Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europejskość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europejskość. Pokaż wszystkie posty

2016-03-22

Obiektywni sojusznicy barbarzyństwa

Jak zwykle, gdy poleje się krew i dochodzi do ludzkiego dramatu, uaktywniają się interpretatorzy świata, domorośli epistemolodzy, co formułują odpowiedzi na pytanie o prawdę w języku etniczno-religijnego dogmatu. Dzisiejsze zamachy terrorystyczne w Brukseli, tak jak wcześniej zamachy w Paryżu czy w Nowym Jorku przebudziły apologetów plemiennego kulturalizmu, którzy w terroryzmie widzą wojnę islamu i chrześcijaństwa. Wieszczą upadek niemoralnej kultury naiwnego Zachodu, wzywają do powrotu do chrześcijańskich korzeni i nawołują do starcia z innowierczym wrogiem.

Odpowiedzialnością za zamachy obarczają "europejskie elity", zbyt brukselskie, zbyt liberalne. Przestrzegają przed "multikulti", bo tylko monokulti jest dobre, tylko ono się sprawdza. Europa za bardzo odeszła, ich zdaniem, od modelu świata stworzonego przez traktat westfalski z 1648 roku. Za mocno dała się zwieść bergsonowsko-popperowskiemu mitowi społeczeństwa otwartego.

Wyśmiewają tych, co mają wrażenie, że wojny krzyżowe należą do przeszłości. A skądże: przeszłość i teraźniejszość to jedno. Kompromis to bezkształtność, otwartość na innych to letarg, relatywizm to zdrada wartości - pięknych bo prostych, słusznych bo odwiecznych, to dyktatura wymierzona w inkarnację wolności za jaką uważają monokulturowy dogmatyzm. Brak poparcia dla głosicieli idei wiecznej wojny kultur i religii, brak zrozumienia dla ich przestróg to stygmatyzacja intelektu i ideologiczne zaślepienie.

Bomby wybuchły dziś na lotnisku w Brukseli, mieście goszczącym unijne instytucje, i na stacji metra, o parę kroków od Komisji Europejskiej, Rady i Parlamentu. Czy były w te instytucje wymierzone? Nie wiem. Na pewno były wymierzone w wartości współczesnej Europy, tej części Europy, która nazwała się Unią Europejską, i która proces budowania wspólnoty w oparciu o te wartości nazwała integracją europejską.


Zanim skończyła się ewakuacja rannych i zabitych, ta sama co zwykle grupka zasiadła do klawiatur, żeby sformułować oskarżenia wobec tych, którzy te właśnie wartości uznają za swoje. Ciekawe, że robią to w imię Europy, tyle, że jedynej słusznej, chrześcijańskiej. Tej, co z natury rzeczy w hoobesowskim świecie jest i pozostanie prawomocnym wrogiem i konkurentem nieprawomocnego islamu.

Demokracja liberalna, prawa człowieka, państwo prawa, multilateralizm w stosunkach międzynarodowych, pewien styl życia, zwany "zachodnim" albo "europejskim" - dla zwolenników antyhumanizmu są objawem zdrady albo słabości. Sekularyzm to śmiertelna choroba. Islam jest wrogiem. I wrogiem jest też ta obca im Europa. Do tego stopnia, że jednym tchem są w stanie wymienić i zrównać w makabrycznym porównaniu ofiary terrorystycznych zamachów i ... "ofiary" aborcji i eutanazji.


Piewca "twitterowej demokracji", pani z ugrupowania Kukiz15, katolicki integrysta, propagator i praktyk rozmnażania zgodnego z nauką społeczną Kościoła - wszyscy spotkali się w sieci, żeby wystąpić w obronie swojskości i choinek bożonarodzeniowych, wezwać do antyislamskiej krucjaty i do chrześcijańskiej samoobrony, wyrazić swoją głęboką eurofobię i niechęć do wszystkiego, co kojarzy im się z brzydkim konceptem nowoczesności. Tweety niektórych zamieściłem obok. Są krytyką tego samego świata, w który uderzyli dziś terroryści. To zapis myśli i poglądów obiektywnych sojuszników barbarzyństwa.


Na podobny temat:





2016-01-24

Pyrrusowe zwycięstwo liderki Szydło

Beata Szydło została okrzyknięta przez swoich akolitów zwycięzczynią debaty w Parlamencie Europejskim. Zważywszy na pisowską skłonność do zaklinania rzeczywistości, nie wątpię, że sama w to uwierzyła. Jeśli tak, to tym trudniej (bo w nieświadomości) będzie jej bronić swoich racji na kolejnych etapach sporu z unijnymi instytucjami. Spór nie został bowiem zakończony. Wczoraj w kilkudziesięciu miastach w Polsce i kilku zagranicą, Polacy zafundowali rządowi dalszy ciąg strasburskiej debaty, jej dobitne podsumowanie: polska premier powiedziała w Strasburgu nieprawdę. 

