnikami jest stosunek do państwa prawa. W państwie prawa każdy obywatel, każdy podmiot, każdy organ władzy, każda instytucja i państwo jako takie podlega prawu i prawa musi przestrzegać. Istnieje hierarchia praw i norm, a na jej szczycie znajduje się norma podstawowa, Grundnorme, jak nazwał ją Austriak Hans Kelsen. W Polsce zwiemy ją ustawą zasadniczą, albo - jak w wielu innych krajach - konstytucją. 

Krajem bez konstytucji w formie ustawy zasadniczej jest Wielka Brytania, nie Polska. Co nie oznacza, że Wielka Brytania nie jest państwem prawa. Jest, bo szanuje się tam brytyjskie prawo. Polska nie jest państwem prawa, bo władza nie przestrzega w Polsce polskiego prawa. Kwestia kontroli konstytucyjności bywa przedmiotem sporu i różnorodnych rozwiązań w różnych krajach. W Polsce, zgodnie z polską konstytucją, kontrolą konstytucyjności zajmuje się Trybunał Konstytucyjny. Ale nie wszędzie instytucja ta się tak nazywa, nie wszędzie ma te same uprawnienia i strukturę. Ba, może jej w ogóle nie być. Polska nie jest państwem prawa nie dlatego, że konstytucja ustanawia Trybunał na takich czy innych zasadach, ale dlatego, że władza konstytucyjne zasady łamie. 

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans jest znienawidzony przez polskich wrogów demokracji liberalnej i praworządności dlatego, że upomina się o przestrzeganie w Polsce polskiego prawa. PiS odniósł duży sukces propagandowy informując, że w Holandii, państwie z którego pochodzi Frans Timmermans, nie ma Trybunału Konstytucyjnego, więc wara holenderskiemu hipokrycie od polskiego Trybunału. 

Oczywista bzdura. Po pierwsze, Timmermans nie krytykuje bezprawia w Polsce jako przedstawiciel Holandii tylko w imieniu Komisji Europejskiej; a Komisja ma obowiązek bronić praworządności w państwach Unii Europejskiej, bo tylko praworządne państwa do Unii mogą należeć. Po drugie, to, że w Holandii nie ma Trybunału Konstytucyjnego nie oznacza, że nie ma tam hierarchii praw i kontroli konstytucyjności. Holandia pozostaje państwem prawa, bo przestrzega holenderskiego prawa. Od polskiego rządu nikt nie wymaga przestrzegania prawa holenderskiego albo brytyjskiego, tylko polskiego. Polska jest republiką parlamentarną, Holandia i Wielka Brytania to monarchie parlamentarne. Oczywiście, że są różnice w strukturze i w nazewnictwie. Ale nie w tym rzecz, rzecz w przestrzeganiu prawa i poszanowaniu hierachii praw, bo bez tego nie ma państwa prawa.


To, że tak wielu osobom trudno to w Polsce zrozumieć, również w szeregach przeciwników PiS, wynika z ignorancji obywatelskiej. Widać nie uczą tego w szkole: czym jest demokracja, czym się różni przedstawicielska od bezpośredniej, czym jest państwo prawa. Stąd tendencja do uprzedmiotowienia koncepcji i personalizacji sporów. Gazetowa retoryka w rodzaju "w Polsce nie ma (już) konstytucji" albo "nie ma już Trybunału Konstytucyjnego" tendencje te utrwalają. Ze szkodą dla, i tak kiepskiego, poziomu zrozumienia podstaw demokracji wśród Polaków. Dlatego sam sobie i wszystkim wokoło piszących o sytuacji w Polsce uprzejmie sugeruję: skoro już zniewoleni błędnym przekonaniem, że czym krócej tym lepiej skracać musimy, skracajmy zdania, ale  nie myśli, bo może się zdarzyć, że skrócimy je o głowę. Fakt, że chodzi o tytuł, niczego nie usprawiedliwia, przeciwnie: coraz mniej ludzi cokolwiek poza tytułami czytuje.

2016-10-24

W traktacie UE zapomniano o obronie demokracji przed autorytaryzmem

Z końcem października upływa termin, który Komisja wyznaczyła polskim władzom na przyjęcie zaleceń dotyczących poszanowania demokratycznego państwa prawa. Większość z nich dotyczy Trybunału Konstytucyjnego. Za niecałe dwa miesiące kończy się kadencja przewodniczącego Trybunału, profesora Rzeplińskiego – to inna data graniczna ważna dla Polski. Jakie kroki podejmie w tym czasie Unia Europejska? Czy pozwoli sobie na zdecydowane działanie w oparciu o przepisy Traktatu?

