Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komitet Obrony Demokracji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komitet Obrony Demokracji. Pokaż wszystkie posty

2017-01-13

Bezsilność i arogancja

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro złożył w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności wyboru w 2010 roku trzech sędziów Trybunału. Ta inicjatywa na  pierwszy rzut oka zaskakuje. Po co im to? Przecież PiS osiągnęło, co chciało: nie tylko spacyfikowało Trybunał jako instytucję, zastępując go kontrolowaną przez siebie atrapą, ale de facto pozbawiło państwo wszelkich mechanizmów kontroli konstytucyjności prawa. To zasadnicza zmiana ustrojowa wprowadzona bez demokratycznego mandatu. Jak więc rozumieć działania Ziobry? 

Źródło: Wikimedia Commons/KPRM
Podobno, z politycznego punktu widzenia, chodzi o zamiar ostatecznego rozprawienia się z Trybunałem. Wątpię, by o to chodziło, bo choćby z prawnego punktu widzenia to ruch bez znaczenia. Nie  po raz pierwszy analiza psychologiczna działań tego czy innego lidera PiS wydaje się bardziej zasadna, niż analiza politologiczna. 

W tym przypadku działanie Ziobry wygląda na objaw niedodpartej potrzeby ostentacji. Złożenie wniosku przede wszystkim ukazuje rozpasaną arogancję i poczucie całkowitej bezkarności PiS. Zwycięstwo PiS (chciałbym mieć nadzieję, że pyrrusowe) w sprawie nielegalnie przyjętego budżetu poczucie to jeszcze bardziej wzmocniło. A skolonializowany Trybunał, z niedawnego szańca obropny demokracji, staje się na naszych oczach atrybutem szyderstwa z praworządności i instrumentem presji na przeciwników. Jest jak zdobyczna armata: służy temu, kto zapala lont.

Można z sarkazmem oskarżyć opozycję, że sama prowokuje PiS, bo swoją naiwnością, małostkowością, kunktatorstwem, bezideowością i wynikającą stąd nieskutecznością napędza pisowską arogancję. Ale potępianie w czambuł opozycjnych polityków byłoby niesprawiedliwe. I nie tylko dlatego, że przez prawie miesiąc protejstowali w słusznej sprawie. Najważniejsze jest, że ich bezsilność wynika nie tylko z popełnianych błędów, ona ma w zasadniczej mierze charakter systemowy. Jakie mają środki do dyspozycji?  Po raz kolejny w historii widać jak na dłoni, że w pojedynku autorytaryzmu z demokracją i bezprawia z praworządnością, autorytaryzm i bezprawie są silniejsze. W takich sytuacjach jak obecna niezwykle trudno poradzić sobie z dylematem wiarygodności i skuteczności: czy wolno nam, obrońcom demokracji i praworządności, sięgnąć po instrumenty bezprawia i autorytaryzmu skoro widzimy, że prawo przegrywa z bezprawiem. Jak pozostać wiarygodnym odpowiadając na to pytanie twierdząco? I skąd wziąć takie instrumenty, gdbyśmy się jednak zdecydowali postawić skuteczność ponad pryncypiami? 

Jest coś, co mogłoby przeważyć szalę zwycięstwa na stronę demokratycznej opozycji: masowe poparcie społeczne. Owszem, przed sejmem manifestował KOD, gdy posłowie PO zastanawiali się, czy jest sens dalszej okupacji sali plenarnej. Ale ilu było tych manifestantów? Sam KOD, na dodatek rozdarty niepotrzebnymi wewnętrznymi tarciami, nie wystarczy. Cywilizacyjny podział polskiego społeczeństwa na dwie części został wzmocniony i skrupulatnie wykorzystany przez PiS. Opozycja, choćby najlepsza, potrzebuje silnego społecznego zaplecza, żeby pokazć swoją skuteczność. Tego zaplecza dzisiaj nie ma. Powiedzmy sobie szczerze: za europejską demokracją i praworządnością świadomie opowiada się w Polsce mniejszość. 




