Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konstytucja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konstytucja. Pokaż wszystkie posty

2017-01-07

Myślenie na skróty: Polska, kraj bez konstytucji?

Na Twitterze znalazłem link do artykułu zatytułowanego "Polska, kraj bez konstytucji" opublikowanego na anglojęzycznym portalu EUobserver ("Poland: A country without a constitution"). Bardzo się zdziwiłem, bo o ile wiem problem Polski nie polega na tym, że kraj nie ma konstytucji, ale że rządzi tu ugrupowanie, które konstytucji nie przestrzega.

Z podobnymi opiniami spotykam się dość często. Tak samo jest na przykład z Trybunałem Konstytucyjnym: nie chodzi o to, że już go nie ma, ale o to, że nie działa zgodnie z Konstytucją. Gdy się żachnę, słyszę, że niepotrzebnie, bo to tylko skrót myślowy. Może i tak. Ale skróty mogą być z sensem lub bez sensu. Ten jest bez sensu, bo pomija rzeczywisty problem. To nie myśl skrócona (jak krócej wyrazić to, co najważniejsze), ale myśl uboga, pozbawiona esencji. Esencją sporu między władzą PiS i jej przeciwnikami jest stosunek do państwa prawa. W państwie prawa każdy obywatel, każdy podmiot, każdy organ władzy, każda instytucja i państwo jako takie podlega prawu i prawa musi przestrzegać. Istnieje hierarchia praw i norm, a na jej szczycie znajduje się norma podstawowa, Grundnorme, jak nazwał ją Austriak Hans Kelsen. W Polsce zwiemy ją ustawą zasadniczą, albo - jak w wielu innych krajach - konstytucją. 

Krajem bez konstytucji w formie ustawy zasadniczej jest Wielka Brytania, nie Polska. Co nie oznacza, że Wielka Brytania nie jest państwem prawa. Jest, bo szanuje się tam brytyjskie prawo. Polska nie jest państwem prawa, bo władza nie przestrzega w Polsce polskiego prawa. Kwestia kontroli konstytucyjności bywa przedmiotem sporu i różnorodnych rozwiązań w różnych krajach. W Polsce, zgodnie z polską konstytucją, kontrolą konstytucyjności zajmuje się Trybunał Konstytucyjny. Ale nie wszędzie instytucja ta się tak nazywa, nie wszędzie ma te same uprawnienia i strukturę. Ba, może jej w ogóle nie być. Polska nie jest państwem prawa nie dlatego, że konstytucja ustanawia Trybunał na takich czy innych zasadach, ale dlatego, że władza konstytucyjne zasady łamie. 

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans jest znienawidzony przez polskich wrogów demokracji liberalnej i praworządności dlatego, że upomina się o przestrzeganie w Polsce polskiego prawa. PiS odniósł duży sukces propagandowy informując, że w Holandii, państwie z którego pochodzi Frans Timmermans, nie ma Trybunału Konstytucyjnego, więc wara holenderskiemu hipokrycie od polskiego Trybunału. 

Oczywista bzdura. Po pierwsze, Timmermans nie krytykuje bezprawia w Polsce jako przedstawiciel Holandii tylko w imieniu Komisji Europejskiej; a Komisja ma obowiązek bronić praworządności w państwach Unii Europejskiej, bo tylko praworządne państwa do Unii mogą należeć. Po drugie, to, że w Holandii nie ma Trybunału Konstytucyjnego nie oznacza, że nie ma tam hierarchii praw i kontroli konstytucyjności. Holandia pozostaje państwem prawa, bo przestrzega holenderskiego prawa. Od polskiego rządu nikt nie wymaga przestrzegania prawa holenderskiego albo brytyjskiego, tylko polskiego. Polska jest republiką parlamentarną, Holandia i Wielka Brytania to monarchie parlamentarne. Oczywiście, że są różnice w strukturze i w nazewnictwie. Ale nie w tym rzecz, rzecz w przestrzeganiu prawa i poszanowaniu hierachii praw, bo bez tego nie ma państwa prawa.


To, że tak wielu osobom trudno to w Polsce zrozumieć, również w szeregach przeciwników PiS, wynika z ignorancji obywatelskiej. Widać nie uczą tego w szkole: czym jest demokracja, czym się różni przedstawicielska od bezpośredniej, czym jest państwo prawa. Stąd tendencja do uprzedmiotowienia koncepcji i personalizacji sporów. Gazetowa retoryka w rodzaju "w Polsce nie ma (już) konstytucji" albo "nie ma już Trybunału Konstytucyjnego" tendencje te utrwalają. Ze szkodą dla, i tak kiepskiego, poziomu zrozumienia podstaw demokracji wśród Polaków. Dlatego sam sobie i wszystkim wokoło piszących o sytuacji w Polsce uprzejmie sugeruję: skoro już zniewoleni błędnym przekonaniem, że czym krócej tym lepiej skracać musimy, skracajmy zdania, ale  nie myśli, bo może się zdarzyć, że skrócimy je o głowę. Fakt, że chodzi o tytuł, niczego nie usprawiedliwia, przeciwnie: coraz mniej ludzi cokolwiek poza tytułami czytuje.

2016-08-31

O co ten spór

Najważniejszy spór polityczny w Polsce nie toczy się między rządem a opozycją. Ani między partią PiS i jakąkolwiek inną partią. Obecny podział, w swej substancji, nie różni się niczym od społeczno-politycznych podziałów odnotowanych i opisanych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Jest jednak od wszystkich poprzednich bardziej wyrazisty. Stawia kropkę nad "i", bo ma charakter czysto konstytucyjny. To podział między tymi, dla których konstytucja z zasady jest instrumentem kontroli nad władzą, a tymi, którzy skłonni są powierzyć władzy kontrolę nad konstytucją.

Kolejne sondaże, czego by o sondażach nie myśleć, potwierdzają linię podziału znaną z wyborczej geografii, przynajmniej odkąd mamy w Polsce wolne wybory: dzieli ona społeczeństwo na pół.