W styczniu tego roku Komisja Europejska zastosowała wobec Polski procedurę „na rzecz umacniania praworządności”. To oczywiście eufemizm, bo przecież nie chodzi o umacnianie, ale o ocalenie. Potem o sytuacji w Polsce parę razy debatował Parlament Europejski, a Komisja Wenecka Rady Europy wielokrotnie odwiedziła Warszawę i wydała opinię na temat stanu polskiej demokracji. 

Skłonność polskich władz do współpracy z tymi instytucjami topniała z każdym tygodniem i dziś dla nikogo już nie jest tajemnicą, że w Polsce nie chodzi o jednorazowe odstępstwo od normy, ale o plan trwałej zmiany kursu: Kaczynski buduje w Polsce, tak jak Orban na Wegrzech, alterantywną demokrację i alternatywną Europę - przeciw demokracji i przeciw Europie. Instytucje unijne nie dysponują żadnym twardym instrumentem prawnym, którym dałoby się zmusić  państwo członkowskie do powrotu na drogę demokracji. To może zrobić tylko społeczeństwo tego państwa. I opozycja, w Polsce przede wszystkim Komitet Obrony Demokracji. Poniżej kilka uwag na temat tego, co może i czego nie może zrobić Komisja Europejska i Rada.

Unijne sposoby przeciwdziałaniu erozji demokracji

Procedura, którą KE zastosowała wobec Polski jest stosunkowo nowa, wprowadzono ją w 2014 roku, i wobec żadnego innego kraju nie była stosowana. Nie da się więc odwołać do precedensu, aby przewidzieć, co będzie dalej. Owszem, podobne działania jak wobec Polski Komisja podejmowała począwszy od 2009 wobec Węgier, ale wtedy procedura  stanowiła swego rodzaju improwizację, nie była spisana i nie miała charakteru "komunikatu" Komisji. Wcześniej bowiem żadne państwo członkowskie Unii nie podjęło systematycznych i systemowych prób demontażu demokracji i państwa prawa. Szlak „nieliberalnej demokracji” – kolejnej demokracji z przymiotnikiem, po demokracji socjalistycznej, przecierał Orbán. Dziś jest zadowolony, że całą uwagę skupia na sobie nieporadny polski rząd. Unia, od początku tworzona jako wspólnota państw demokratycznych, nie jest na taką sytuację przygotowana.

Komisyjna procedura praworządności ma charakter czysto administracyjny i dlatego, choć odwołuje się do traktatu, ma bardzo ograniczą skuteczność: określa ramy konsultacji z państwem członkowskim i zapowiada dalsze etapy. Po wyczerpaniu środków administracyjnych KE nie ma żadnych prawnych instrumentów bezpośredniego nacisku na państwo członkowskie. Od pewnego już czasu było jasne, że wymiana korespondencji zakończy się fiaskiem: strona polska nie wyraziła ochoty do współpracy wiedząc, że pole manewru Komisji jest ograniczone. Wiedziała o tym również Komisja, dlatego dążyła do porozumienia na tyle zadowalającego obie strony, żeby jednak nie trzeba było przechodzić do następnego etapu przewidzianego w procedurze, którym jest odwołanie się do artykułu 7 Traktatu.

Co zrobi Komisja

Można przyjąć, że wygaśnięcie z końcem października trzymiesięcznego okresu, który Komisja przyznała polskim władzom na zastosowanie się do swoich zaleceń, właściwie kończy etap konsultacji. Następnym krokiem jest złożenie przez Komisję wniosku do Rady o ustalenie, czy w Polsce zaistniało ryzyko naruszenia unijnych wartości. Na tym polega pierwszy etap działań przewidzianych w artykule 7. Traktatu. Dlaczego do złożenia takiego wniosku Komisji nie spieszono? Bo po postępowaniu administracyjnym, prowadzonym przez nią samą, rozpoczyna się etap polityczny, w którym decydujący głos ma Rada, czyli państwa członkowskie. I nie chodzi bynajmniej o żadne ambicje kompetencyjne tylko o to, co Rada z takim wnioskiem zrobi.

