Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Janion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Janion. Pokaż wszystkie posty

2017-12-08

Na Wschodzie bez zmian

Niby wiadomo było, że lekkie drgnięcie tektoniczne w jednej z dzielnic Warszawy nie zapowiada wielkiego trzęsienia ziemi w całym kraju, a jednak: same komentarze w tej sprawie gęstą medialną mgłą skryły polski krajobraz polityczny na parę dni. Teraz pomruk gleby ustał. Nic się nie stało. Wszystko wraca do normy. 

Norma jest taka: Jarosław Kaczyński zmienia polityczny ustrój Polski od 2015 roku i nikt mu w tym nie przeszkodzi. Zmiany są fundamentalne, wprowadzane wbrew konstytucji są zamachem stanu. Od samego początku zamysł był taki, żeby polityczną rewolucję zrównoważyć gospodarczym status quo. Kaczyński o ekonomii nie ma zielonego pojęcia, a gospodarka go nie interesuje. Ale ponieważ wszystkich innych interesuje, to niech mają: dla każdego coś miłego. Pomysł zadziałał bezbłędnie: proszę, miało się wszystko (gospodarka) zawalić (niby z powodu polityki), a nic się nie zawaliło. Gwarantem gospodarczego status quo jest od 2015 roku Mateusz Morawiecki. A to, jaka tytulatura wypełnianiu tej roli towarzyszy nie ma znaczenia innego, niż symboliczne.

Pewnie, że dla Kaczyńskiego symbole są ważne. Jest on w polityce przedstawicielem symbolizmu ekspresyjnego, który z powodu wychowania i wyrachowania ukrywa się za maską akademizmu. Morawiecki to ustępstwo na rzecz akademizmu. Macierewicz to ekspresywizm. Ziobro mieści się gdzieś pośrodku. Cała reszta to wyposażenie pracowni, albo elementy kompozycji: martwa natura. Dokończenie monumentalnego dzieła, jakim jest demontaż prawnych gwarancji niezależności sądownictwa właśnie się zakończyło. To zamyka pewien etap, kompozycję można zmienić. Oznacza to przesunięcie Beaty Szydło na jakąś inną pozycję, i nie ma żadnego znaczenia na jaką. Znaczenie ma tylko kto dokonuje przesunięć. 

Niektórzy dopatrują się u Kaczyńskiego choroby psychicznej. Ależ skąd. Można co najwyżej powiedzieć, że Kaczyński mieści się w stworzonej przez Marię Janion kategorii wariatów-patriotów (razem z Macierewiczem), ale i to byłoby naciągane. Kaczyński jest przedstawicielem mesjanizmu. Ale nie jakiegoś polskiego romantycznego mesjanizmu. W jego mesjanizmie to on sam jest mesjaszem. Jego brat był elementem jego mesjańskiej misji. Gdy zginął w katastrofie, strata zabolała tak, jak boli utrata oka albo nogi. Pamięć o bracie jest bólem fantomowym, jak po amputacji. A na dodatek przypomina o potrzebie zemsty. Niech nikogo nie zmylą hołdy oddawane Lechowi przez Jarosława: Jarosław oddaje je sam sobie. Mesjasz czeka tylko na siebie. Nie jest skazany na wypełnianie teraźniejszości beckettowskim wyczekiwaniem: teraźniejszość to źródło irytującego znudzenia, to stan przejściowy między historią (przeszłość okiełznana i udomowiona) a wiecznością (jedyna forma przyszłości, która naprawdę się liczy, wolna od imposybilizmu kalendarza). Ważne jest to, co nadejdzie. Stąd zapewne bierze się chichot Kaczyńskiego błędnie brany za objaw psychozy: on jeden wie, że już nadszedł. Jakie z znaczenie mogą w takiej perspektywie mieć wejścia i zejścia ze sceny Morawieckich czy Szydłowych?

2012-10-02

Ratunku: Tusk nas bije!

Barcelona, 11/09/2012
Kiedy 29 września Plac Handlowy w Madrycie wypełnił tłum protestujących, organizatorzy manifestacji mówili o 200 tysiącach uczestników. Obliczono, że w rzeczywistości plac może pomieścić maksymalnie 175 tysięcy osób. W Lizbonie, 15 września, podawano liczbę ponad 100 tysięcy manifestantów.  Albo 70 tysięcy. W Atenach, 22 marca, na ulice wyszło ponad 110 tysięcy osób. Ale może więcej, w końcu Grecy protestują od miesięcy, więc co to ma za znaczenie. Podobno 27 września 70 tysięcy osób wzięło udzial w zamieszkach. W całej Grecji, nie w jednym mieście. Ale zamieszki to zamieszki, nie zwykła manifa.  A w Barcelonie, 11 września, na ulice wyszły 2 miliony osób! A może milion. Wszyscy są zgodni: dobrych kilkaset tysięcy.  29 września na Placu Trzech Krzyży z Warszawie było 200 tysięcy maniefstantow. Albo 130. Może tylko 80. 