2016-08-31

O co ten spór

Najważniejszy spór polityczny w Polsce nie toczy się między rządem a opozycją. Ani między partią PiS i jakąkolwiek inną partią. Obecny podział, w swej substancji, nie różni się niczym od społeczno-politycznych podziałów odnotowanych i opisanych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Jest jednak od wszystkich poprzednich bardziej wyrazisty. Stawia kropkę nad "i", bo ma charakter czysto konstytucyjny. To podział między tymi, dla których konstytucja z zasady jest instrumentem kontroli nad władzą, a tymi, którzy skłonni są powierzyć władzy kontrolę nad konstytucją.

Kolejne sondaże, czego by o sondażach nie myśleć, potwierdzają linię podziału znaną z wyborczej geografii, przynajmniej odkąd mamy w Polsce wolne wybory: dzieli ona społeczeństwo na pół.

Dla części społeczeństwa konstytucja jest niezbędnym zaworem bezpieczeństwa w demokratycznym kotle. Definiuje i dystrybuuje uprawnienia władcze, które społeczeństwo powierza swoim przedstawicielom; uruchamia automat wzajemnego równoważenia trzech komponentów władzy państwowej i reguluje stosunki między różnym grupami społecznymi; stanowi instrument nadzoru społeczeństwa nad władzą wykonawczą oraz gwarnację niezawisłości władzy sądowniczej i reprezentatywności władzy ustawodawczej. Jest fundamentem zapewniającym długookresową stabilność państwa. Ich wyrazicielem jest Komitet Obrony Demokracji, ich sztandarem - poparcie dla Trybunału Konstytucyjnego.

Dla drugiej części społeczeństwa konstytucja ma znaczenie drugorzędne, zarówno politycznie, jako element składowy koncepcji państwa, jak i prawnie, ze względu na swoje miejsce w hierarchii praw. Jest jednym z elementów układanki, którą można rozsypać i złożyć przy okazji wyborów. Bo demokracja to dla nich przede wszystkim wybory: są wybory, jest demokracja. Nie ma wyborów, nie ma demokracji. Wybory nie służą jednak do wyłonienia przedstawicieli, ale do przekazania władzy. Władza zaś oznacza obowiązek sprawiania przyjemności tym, którzy na nią głosowali, oraz prawo do pozycji herszta bandy w systemie podziału łupów. Podział łupów uznają za naturalną zasadę tego świata, demokracja tej zasadzie również podlega.

Konstytucja w powyborczym podziale łupów ogrywa funkcję czysto formalną: jeżeli władza uważa, że konstytucja przeszkadza jej w sprawianiu swojemu elektoratowi przyjemności, to może konstytucję zinterpretować w taki sposób, żeby nie przeszkadzała. I wtedy elektorat takiej interpretacji przyklaśnie, byle tylko udało się władzy utrzymać w elektoracie przekonanie, że wszystko co władza robi, służy elektoratowi. Władza z natury rzeczy jest wykonawcza, inne konstytucyjne rodzaje władzy to jakaś mrzonka, zbędne ozdobniki. Jesli przeszkadzają, można się ich pozbyć. Wyrazicielem tej części społeczeństwa jest przede wszystkim PiS, ale również takie partie i partyjki jak ugrupowania Kukiza lub Korwina-Mikkego. Nie ma natomiast po tej stronie odpowiednika KOD. W jakiejś mierze społeczną, niepartyjną reprezentację tej grupie obywateli zapewniały do niedawna Kluby Gazety Polskiej, ale ich aktywność zamarła, gdy PiS zdobył władzę. Trudno też bojówki fanatyków uznać za ruch społeczny.

 

Na podobny temat:

"Buntu nie będzie" (10/07/2016)

"Murem za Wałęsą" (28/02/2016)

 

2016-03-10

Po co Prezesowi media publiczne

Wiele mądrych i uczonych, politologicznych i socjologicznych odpowiedzi sformułowano już by na tytułowe pytanie odpowiedzieć. Najprostsza odpowiedź brzmi oczywiście tak: autorytarna władza potrzebuje propagandowej tuby, zamienia więc media publiczne w rządowe, nazywa je "narodowymi", bo ma nacjonalistyczny światopogląd.