Komisja może trochę zwlekać z ogłoszeniem, że nie dało się dojść do porozumienia, ale w końcu będzie musiała to zrobić bo wyznaczanie jakiegoś nowego terminu granicznego władzom polskim, które – inaczej niż kiedyś Orbán - nie starają się tworzyć nawet wrażenia dobrej woli - byłoby bezproduktywne. Komisja, zamiast taktycznego zwlekania, może też oczywiście dokonać politycznego wyboru i bezzwłocznie złożyć propozycję do Rady, żeby położyć karty na stół: niech będzie jasne, że odpowiedzialność w tej sprawie należy do państw członkowskich. To wielka i pasjonująca tajemnica, co teraz wymyśli wiceprzewodniczący Komisji Timmermans.

Co zrobi Rada

Można teoretycznie założyć, że w imię wartości, jaką jest demokracja, Rada zapomni o niepisanej zasadzie, wedle której państwa członkowskie patrzą przez palce na swe wzajemne przewinienia, i że  uzna oczywistość, a mianowicie, że w Polsce doszło do "wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Państwo Członkowskie wartości, o których mowa w artykule 2.". Taka decyzja musiałaby zapaść  większością kwalifikowaną (4/5 głosów w obecnym systemie głosowania), wymagałaby też opinii Parlamentu Europejskiego.

Zanim by jednak do tego doszło, Rada musiałaby przeprowadzić swoje własne konsultacje z polskimi władzami i wysłuchać ich opinii. Inaczej mówiąc, weszlibyśmy w kolejny etap konsultacji, tylko tym razem na poziomie Rady, a nie Komisji. Żaden przepis nie określa, jak długo takie konsultacje mogłyby trwać.

Gdyby Rada się odważyła…

Skoro popuściliśmy wodze fantazji, idźmy za ciosem: konsultacje kończą się niepowodzeniem, to znaczy polskim władzom nie udaje się przekonać innych państw członkowskich, że „polska demokracja ma się dobrze”, a  innym państwom członkowskim nie udaje się przekonać władz w Warszawie (konkretnie na Żoliborzu), do zmiany kursu. Wtedy większość państw (to znaczy 4/5 głosów) uznaje, że "wyraźne ryzyko" w Polsce nastąpiło. To by już było wielkie wydarzenie. Historyczne.

Ale co później? Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B: brak porozumienia w sprawie usunięcia "ryzyka" powinien doprowadzić do kolejnej decyzji Rady. Musiałaby ona stwierdzić, że chodzi juz nie o ryzyko, ale o zaistnienie poważnego naruszenia przez Polskę unijnych wartości. Znowu jednak w głosowaniu, a tu poprzeczka ustawiona jest jeszcze wyżej: wymagana jest jednomyślność. Czyli bez szans: same Węgry wystarczą, by procedurę zablokować (Polska byłaby wyłączona z postepowania, nie mogłaby decydować sama o sobie), a wiemy, że gdyby do głosowania doszło na pewno to zrobią. Pytanie tylko, czy byłyby same. A bez tej jednomyślnej decyzji nie można przejść do etapu sankcji.

Gdyby były sankcje…

Chyba, żeby fantazjowanie kontynuować. Załóżmy, że część państw członkowskich mówi: basta! Bo jak długo można tolerować obecność we wspólnocie krajów, które podważają jej absolutny fundament: demokrację? Jak długo można wysłuchiwać bajdurzenia o „elastycznej solidarności”, gdy trzeba wspólnie stawić czoła problemom takim jak fala uchodźców, nie uelastyczniając solidarności na przykład w dziedzinie funduszy strukturalnych? Jak długo można nie reagować na nadchodzące z byłych demoludów nawoływanie do „kulturalnej kontrrewolucji”, która jest niczym innym niż rewolucją antyeuropejską i antydemokratyczną?

Determinacja tych państw mogłaby pozwolić na przykład na jednoczesne rozpoczęcie procedury przeciwko dwom państwom: Węgrom i Polsce, co oznaczałoby ich wykluczenie z podejmowania decyzji w oparciu o artykuł 7. Traktatu. Wtedy można by zastosować wobec nich sankcje polegające na zawieszeniu wobec nich „niektórych praw wynikających ze stosowania Traktatów”. Zaraz, zaraz: niektórych, to znaczy jakich? Zwykliśmy się skupiać na jedynym wymienionym w traktacie, ale nie jedynym możliwym, przykładzie: pozbawienie danego państwa (dwóch w tym przypadku) prawa głosu w Radzie. To drastyczny środek. Żeby do tego doszło, trzeba by naprawdę politycznej odwagi i gotowości do dalszego pogłębiania integracji tylko w gronie tych państw, które  pozostały wierne wartościom podstawowym dla  Unii, zapisanym w artykule 2. Traktatu i w Karcie Praw Podstawowych. 

