Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Duda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Duda. Pokaż wszystkie posty

2016-01-06

Przyjdzie Unia i wyrówna

W środę 13 stycznia unijni komisarze będą omawiać sytuację w Polsce. Tydzień później, 19 stycznia, o praworządności w naszym kraju debatować będzie na sesji plenarnej Parlament Europejski. Dzień wcześniej do Brukseli udaje się prezydent Duda. Europejska i światowa prasa coraz częściej analizuje stan polskiej demokracji. KOD i opozycja prodemokratyczna patrzy z nadzieją na kontrolne działania UE i nacisk międzynarodowej opinii publicznej. W kraju, gdzie znajomość polityki międzynarodowej jest tak ograniczona, że nawet szef MSZ nie wie, że jest dyplomatą, emfaza w opisie sytuacji zaczyna być nużąca. Kilka słów wyjaśnienia.

W reakcji na zainteresowanie Europy i świata sytuacją w Polsce, PiS przestrzega "obcych" przed ingerowaniem w wewnętrzne sprawy kraju, którym niepodzielnie rządzi. Znamy tę reakcję z czasów PRL i z innych reżymów autorytarnych: Białorusi czy Korei Północnej. Zwracając się do polskiej opinii publicznej politycy PiS rozbudzają ksenofobiczne i germanofobiczne nastroje. Tych, którzy chcąc powstrzymać demontaż demokracji w Polsce, organizują protesty w kraju i wypatrują odsieczy z zagranicy, oskarżają o zdradę narodową.

W święto Trzech Króli faktyczny przywódca państwa, Jarosław Kaczyński, spotyka się z Viktorem Orbànem, który jak mało kto jest wprawiony w bojach z europejską opinią publiczną i z krytyką działań swego rządu formułowaną w Brukseli, Strasburgu czy Waszyngtonie. Niewątpliwie chodzi o tak zwaną "wymianę dobrych praktyk" w demontowaniu demokracji i dezintegracji Europy (rozmowa odbyła się przeddzień spotkania Orbàn - Cameron).

Próby tłumaczenia stanowiska polskich władz podjęte przez ministra Waszczykowskiego obrodziły jedynie zabawnymi cytatami, ośmieszającymi polski rząd i pokazującymi, że państwo PiS jest z innego świata, z innej czasoprzestrzeni, z innej, nieistniejącej (jeszcze?) Europy. Co do jednego PiS jednak już się przekonał: założenie, że wymierzony przeciw demokracji i praworządności blitzkrieg da się zrealizować niepostrzeżenie, okazało się blędne, bo zarówno w Polsce jak i w Europie pojawili się ludzie i instytucje, którzy postanowili się działaniom PiS przeciwstawić. Warto jednak zrozumieć, jak ten sprzeciw na europejskiej arenie działa. Choćby po to, żeby uniknąć rozczarowań.

Komisja Europejska poruszy temat

W niedzielę 3 stycznia rzeczniczka Komisji Europejskiej zapowiedziała, że kwestia Polski zostanie omówiona na posiedzeniu 13 stycznia oraz, że oznacza to rozpoczęcie procedury zwanej "działaniami UE na rzecz umacniania praworządności". W prasie zinterpretowano tę zapowiedź jako zastosowanie w stosunku do Polski artykułu 7. traktatu, zwanego "opcją nuklearną". Przewiduje on możliwość nałożenia sankcji na kraj systematycznie naruszający zasady praworządności. Najcięższą sankcją jest pozbawienie takiego kraju prawa głosu w Radzie UE. Ale skoro o sankcjach mowa, to w prasie pojawiły się też dywagacje na temat pozbawienia Polski funduszy unijnych.