PiS przejmuje media publiczne (i wszystko inne) jak piraci, którzy przejmują statek: gdy tylko znajdą się na zdobytym pokładzie, wywieszają swoją flagę (jak ona wygląda, każdy wie). Ach, gdyby tak jeszcze mogli powywieszać poprzednią załogę, na rejach, obraz byłby pełniejszy, sen dośniony do końca. Poczekajmy jednak cierpliwie.

Znalazłem jeszcze jedną, inspirującą odpowiedź. Wyczytałem ją w książce zmarłego przed paroma dniami Umberto Eco zatytułowanej "Temat na pierwszą stronę". Jeden z bohaterów, niejaki Braggadocio, jest przekonany, że wykrył spisek i że wbrew temu, co wszyscy mówią, Mussolini nigdy nie został zabity. Zwierza się koledze z redakcji fikcyjnej gazety i tak tłumaczy potrzebę wyjawienia tajemnicy: "Muszę przecież opowiedzieć komuś o tym, co we mnie kipi, bo inaczej oszaleję. Kiedy jeden jedyny pojąłeś prawdę, możesz dostać zawrotu głowy. Tu nie ma nigdy nikogo oprócz przypadkowych turystów z zagranicy, którzy niczego nie rozumieją."

Czyż nie jest to piękny opis stanu ducha i umysłu Prezesa Kaczyńskiego? Tłumaczący zresztą nie tylko przejęcie mediów publicznych, których jesteśmy potencjalnie zbiorowym odbiorcą, ale i wielu innych przedsięwzięć komunikacyjnych? Zwracam też uwagę na dostrzeżoną przez Braggadicio niezdolność obcokrajowców do zrozumienia historii i teraźniejszości jego narodu. Nie tak dawno przecież premier Beata Szydło pojechała aż do Strasburga, żeby powiedzieć zagranicy, jak bardzo, ale to bardzo nie jest ona w stanie zrozumieć tego, co się właśnie w Polsce wyprawia (tu więcej na ten temat).

W tej samej książce jest też taki dialog: "Chce pan powiedzieć, że każdy nasz artykuł musi się podobać Prezesowi? - spytał wyspecjalizowany w zadawaniu głupich pytań Cambria. - Oczywiście - odpowiedział Simei - jest naszym najważniejszym akcjonariuszem." Wypisz wymaluj, polskie media publiczne.

Umberto Eco, Temat na pierwszą stronę, Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa, 2015. Tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki


NB. Sytuacja w polskich mediach publicznych była 8 marca przedmiotem dyskusji na posiedzeniu komisji do spraw politycznych i demokracji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Niepokoiłem się niedawno, że głównym źródłem wiedzy członków komisji będzie relacja pisowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (Kto opowie Radzie Europy o polskich mediach publicznych), okazało się, że niesłusznie: poza obecnym na spotkaniu, w imieniu Gazety Wyborczej, Jarosławem Kurskim (tu wystąpienie) i Magdą Szulekąm przedstawicielką Fundacji Helsińskiej, podczas posiedzenia rozdawano też list Mateusza Kijowskiego w imieniu KOD i list Towarzystwa Dziennikarskiego.

Na podobny temat:

2016-02-28

Murem za Wałęsą?

Pierwszy raz tekst na tym blogu piszę sam do siebie. Muszę. Bo dziś, pod flagami Polski i UE, skandowałem na manifestacji KOD "Polska murem za Wałęsą". I czuję potrzebę powiedzenia dlaczego. Przychodzi mi do głowy odpowiedź najprostsza: dlatego, że kiedyś skandowałem: "Mazowiecki na prezydenta!"

Odpowiedź może wydać się paradoksalna. Przecież kontrkandydatem Mazowieckiego był wtedy, w 1990 roku, właśnie Lech Wałęsa. To on stanął na czele obozu politycznego, który wywołał tak zwaną "wojnę na górze", trwającą do dziś, by sięgnąć po stanowisko prezydenta. Tak jak dziś, za sznurki pociągał Jarosław Kaczyński. Opozycjonista z czwartego szeregu, praktycznie wówczas nieznany, na plecach Wałęsy wdarł się na szczyt i stworzył polityczną strukturę, w której stał się głównym rozgrywającym. Zbyt mało znaczący, by osobiście pretendować do najwyższych stanowisk, posłużył się autorytetem Wałęsy i sprawnie wykorzystał wybujałą ambicję historycznego szefa Solidarności by poszczuć go przeciw dorastającej dopiero polskiej demokracji. Stawiając na Kaczyńskiego, Wałęsa  odwrócił się od wielu ludzi (Mazowieckiego, Geremka, Turowicza, Kuronia, Michnika), bez których nie byłoby Wałęsy i sojuszu intelektualistów z robotnikami, solidarności głównych sił narodu.