Nie trudno było przewidzieć, co Beata Szydło powie w Strasburgu  (19/01/2016) i dlatego bez specjalnej satysfakcji oznajmiam, że się w moich przewidywaniach nie pomyliłem (przeczytaj). Polska premier pojechała do Parlamentu Europejskiego powiedzieć zarówno najostrzejszym krytykom poczynań swojego rządu, jak i tym, którzy jedynie wyrażali wątpliwości i zaniepokojenie, że demokracja w Polsce nie jest zagrożona, że Trybunał Konstytucyjny "ma się dobrze", a w mediach publicznych dzieje się lepiej niż kiedykolwiek. I powiedziała.

Niedwuznacznie dała do zrozumienia, że ataki na jej rząd to atak na Polskę ("piękny kraj, dumny naród"), a tym samym na Polaków (których "ojcowie i dziadowie przelewali krew"), bo Polacy jej rząd wybrali po to, by PiS "wprowadzał właśnie takie zmiany jakie wprowadza". Są to zmiany, co do których PiS "umówił się z Polakami" (sobotnie manifestacje KOD w obronie wolności pokazały światu, że wielu obywateli nie czuje się stroną tej umowy). Zmiany te, zdaniem Beaty Szydło, są zgodne z prawem, z konstytucją, z traktatami i europejskim standardami, bardzo podobne do rozwiązań stosowanych "w wielu krajach". Co więcej, naprawiają błędy popełnione przez poprzednie władze. W związku z tym nie ma o czym rozmawiać, debata jest "niepotrzebna i nieuprawniona". Nieuprawnione też są działania Komisji, bo Polacy wywalczyli sobie przez wieki wolność i suwerenność: "odebrać sobie tego nie damy". Sprawy są wewnętrzne, polskie, więc trzeba je rozwiązać w Polsce.

Pani Premier "przejechała setki kilometrów" żeby odpowiedzieć na "niesprawiedliwe głosy" płynące z "niedoinformowania lub ze złej woli", bo jest taka miła i otwarta na dialog, niczego jednak w swej polityce nie będzie zmieniać (ewentualnie rozpatrzy opinię Komisji Weneckiej), bo nikomu nic do tego co ona robi.

Szydło mówi Tuskiem

Beata Szydło gorąco pragnęła nawiązać kontakt z obcymi i uchodzić za swoją. Przywoływała wolność, równość, sprawiedliwość i suwerenność sądząc pewnie, że te terminy znajomo zabrzmią w uszach nawykłych do europejskich debat. Mówiąc o równości społecznej, odmalowała obraz Polski, w której głodują dzieci a emerytów nie stać na leki i był to właściwie jedyny moment, kiedy udało jej się trafić w unijną wrażliwość, choć akurat do tego fragmentu wyraźnie odniosła się w trakcie debaty jedynie Niemka, Gabriele Zimmer, mówiąca w imieniu klubu GUE (skupiającego eurosceptyczne w większości ugrupowania komunistyczne i skrajnie lewicowe). Szydło myślała pewnie, że zdobędzie poklask publiczności, gdy wyrazi swą gotowość do dialogu z opozycją. Jakoś nikt nie wychwalał tego pięknego gestu. Może dlatego, że w demokracji rozmowa z opozycją nie jest aż tak wyjątkowa. A może raczej z powodu szczerości, z jaką określiła czemu ten dialog ma służyć: żeby opozycja przyjęła rozwiązania "proponowane" przez PiS.

Szydło mówiła w Strasburgu trochę Kaczyńskim, trochę Waszczykowskim. W jej wystąpieni słychać było melodię mistrza Orbana. Ale - o dziwo, pewnie za radą Konrada Szymańskiego - postanowiła też przemówić Tuskiem. Tak jak on starała się być proeuropejska deklarując, że Polska jest i była, tak jak inne "reprezentowane tutaj państwa" częścią Unii Europejskiej (posłowie nie reprezentują w Parlamencie Europejskim państw: pani premier ma luki w wiedzy). Ale słowa Tuska brzmiały wiarygodnie. Natomiast słuchając Beaty Szydło mówiącej o Europie, z każdym słowem zdawałem sobie sprawę jak inna jest ta Europa, z której Polska premier przyjechała (przeczytaj o pisowskiej Europie). I nie chodzi nawet o te "setki kilometrów", które z takim poświęceniem przebyła, ale o przepaść mentalną: Beata Szydło, tak jak partia, z której się wywodzi, jak lider tej partii, jest z innej Europy. Innej niż ta, której cele i wartości materializują się w procesie europejskiej integracji.

Wysłanniczka z krainy PiS  na obcej ziemi

Niezwykle trafnie i dobitnie wytłumaczył jej tę mentalną i kulturową różnicę wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans (obejrzyj wideo poniżej). W krótkich słowach wyjaśnił wysłanniczce z krainy PiS na czym polega trójpodział władzy, jaka jest relacja między praworządnością i demokracją. Przypomniał co oznacza członkostwo w Unii Europejskiej.

Nie wiem, czy zrozumiała, bo choć po raz kolejny wystąpiła o głos i po raz kolejny go dostała w żadnej sposób nie była w stanie się do tych uwag odnieść. Beata Szydło mówiła jednak głosem pewnym i najwyraźniej była z siebie zadowolona. Jej otoczenie pewnie też, skoro Waszczykowski, nieświadom własnej śmieszności, okrzyknął ją później "nowym liderem Europy". PiS ogłosił, że Szydło odniosła w Strasburgu zwycięstwo. Czy rzeczywiście?