Jednak nieco później Komisja zmieniła stanowisko, tłumacząc, że chodzi tylko "debatę orientacyjną", a nie o rozpoczęcie "procedury". Wyjaśniła, że wiceprzewodniczący Komisji Timmermans wysłał do polskich władz pismo z prośbą o wyjaśnienie wątpliwości, jakie budzą w Brukseli niektóre poczynania rządzącej większości parlamentarnej, i że nie może wszczynać żadnych procedur przed otrzymaniem odpowiedzi. A więc: czekamy.

Kilka słów wyjaśnienia. Po pierwsze, ta zmiana stanowiska Komisji odzwierciedla wewnętrzne podziały w unijnej egzekutywie. Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o ciało kolegialne. Są w Komisji takie osoby, które szczerze wierzą, że praworządność i demokracja to fundamenty Unii i trzeba ich bronić. Ale zdarzają się komisarze, którzy nie mają tak jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. A na przykład Węgier Tibor Navracsics, człowiek Orbàna, ma zdanie przeciwne, co oczywiste. Poza przekonaniami, jest też kwestia taktyki. Komisarze wiedzą, że uprawnienia pozwalające instytucjom UE na przeciwdziałanie demontażowi demokracji w państwach członkowskich są bardzo ograniczone. Czy warto spieszyć się z wykonywaniem gestów, o których z góry wiadomo, że mogą okazać się symboliczne?

Takie wątpliwości ma na przykład pierwszy wiceprzewodniczący Komisji, Timmermans. Podobnie jak kilku innych komisarzy uważa, że działania wobec Węgier nie przyniosły zamierzonego skutku (myślę, że się myli: na tyle, ile mogły, skutek przyniosły: Budapeszt, ale również Bułgaria, Słowacja, Rumunia czy Francja musiały wycofać się z działań uznanych w Brukseli za sprzeczne z unijnymi wartościami). Z kolei szara eminencja Komisji, szef gabinetu Junckera, Martin Selmayr, jest przeciwnego zdania. Uważa, że działania wobec Węgier przyniosłyby lepsze efekty, gdyby były bardziej zdecydowane i dlatego wobec władz w Warszawie trzeba być twardym od samego początku.

Po drugie, Komisja nie ma w Polsce, w odróżnieniu od Węgier, oczywistego interlokutora. Tam szefem jest premier. Kto jest szefem w Polsce? Jak rozmawiać z tym, kto o wszystkim decyduje, choć nie pełni żadnej państwowej funkcji? Orbàn miał (i ma) oddanego sobie ambasadora w Brukseli. Jaki jest mandat polskiego ambasadora? Czy go zaraz nie odwołają? Za czasów Barroso, gdy spór z Orbànem sięgał zenitu, Komisja wiedziała też, kto jest jego przedstawicielem w Parlamencie Europejskim. A w przypadku Polski: Czarnecki? Śmiech na sali. Są pretendenci, ale nikt nie ma mandatu.

"Debata" w Komisji Europejskiej, uruchomienie "procedury" i perspektywa "sankcji"

I wreszcie, kilka słów o "debacie" i o "procedurze". W najbliższą środę sytuacja w Polsce będzie jednym z punktów porządku dnia cotygodniowego posiedzenia 28 komisarzy. Jednym z punktów. Cotygodniowego. Nie chodzi więc o żadną wielką, publiczną "debatę" w znaczeniu parlamentarnym. Ma ona być orientacyjna i, faktycznie, ma pomóc komisarzom w zorientowaniu się w sytuacji oraz przedyskutowaniu taktyki. Poprzez kolejne inicjatywy i oświadczenia PiS robi wszystko, pewnie nieświadomie, żeby wygrała wizja Selmayra. Ale to oznacza jedynie, że rozpocznie się "procedura". Przyjęte w 2014 roku "ramy działań na rzecz" są niczym innym, jak kodyfikacją działań przećwiczonych wcześniej z Orbànem: współpraca z Radą Europy, wymiana korespondencji, celem wyjaśnienia wątpliwości.