Dla części społeczeństwa konstytucja jest niezbędnym zaworem bezpieczeństwa w demokratycznym kotle. Definiuje i dystrybuuje uprawnienia władcze, które społeczeństwo powierza swoim przedstawicielom; uruchamia automat wzajemnego równoważenia trzech komponentów władzy państwowej i reguluje stosunki między różnym grupami społecznymi; stanowi instrument nadzoru społeczeństwa nad władzą wykonawczą oraz gwarnację niezawisłości władzy sądowniczej i reprezentatywności władzy ustawodawczej. Jest fundamentem zapewniającym długookresową stabilność państwa. Ich wyrazicielem jest Komitet Obrony Demokracji, ich sztandarem - poparcie dla Trybunału Konstytucyjnego.

Dla drugiej części społeczeństwa konstytucja ma znaczenie drugorzędne, zarówno politycznie, jako element składowy koncepcji państwa, jak i prawnie, ze względu na swoje miejsce w hierarchii praw. Jest jednym z elementów układanki, którą można rozsypać i złożyć przy okazji wyborów. Bo demokracja to dla nich przede wszystkim wybory: są wybory, jest demokracja. Nie ma wyborów, nie ma demokracji. Wybory nie służą jednak do wyłonienia przedstawicieli, ale do przekazania władzy. Władza zaś oznacza obowiązek sprawiania przyjemności tym, którzy na nią głosowali, oraz prawo do pozycji herszta bandy w systemie podziału łupów. Podział łupów uznają za naturalną zasadę tego świata, demokracja tej zasadzie również podlega.

Konstytucja w powyborczym podziale łupów ogrywa funkcję czysto formalną: jeżeli władza uważa, że konstytucja przeszkadza jej w sprawianiu swojemu elektoratowi przyjemności, to może konstytucję zinterpretować w taki sposób, żeby nie przeszkadzała. I wtedy elektorat takiej interpretacji przyklaśnie, byle tylko udało się władzy utrzymać w elektoracie przekonanie, że wszystko co władza robi, służy elektoratowi. Władza z natury rzeczy jest wykonawcza, inne konstytucyjne rodzaje władzy to jakaś mrzonka, zbędne ozdobniki. Jesli przeszkadzają, można się ich pozbyć. Wyrazicielem tej części społeczeństwa jest przede wszystkim PiS, ale również takie partie i partyjki jak ugrupowania Kukiza lub Korwina-Mikkego. Nie ma natomiast po tej stronie odpowiednika KOD. W jakiejś mierze społeczną, niepartyjną reprezentację tej grupie obywateli zapewniały do niedawna Kluby Gazety Polskiej, ale ich aktywność zamarła, gdy PiS zdobył władzę. Trudno też bojówki fanatyków uznać za ruch społeczny.

 

Na podobny temat:

"Buntu nie będzie" (10/07/2016)

"Murem za Wałęsą" (28/02/2016)

 

2016-02-28

Murem za Wałęsą?

Pierwszy raz tekst na tym blogu piszę sam do siebie. Muszę. Bo dziś, pod flagami Polski i UE, skandowałem na manifestacji KOD "Polska murem za Wałęsą". I czuję potrzebę powiedzenia dlaczego. Przychodzi mi do głowy odpowiedź najprostsza: dlatego, że kiedyś skandowałem: "Mazowiecki na prezydenta!"

Odpowiedź może wydać się paradoksalna. Przecież kontrkandydatem Mazowieckiego był wtedy, w 1990 roku, właśnie Lech Wałęsa. To on stanął na czele obozu politycznego, który wywołał tak zwaną "wojnę na górze", trwającą do dziś, by sięgnąć po stanowisko prezydenta. Tak jak dziś, za sznurki pociągał Jarosław Kaczyński. Opozycjonista z czwartego szeregu, praktycznie wówczas nieznany, na plecach Wałęsy wdarł się na szczyt i stworzył polityczną strukturę, w której stał się głównym rozgrywającym. Zbyt mało znaczący, by osobiście pretendować do najwyższych stanowisk, posłużył się autorytetem Wałęsy i sprawnie wykorzystał wybujałą ambicję historycznego szefa Solidarności by poszczuć go przeciw dorastającej dopiero polskiej demokracji. Stawiając na Kaczyńskiego, Wałęsa  odwrócił się od wielu ludzi (Mazowieckiego, Geremka, Turowicza, Kuronia, Michnika), bez których nie byłoby Wałęsy i sojuszu intelektualistów z robotnikami, solidarności głównych sił narodu.

Gdy słucham dziś, nie po raz pierwszy przecież, jak Wałęsa opowiada o swojej próbie zmanipulowania SB w latach siedemdziesiątych, nie wnikam w historię prostego, dwudziestoparoletniego robotnika, ledwie piśmiennego, który w samotności musiał stawić czoła oficerom bezpieki. Myślę raczej jak później, już jako laureat Nagrody Nobla, narodowy bohater, człowiek rozpoznawany na świecie jako symbol demokratycznego zrywu, Wałęsa znów myślał, że to on manipuluje, że jest cwańszy, i że to on Kaczyńskich wykorzysta, by dojść do upragnionej władzy. I znów stało się inaczej.

Gdyby Wałęsa się wtedy nie skusił, gdyby - tak jak w 1980 - potrafił stanąć na wysokości zadania, które nieświadoma zakamarków ludzkiej psychiki historia mu wyznaczyła, Polska wyglądałaby dziś pewnie inaczej. Wojna na górze pewnie nie doprowadziłaby w 1990 do sukcesu tępawego populisty znikąd, Stana Tymińskiego, który wypchnął Mazowieckiego z wyścigu o prezydenturę. Nie byłoby prezydentury Wałęsy: zaspakajającej jego ambicję, ale kiepskiej dla Polski. Nie byłoby drastycznego końca legendy wodza Solidarności, człowieka, który na legendę przecież zasłużył. Nie nastąpiłoby weliminowanie z życia politycznego tylu odważnych, zasłużonych i świadomych sensu polskich przemian ludzi. Ale przede wszystkim nie byłoby sukcesu zrodzonej wtedy formacji, przekształconej później w Prawo i Sprawiedliwość. Formacji, która stała się grabarzem polskiej demokracji, praworządności i europejskości. Największego i wczoraj i dziś zagrożenia przyszłości Polaków.