Szydło nie tylko niczego nie wyjaśniła tym, którzy wątpili (jej kłamstwa i manipulacje jasno wypunktowali Timmermans i Verhofstadt), ale też nie zakończyła triumfalnie debaty, nie załatwiła sprawy: nie uniknie kolejnych debat, parlamentarnej rezolucji recenzującej poczynania jej rzadu, krytycznej opinii Komisji Weneckiej ani kontynuacji procedury obrony państwa prawnego wszczętej przez Komisję Europejską. Przeciwnie: ta nierozumiejąca integracji europejskiej i europejskich wartości przedstawicielka "nieliberalnej demokracji" u wielu potwierdziła negatywne stereotypy niepewnego, "postkomunistycznego", wschodniego państwa, "nowego członka" UE. U niektórych w parę chwil zburzyła skutecznie budowany przez lat obraz Polski sukcesu, szybkiego rozwoju, ustabilizowanej demokracji. 

Zwycięstwo Szydło, jeśli uznać, że je odniosła, jest pyrrusowe. Jak Pyrrus, który pod Ausculum wytoczył bitwę Rzymowi, podjęła walkę na obcej ziemi, daleko od swoich, i jak on po zakończonej batalii słyszała wiwaty swych wojsk. Jest jednak istotna różnica: król Epiru zdawał sobie sprawę, że konsekwencje tego pozornego zwycięstwa będą opłakane. "Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będę zgubiony" - miał ponoć powiedzieć Pyrrus. Beacie Szydło tej świadomości najwyraźniej brakuje.

Powiedz kto Cię oklaskuje, powiem Ci kim jesteś

Historia zna wiele potyczek, które przetrwały w pamięci zbiorowej jako wielkie, zwycięskie bitwy tylko dlatego, że je takimi ogłoszono. Pewnie kierując się tą logiką Waszczykowski, Szymański i inni towarzysze Szydło, uznali, że i w tym przypadku warto zwycięstwo ogłosić. Dość łatwo im to przyszło, bo - poza kilkoma wyjątkami - polemika w Strasburgu nie osiągnęła zbyt wysokich lotów. Ci, po których można się było spodziewać ataku na premier Szydło, okazali się albo retorycznie kiepscy, albo merytorycznie słabo przygotowani.

Dużą rolę w neutralizacji głosów krytyki odegrali niektórzy polscy europosłowie z dwóch najważniejszych kubów politycznych: konserwatystów z EPL i socjaldemokratów z S&D jeszcze zanim w ogóle doszło do debaty. Bogusław Liberadzki z SLD wypowiadał się na FB na temat zbliżającej się debaty językiem PiS: o Polsce (tożsamej z rządem) nie wolno zagranicą mowić źle, zwłaszcza, że żaden dramat się w Polsce nie dzieje. Dlaczego podczas debaty nie wystąpili posłowie PO, którzy lepiej rozumieją co się dzieje, tacy jak Róża Thun albo Michał Boni, nie wiem. Pewnie udziału im zakazano, żeby potem PiS nie mówił, że PO to Targowica. I wyszło na to, że PO w PE to POPiS. W tej sytuacji znaleźć w PO Polaka, który odważy się wystąpić w debacie okazało się tak trudne, że przykry obowiązek przyjął na siebie Jan Olbrycht, szef polskiej delegacji w EPL. Jego wypowiedź była żałosna. Było mu przykro, bardzo przykro, że obcy takie złe rzeczy rzeczy słyszą o Polsce.

Że za PiS wstawili się Syed Kamall, z klubu EKR, i pisowiec Ryszard Legutko, to normalne. Ale strasburska debata okazała się też wspaniałą witryną dla eurofobicznych, proputinowskich dziwolągów ze skrajnieprawicowych klubików, w imieniu których wypowiadali się Michał Marusik (KNP, z klubu ENF Marine Le Pen), Robert Iwaszkiewicz (KNP, z klubu EFDD Nigela Farage'a) i Janusz Korwin-Mikke (KORWiN, niezrzeszony). Tak, tu Polaków nie zabrakło. To z ław tych ugrupowań oklaskiwano Beatę Szydło najrzęsiściej. To oni, wraz z eurosceptycznym EKR, pozwolili jej uwierzyć, że odniosła w Strasburgu sukces. Jeżeli ma w otoczeniu ludzi, którzy dobrze jej życzą, powinni je uzmysłowić, jak ważne jest to, kto polityka oklaskuje. Czasem trudniej z siebie zmyć cuchnące wyziewy aplauzów, niż otrząsnąć się z deszczu krytyki. Zgodnie z zadadą: powiedz kto cię oklaskuje, powiem ci kim jesteś.