Korespondencja już właściwie zaczęła krążyć i zgodnie z taktyką wypracowaną wcześniej przez Orbàna, polskie władze grają na zwłokę. Dość idiotycznie, bo z jednej strony krytykują Komisję, że opiera zarzuty na "doniesieniach prasowych", z drugiej zwlekają z udzieleniem wyjaśnień. Jednocześnie na monity z Brukseli reagują publicznie groteskowymi stwierdzeniami niektórych swych przedstawicieli, że niby Timmermans nie ma mandatu, by domagać się wyjaśnień od "demokratycznie wybranego rządu". Wszczęcie "procedury" nie oznacza bynajmniej automatycznego przejścia do działań opisanych w artykule 7. traktatu. Zwane są one "opcją nuklearną" nie tyle z powodu niszczącej siły rażenia, ile z trudności jej zastosowania. Komisja (podobnie jak Parlament) może tę procedurę zainicjować, ale w praktyce głównym rozgrywającym są państwa członkowskie: Rada UE i Rada Europejska. A one niechętnie patrzą na nakładanie sankcji przez unijne instytucje na któreś z państw. Po pierwsze dlatego, że mają złe wspomnienia z czasów, gdy podobną procedurę zamierzano zastosować przeciw Austrii. Po drugie dla zasady: a gdyby nam się kiedyś coś takiego wydarzyło?

Komisja ma jednak inne sposoby działania. Głównym jest trzystopniowa procedura wszczynana przeciw państwu członkowskiemu w przypadku naruszenia konkretnych zapisów traktatowych i aktów prawa wtórnego: dyrektyw i rozporządzeń. Procedura taka może doprowadzić państwo członkowskie przed unijny Trybunał Sprawiedliwości. Tyle, że to droga technicznie skomplikowana, długa, wymagająca wyszukiwania kruczków prawnych. Nakładanie sankcji w postaci zamrożenia funduszy strukturalnych wchodzi w grę w kwestiach gospodarczych, a nie konstytucyjno-politycznych.

Debata w Parlamencie Europejskim

Parlament miał debatować już w grudniu, ale Schetyna i Petru przekonali swych unijnych partnerów, że jest za wcześnie (przeczytaj). Okazało się jednak, że sama groźba debaty PiSu nie powstrzymała i w tej sytuacji debatę zorganizować trzeba. Debata w Parlamencie może ograniczyć się do krótkich wystąpień liderów klubów politycznych. Ale może być dłuższa: wtedy do jednominutowych wystąpień będą mieli prawo inni posłowie. Na początku debaty wypowie się Rada. Gdyby Radzie przewodniczył nadal Luksemburg, moglibyśmy się spodziewać ostrego wystąpienia. Ale zaczęła się prezydencja holenderska. Wystąpienie będzie raczej stonowane. Komisja przedstawi niewątpliwie to, co ustali 13 stycznia.

Debata może skończyć się przyjęciem rezolucji nielegislacyjnej (czyli prawnie niewiążącej). Ale na razie nie jest to przewidziane. Gdyby do tego miało dojść, rezolucja będzie prawdopodobnie głosowana dopiero na kolejnej sesji, w pierwszym tygodniu lutego. Od PiS będzie zależało, czy w międzyczasie doprowadzi kolejnymi decyzjami do zaognienia sytuacji czy nie. Podczas debaty i w późniejszej rezolucji (do której prędzej czy później dojdzie) posłowie będą oczywiście wzywać Komisję do zastosowania artykułu 7. wiedząc, jak jest to trudne i przemilczając fakt, że i Parlament mógłby zarządać od Rady zainicjowania wynikającej z tego artykułu procedury, gdyby udało się uzyskać odpowiednią wiekszość.