Czemu jednak służy gdybanie? Pewnie rację mają ci, co mówią, że inaczej być nie mogło: na ówczesnej scenie politycznej nie było miejsca dla Wałęsy, którego nie zadowolała ani rola lidera związkowego ani historycznej postaci. Chciał być częścią teraźniejszości, nie przeszłości. Budować historię a nie odchodzić do historii. I dlatego też nie było możliwe funkcjonowanie rządu z Wałęsą pozostającym poza szczytami władzy. Na tym defekcie dziejów, na małości wielkiego Wałęsy, swą karierę zbudował Kaczyński.

Po latach znów możemy powiedzieć: inaczej być nie mogło. Sprawna przecież PO, jeśli oceniać po wynikach gospodarczych i miejscu Polski w Europie, była jednocześnie gnuśna i bezideowa, a więc upośledzona w sporze o wartości i idee; ślepa na socjalne potrzeby Polaków a tym samym na zagrożenie populizmu i imperatyw sprawiedliwości; naiwna i zadufana wobec marszu PiS po władzę. Władzę absolutną, bo inna Kaczyńskiego nie zadowala. Jest niezdolny do funkcjonowania w demokracji. Przestrzegam jednak przed prostym skojarzeniem: o, to jak kiedyś Wałęsa. Nie, bo niezdolny do działania w demokracji Wałęsa demokracji nie zniszczył i zniszczyć nie chciał. Nie, bo Wałęsa dokonał tak wiele, że starczyłoby dla armii Kaczyńskich. Jego ludzkie błędy nie mogą tych dokonań przekreślić, bo dziś wszyscy jesteśmy depozytariuszami pamięci o tych dokonaniach, jesteśmy ich spadkobiercami. I dlatego to mądre, i oczywiste, że dzisiejsza manifestacja KOD odbyła się pod hasłem "My, naród", tym samym cytatem z amerykańskiej Konstytucji, którym kiedyś wystąpienie w Kongresie USA rozpoczął Wałęsa.

Dziś, obrona fundamentów wolnej i demokratycznej Polski, obrona nas samych przed destrukcyjnym zalewem pisowskiego błota, polega również na obronie naszej zasłużonej dumy z tego, co udało się dokonać; na obronie przed splugawieniem naszej zbiorowej pamięci; naszego świeżego jeszcze imaginarium; naszych mitów założycielskich. Wałęsa, czy się to komu podoba czy nie, jest częścią tego, czego bronimy. I dlatego dziś, na manifestacji w obronie demokracji, tak jak za czasów komuny, wyrażając poparcie dla Wałęsy, wyrażaliśmy wierność tym ideom i wartościom, które od czasu rządu Mazowieckiego stały się kamieniem węgielnym nowej Polski: demokracji, praworządności, wolności, integracji europejskiej.

----------------------------------
Ciekawy materiał: Kropka nad i z udzialem prof. A. Friszke i Jana Litynskiego: "Wchodzi w kontakty z bezpieką, kiedy jeszcze są niepochowane trupy" (http://www.tvn24.pl)

2015-12-28

Po co Waszczykowskiemu opinia Rady Europy

Po ogłoszeniu przez MSZ informacji, że minister Witold Waszczykowski zwrócił się do komisji weneckiej Rady Europy o pinię na temat przeprowadzanych przez PiS "reform" konstytucyjnych zapanowała konsternacja: po co mu to? Odpowiedż jest prosta: chodzi o grę pozorów i działanie na zwłokę. Wszystko wedle taktyki manipulacji opracowanej i przećwiczonej przez Viktora Orbána.

Pytanie o zasadność działań MSZ jest zrozumiałe, bo nikt nie spodziewa się, by stojąca na straży praworządności komisja wenecka oceniła pozytywnie projekty zmian w Trybunale Konstytucyjnym przedstawione jej przez rząd PiS. Skoro więc opinia może być jedynie negatywna, to - rzeczywiście - po kie licho Waszczykowski nadstawia policzek?

Co więcej, z portalu Studio opinii dowiadujemy się, że Waszczykowski przedstawił komisji weneckiej projekty nieaktualne, a nie ten, o który faktycznie toczy się spór i który czeka na podpis prezydenta. Autor artykułu, Piotr Rachtan, wczytał się dokładnie w dokumentację i wykrył, że do zaopiniowania zostały przekazane druki sejmowe: nr 129 – projekt grupy Kukiz 15 i nr 122 – projekt poselski skierowany do pierwszego czytania. Natomiast nic nie wskazuje na to, by do zaopiniowania przekazano projekt poselski z poprawkami, przyjęty w drugim czytaniu, oraz ostateczną wersję tekstu przyjętą przez sejm i senat i przekazaną do podpisania prezydentowi. I znów pytanie wydaje się zasadne: po co? Czyżby PiS liczył, że organ konsultacyjny Rady Europy się na szwindlu nie pozna?

Metoda Orbana

Odpowiedzi na te pytania nie są skomplikowane, jeśli ktoś uważnie prześledzi zabawę w kotka i myszkę, jaką przez lata prowadzi z Radą Europy i z Komisją Europejską Viktor Orbán. Kilkanaście zmian konstytucji, kolejne ustawy "kardynalne" i inne akty prawne lub decyzje dotyczące mediów, sądów, mniejszości, sklepów wielkopowierzchniowych to prawdziwa lawina przepisów, którą Viktor Orbán zasypał Węgry. Za każdym razem, gdy któryś z nich był krytykowany przez opinię międzynarodową, Radę Europy lub instytucje unijne: Komisję Europejską i Parlament Europejski, węgierski premier zaczynał konsultacje.