Debata parlamentarna: wszystkie wystąpienia z dostępne tutaj 

Manifestacja KOD 23/01/2016: o zawłaszczaniu języka przez PiS i klamstwie  tutaj


Na podobny temat:

2016-01-18

Co powie w Strasburgu Beata Szydło i po co

Polska premier jedzie do Strasburga, bo Orban jeździł. Tak jak wcześniej miała nie jechać, bo Orbàn jeździł nie zawsze. Podjęta w ostatniej chwili decyzja, prezentowana teraz jako realizacja oczywistego i znanego od dawna zamierzenia, to objaw nagłego przypływu świadomości w dyrektoriacie Partii, że jednak ktoś zauważył, co się w Polsce dzieje, że jednak się to komuś nie podoba, i że jednak ma to jakieś społeczne, polityczne i gospodarcze skutki. Zdziwienie, z jakim Partia reaguje na tę nową dla siebie sytuację może obniżyć skuteczność i wiarygodność retoryki, którą pani premier chce zastosować w Strasburgu, aby przekonać posłów, że w Polsce nic złego się nie stało.

Poziom zaskoczenia PiS międzynarodową reakcją, jaką wywołuje prowadzona w Polsce polityka jest miarą mentalnego i cywilizacyjnego dystansu, jaki dzieli tę partię od funkcjonujących w Unii Europejskiej współczesnych formacji politycznych, które mają inne wartości, inne idee, inny język opisu rzeczywistości i politycznego komunikowania. Władza PiS jest z innej czasoprzestrzeni (przeczytaj więcej). To niezbędna informacja, by zrozumieć dlaczego, gdy politycy PiS używają terminów demokracja, Europa, wolność, władza lub prawo, to terminy te mają inne znaczenie, niż gdy wypowiadają je politycy unijni. Przy czym przymiotnik "unijni" niekoniecznie oznacza ludzi z innych krajów, może dotyczyć również Polaków, ale mówiących językiem współczesności.

Nie wiecie i nie rozumiecie

Tych terminów użyje też Beata Szydło, gdy w Strasburgu będzie przekonywać posłów, jak bardzo się mylą oceniając negatywnie sytuację w Polsce. Powie im, że nie zrozumieli i że nie wiedzą. To zawsze ryzykowny przekaz, gdy chce się kogoś udobruchać. Dlaczego niby mieliby nie wiedzieć? Skąd ten argument? Z dwóch powodów, a każdy z nich unaocznia potęgę wpływu Prezesa Kaczyńskiego na wszelkie działania, na myślenie i artykułowanie myśli przez jego wyznawców. Po pierwsze, Prezes nie do końca jest świadom tempa, z jaką rozchodzi się dziś informacja, zakresu jej dostępności i skutków technologicznej zmiany, która zaszła w ciagu ostatnich 30 lat. Po drugie, wyznawcy Prezesa przesiąknięci są jego wiarą w Wielką Manipulację. A ta z kolei jest wynikiem Wielkiego Spisku uknutego przez "różne grupy".

Prawda, fakty, które ją budują, nie mają wymiaru epistemologicznego. Są jedynie zawartoscią manipulacji. Dlatego w Polsce trzeba media opanować, żeby zmienić zawartość, zamienić manipulację wroga na swoją własną manipulację. A poza Polską wytłumaczyć tym zachodnim naiwniakom, że zostali zmanipulowani i dostarczyć im właściwych informacji. Takie jest zadanie Beaty Szydło. Taki był cel wizyty w PE ministra spraw zagranicznych Konrada Szymańskiego. Taki jest cel artykułu opublikowanego przed prezydenta Dudę w Financial Times. Po to, za pieniądze rządu i grupy EKR w Parlamencie Europejskim, ukazują się artykuły sponsorowane w zagranicznej prasie. Wszystkie tłumaczą, że nic się złego w Polsce nie stało. Że wręcz przeciwnie: wszystko się ma ku lepszemu, bo to poprzedni rząd był zły. A ci, którzy twierdzą inaczej, są albo sprawcami antypolskiej manipulacji, albo jej ofiarami. Beata Szydło zwróci się w Strasburgu do nieświadomych ofiar Wielkiej Manipulacji, ponieważ Prezes myśli, że "różne grupy" przekazały unijnym politykom i instytucjom, odciętym przecież od informacji z dalekiej Polski, fałszywy obraz działań polskich władz.

To nie wasza sprawa, to wam się nie opłaca

A co, jeśli ktoś mimo wszystko nie uwierzy w dobrą nowinę pisowskich apostołów? A co, jeśli ktoś krytykuje PiS, bo ma w tym interes? Dla tej części publiki też jest przekaz. Po pierwsze, co wam do tego? - powie im Beata Szydło. Polacy nas wybrali, bo chcieli zmiany, a my te zmiany wprowadzamy, na tym przecież polega demokracja. To, że wielu wyborców głosowało na lewicowy program PiS (sedno ich kampanii wyborczej), a nie za nacjonalistycznym, wyznaniowym autorytaryzmem (który podczas kampanii wyborczej ukazywał się na stronie internetowej PiS w postaci zwięłej formuły "Error 404"), to szczegół (przeczytaj więcej), o którym Pani premier nie wspomni, bo to bez znaczenia: demokracja dla PiS to jeden z mechanizmów (są inne, z których mogliśmy skorzystać, ale nie było potrzeby) służących przejęciu władzy; władza, to realizowanie przez zwycięzcę swoich zamysłów. To, że w obronie zagrożonej demokracji manifestują w Polsce ludzie, to nie jest problem, tylko kolejny dowód, że jest w Polsce demokracja (moglibyśmy ich spałować, ale tego nie robimy - jeszcze).