Debata za dwa tygodnie i kolejne debaty w sprawie Polski, będą się odbywały w innej atmosferze niż te dotyczące wcześniej Węgier. Polska jest ważniejszym graczem niż Węgry. FIDESZ, partia Orbàna, jest członkiem największej grupy politycznej w Parlamencie, konserwatywnej EPL, która skutecznie neutralizowała zbyt dramatyczne zapisy w kolejnych rezolucjach. Nie tylko na temat Węgier zresztą, również, swego czasu, dotyczące Berslusconiego, innego członka EPL. Ale PiS jest członkiem mniejszej grupy: eurosceptycznego EKR. Ma przeciw sobie dużą część EPL, socjalistów z S&D, liberałów z ALDE, Zielonych. Potępienie PiS może więc być donieślejsze niż potępienie FIDESZu. Z drugiej jednak strony nigdy jeszcze liczba eurofobów, eurosceptyków, suwerenistów i nacjonalistów nie była w Parlamencie tak duża. Głosy broniące PiS też mogą być liczne.

Wizyta Dudy w Brukseli

To najmniej istotne wydarzenie w kontekście europejskiej debaty o Polsce. Duda jedzie do Brukseli przeddzień debaty w Parlamencie, ale do Strasburga się nie wybiera. Orbàn robił to kilkakrotnie, ale Duda nie jest politykiem tego formatu. Brak mu odwagi, doświadczenia i, najwyraźniej, mandatu od Prezesa. Prezydent będzie w Brukseli kilka dni po dyskusji w Komisji Europejskiej, ale spotkania z Junckerem nie ma w jego programie. Spotyka się z Tuskiem, szefem Rady Europejskiej. Ale to gest obliczony głównie na polską opinię publiczną: wiadomo, po której stronie jestem, ale z Tuskiem się spotkam, a co tam. To wydarzenie na miarę oddania na aukcję WOŚP roweru: wiadomo, że bliżej mi do Radia Maryja, ale co tam, mam gest. Ludzki pan.

Duda pojedzie też do Mons, europejskiej kwatery NATO. To główny pretekst wizyty w Belgii przed zbliżającym się szczytem Paktu w Warszawie. Niewątpliwie przyciągnie tym uwagę polskich mediów, ale czy odciągnie ich uwagę od tego, co następnego dnia będzie się działo w Strasburgu? Wątpię, choć pewnie taki był cel zorganizowania wizyty akurat teraz.

Spór o Europę

Niska ranga wizyty Dudy w Brukseli, ograniczone pole manewru Komisji i trudności w zastosowaniu wobec Polski artykułu 7. traktatu upuszczają nieco powietrza z nadmuchanego ponad miarę medialnego balonu, którym dziennikarze chcą zwrócić uwagę opinii publicznej na wielką mobilizację Europy w sprawie Polski. Co jednak nie zmienia faktu, że ta mobilizacja jest i będzie przybierać na sile. Obrady w Komisji poświęcone Polsce, nawet niezakończone spektakularnymi decyzjami, są znaczące: tak, Polska pod władzami PiS stanowi dla demokratycznej Europy problem. Debata w Parlamencie, nawet jeśli jej owocem nie może być prawnie wiążąca decyzja adresowana do polskich władz ma znaczenie, bo jej konkluzją będzie zaniepokojenie stanem praworządności i demokracji w Polsce. To ważne. Odbije się to niestety na wizerunku Polski w mediach, w opinii publicznej, w decyzjach podejmowanych przez inwestorów, turystów, a nawet pielgrzymów wybierających się na Światowe Dni Młodzieży (katolicy mogą równie mocno kochać Boga i demokrację, naprawdę).

Ale Unia Europejska nie może milczeć, nawet gdyby miała tysiąc innych trosk: migrację, terroryzm, wojnę w Syrii i Iraku, napięcia między Arabią Saudyjską a Iranem, kryzys ukraiński, trudne relacje z Rosją, próby nuklearne w Korei Północnej, zbliżające się wybory w USA i wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych w wielu państwach UE. Nie może, bo chodzi o fundamenty, na których powstała, a które w sposób systemowy i w niespotykanym dotąd zakresie są w Polsce podważane przez antyeuropejskie władze o zapędach autorytarnych. Nie może, bo chodzi o zasadniczy spór między obrońcami Europy opartej na wartościach będących podstawą i motorem integracji europejskiej a orędownikami Europy alternatywnej, opartej na nacjonalizmie, europejskiej dezintegracji i a-liberalnej demokraturze, takimi jak Orbàn i Kaczyński.