Szacowanie liczby manifestantów, która ma być miernikiem poziomu niezadowolenia (lub poparcia), jest zawsze karkołomne. Zawsze liczba podana przez organizatorów jest większa niż szacunki policji.  Ale na tym podobieństwa między manifestacjami w Lizbonie, Atenach, Madrycie, Barcelonie i w Warszawie się kończą. PiS bardzo by chciał, żeby w Warszawie było jak w Madrycie, Lizbonie, Atenach. Ale nie jest: nie ma wyniszczających cięć wydatków na szkoły i szpitale, na pensje i emerytury jak w Grecji. Sytuacja jest nieporównywalna. Nie ma bezrobocia wśród młodzieży sięgającego 50% populacji jak w Hiszpanii. O zagrożeniu recesją się mówi, ale jej nie ma. Deficyt jest, owszem, ale gdzie mu tam do deficytu nie tylko greckiego czy hiszpańskiego, ale nawet francuskiego. PiS by chciał, żeby naród (naród, narodzie, o narodzie, w narodzie!) czuł się w swej tożsamości zagrożony. Jak Katalończycy. I to od 18. wieku. Ale się nie czuje. Mimo Gazety Polskiej. Naszego Dziennika. Radia Maryja. Naród nie rozumie, że Tusk, Niemcy i Rosja, z Brukselą na czele,  pozbawiają go suwerenności. Naród śpi. Obudź się Polsko! 

W Polsce jest normalnie.  Tak bardzo, że przez dwa kolejne lata, w sercu Europy trawionej kryzysem, jedynym ważnym postulatem trawionej przez paranoję polskiej konserwatywno-katolicko-narodowo-ludowej (ileż to trzeba przymiotników, żeby opisać nacjonal-populizm) opozycji jest "prawda o Smoleńsku". A "Obłęd" Krzysztonia czytali? Pamiętają jak trudno było tę książkę dostać w PRL-u? Jeśli pamiętają, to powinni też pamiętać o "prześladownikach". To oni są ich wrogami.  I zrozumieć, że mają wszelkie szanse by w historii figurować potrójnie: w historii po prostu, bo jednak są siłą polityczną, mają elektorat; w historii literatury, w rozdziale napisanym przez Marię Janion, poświęconym wariatom-patriotom; w historii psychiatrii wreszcie, jako przykład psychozy indukowanej, patologii ogłupiałego nienawiścią  tlumu. 

O co chodziło w manifestacji 29 września? O telewizję Trwam, polski odpowiednik rwandyjskiego radia Mille Collines; o Solidarność - ideę, z której zostały fonemy, śniado-duda zagadka socjolingwistyki; o Smoleńsk - mitologię krzywdy i spisku podawaną na plastikowej tacy w papierowej torebce,  jak fast-history, jak PiS-Mac, tanio, szybko i skutecznie. Niestrawnie. O co chodziło w manifestacji 29 września? O wprowadzenie na scenę technicznego premiera. Wśród kandydatów wymieniano Jana Marię Rokitę. Ten, którego Niemcy biją, miał krzyknąć: "Tusk nas bije!". Pudło. To nie Rokita.  Choć hasło dobre. 

Ci, którzy pomysłowi technicznego premiera przyklaskują, nie tak dawno wykrzywiali wargi w pogardzie dla technicznych rządów w Grecji i we Włoszech. Papademos? A cóż to za polityk? W teczce przywieziony. Bez wyborów. Technokrata. Monti? To samo. Gwałt na demokracji. Dokonany przez Brukselę. Porwanie Europy. Gwałt dziewicy. A profesor Gliński, techniczny premier? To co innego. Nasz, a nie brukselski premier. Choć w całej tej argumentacji zapomniano, że Papademosa, do czasu wyborów, wskazał grecki parlament, tak jak Montiego - włoski. I że Monti ma szansę na przedłużenie mandatu, tym razem dzieki glosom wyborców. A Glińskiemu żaden parlament mandatu nie da, nie będzie miał więc nawet szansy na odejście w stylu Papademosa. A nawet na planową odstawkę w stylu Marcinkiewicza. 

Mimo krótkowzroczności i technokratycznej miałkości PO (a może nie mimo, ale z powodu?), Warszawa nie jest Madrytem, Lizboną, Atenami. Mimo, że PiS (jakby zapomniał o budapesztańskim marzeniu) bardzo by tego chciał. Ustami swojego prezesa przedstawił ludowi program, który ten postulat miałby zmaterializować. Zorganizował manifestację. I nic. Polska nie dała się pobudzić. Nie chce chodzić jak na prochach. Wiadomo: lemingi.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...