Gdy słucham dziś, nie po raz pierwszy przecież, jak Wałęsa opowiada o swojej próbie zmanipulowania SB w latach siedemdziesiątych, nie wnikam w historię prostego, dwudziestoparoletniego robotnika, ledwie piśmiennego, który w samotności musiał stawić czoła oficerom bezpieki. Myślę raczej jak później, już jako laureat Nagrody Nobla, narodowy bohater, człowiek rozpoznawany na świecie jako symbol demokratycznego zrywu, Wałęsa znów myślał, że to on manipuluje, że jest cwańszy, i że to on Kaczyńskich wykorzysta, by dojść do upragnionej władzy. I znów stało się inaczej.

Gdyby Wałęsa się wtedy nie skusił, gdyby - tak jak w 1980 - potrafił stanąć na wysokości zadania, które nieświadoma zakamarków ludzkiej psychiki historia mu wyznaczyła, Polska wyglądałaby dziś pewnie inaczej. Wojna na górze pewnie nie doprowadziłaby w 1990 do sukcesu tępawego populisty znikąd, Stana Tymińskiego, który wypchnął Mazowieckiego z wyścigu o prezydenturę. Nie byłoby prezydentury Wałęsy: zaspakajającej jego ambicję, ale kiepskiej dla Polski. Nie byłoby drastycznego końca legendy wodza Solidarności, człowieka, który na legendę przecież zasłużył. Nie nastąpiłoby weliminowanie z życia politycznego tylu odważnych, zasłużonych i świadomych sensu polskich przemian ludzi. Ale przede wszystkim nie byłoby sukcesu zrodzonej wtedy formacji, przekształconej później w Prawo i Sprawiedliwość. Formacji, która stała się grabarzem polskiej demokracji, praworządności i europejskości. Największego i wczoraj i dziś zagrożenia przyszłości Polaków.

Czemu jednak służy gdybanie? Pewnie rację mają ci, co mówią, że inaczej być nie mogło: na ówczesnej scenie politycznej nie było miejsca dla Wałęsy, którego nie zadowolała ani rola lidera związkowego ani historycznej postaci. Chciał być częścią teraźniejszości, nie przeszłości. Budować historię a nie odchodzić do historii. I dlatego też nie było możliwe funkcjonowanie rządu z Wałęsą pozostającym poza szczytami władzy. Na tym defekcie dziejów, na małości wielkiego Wałęsy, swą karierę zbudował Kaczyński.

Po latach znów możemy powiedzieć: inaczej być nie mogło. Sprawna przecież PO, jeśli oceniać po wynikach gospodarczych i miejscu Polski w Europie, była jednocześnie gnuśna i bezideowa, a więc upośledzona w sporze o wartości i idee; ślepa na socjalne potrzeby Polaków a tym samym na zagrożenie populizmu i imperatyw sprawiedliwości; naiwna i zadufana wobec marszu PiS po władzę. Władzę absolutną, bo inna Kaczyńskiego nie zadowala. Jest niezdolny do funkcjonowania w demokracji. Przestrzegam jednak przed prostym skojarzeniem: o, to jak kiedyś Wałęsa. Nie, bo niezdolny do działania w demokracji Wałęsa demokracji nie zniszczył i zniszczyć nie chciał. Nie, bo Wałęsa dokonał tak wiele, że starczyłoby dla armii Kaczyńskich. Jego ludzkie błędy nie mogą tych dokonań przekreślić, bo dziś wszyscy jesteśmy depozytariuszami pamięci o tych dokonaniach, jesteśmy ich spadkobiercami. I dlatego to mądre, i oczywiste, że dzisiejsza manifestacja KOD odbyła się pod hasłem "My, naród", tym samym cytatem z amerykańskiej Konstytucji, którym kiedyś wystąpienie w Kongresie USA rozpoczął Wałęsa.