2015-11-12

Maltańska wpadka, polski niesmak

By nie być zdziwionym, wystarczy przyjąć właściwe założenia. Skład rządu PiS na przykład mnie nie zdziwił, zwłaszcza obecność w nim Macierewicza. Na pewno nie drę dziś szat, że mnie niby oszukano. Oszukać się dają jedynie Ci, co naiwnie wierzą lub którym wygodnie jest dać się oszukać. Co nie znaczy, że od zaskoczenia można się trwale zaszczepić. Rozumiem, że Ewa Kopacz mogła być zaskoczona najgorszą z możliwych datą pierwszego posiedzenia nowego sejmu, wybraną przez prezydenta. Tłumaczenia - bez ładu, i składu, i sensu - sprzeczności tej daty z kalendarzem unijnych spotkań na szczycie potwierdziły obawy co do profesjonalizmu i samodzielności w myśleniu prezydenckich doradców. Mnie znacznie bardziej zaskoczyła informacja, że premier nie poleci na Maltę, by po raz ostatni reprezentować Polskę. Jej decyzję, by zostać w Warszawie przyjąłem z niesmakiem. Moja wina, naiwnie uwierzyłem, że zachowa się odpowiedzialnie.

Kopacz (też) nie jedzie na Maltę


Polskę na szczycie UE w Valletcie reprezentował 
B. Sobotka, premier Czech
Podjęta przez Ewę Kopacz próba budowy antypisowskiego frontu poprzez wpuszczenie na platformowe listy Dorna i Kamińskiego i udzielenie poparcia Giertychowi miała dość duży wpływ na moją decyzję przed urną wyborczą, ale wiedziałem, że to tylko taktyka. Dla mnie niemożliwa do wybaczenia, okazało się też, że nieskuteczna dla partii, ale gatunkowo nie tak bardzo istotna dla państwa. Inaczej jest z decyzją Ewy Kopacz, by nie jechać do Valletty na unijno-afrykańską konferencję w sprawie migracji i na unijny szczyt.

Jestem w stanie zrozumieć, że nie chciała się dać wciągnąć w pułapkę. Z punktu widzenia pisowskiego prezydenta sens wysyłania tam premier w ostatnim dniu jej urzędowania byłby dość oczywisty: chodzi o to, by o każdy niepopularny społecznie element polityki imigracyjnej oskarżyć w przyszłości rząd PO; by nie brać odpowiedzialności za skutki rozpętanej w dużej mierze przez PiS ksenofobicznej, nieludzkiej burzy antyimigranckiej w społeczeństwie. Bez trudu przychodzi mi zrozumienie potrzeby "przeczołgania" prezydenta za głupie, krótkowzroczne gierki z polityką europejską, woli utrzymania go w niepewności do ostatniej chwili. Liczyłem jednak, że w końcu Kopacz pojedzie na Maltę, bo zwycięży jej odpowiedzialność za państwo. Tymczasem zwyciężyła małostkowość i tania, partyjna kalkulacja.