Ile byłoby takich państw? Dziesięć? Dwanaście? Bo na pewno nie wszystkie. Trudno, być może trzeba zmniejszenia liczby członków, by uratować integrację europejską: najmądrzejszy, najbardziej dalekowzroczny i najskuteczniejszy pomysł na Europę, na jaki Europejczycy kiedykolwiek wpadli. Być może do tego nie dojdzie, jeżeli społeczeństwa tych państw ponownie zdecydują, że chcą być w Unii Europejskiej. Ale uwaga: zdecydują w wyborach, nie tylko w sondażach. Czasem jednak, choćby najbardziej zdeterminowane, społeczeństwo obywatelskie może okazać się za słabe, by pokojowo obronić demokrację przed zakusami autorytarnej władzy. I wtedy unijne instytucje powinny mieć do dyspozycji narzędzia, które  pozwolą prodemokratyczne działania takiego społeczeństwa wesprzeć. Dziś ich nie mają.


PS. Parlament Europejski będzie głosował 25 października w Strasburgu w sprawie wniosku o ustanowienie w UE przepisów nakładających na Komisję obowiązek stałego monitorowania stanu demokracji, praworządności i przestrzegania praw podstawowych w poszczegolnych państwach członkowskich. Frans Timmermans też wypowie się w tej sprawie. Nie jest jednak wcale pewne, czy uda się wniosek przyjąć. Wymagana jest większość bezwzględna. Choć jest jasne, że bezpośrednią inspiracją dla projektu przepisów jest sytuacja na Wegrzech i w Polsce, żaden kraj nie jest w tekście wymieniony z nazwy.


Na podobny temat:







2016-01-24

Pyrrusowe zwycięstwo liderki Szydło

Beata Szydło została okrzyknięta przez swoich akolitów zwycięzczynią debaty w Parlamencie Europejskim. Zważywszy na pisowską skłonność do zaklinania rzeczywistości, nie wątpię, że sama w to uwierzyła. Jeśli tak, to tym trudniej (bo w nieświadomości) będzie jej bronić swoich racji na kolejnych etapach sporu z unijnymi instytucjami. Spór nie został bowiem zakończony. Wczoraj w kilkudziesięciu miastach w Polsce i kilku zagranicą, Polacy zafundowali rządowi dalszy ciąg strasburskiej debaty, jej dobitne podsumowanie: polska premier powiedziała w Strasburgu nieprawdę. 

Nie trudno było przewidzieć, co Beata Szydło powie w Strasburgu  (19/01/2016) i dlatego bez specjalnej satysfakcji oznajmiam, że się w moich przewidywaniach nie pomyliłem (przeczytaj). Polska premier pojechała do Parlamentu Europejskiego powiedzieć zarówno najostrzejszym krytykom poczynań swojego rządu, jak i tym, którzy jedynie wyrażali wątpliwości i zaniepokojenie, że demokracja w Polsce nie jest zagrożona, że Trybunał Konstytucyjny "ma się dobrze", a w mediach publicznych dzieje się lepiej niż kiedykolwiek. I powiedziała.

Niedwuznacznie dała do zrozumienia, że ataki na jej rząd to atak na Polskę ("piękny kraj, dumny naród"), a tym samym na Polaków (których "ojcowie i dziadowie przelewali krew"), bo Polacy jej rząd wybrali po to, by PiS "wprowadzał właśnie takie zmiany jakie wprowadza". Są to zmiany, co do których PiS "umówił się z Polakami" (sobotnie manifestacje KOD w obronie wolności pokazały światu, że wielu obywateli nie czuje się stroną tej umowy). Zmiany te, zdaniem Beaty Szydło, są zgodne z prawem, z konstytucją, z traktatami i europejskim standardami, bardzo podobne do rozwiązań stosowanych "w wielu krajach". Co więcej, naprawiają błędy popełnione przez poprzednie władze. W związku z tym nie ma o czym rozmawiać, debata jest "niepotrzebna i nieuprawniona". Nieuprawnione też są działania Komisji, bo Polacy wywalczyli sobie przez wieki wolność i suwerenność: "odebrać sobie tego nie damy". Sprawy są wewnętrzne, polskie, więc trzeba je rozwiązać w Polsce.