Dziś, obrona fundamentów wolnej i demokratycznej Polski, obrona nas samych przed destrukcyjnym zalewem pisowskiego błota, polega również na obronie naszej zasłużonej dumy z tego, co udało się dokonać; na obronie przed splugawieniem naszej zbiorowej pamięci; naszego świeżego jeszcze imaginarium; naszych mitów założycielskich. Wałęsa, czy się to komu podoba czy nie, jest częścią tego, czego bronimy. I dlatego dziś, na manifestacji w obronie demokracji, tak jak za czasów komuny, wyrażając poparcie dla Wałęsy, wyrażaliśmy wierność tym ideom i wartościom, które od czasu rządu Mazowieckiego stały się kamieniem węgielnym nowej Polski: demokracji, praworządności, wolności, integracji europejskiej.

----------------------------------
Ciekawy materiał: Kropka nad i z udzialem prof. A. Friszke i Jana Litynskiego: "Wchodzi w kontakty z bezpieką, kiedy jeszcze są niepochowane trupy" (http://www.tvn24.pl)

2016-01-10

Mitotologie i pamięć historyczna

Przeciwnicy PiS mnie pocieszają, że za 50 lat o żadnym PiS-ie nikt nie będzie pamiętał. Bo takich miernot się nie pamięta, historia jest nieubłagana. A przecież to nie o historię chodzi, bo ta jest bezwolna, nic od niej nie zależy, lecz właśnie o ułomną ludzką pamięć. Ona nie wartościuje, jest jak plastelina: utrwali narzucone kształty jeśli tylko ktoś ją zechce ulepić.

Czyż nie temu ma służyć „polityka historyczna”? Nie wiadomo więc jak będzie. Może socjotechnika Jarosława Kaczyńskiego zadziała, może go ludzie zapamiętają jako Ojca Wielkiej Zmiany, albo przynajmniej tego, co chciał dobrze, ale źli ludzi mu przeszkodzili? Może nawet Lecha, Wielkiego Brata, będą pamiętać jako Prezydenta Tysiąclecia? Kto wie, nie takie cuda lepiono z ludzkiej pamięci, przytwierdzano lepkim słowotokiem na cokołach mitów.

Tworzeniu mitologii, w której herosami stają się miernoty i uzurpatorzy, towarzyszy przecinanie więzów pamięci splecionych wspólnym, pozytywnym doświadczeniem. Ich niszczenie odbywa się przez zawłaszczenie doświadczeń i pojęć (PiS stara się zawłaszczyć dziedzictwo pierwszej Solidarności) i przez oszczercze dezawuowanie postaci, które były prawdziwymi bohaterami swych czasów (jak Henryka Krzywonos czy Lech Wałęsa). Niemierzalna wydaje się potęga nienawiści pisowców wobec każdego pozytywnego działania, cieszącego się powszechnym poparciem ludzi, którego zawłaszczyć się nie da i które nie jest przetłumaczalne na pisowski język konfrontacji, podziału, zamknięcia. Najbardziej oczywistym przykładem takiego działania jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
W społeczeństwie, w którym do budowania wspólnoty łatwiej wykorzystać naznaczone ideologią symbole niż obywatelską potrzebę współdziałania na rzecz sprawnego i uczciwego państwa, koncepcja "polityki historycznej" wdrażana przez PiS może na trwałe zatruć pamięć Polaków i ich sposób postrzegania rzeczywistości. Takie akcje jak WOŚP czy mobilizacja Komitetu Obrony Demokracji stanowią dziś najskuteczniejszą barierę przeciw naporowi ideologii propagowanej przez PiS. I dlatego tym gwałtowniej będą przez PiS zwalczane.