Ruszała wymiana listów. W międzyczasie wstępny projekt będący przedmiotem korespondencji i "spotkań technicznych", zanim jeszcze konsultacje się zakończyły, był zastępowany kolejnym. Rozpoczynała się dyskusja o aktualizacji projektów. Gdy komisja wenecka lub Komisja Europejska wydawały opinię, Orbán za każdym razem za nią dziękował, ale jednocześnie informował, że dotyczyła ona starego projektu. Bo nowy, rzecz jasna, był już zupełnie, ale to zupełnie inny. Międzynarodowe i unijne gremia zaczynały więc od nowa trwającą tygodniami analizę napisanych po węgiersku projektów. I gdy ponownie udawało się opinię wydać, znów okazywało się, że dotyczy nieaktualnego tekstu. Od czasu do czasu Orbán wpada też do Strasburga, by wytłumaczyć w Parlamencie Europejskim zaistniałe "nieporozumienia" i "prawdziwy" sens swojej polityki. Czasem gra w kotka i myszkę się zatrzymuje, sprawa jest kierowana przez Komisję Europejską do Trybunału UE, co znów zabiera wiele czasu, a przede wszystkim, że względu na ograniczone kompetencje Komisji, dotyczy kwestii raczej technicznych niż fundamentalnych.

Wykorzystać "słabości" demokracji

Taką samą taktykę chce najwyraźniej prowadzić pisowski rząd. Tyle, że tempo jest w Polsce wyższe niż na Węgrzech. Waszczykowski postanowił ubiec komisję wenecką Rady Europy i czymś ją zająć. Nie tym, o co się toczy gra? Tym lepiej: zawsze będzie można powiedzieć, że sprawa jest po prostu bardzo skomplikowana, ale polski rząd wykazuje dobrą wolę i chęć współpracy. Waszczykowski wie, że zgodnie z procedurą przyjętą w 2014, Komisja Europejska zasięga opinii komisji wenckiej Rady Europy i z nią współpracuje. W ten sposób w grę włączone są też organy unijne.

Przyjęty przez sejm i senat projekt pewnie za pare dni zostanie podpisany. Ale nie byłbym też specjalnie zdziwiony, gdyby prezydent Duda, dla zachowania pozorów, odesłał oczekujący na jego podpis tekst do poprawki i gdyby wrócił on po kosmetycznych zmianach już jako "poprawiony" i niby uwzględniający uwagi komisji weneckiej.


Czym więcej zamieszania, czym więcej czasu upłynie, tym lepiej dla rządu, który przerabia ustrój Polski na swoje kopyto. Bez większości konstytucyjnej, z naruszeniem prawa, procedur i dobrych obyczajów. Dobre obyczaje nie mają znaczenia, gdy cel uświęca środki. Są traktowane jako element gry pozorów. Procedury, konsultacje - to kolejny słaby punkt demokracji, który zwolennicy demokratury starają się wykorzystać. Antydemokratyczne, antyliberalne i antyeuropejskie rządy PiS są rządami kłamstwa. A właśnie z kłamstwem demokracja liberalna i europejski parlamentaryzm radzą sobie kiepsko, bo zakładają, że gra musi toczyć się zgodnie z zasadami. PiS takie założenia odbiera jako naiwność i słabość, bo jest to partia, w której wyznaje się inny system wartości.

Makiawelizm pisowskich graczy jest łatwy do zdemaskowania, ale trudno na niego skutecznie zareagować. Być może Waszczykowski myśli, że w jego wykonaniu makiawelizm jest elementem dyplomacji. Ale pamiętajmy, kto pociąga za sznurki. W odniesieniu do Kaczyńskiego, definicji makiawelizmu szukać trzeba nie w rozdziale "doktryny polityczne" ale w rozdziale "psychopatia". Makiawelizm to również cecha chorej osobowości.

 

Aktualizacja: Prezydent Duda jednak podpisał dzisiaj znowelizowaną ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Grę pozorów zostawił Waszczykowskiemu, sam złożył noworoczny hołd swemu mocodawcy.




 

2014-02-05

Państwo PiS jest nie z tej Europy (6) W Polsce tylko polskie prawo

Że cały świat, od zawsze, czyha na Polska suwerenność, to wiadomo. Ale pod pomnikiem Piłsudskiego, w Dniu Niepodległości 11 listopada 2013, Kaczyński wyjawił narodowi jeszcze okrutniejszą prawdę: istnieją w Polsce wewnętrzne siły, które chcą pozbawić Polskę suwerenności. "To są dążenia o charakterze skonkretyzowanym, politycznym, odnoszącym się do takiej wersji sytuacji w Europie, takiego rozwiązania problemów europejskich, które w gruncie rzeczy uczynią nas zależnym członem europejskiej federacji, krajem, w którym nie będą zapadały podstawowe decyzje, który będzie wykorzystywanymi peryferiami". "Podstawowe decyzje" mają zapadać w Polsce. Nie z udziałem Polski, i nawet nie we współpracy z innymi, których dotyczą, ale w Polsce całkowicie i wyłącznie. Niestety, zdaniem lidera PiS tak nie jest, bo obcym zakusom na polską suwerenność sprzyja dodatkowo wewnętrzny wróg. 

Kaczyński nie lubi  gdy nazywać go nacjonalistą, ale to nacjonalizm całkowicie zdominował jego patrzenie na świat i na Polskę. To już nie jest tylko (euro)sceptyk, co na zimne dmucha i krytycznie odnosi się do tego czy owego. Prezes PiS podważa nie tylko jeden z fundamentów integracji europejskiej jakim jest współdecydowanie o wspólnych sprawach. Inaczej mówiąc: wspólne stanowienie prawa obowiązującego wszystkich partnerów, zgodnie z zasadą dzielonej suwerenności.  Podważając zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego (w dziedzinach, w których wspólnota ma kompetencje oczywiście) nad prawem krajowym, Kaczyński sprzeciwia się jednej z podstaw prawa międzynarodowego, bez której żaden międzynarodowy traktat nie miałby sensu. 