Jeżeli i ten argument nie trafi do manipulatorów i zmanipulowanych, to Beata Szydło odwoła się do bilansu zysków i strat. Po co wam to? - zapyta. Jest tyle ważnych spraw, z którymi Unia musi sobie poradzić, bo jak nie to się rozleci, a wy się zajmujecie jakimiś drobiazgami w naszym kraju? Na który i tak nie macie wpływu, bo demokratycznie wybrana władza nie ugnie się przed wichrzycielami i zewnętrzną ingerencją w wewnętrzne sprawy Polski (jak echo historii słychać w tej argumentacji wystąpienia Gomułki, Moczara, Cioska z 1968 roku, ale kto na tym obcym, nieświadomym niczego Zachodzie może to zauważyć?). Tymczasem Komisja Europejska wszczynając swoją procedurę miesza się w nie swoje sprawy (przeczytaj więcej). Ustawia się po jednej stronie politycznego sporu, zamiast zachować neutalność. Tak jak ci politycy, niemieckie wilki w unijnej skórze, jak Schulz czy inne Junckery, Verhofstadty i Timmermansy (Luksemburczyk, Belg i Holender, ale co tam). Żadnego zysku z tego mieć nie będziecie, wiem to, bo Orbàn Prezesowi powiedział, że "możecie poszczekać, ale nie ugryziecie".

Jesteśmy proeuropejscy

W FT prezydent Duda napisał, że Polska była i pozostanie proeuropejska. Beata Szydło powtórzy tę deklarację w Strasburgu. Przed gmachem Parlamentu proeuropejskie hasła mają skandować zwolennicy Radia Maryja i aktyw Klubów Gazety Polskiej (dostali zgodę na protest uliczny mimo stanu wyjątkowego we Francji? Hmm). Tak, ci sami, którzy organizowali autokarowe pielgrzymki do Budapesztu by wesprzeć Viktora Orbàna. Na czym polega "proeuropejskość" PiS, bardzo dobrze widać na okładce tygodnika W Sieci, tej z Orbànem i Kaczyńskim i podpisem: "Oni bronią Europy". Duda czy Szydło naprawdę się łudzą, że nikt zapyta, dlaczego KOD manifestuje w Polsce pod unijnymi flagami? Że nikt nie dostrzeże hipokryzji w jej retoryce? Tych usuniętych przez Szydło flag UE; likwidacji stanowiska pełnomocnika do spraw przygotowania przyjęcia euro (bo przecież PiS zamierza niczego przyjmować - tu więcej); tego podważania podstaw prawnych decyzji Komisji Europejskiej, "strażnika traktatów, zgodnie z zasadą, że w Polsce tylko polskie prawo się liczy (przeczytaj więcej). A przede wszystkim całkowicie innego od dominującego w UE rozumienia, czym jest integracja europejska (przeczytaj więcej).

W Strasburgu premier Szydło uraduje się, że może wystąpić w Parlamencie Europejskim, by przedstawić jak rzeczy się mają naprawdę. Zapewni, że cieszy się z woli dialogu ze strony Komisji i zadeklaruje, że oczywiście jej rząd odpowie na wszystkie pytania, żeby sprawę wyjaśnić, tym bardziej, że faktycznie Komisja niewiele wie. Zaapeluje, jak Duda, o "uczciwą i rzetelną" analizę sytuacji. Ale ani urzędowy optymizm, ani zapewnienia o woli współpracy nie wystarczą by, udobruchać posłów. Beata Szydło jeszcze nigdy w takiej debacie nie uczestniczyła. Nie ma ani doświadczenia ani determinacji ani łatwości wypowiedzi swego bohatera, Viktora Orbàna.

Ponoć posłowie PiS zabiegali, by ich premier mogła podczas debaty zabrać głos trzy, a nie dwa razy. Może i zabiegali, ale wcale to Beacie Szydło nie musi pomóc. Częstsze wystąpienia wymagają bardziej rzeczowej i szczegółowej reakcji na uwagi posłów. Czy Szydło sobie z tym poradzi? Owszem, taki scenariusz pozwala zwielokrotnić cięte riposty. Ale czy bedzie miała co zwielokrotniać? Czy odpowie na nie po angielsku, po francusku, czy też trzeba będzie tłumacza? To, jak sobie na tej debacie poradzi, będzie miało niewątpliwy wpływ na jej wizerunek w kraju i na pozycję we własnej partii. Warto tej debaty wysłuchać i zobaczyć, czy stawiając w końcu czoła wyzwaniu Beata Szydło zrealizuje swoje cele: przekonać opinię publiczną w Polsce, że jest twardym, skutecznym politykiem na arenie europejskiej i nakłonić europosłów do rezygnacji z lutowej rezolucji na temat sytuacji w Polsce lub przynajmniej do maksymalnego złagodzenia języka, w jakim zostanie napisana. Trudne zadanie.