2015-12-08

Komu leży a komu nie debata o Polsce w Parlamencie Europejskim

Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru przyjechali do Brukseli by nie dopuścić do planowanej w Parlamencie Europejskim debaty plenarnej w sprawie stanu praworządności w Polsce. Obaj są przekonani, że debata, wymierzona przecież w antykonstytucyjne poczynania PiS, może im bardziej zaszkodzić niż pomóc. Dlaczego? Bo obaj są wyznawcami dewizy, wedle której swoje brudy trzeba prać w domu. Obaj też, pewnie słusznie, wierzą, że tę samą dewizę wyznaje większość Polaków. Debata w tym momencie nie pasuje też do partyjnej taktyki obu liderów. Co jeszcze ich łączy? Ani jeden ani drugi nie czuje politycznego rytmu, wedle którego żyje Unia.

O zorganizowanie debaty na najbliższej sesji w Straburgu pierwszy wystąpił Manfred Weber, szef klubu EPL w parlamencie europejskim, do którego należą PO i PSL. Ale pomysł spodobał się też socjalistom z S&D (tam należą posłowie SLD) i liberałom z klubu ALDE, który w debatach o prawach człowieka, demokracji i praworządności zwykle wiedzie prym. W ALDE co prawda polskich europosłów nie ma (na razie, bo przynajmniej dwa transfery z PO są oczekiwane), ale lider ugrupowania Guy Verhofstadt utrzymuje regularny kontakt z Ryszardem Petru i był bodajże pierwszym politykiem unijnym, który natychmiast po ogłoszeniu wyborów do sejmu złożył polskim liberałom tweeterowe gratulacje.

Taktyka rekonstrukcji, taktyka ekspansji

Ryszard Petru i Guy Verhofstadt w Parlamencie Europejskim
Ale tak Petru jak i Schetyna debaty w Parlamencie się boją. Nie chodzi bynajmniej o wspólne obawy sojuszników, tylko konkurentów. PiS PiS-em, ale obaj politycy najwyraźniej są przekonani, że to ich ugrupowania nawzajem stanowią wobec siebie największe zagrożenie. Nowoczesna wierzy w swoją dobrą passę i dalszy szybki wzrost poparcia w sondażach. Jesli ta wiara jest uzasadniona, to będzie on następował nieuchronnie kosztem Platformy, a centrowy, umiarkowany elektorat PiS (wierzyć się nie chce, ale jest taki), naiwnie zaskoczony poczynaniami "swojego" rządu i "swojego" prezydenta, będzie stopniowo przechodził na stronę Nowoczesnej, a nie PO. Podobnie jak parę innych ugrupowań Nowoczesna liczy na przechwycenie na swoje konto spodziewnego (czy zasadnie, to inna kwestia) sukcesu manifestacji w obronie demokracji organizowanej przez KOD 12 grudnia.

Jeśli przyjąć, że Polacy alergicznie zareagują na krytykę Polski przez obcych, bo nie lubią jak im zagraniczni zaglądają przez okno, to faktycznie debata w Strasburgu skomplikowałaby sytuację, wprowadziłaby niepotrzebne zamieszanie w głowach ludzi, którzy 12 grudnia przyjdą prać swoje brudy u siebie, to znaczy przed Trybunałem Konstytucyjnym. Może byłoby ich mniej? Może uwierzyliby w międzynarodowy spisek, spisek obcej finansjery, Niemców i innych, przeciw - było nie było - polskiemu rządowi? Te obawy nie są bezzasadne, jeśli popatrzeć jak skutecznie Viktor Orbàn wykorzystał międzynarodową krytykę dla wzmocnienia swojej pozycji na poziomie krajowym. A poparcie w sondażach trzeba zdobyć szybko, i szybko powiększyć dystans wobec PO, może nawet dogonić PiS w poziomie poparcia. Wszystko, co może marsz Nowoczesnej po sukces spowolnić, należy wyeliminować i dlatego Petru żadnej debaty w Strasburgu sobie nie życzy. Co więcej, podobnie jak Schetyna, ogłaszając w mediach, że debaty nie ma, bo ją zablokował, wytrąca PiS broń z rąk.