Gospodarzami w Polsce są (prawdziwi) Polacy

Głównym argumentem i podstawą retoryki Kaczyńskiego jest przestroga przed obcym: wróg nie śpi, bądźmy czujni i nieprzejednani. Kaczyński nie potrafi przeżywać swego patriotyzmu i pobudzać patriotyzmu u innych inaczej, niż wskazując wroga. A ponieważ walka o władzę dla tego lokalnego polityka rozgrywa się na scenie lokalnej najważniejsze jest skonstruowanie lokalnego, wewnętrznego wroga. Wróg jest zdrajcą, bo służy obcym interesom. Obcy, jak wiadomo, mają interes w tym, by pozbawić Polskę suwerenności. Gdyby ten sposób myślenia dominował wśród klasy politycznej po drugiej wojnie światowej, integracja Europy nigdy by się nie zaczęła, a zimna wojna trwałaby na przemian z wojną prawdziwą, jak to już nie raz w europejskiej historii bywało. Antyeuropejskość Kaczyńskiego nie objawia się wyłącznie sprzeciwem wobec takich czy innych konkretnych rozwiązań z dziedziny funkcjonowania demokracji, gospodarki czy handlu. Jej źródłem jest też system wartości, których sens zawsze wyraża się poprzez nienawiść, nieufność, nietolerancję. Patriotyzm Kaczyńskiego jest podobny do patriotyzmu Gomułki.

"Musi być jasne, że gospodarzami w Polsce są Polacy", mówił Kaczyński w wywiadzie dla Rzeczpospolitej we wrześniu 2013. Musi być jasne, ale dzisiaj nie jest. Jasne i jednoznaczne.
Po "niepodległościowych" manifestacjach PiS i innych ugrupowań nacjonalistycznych wiadomo, że chodzi o "prawdziwych" Polaków, o Polaków jednoznacznych. W Święto Niepodległości jeden z transparentów NOP na rondzie de Gaulle'a promował "Polskę dla Polaków". Zbieżność nie jest przypadkowa. Jednoznaczne muszą też być przepisy prawa polskiego, zgodne z systemem aksjologicznym. Kaczyński proponuje (w tym samym wywiadzie dla Rzeczpospolitej), by w konstytucji zapisać kwestię suwerenności Polski i wyższość krajowych przepisów nad prawem europejskim. Musi być jasno rozstrzygnięte, że gospodarzami w Polsce są Polacy i nie można nam narzucać niczego, co jest sprzeczne z polskim porządkiem prawnym i systemem aksjologicznym". 

Z realizacją tego postulatu mam pewien kłopot, bo ja i Kaczyński obaj jesteśmy Polakami, ale nasz system aksjologiczny jest inny. Cała zaś logika tego wywodu opiera się na założeniu, że wszyscy Polacy maja ten sam system aksjologiczny, a porządek prawny jest odzwierciedleniem obowiązującej aksjologii. Kierując się swoją aksjologią nacjonalistyczni bojówkarze spalili budkę strażnika przed rosyjską ambasadą narażając Polskę na oskarżenia o złamanie konwencji wiedeńskiej. Wiadomo: konwencja, obce prawo.

Prymat prawa polskiego nad każdym innym

Pomysł, by zapisać w konstytucji, że UE szanuje polską suwerenność i tożsamość narodową pojawiał się już w przeszłości. W sejmie powołano nawet specjalną komisję nadzwyczajną (pod przewodnictwem posła Jarosława Gowina, dziś lidera "Polski Razem"), która uznała w 2011 roku, że taki zapis niczego nie wnosi. Potwierdził wówczas tę opinię, też na łamach Rzeczpospolitej, prof. Piotr Winczorek przypominając artykuł 90. polskiej konstytucji, który reguluje kwestię stosunków Rzeczypospolitej Polskiej do organizacji międzynarodowej. Jest na napisane, że Polska na mocy umowy międzynarodowej może przekazać organizacji międzynarodowej wykonywanie kompetencji swoich organów władzy publicznej.

Umowa międzynarodowa ma prymat nad prawem krajowym, bo jaki byłby sens umów międzynarodowych i traktatów, gdyby te umowy nie były dla wszystkich wiążące w jednakowy sposób? Gdyby mimo zawarcia umowy, każdy kraj mógł powiedzieć: podpisałem, ale się nie zastosuję, bo z moim prawem się to nie zgadza albo z moją aksjologią. Nie byłoby możliwości umówienia się w żadnej sprawie, nie byłoby dyplomacji, handlu międzynarodowego, współpracy obronnej. Zamiast zapisać w konstytucji, że międzynarodowe traktaty nie mają znaczenia, można ich po prostu nie podpisywać. Z organizacji międzynarodowych można wystąpić. Również z UE, na mocy prawa międzynarodowego i traktatu lizbońskiego.  A kiedy się już gdzieś wstępuje i coś podpisuje, można i należy czynić to w zgodzie ze swoją konstytucją. Tak jak zrobiła to Polska podpisując w 2003 roku traktat o przystąpieniu do UE.

Unia trybunalska

Słynny niemiecki Trybunał Konstytucyjny w siedzibą w Karlsruhe orzekł w 2009 r, że ma prawo do kontroli aktów prawnych UE pod kątem zgodności z istotą niemieckiej ustawy zasadniczej. Podobnie jest w polskim prawie: nadrzędna jest rola polskiej konstytucji. Polski Trybunał Konstytucyjny jest "sądem ostatniego słowa": to on stoi na straży konstytucji. W jednym z orzeczeń uznał, że akty prawne stanowione przez instytucje Unii Europejskiej mogą podlegać jego kontroli, jeśli obywatel złoży na nie skargę konstytucyjną. Rozporządzenia unijne wchodzą bowiem bezpośrednio do systemu polskiego prawa (inaczej niż dyrektywy) i mogą teoretycznie zawierać postanowienia dotyczące praw i wolności obywatelskich. Nie oznacza to jednak, że Trybunał Konstytucyjny ma kompetencję, by stwierdzać nieważność unijnego prawa. Prawo UE, dyrektywy, rozporządzenia i decyzje, musi być zgodne z unijnymi traktatami, nad czym pieczę sprawuje Trybunał Sprawiedliwości UE. Ani polska ani niemiecka procedura kontroli unijnych rozporządzeń pod kątem zgodności z krajową konstytucją nie stoi w sprzeczności z zasadą prymatu prawa wspólnotowego nad prawem krajowym. Prymatu potwierdzonego po wielokroć, również w orzeczeniu dotyczącego kontroli aktów prawnych UE, przez unijny Trybunał.