Na podobny temat:
Przyjdzie Unia i wyrówna (6/01/2016) 
Komisja Europejska wszczyna procedurę (13/01/2016)
Po co Waszczykowskiemu opinia Rady Europy (28/12/2015)

2015-11-15

To oni są przeciwko nam

Silny jest sprzeciw ludu wobec "onych". Wczorajsze zamachy terrorystyczne w Paryżu, jak każda taka tragedia, uwolniły falę emocji i zalew komentarzy. Wyrażane na forach i w mediach społecznościowych opinie nacechowane są wyższym jeszcze niż zwykle poziomem szczerości, bo niedodparta potrzeba natychmiastowej reakcji nie pozostawia czasu na przyoblekanie myśli w eufemizmy. Z wielu komentarzy jednoznacznie przebija świadomość, że jesteśmy my i oni, i że skoro oni nam taki zgotowali los, to my nie pozostawimy tego bez odpowiedzi. Proponowane rozwiązania są dość standardowe. Zamiast je analizować, znacznie ciekawiej jest spróbować zrozumieć kim są "oni" a kim jesteśmy "my".

Kim są oni

Wstępne jeszcze raporty policji zdają sie potwierdzać schemat wcześniejszych zamachów: "oni" są stosunkowo młodzi, mówią płynnie w języku kraju, w którym dokonali zamachu, zwykle się w nim urodzili i chodzili tam do szkoły, wyglądają "normalnie", to znaczy ubierają się jak większość ich rówieśników i nie zaskakują specjalnie egzotyką swojej urody. Rozmywają się w tłumie. Są stąd. Potem dopiero okazuje się, że mają egipskie albo syryjskie paszporty. Ale czy prawdziwe? Czy nie na dodatek do europejskiego paszportu: belgijskiego, francuskiego, brytyjskiego? Potem okazuje się też, że wyjeżdżali do Syrii, Jemenu, Afganistanu. Na szkolenie w bazie dla terrorystów? I najważniejsze: są muzułmanami.

Oni są młodzi jak wielu autorów najbardziej zajadłych wpisów na polskim Twitterze, tych naznaczonych stuprocentową pewnością i zerową wiedzą, czarno-białych. Są muzułmanami, tak jak ci, którzy uciekają przed terrorem tak zwanego państwa islamskiego lub giną pod jego rządami, jak wielu tych, którzy giną pod bombami w Syrii i Jemenie. Sa muzułmanami podobnie jak wiele ofiar ich zamachów, jak niejeden francuski policjant biorący udział w akcji antyterrorystycznej, jak tysiące ludzi, którzy na codzień chodzą do pracy, uczą się, chorują, robią zakupy. Fakt, na pewno nie w niemalże jednokulturowej, etnicznie jednorodnej Polsce. Ale tam, gdzie te zamachy są organizowane, ci ludzie nie rzucają się w oczy.

Kim jesteśmy my


Z wpisów na forach i na Twitterze wynika, że my jesteśmy tutejsi. To najważniejsze kryterium: oni stamtąd, my stąd. Więc to kwestia geografii, miejsca urodzenia. Ale też, okazuje się, genów i krwi: my jesteśmy biali (mniejsza o odcienie białości, nie wymagajmy biegłości w odcieniach od kogoś, kto widzi tylko czarny i biały kolor) podczas gdy oni zwykle mają inny kolor skóry, taki ciemniejszy (o ile ciemniejszy?). My jesteśmy chrześcijanami, czyli katolikami, a oni - muzułmanami. Muzułmanami czyli islamistami. A ponieważ muzułmanie są stamtąd, to jako imigranci są islamistami. Proste? Proste. Nikt się nie bawi w odróżnianie sunnitów od szyitów, fundamentalistycznych salafitów od innych ruchów i bezruchów w islamie, a nawet... muzułmanów od Arabów.

Miejsce urodzenia, kolor skóry i religia to najcześciej powtarzające się intuicyjne kryteria odróżnienia onych od naszych. Ale choć zwykle apologetami naszości są ci, którzy na co dzień odwołują się do narodu i polskości, zdarzają się wyjątki: niektórzy naszość rozumieją szerzej, jako europejskość. Jako osoba dumna ze swej przynależności do Europy i zwolennik federalnej Unii powinienem się cieszyć, ale nie cieszę się wcale. Pewnie dlatego, że rozumiem europejskość inaczej niż wielu spośród tych, którzy się na nią powołują. Gdy aktywny na Twitterze prezbiter, specjalista od elektronicznej ewangelizacji, wzywa do obrony Europy (czytaj: przed innowiercami) lub gdy nacjonalistyczno-katolicki tygodnik W Sieci ogłasza na stronie tytułowej, że Kaczyński i Orbàn uratują Europę (przed "szaleństwem lewicy" czyli przed liberalną demokracją i islamistami) to jest dla mnie jasne, że mówimy o zupełnie innej Europie.