Grzegorz Schetyna wśród politykow PO w Parlamencie Europejskim
Schetyna jest w znacznie gorszej sytuacji. Platforma jest pogrążona w wyniszczającej, bo niekończącej się kampanii wyborczej, w której stawką jest masa upadłościowa po Ewie Kopacz. Jest sparaliżowana. Co więcej, ma powody by się obawiać, że odpowiedzialność za zorganizowanie debaty o Polsce na forum europejskim PiS zrzuci na PO. Już zaczął. Płynąca ze Strasburga krytyka (bo co do tego, że konkluzje debaty byłyby krytyczne nie można mieć wątpliwości), paradoksalnie, mogłaby osłabić Platformę w tym krytycznym dla niej momencie.

Wygląda na to, że sukces Nowoczesnej pozostaje w sprzeczności z renesansem Platformy. I w jakimś stopniu na odwrót. A jednak partyjna taktyka rekonstrukcji doprowadziła PO do tych samych konkluzji, do których doszła Nowoczesna w ramach partyjnej taktyki ekspansji. Jeżeli rzeczywiście przeważająca część Polaków podziela opinię, którą Zapolska przypisała Pani Dulskiej: "na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nic nie wiedział", to ich próby powstrzymania debaty parlamentarnej w Strasburgu są uzasadnione. Pytanie tylko, co się stanie potem, gdy Platforma już pozbiera siły i pod nowym przywództwem zacznie nadrabiać straty, w co zdaje się wierzyć Schetyna? Co stanie się, gdy ziszczą się marzenia Petru i faktycznie Nowoczesna skoczy pod niebiosa w sondażach?

Dom Europa

Już samo postawienie tych pytań odzwierciedla silny optymizm. Nie bardzo wierzę, by PO się szybko odbudowała. Chciałbym, ale nie potrafię jakoś uwierzyć, że manifestacja 12 grudnia będzie nokautem PiS i katapultą dla notowań Nowoczesnej. Nawet jednak, gdyby tak się stało, to pamiętajmy, że przecież gra nie toczy się o to, która partia którą prześcignie, jak w normalnie funkcjonującej demokracji. PiS bierze udział w zupełnie innym wyścigu. Jego działania są skoncentrowane na jak najszybszym obaleniu ustroju i przeprowadzeniu narodowej rewolucji. Tempo, w jakim PiS niszczy państwo, neutralizuje organa kontrolne, zawłaszcza instytucje sprawi, że zwycięzca gry demokratycznej będzie swój sukces świętował na pustyni, w próżni.

Bez względu na to, jak głęboka jest wiara Schetyny czy Petru w dewizy dulszczyzny, jak bardzo zaangażowanie międzynarodowej opinii publicznej będzie sprzeczne z ich doraźna taktyką, Unia Europejska i tak zainteresuje sie tym, co dzieje się w Polsce. Komisja, z debatą w Parlamencie czy bez, będzie musiała zastosować tak zwane "działania UE na rzecz umacniania praworzadności". Można ironizować na temat ograniczonych kompetencji instytucji UE, przywoływać przypadek Austrii, by zilustrować niezdolność państw członkowskich do skarcenia kogokolwiek ze swojego grona, wychwalać skuteczność Orbana w sporach z Brukselą, a i tak reakcja będzie. Musi być, bo demokracja i praworządność, które dziś są w Polsce brutalnie gwałcone, to fundamenty Unii. Trzeba też umieć odzielić debatę parlamentarną w Strasburgu, prace komisji weneckiej Rady Europy (która, przypominam, nie jest organem Unii Europejskiej), kontrolne uprawnienia Komisji Europejskiej i traktatowe zapisy dotyczące systemowego naruszania zasad praworządności (artykuł 7). Nie można tych wszystkich procedur i organizacji wrzucić do jednego worka z napisem "obca ingerencja" i z okrzykiem "Niemcy mnie biją" starać się je blokować.

Zasada prania brudów w domu też ma inne znaczenie w Polsce, która jest członkiem UE: dom, to nie to samo co kiedyś. Przystępując do Unii, Polska musiała spełnić kryteria kopenhaskie. Jako członek UE, musi tych kryteriów przestrzegać. Jeżeli nie przestrzega, jeśli łamie, to narusza nie tylko swój wewnętrzny porządek, ale także porządek całej Wspólnoty. Ściany domu, w którym te polskie brudy się pierze, są europejskie. Brusksela i Strasburg są normalnym forum do dyskusji na ten temat. Bardzo bym nie chciał, żeby za rok, może dwa, Schetyna i Petru przyjechali do Brukseli czy Strasburga jako jedynych miejsc, gdzie publicznie mogą debatować o tym co w Polsce się dzieje. Bo w Warszawie już się nie da.