Z punktu widzenia polskiego (podobnie jak niemieckiego) prawa sprawa jest jasna. Poza profesorem Winczorkiem wypowiadał się z tej kwestii wielokrotnie między innymi sędzia Stanisław Biernat. Ale dla Kaczyńskiego, który uprawia politykę opartą na pustej, nacjonalistycznej retoryce, nie ma to znaczenia. Chciałby konstytucji, która jest spisem jego wiecowych maksym, a nie prawem. Byłby ich jedynym egzegetą. I zawsze, gdy tylko przyjdzie mu taka ochota, mógłby powiedzieć unijnym partnerom: moja miedza, moje gospodarstwo, nic wam do tego. Nie sposób odmówić Kaczyńskiemu spójności poglądów. W końcu Polakom mówi to samo: to ja jestem tu jedynym gospodarzem. A kto myśli inaczej, ten zdrajca.


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014


Napisane w BlogsyNapisane w Blogsy

2013-03-06

Orbán szykuje rewanż

Za tydzień, 11 marca, węgierski parlament wprowadzi ponownie do konstytucji to wszystko, co trzeba z niej było usunąć by udowodnić europejskiej i amerykańskiej opinii publicznej, że na Węgrzech jest demokracja. No dobrze, może nie wszystko. Ale wystarczająco dużo, by znowu wywołać krytykę w UE i w USA. Oraz aby dodać wigoru przysypiającym wielbicielom Viktora Orbána w Polsce, tym, którzy chcą Budapesztu w Warszawie.

Demokratura

Jeszcze zanim w styczniu 2012 roku weszła w życie nowa Konstytucja, posypały się na Orbána oskarżenia, że buduje państwo autorytarne, oparte na rządach jednej partii. Otwarcie sytuację w Budapeszcie krytykowali przywódcy Francji i Niemiec. Hilary Clinton wysłała do węgierskiego premiera list, pisma słali Barroso i jego komisarze. 17 stycznia Komisja Europejska wszczęła serię procedur w sprawie naruszenie prawa unijnego. Zablokowane zostały rozmowy Komisji i Międzynarodowego Funduszu Walutowego z Budapesztem w sprawie pożyczki mającej podratować lecącą na łeb na szyję wiarygodność węgierskiej gospodarki, bo nowe prawo naruszało niezależność banku centralnego.

Obrońcy praw człowieka i wolności słowa (między innymi "Reporterzy bez granic") protestowali przeciw tłamszeniu przez Orbána wolności mediów (poszło o opanowanie przez ludzi Fideszu publicznego radia i telewizji, kontroli publikacji wedle kryteriów "równowagi" i "obiektywizmu" oraz pozbawienia częstotliwości stacji Klubrádió nastawionej krytycznie do rządu). Naruszona została niezależność urzędu do spraw ochrony danych osobowych (odpowiednika polskiego GIODO, sprawa wciąż przed Trybunałem) i organów sprawiedliwości. Na mocy nowego prawa odesłano na wcześniejszą emeryturę 300 sędziów, a na ich miejsce powołano nowych. Rekrutacją zajmował się zreformowany organ, na czele którego stanęła żona lidera Fideszu w Parlamencie Europejskim. Krytycy "demokratury" wprowadzanej przez Orbána domagali się zastosowania wobec Węgier przepisu traktatowego, który pozwala na zawieszenie niektórych praw członkowskich państwa naruszającego w drastyczny sposób zasady demokracji i państwa prawa.

Za wolność naszą i waszą

Wszystkie te sankcje wydawały się być obojętne Orbánowi, który nie tylko kontynuował urządzanie państwa po swojemu, ale nawet przeszedł do kontrataku. Rozpoczęła się rządowa akcja propagandowa: nacjonalistyczna, antyunijna i antyzachodnia. Tubą Orbána były wierne rządowi media, na czele z jednym z dwóch głównych dzienników Magyar Nemzet i publiczna (czy raczej państwowa) telewizja. (Mówię "media wierne rządowi", bo - wbrew temu co mówiono w Londynie, Paryżu czy Brukseli - media opozycyjne wciąż jeszcze na Węgrzech nie zamilkły.)

Manifestacja poparcia dla rządu, Budapeszt, styczeń 2012
Fidesz zaczął też skutecznie  mobilizować zwolenników rządu organizując marsze i wiece poparcia: najlepszy sposób by pokazać światu, że o gwałceniu demokracji  nie może być mowy, skoro wszystko odbywa się za przyzwoleniem obywateli. I faktycznie: Orbán nie tylko wygrał w cuglach wybory, ale przez cały czas utrzymywał poparcie większości Węgrów. Udało się też znaleźć zwolenników za granicą, przede wszystkim w Polsce. To stąd przybywały transporty klubowiczów Gazety Polskiej, by w imię walki "za wolność waszą i naszą" oddać hołd polityce szowinizmu i autokracji; to stąd wywodzi się oficjalny kronikarz Wielkiego Viktora, Igor Janke; to tamtejsza główna partia opozycyjna, PiS, chciała zaprowadzić w swoim kraju system prawa i wartości promowany przez Fidesz.

Podwójne standardy 

Wszczęte przez Komisję Europejską procedury w sprawie naruszenia unijnego prawa, zmasowana krytyka międzynarodowa, wreszcie zamrożenie funduszy strukturalnych jako sankcja za nieprzestrzegania procedury nadmiernego deficytu finansów publicznych (Węgry były pierwszym i jedynym jak na razie państwem, wobec którego zastosowano ten nowy mechanizm) sprawiły, że Orbánowi łatwo przyszło przekonać Węgrów, że Zachód i Unia uwzięły się na Węgry. Węgry zostały ukarane za niezależność i  nieugiętość. Stały się ofiarą zasady podwójnych standardów: Bruksela nie potraktowałaby tak dużego kraju. Ta interpretacja łatwo znalazła posłuch poza granicami. Że w Polsce, w PiS i w Gazecie Polskiej, to oczywiste. Ale nie tylko. Radek Sikorski przyznał w rozmowie z Igorem Janke,  że "po części na pewno jest to podszyte podwójnymi standardami wobec naszego regionu" (Rzeczpospolita, 2 lipca 2012). Jego zdaniem wynika to z zachodnich programów nauczania traktujących nasz region po macoszemu. Nieuki i tyle . Kiepska edukacja nie przeszkodziła jednak również austriackiej minister finansów upomnieć się o  Budapeszt, tym razem w imię solidarności małych krajów.