Solidarni z kim, przeciw komu

Widzę kwiaty pod francuską abasadą i podświetlone na blue-blanc-rouge mosty i budynki. Wyraz solidarności z ofiarami, niewątpliwie. Również solidarność strachu: nie podświetlamy i nie ukwiecamy pamięci dziesiątek, setek osób, zwykle muzułmanów, którzy każdego dnia giną z rąk islamistycznych fundamentalistów w Syrii czy Iraku, bo wiemy, że wymierzony w nich pocisk nie zbłądzi i nas nie dosięgnie. Mieszkają daleko, pechowe miejsce urodzenia. Co innego bomba czy seria z kałasznikowa w Paryżu: mamy powody, by się bać.

Tak pojęta solidarność również wyznacza granicę między nami i nimi: my, mieszkańcy Paryża, Rzymu, Nowego Jorku czy Warszawy boimy się wspólnie ich ataku. Kwiaty, marsze i laserowe światełka mają przebrać naszą wspólnotę strachu w kostium niezłomnej determinacji. "We are not afraid" - wielki transparent po angielsku (w Paryżu!) to adresowany to całego świata przekaz: wiemy, jak bardzo wam zależy, żeby nas wystraszyć, ale wam się nie uda.

Czego my chcemy bronić

Przejawy symbolicznego działania, zwyczajne w świecie zdominowanym przez dyktat obrazu i informacji, niosą ze sobą również inny przekaz na temat naszej jedności. Bo z jednej strony są ci, którzy w pierwszym rzędzie jednoczą się w obronie wartości liberalnej demokracji Zachodu. To oni pierwsi, w reakcji na zamach na redakcję Charlie Hebdo, jedenaście miesięcy temu, założyli koszulki "Je suis Charlie" niekoniecznie dlatego, że estetyka tej gazety im odpowiada lub że świeckość rozumieją jako skrajną antyreligijność, ale w imię obrony otwartości, tolerancji, wolności słowa i laickiego państwa prawa. Jeśli odwołują się do Europy, robią to w odniesieniu do tych wartości, bez względu na to, czy przebieg integracji europejskiej ich satysfakcjonuje czy nie.

I jest druga strona: ludzie, którzy jednoczą się etnicznie i plemienne, religijnie i narodowo by dać odpór obcemu. Swojskość i obcość bardziej niż wartości obywatelskie stanowią o ich odrębności, a sposobem na bezpieczeństwo jest pozostanie wsród swoich, we własnej wspólnocie, która jest ważniejsza niż prawa i wolność jednostki. To Ci ludzie, którzy w geście solidarności z Francuzami malują twarze swych awatarów na trójkolorowo, ale jednocześnie popierają deklaracje nadchodzącego ministra Szymańskiego, którzy oznajmia, że po zamachach w Paryżu przestrzeganie przyjętych zasad kwotowego rozmieszczenia uchodźców w różnych krajach UE jest wykluczone. Skoro tak, to trójkolorowy makijaż oznacza jedynie barwy wojenne: nie wpuścimy muzułmanów. Oni też, choć rzadziej, odwołują się do Europy, ale zupełnie innej: bez praw podstawowych zapisanych w unijnej Karcie, zintegrowanej chrześciajństwem a nie politycznie i społecznie, międzynarodowej a nie ponadnarodowej, której gwarantami są Orban i Kaczyński, orędownicy państwa z innej Europy niż Unia Europejska.

O co toczy się bój?

Dla jednych, to bój o naszość: która którą zdominuje. Fakt, nie ma powodu, byśmy onym pozwolili zastąpić naszą naszość ich naszością i to na naszym terytorium (o tym jest ostatnia książka Huellbecqa "Uległość"). Dlatego, jak czytam na forach, islamistów (czyli wszystkich muzułmanów, w tym uchodźców uciekających przed islamistami) wpuszczać do nas nie wolno; a jeśli już są (bo wpuściła ich jakaś naiwna, "lewacka" władza), trzeba ich wydalać. Rozprzestrzenianie zarazy (dzięki Kaczyńskiemu wiemy, że uchodźcy roznoszą zarazki) trzeba powstrzymać, promując naszą naszość: niech będzie etnicznie i narodowo, niech będzie religijnie i chrystusowo. Przydadzą się flagi i krzyże. I święcona woda. I kotlet schabowy, bohater licznych memów w nacjonalistycznych mediach społecznościowych: jeśli religia im go zjeść nie pozwoli, wiadomo: nie są nasi. Granice zamknąć, nie bać się słowa "twierdza". Twierdza-Polska albo twierdza-Europa. W Polsce, z całym bogactwem niuansów, po stronie tak myślących sytuują się J. Kaczyński i T. Rydzyk, W. Waszczykowski i bracia Karnowscy, K. Szymański i R. Winnicki, A. Macierewicz i T. Terlikowski.