PS. Konferencja Przewodniczących Parlamentu Europejskiego zdecydowała 09/12/2015 nie dodawać do porządku obrad plenarnych punktu poświęconego ocenie stanu praworządności w Polsce. Debata miała odbyć się w Strasburgu, na sesji parlamentarnej między 14 a 17 grudnia.



2015-12-02

PiSowski populizm idzie w parze z pogardą wobec prostego człowieka

Z zainteresowaniem czytam komentarze poirytowanych pisowców, którzy nerwową, płaską ironią reagują na społeczne akcje sprzeciwu wobec demontażu demokracji realizowanego przez partię Jarosława Kaczyńskiego. Uczestników i sympatyków Komitetu Obrony Demokracji, sygnatariuszy petycji ogłaszanych przez Akcję-Demokrację i wszystkich innych, którzy protestują przeciw zawłaszczeniu państwa przez jedną partię chcą wrzucić do jednego koszyka, przebrać w jeden kostium obcości, nieswojskości, nietutejszości.

Obcy jedzą ośmiorniczki i bruschettę, popijają sojowym latte. Feministki, geje, lewacy, Europejczycy - katalog odmieńców jest długi (pisałem o tym m.in. w tekście Naszość i feminizm). Obcy i odmienni są przeciwni PiS bo są wrogami naszej swojskiej normalności, której PiS jest gwarantem. Ale zwykły człowiek ulicy, proletariat i prekariusz, ofiara transformacji żyjąca w postplatformianych ruinach normalność popiera. A te Trybunały konstytucyjne i inne dyrdymały ich nie obchodzą, uważają politycy i fani PiS. Ludzi obchodzi jedynie 500 złotych na dziecko i jak je dostaną, to gęba w kubeł - zdają się myśleć pisowcy i pisopodobni.

Im się nie mieści się w głowie po prostu, że każdemu, a nie tylko znienawidzonej "elycie", może zależeć na państwie prawa, demokracji parlamentarnej, wolnościach obywatelskich, konstytucji. To nadzwyczaj wyraźnie pokazuje, że PiSowski populizm idzie w parze z pogardą dla ludzi prostych. Gardzą nimi tak bardzo, że odmawiają im prawa do tego rodzaju "nienormalnych" zainteresowań. Nie pojmują, że człowiek prosty może odczuwać jako krzywdę zamach na swoje państwo. Nawet, jeżeli zamachu dokonuje partia, na którą być może głosował. Nawet, lub tym bardziej. Język i argumentacja, którymi PRL-owscy propagandyści, spin doktorzy PZPR, chcieli w oczach robotników zdyskredytować założycieli KOR, niczym specjalnie się nie różnią od dzisiejszej pisowskiej reakcji na powstanie KOD.

Na Pomniku Stoczniowców w Gdańsku wyryte są słowa Czesława Miłosza, tego samego, któremu katolicko-nacjonalistyczna swołocz odmawiała prawa do spoczynku w polskiej ziemii, do godnego pogrzebu, naznaczając wybitnego poetę piętnem obcości: "Który skrzywdziłeś człowieka prostego, śmiechem nad krzywdą jego wybuchając...". Ten szyderczy śmiech, nerwowy objaw strachu, że może bezprawne czyny nie pozostaną bezkarne, którym promotorzy PiSowskich poczynań wyszydzają ludzi protestujących dziś pod sejmem, jest objawem ich pogardy dla tych "maluczkich", dla tych "normalsów", dla tych zwyczajnych, swojskich Polaków. Bo patrzą na nich jak na te huxleyowskie osobniki epsilon i gamma, sami pretendując do kasty alfa. Nowy wspaniały świat PiS i cała ta ich "dobra zmiana" przepełnione są cyniczną arogancją i pogardą dla ludzi.

 

 

 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...