Prawda jest jednak taka, że nigdy żaden inny kraj UE nie zmienił jednocześnie konstytucji i nie wprowadził w ciągu półtora roku 400 nowych ustaw, z których wiele dotyczyło funkcjonowania instytucji i mechanizmów zasadniczych dla demokratycznego państwa i to w ogóle nie licząc się z unijnymi traktami. Zważywszy na zakres, tempo i charakter zmian prawnych, można by się raczej zastanawiać, dlaczego Komisja nie wszczęła większej liczby procedur (Węgrom postawiono w tym samym czasie mniej formalnych zarzutów niż na przykład Wielkiej Brytanii, Włochom czy Portugalii). Nie wszczęła, bo nie starczyło jej kompetencji. Jeśli chodzi o polityczną reakcję Komisji i Parlamentu, to w tym samym czasie, gdy krytykowano Węgry, dostało się też Francji, za politykę wobec Romów. Francja to raczej duży kraj.

Nawrócony

Poparcie własnego elektoratu oraz garstki zagranicznych sympatyków z kręgów nacjonalistycznych  i eurofobicznych okazało się jednak niewystarczające, by uratować wiarygodność gospodarki. Podatki wymierzone w zagranicznych inwestorów (banki, usługi zbiorowego żywienia, supermarkety) miały na celu zmniejszenie deficytu publicznego. Na krótką metę mogły przynieść taki efekt, ale kraj potrzebuje reform, a nie łatania dziur. Mogły się też spodobać podatnej na populizm lokalnej publicznosci, ale kapitału nie przyciągnęły. Żeby poprawić wizerunek, Orbán zaproponował Mercedesowi warunki nie do przebicia i faktycznie udało  mu się na Węgry ściągnąć fabrykę mercedesów. Ale na tym koniec. Zrozumiał, że nie może prowadzić wojny ze wszystkimi. W 2014 roku, na wiosnę, będą wybory, a samym patriotyzmem Węgrów się nie nakarmi.

Żeby poprawić klimat polityczny wokół Węgier i wznowić rozmowy na temat pożyczki z Komisją Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym postanowił zmienić taktykę. Choć dopiero co na nacjonalistycznym wiecu porównywał UE do ZSRR, przyjechał do Brukseli i obiecał poprawę. Błyskawicznie przeprowadzona zmiana prawa (a cóż to dla Orbána i jego Fideszu) skłoniła Komisję Europejską do zakończenia procedury dotyczącej naruszenia niezależności Banku Centralnego. Wyroki Trybunału Konstytucyjnego (tak, mimo wszystko instytucja ta zachowała jak dotąd niezależność) potwierdzały zarzuty Komisji w kolejnych sprawach, ale Orbán od razu przedstawiał w Brukseli projekty nowelizacji, które miały uzdrowić sytuację. W sprawie wcześniejszej emerytury sędziów i notariuszy to unijny Trybunał Sprawiedliwości  wydał wyrok, do którego władze węgierskie zobowiązały się jak najszybciej dostosować. Zaledwie kilka dni temu węgierski sąd potwierdził, że odebranie częstotliwości stacji Klubrádió było bezprawne. Również ta sytuacja ma być naprawiona. Wszystko - lub prawie - wskazywało, że Orbán się nawrócił.

Wielki powrót 

Tymczasem 8 lutego jeden z posłów Fideszu przedłożył w węgierskim parlamencie projekt nowelizacji konstytucji. Dotyczy on przede wszystkim uprawnień Trybunału Konstytucyjnego. W rzeczywistości idzie znacznie dalej, bo obejmuje szereg kwestii, które już raz okazały się problematyczne. Niektórymi zajęła się Komisja Europejska, innymi Rada Europy (te ostatnie dotyczą zagadnień z zakresu państwa prawa, demokracji i praw obywatelskich, które nie są objęte kompetencjami UE).  Chodzi na przykład o restrykcje w prowadzeniu kampanii wyborczych oraz o możliwość ograniczenia swobody wypowiedzi, jeśli narusza ona godność narodu węgierskiego.  W poprawce jest zapis na temat obowiązku pozostania na Węgrzech i podjęcia tam pracy dla studentów otrzymujących stypendia oraz  mechanizmu przekazywania spraw sądowych z jednego sądu do drugiego. Znalazł się tam również artykuł dotyczący ścigania zbrodni komunistycznych, którego charakter może budzić wątpliwości. Poprawka do konstytucji zawiera też zapisy dotyczące ochrony danych osobowych, które pogarszają zamiast poprawiać sytuację prawną zaskarżoną przez Komisję do Trybunału Sprawiedliwości. Jeden z niemieckich ministrów juz podniósł alarm w sprawie węgierskiej poprawki konstytucyjnej. O sprawie napisała AFP, a za nią Financial Times.

W środę Orbán będzie w Warszawie. Spotka się tu między innymi z przywódcami Niemiec i Francji. Na zaproszenie swego polskiego kronikarza, Igora Janke, wygłosi też odczyt na temat przyszłości UE. Które swoje oblicze pokaże tym razem: reformatora Europy szanującego unijne traktaty czy też nacjonalistycznego rewolucjonisty, "narodnika", który znowu zagra "zapadnikom" na nosie? Bez względu na rolę, jaką odegra, jedno jest pewne: szykuje rewanż. Już za tydzień.

2012-08-20

Polityka na ratunek gospodarce


Euro trzyma się mocno, jest stabilną walutą, a państwa strefy euro są znacznie mniej zadłużone niż Stany Zjednoczone lub Japonia. Nie ma wiec kryzysu euro, jest kryzys instytucji Eurolandu – uważają Jürgen Habermas, Peter Bofinger i Julian Nida-Rümelin. We  wspólnym tekście, opublikowanym na początku sierpnia w Frakfurter Allgemeine Zeitung i przedrukowanym w ostatni weekend przez Gazetę Wyborcza, stawiają tezę, że ratunkiem dla strefy euro, a tym samym sposobem na wyjście z kryzysu, jest głębsza integracja polityczna UE. Koncentrują swą krytykę na politykach, którzy nie są w stanie dostrzec tej oczywistości, bo nie potrafią i nie mają odwagi patrzeć w przyszłość. Pokładają natomiast nadzieję w obywatelach, którzy udzielą demokratycznego poparcia głębszej integracji politycznej. 