Dla drugich, stawką są polityczne reguły współżycia we wspólnocie obywatelskiej i państwowej: zasady nie do zaakceptowania dla fundamentalistów z "państwa islamskiego", Al Kaidy czy innych podobnych organizacji terrorystycznych. Te reguły to podstawa liberalnej demokracji: demokratyczne instytucje i powszechne wybory, zakaz arbitralności w działaniach władz wobec obywatela, konstytucja, której funkcją jest ograniczenie samowoli władz i poszanowanie instytucji kontrolnych powołanych konstytucją, niezależne, bezstronne sądownictwo i równość obywateli wobec prawa, niedyskryminacja, między innymi na tle religijnym, etnicznym, rasowym, czy ze względu na orientację seksualną, obrona praw podstawowych i wolności każdego obywatela, wolność mediów i wypowiedzi, wolność zgromadzeń. Ten katalog jest zawarty w Karcie praw podstawowych (której rząd J.Kaczyńskiego zdecydował w 2007 nie podpisać) i w innych dokumentach, takich jak na przykład komunikat Komisji Europejskiej w sprawie umacniania praworządności (wpis z 22/10/2015). Poszanowanie tych zasad i jednocześnie zasada solidarności wobec tych, którzy chcą przybyć do Europy by stać się podmiotem tych wolności i praw były podstawą Listu z Europy Środkowej w sprawie przyjmowania migrantów (wpis z 20/09/2915). W Polsce za obroną tych zasad opowiadają się między innymi tacy ludzie jak A. Michnik i Z. Bauman, A. Smolar i A. Celiński, C. Michalski i B. Borusewicz.

Czego chcą nas pozbawić islamiści

Fundamentalistów wszelkiej maści, mimo wszystkich różnic między religiami czy ideologiami, które są motorem ich działania, łączy negatywny stosunek do liberalnej demokracji i wybór partykularyzmów przeciw uniwersalizmowi, kolektywizmu przeciw indywidualizmowi. Islamistów też ta reguła dotyczy. Ale choć i u nas, w Europie, niemało jest zażartych wrogów demokracji opartej na prawach każdego człowieka i indywidualnej wolności a nie na prawie wspólnoty (etnicznej, rasowej, religijnej) do pozbawienia go tej wolności, to trudno w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem załóżyć, że między jednymi a drugimi możliwy jest sojusz. Co nie osłabia jednak wrażenia, że Winnincki czy Bosak w Polsce, tak jak rodzina Le Penów we Francji, interpretują patriotyzm tak jak islamscy integryści interpretują religię. Problemem dla islamistów nie jest model państwa preferowany przez skrajną europejską prawicę. Albo przez Orbàna, Putina czy Łukasznkę. To, czego chcieliby Zachód pozbawić, to model państwa, który zaciekle zwalcza też europejska skrajna  prawica: liberalnej demokracji. To jest ich cel.

Zaatakowali Francję już po raz drugi w tym roku, bo francuska armia jest dziś wszędzie tam, gdzie islamistyczny dżihad prowadzi wojnę: Irak, Jemen, Afganistan, Syria, Sahel. To akt zemsty. Zaatakowali Francję, bo tam są w stanie zbudować niezbędne do zamachu struktury (ten fakt, nie bez racji wykorzystują zwolennicy głębokiej zmiany francuskiej polityki imigracyjnej i integracyjnej). Ale Francja stała się też celem z innego powodu, ważniejszego niż logistyka: bulwar Woltera, plac Republiki - już same nazwy tych miejsc, które dopiero co były teatrem tragicznych wydarzeń przywołują wartości, które dla wrogów europejskiej demokracji są nie do zaakceptowania. Prezydent Obama był pierwszym przedstawicielem innego państwa, który publicznie wyraził solidarność z Francją i który nieprzypadkowo niektóre z tych wartości przywołał w swym wystąpieniu po francusku: liberté, égalité,  fraternité. Laicka i demokratyczna Francja jest dla nich archetypem zła.

Tu nie chodzi o wojnę religii ani narodów, tylko o model społeczeństwa i państwa. Islamscy terroryści chcą, by odpowiedzią z naszej strony na ich terror była nienawiść wobec zwykłych muzułmanów, bo ta nienawiść jest z tym znienawidzonym przez nich modelem sprzeczna. Czym silniejsza stygmatyzacja muzułmanów, którzy żyją normalnie wśród nas, chrześcijanm i niewierzących, tym łatwiej będzie islamistom wykorzystać ich poczucie wyobcowania w walce przeciw reszcie społeczeństwa. Podoba im się, że każdy zamach przyczynia się do wzrostu poparcia elektoratu tych skrajnych ugrupowań, które - choć pod sztandarami innych ideologii i innych religii - też chcą upadku ustroju dominującego dziś w zachodnim świecie. Na naszym terytorium nie jest dla nich problemem to, że ktoś jest katolikiem, jeszcze mniejszy kłopot stanowi wola niektórych katolików do narzucenia swych religijnych pryncypiów wszystkim współobywatelom. Problemem jest państwo świeckie, wykluczające dyskryminację na tle religijnym, upaństwowienie religii i konfesjonalizację państwa. Tu przebiega linia podziału, tu tkwi źródło odpowiedzi na pytanie kim są "oni" a kim jesteśmy "my", na pytanie o prawdziwy cel ich ataków i o to, czego powinniśmy bronić.



Na podobny temat: "Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa"


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...