Pani Premier "przejechała setki kilometrów" żeby odpowiedzieć na "niesprawiedliwe głosy" płynące z "niedoinformowania lub ze złej woli", bo jest taka miła i otwarta na dialog, niczego jednak w swej polityce nie będzie zmieniać (ewentualnie rozpatrzy opinię Komisji Weneckiej), bo nikomu nic do tego co ona robi.

Szydło mówi Tuskiem

Beata Szydło gorąco pragnęła nawiązać kontakt z obcymi i uchodzić za swoją. Przywoływała wolność, równość, sprawiedliwość i suwerenność sądząc pewnie, że te terminy znajomo zabrzmią w uszach nawykłych do europejskich debat. Mówiąc o równości społecznej, odmalowała obraz Polski, w której głodują dzieci a emerytów nie stać na leki i był to właściwie jedyny moment, kiedy udało jej się trafić w unijną wrażliwość, choć akurat do tego fragmentu wyraźnie odniosła się w trakcie debaty jedynie Niemka, Gabriele Zimmer, mówiąca w imieniu klubu GUE (skupiającego eurosceptyczne w większości ugrupowania komunistyczne i skrajnie lewicowe). Szydło myślała pewnie, że zdobędzie poklask publiczności, gdy wyrazi swą gotowość do dialogu z opozycją. Jakoś nikt nie wychwalał tego pięknego gestu. Może dlatego, że w demokracji rozmowa z opozycją nie jest aż tak wyjątkowa. A może raczej z powodu szczerości, z jaką określiła czemu ten dialog ma służyć: żeby opozycja przyjęła rozwiązania "proponowane" przez PiS.

Szydło mówiła w Strasburgu trochę Kaczyńskim, trochę Waszczykowskim. W jej wystąpieni słychać było melodię mistrza Orbana. Ale - o dziwo, pewnie za radą Konrada Szymańskiego - postanowiła też przemówić Tuskiem. Tak jak on starała się być proeuropejska deklarując, że Polska jest i była, tak jak inne "reprezentowane tutaj państwa" częścią Unii Europejskiej (posłowie nie reprezentują w Parlamencie Europejskim państw: pani premier ma luki w wiedzy). Ale słowa Tuska brzmiały wiarygodnie. Natomiast słuchając Beaty Szydło mówiącej o Europie, z każdym słowem zdawałem sobie sprawę jak inna jest ta Europa, z której Polska premier przyjechała (przeczytaj o pisowskiej Europie). I nie chodzi nawet o te "setki kilometrów", które z takim poświęceniem przebyła, ale o przepaść mentalną: Beata Szydło, tak jak partia, z której się wywodzi, jak lider tej partii, jest z innej Europy. Innej niż ta, której cele i wartości materializują się w procesie europejskiej integracji.

Wysłanniczka z krainy PiS  na obcej ziemi

Niezwykle trafnie i dobitnie wytłumaczył jej tę mentalną i kulturową różnicę wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans (obejrzyj wideo poniżej). W krótkich słowach wyjaśnił wysłanniczce z krainy PiS na czym polega trójpodział władzy, jaka jest relacja między praworządnością i demokracją. Przypomniał co oznacza członkostwo w Unii Europejskiej.

Nie wiem, czy zrozumiała, bo choć po raz kolejny wystąpiła o głos i po raz kolejny go dostała w żadnej sposób nie była w stanie się do tych uwag odnieść. Beata Szydło mówiła jednak głosem pewnym i najwyraźniej była z siebie zadowolona. Jej otoczenie pewnie też, skoro Waszczykowski, nieświadom własnej śmieszności, okrzyknął ją później "nowym liderem Europy". PiS ogłosił, że Szydło odniosła w Strasburgu zwycięstwo. Czy rzeczywiście?

Szydło nie tylko niczego nie wyjaśniła tym, którzy wątpili (jej kłamstwa i manipulacje jasno wypunktowali Timmermans i Verhofstadt), ale też nie zakończyła triumfalnie debaty, nie załatwiła sprawy: nie uniknie kolejnych debat, parlamentarnej rezolucji recenzującej poczynania jej rzadu, krytycznej opinii Komisji Weneckiej ani kontynuacji procedury obrony państwa prawnego wszczętej przez Komisję Europejską. Przeciwnie: ta nierozumiejąca integracji europejskiej i europejskich wartości przedstawicielka "nieliberalnej demokracji" u wielu potwierdziła negatywne stereotypy niepewnego, "postkomunistycznego", wschodniego państwa, "nowego członka" UE. U niektórych w parę chwil zburzyła skutecznie budowany przez lat obraz Polski sukcesu, szybkiego rozwoju, ustabilizowanej demokracji. 