Unia monetarna, ale bardziej polityczna
To teza znana z innych publikacji, również samego Habermasa. Mimo albo raczej z powodu sympatii, jaką czuję do tego punktu widzenia, martwi mnie proponowany pomysł na zmianę tego stanu rzeczy. Nie, że zły. Tylko niestety niewykonalny. Bo zadanie, jakie chce krótkowzrocznym politykom powierzyć Habearmas, przez tych polityków wykonane być nie może. Autorzy mają oczywiście rację wzywając do silniejszej integracji politycznej. Jej brak i wynikająca z niej gospodarcza i polityczna konkurencja między państwami, to jeden z głównych powodów, które doprowadziły do rozwiązania w 1927 roku, po 62 latach funkcjonowania, Łacińskiej Unii Monetarnej. Co ciekawe, również wtedy najsłabszym ogniwem unii okazała się Grecja, której gospodarka w 1892 roku została objęta daleko posuniętym nadzorem partnerów. Również dolar, który od 1792 roku stal się "dewizą federalną" USA, nie przetrwałby bez politycznej integracji stanów. Od samego początku uwspólniono dług publiczny, do czego nawołuje dziś Komisja Europejska, a o czym nie chce słyszeć Angela Merkel (krytykowana za to przez Habermasa).  Autorzy tekstu wzywają do wprowadzenia euro-obligacji, zaproponowanych już dwa lata temu przez José Manuela Barroso.

Euroland jako podstawa unii politycznej – raczej nie wypali
Zdaniem autorów tekstu, pogłębienie politycznej  integracji miedzy państwami UE jest niezbędne dla utrzymania euro. Po pierwsze, proponują unię polityczną najpierw wśród 17 członków Eurolandu. Ten pozornie logiczny postulat (bo unia polityczna ma uratować unię walutową) rozbija się jednak o ważną polityczną barierę: może tak powinno być, skąd jednak przekonanie, że to akurat wśród tej siedemnastki znajdą się państwa skłonne silniej się zintegrować? Skłonny byłby na pewno Luksemburg, pewnie dołączyłaby Belgia, ale Holandia? Ale Finlandia? Przetrwanie strefy euro jest fundamentalne nie tylko dla gospodarki UE, ale dla idei europejskiej jedności. Ma rację Habermas mówiąc, że "rezygnacja z idei europejskiej jedności oznaczałaby wypisanie się ze światowej historii". Ale skoro tak, to sojuszników do unii politycznej może należałoby poszukać też poza Eurolandem.

Zły moment na integrację polityczną - niestety
Po drugie, trudno się nie zgodzić, że głęboka reforma instytucji Eurolandu i w ogóle gospodarczego ustroju UE najbardziej przydałaby się teraz. Jednak właśnie teraz najtrudniej ją przeprowadzić. Habermas chce nowego konwentu i nowej debaty o europejskiej konstytucji. Można żałować, że nie dało się wszystkiego zrobić za Delorsa, trudno. Później, gdy konwent pod przewodnictwem nazbyt ambitnego Valérego Giscrada d'Estaing miał obdarzyć UE konstytucją, renacjonalizacja umysłów zbiegła się w czasie ze spadkiem jakości klasy politycznej. Już wtedy było za późno. Albo za wcześnie. Ideowe przedwiośnie, pora niczyja, trwa do dzisiaj. Na pewno czas kryzysu – gospodarczego i ideowego – nie jest najlepszym momentem, by udało się to, co nie powiodło się wtedy. Przekonanie, że teraz projekt poprą obywatele (skoro na polityków nie ma co liczyć) jest tak piękne, jak wiele przekonań Habermasa, ale niestety oderwane od rzeczywistości. Obywatele nie popierają reform. Zwłaszcza w czasie kryzysu. Słabowitość demokracji państw członkowskich sumuje się w tak zwany deficyt demokratyczny UE i nie jest prawdą, że sami obywatele nie ponoszą za to odpowiedzialności. Tak samo jak trudno uwolnić greckich obywateli od wszelkiej odpowiedzialności za gospodarczą zapaść ich państwa.

Reforma jest przecież w toku - bez fajerwerków
Autorzy artykułu nawołują do reformy instytucji Eurolandu. Mają rację. Proponują rozwiązania, ale przecież wiele z tych rozwiązań jest wprowadzanych a reforma jest w toku. Silniejszy i bardziej skuteczny nadzór nad instytucjami finansowymi i nowe zasady działania sektora bankowego, z bezpieczniejszym systemem gwarancji dla obywateli trzymających w bankach pieniądze, wspólny mechanizm ratunkowy na wypadek kolejnych zapaści, ściślejsza koordynacja polityki gospodarczej państw członkowskich, koordynacja i kontrola narodowych budżetów – to wszystko się dzieje. Powstają nowe fundamenty ustroju gospodarczego i funkcjonowania systemu finansów publicznych. To prawda, że pozytywne skutki tych działań będzie widać nieco później. Nigdzie na świecie nie dokonuje się jednak tak głęboka reforma stabilizująca i uwiarygodniająca cały system jak w Eurolandzie. Polska ma oczywiście rację uczestnicząc w tym procesie na ile się da. Natomiast brak polskiej strategii, ba: zwyklej opinii rządu na temat powstającej unii bankowej jest dowodem politycznej krótkowzroczności, o której mówi Habermas.

Natomiast pomysł, by tę reformę instytucji przywdziać w polityczną nadbudowę, choć kuszący, nie brzmi w obecnej sytuacji przekonująco. Ale bardzo bym chciał, żeby Habermas skuteczniej przekonywał do swoich przekonań, by zyskiwał zwolenników. To oni, w ustabilizowanej gospodarczo UE, zrobią następny krok, w stronę ukonstytuowania "wspólnej, ponadnarodowej struktury demokratycznej, która nie byłaby państwem federalnym" – jak mówi Habermas.  Krok rzeczywiscie niezbędny. W przyszłości. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...