Zwycięstwo Szydło, jeśli uznać, że je odniosła, jest pyrrusowe. Jak Pyrrus, który pod Ausculum wytoczył bitwę Rzymowi, podjęła walkę na obcej ziemi, daleko od swoich, i jak on po zakończonej batalii słyszała wiwaty swych wojsk. Jest jednak istotna różnica: król Epiru zdawał sobie sprawę, że konsekwencje tego pozornego zwycięstwa będą opłakane. "Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będę zgubiony" - miał ponoć powiedzieć Pyrrus. Beacie Szydło tej świadomości najwyraźniej brakuje.

Powiedz kto Cię oklaskuje, powiem Ci kim jesteś

Historia zna wiele potyczek, które przetrwały w pamięci zbiorowej jako wielkie, zwycięskie bitwy tylko dlatego, że je takimi ogłoszono. Pewnie kierując się tą logiką Waszczykowski, Szymański i inni towarzysze Szydło, uznali, że i w tym przypadku warto zwycięstwo ogłosić. Dość łatwo im to przyszło, bo - poza kilkoma wyjątkami - polemika w Strasburgu nie osiągnęła zbyt wysokich lotów. Ci, po których można się było spodziewać ataku na premier Szydło, okazali się albo retorycznie kiepscy, albo merytorycznie słabo przygotowani.

Dużą rolę w neutralizacji głosów krytyki odegrali niektórzy polscy europosłowie z dwóch najważniejszych kubów politycznych: konserwatystów z EPL i socjaldemokratów z S&D jeszcze zanim w ogóle doszło do debaty. Bogusław Liberadzki z SLD wypowiadał się na FB na temat zbliżającej się debaty językiem PiS: o Polsce (tożsamej z rządem) nie wolno zagranicą mowić źle, zwłaszcza, że żaden dramat się w Polsce nie dzieje. Dlaczego podczas debaty nie wystąpili posłowie PO, którzy lepiej rozumieją co się dzieje, tacy jak Róża Thun albo Michał Boni, nie wiem. Pewnie udziału im zakazano, żeby potem PiS nie mówił, że PO to Targowica. I wyszło na to, że PO w PE to POPiS. W tej sytuacji znaleźć w PO Polaka, który odważy się wystąpić w debacie okazało się tak trudne, że przykry obowiązek przyjął na siebie Jan Olbrycht, szef polskiej delegacji w EPL. Jego wypowiedź była żałosna. Było mu przykro, bardzo przykro, że obcy takie złe rzeczy rzeczy słyszą o Polsce.

Że za PiS wstawili się Syed Kamall, z klubu EKR, i pisowiec Ryszard Legutko, to normalne. Ale strasburska debata okazała się też wspaniałą witryną dla eurofobicznych, proputinowskich dziwolągów ze skrajnieprawicowych klubików, w imieniu których wypowiadali się Michał Marusik (KNP, z klubu ENF Marine Le Pen), Robert Iwaszkiewicz (KNP, z klubu EFDD Nigela Farage'a) i Janusz Korwin-Mikke (KORWiN, niezrzeszony). Tak, tu Polaków nie zabrakło. To z ław tych ugrupowań oklaskiwano Beatę Szydło najrzęsiściej. To oni, wraz z eurosceptycznym EKR, pozwolili jej uwierzyć, że odniosła w Strasburgu sukces. Jeżeli ma w otoczeniu ludzi, którzy dobrze jej życzą, powinni je uzmysłowić, jak ważne jest to, kto polityka oklaskuje. Czasem trudniej z siebie zmyć cuchnące wyziewy aplauzów, niż otrząsnąć się z deszczu krytyki. Zgodnie z zadadą: powiedz kto cię oklaskuje, powiem ci kim jesteś.

Debata parlamentarna: wszystkie wystąpienia z dostępne tutaj 

Manifestacja KOD 23/01/2016: o zawłaszczaniu języka przez PiS i klamstwie  tutaj


Na podobny temat:

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...