Małostkowość, bo Kopacz chciała Dudę ukarać. Ludzka rzecz. Kalkulacja, bo nie chciała się dać wystrychnąć przez Dudę na dudka. Partyjna taktyka. To, że w tej sytuacji mediom decyzję o nieobecności premier na Malcie przedstawił Rafał Trzaskowski, wydaje się wręcz naturalne. Nie tylko dlatego, że chodzi o jego pole kompetencji (polityka europejska). Głównie z tego powodu, że ów młody, niewatpliwie zdolny choć niezbyt jeszcze doświadczony polityk, instynktownie kieruje się w swych działaniach i swym rozumieniu świata bardziej pragmatyczną, jednorazową kalkulacją niż ideą, taktyką a nie strategią. Wystarczy przypomnieć jak cynicznie (w wymowie, nie w zamierzeniu, cynizm u Trzaskowskiego jest formą pragmatyzmu i jako taki nie do końca jest uświadomiony) tłumaczył przyczyny, dla których na poprzednim szczycie Polska głosowała w sprawie migracji inaczej, niż pozostałe państwa Grupy Wyszechradzkiej. Uzasadnienie było arytmetyczne, szczerze i głęboko bezideowe. Podobnie jak dziś decyzja o dezercji ze szczytu na Malcie.

Dlaczego trzeba było na Malcie być

Zarówno prezydent Duda jak i Ewa Kopacz, PiS jak PO, tłumaczyli do niedawna Polakom, że problem fali imigrantów należy rozwiązywać systemowo, u podstaw. Tłumaczyli podobnie, ale w innym duchu, bo gdy przyszło do decyzji, Kopacz opowiedziała się jednak za solidarnością, a nie egoizmem, za Unią Europejską, a nie przeciw niej. Konferencja na Malcie i szczyt UE, który zaraz po niej nastąpił tego właśnie dotyczyły: systemowych rozwiązań, działania u źródeł. Chodziło o skłonienie państw afrykańskich do wywiązywania się z obowiązku readmisji. O racjonalne wykorzystanie korzyści z legalnej, uregulowanej imigracji i skuteczne postawienie tamy nielegalnemu napływowi migrantów, o walkę z gangami przemytników i pomoc na miejscu ludziom uciekającym przed głodem, wojną i terrorem. Nieobecność na tym szczycie jasno pokazuje, że nawoływanie polskich władz, jakie by nie były, do rozwiązywania problemu u źródeł to czysta ściema, oszustwo. Ani Duda ani Kopacz nie chcieli w tej dyskusji wziąć udziału. Niech żadne z nich nie mówi potem, że ktoś za nas decyduje.

O spotkaniu na Malcie mówiono od kwietnia, od czerwca potwierdzona była dokładna data konferencji. Mówiono nie dlatego, że brak innych tematów, tylko dlatego, że do tej konferencji przywiązywano dużą wagę. I słusznie. Kiedy przedstawiciel Kancelarii Prezydenta mówi, że nikt im o tym nie powiedział, ośmiesza siebie i prezydenta. Decyzja o szczycie UE zapadła z niewielkim wyprzedzeniem, ale przecież przed decyzją prezydenta w sprawie daty inauguracyjnego posiedzenia sejmu i nie była niespodziewana, bo wykorzystanie obecności szefów państw i rządów w jednym miejscu było racjonalne, a potrzeba szczytu - niekwestionowana. Nikt nie mógł przewidzieć, że polski prezydent wybierze najgorszą z możliwych datę powyborczego przekazania władzy w Polsce. Ani że podporządkuje decyzję w tej sprawie terminowi... mszy w Watykanie.

Argument, że z Chorwacji pewnie nikt nie przyjedzie jest niepoważny: rola Polski w UE jest inna niż rola Chorwacji. No, chyba, że ktoś świadomie zamierza rolę Polski zdegradować. Warszawa jest siedzibą Frontexu - niejednokrotnie Włosi, Grecy i Hiszpanie krytykowali to usytuowanie agencji do spraw unijnych granic twierdząc, że nie tylko geograficznie, ale i mentalnie Polska jest od problematyki trwającego kryzysu uchodźców zbyt odległa. Nieobecnością na szczycie przyznajemy im rację. Polska jest krajem granicznym UE i wciąż podkreśla swoją gotowość do stawienia czoła ewentualnej fali migrantów ze wschodu. Chyba w pojedynkę, bo o wspólnej strategii rozmawiano na Malcie. Argument, że w Valletcie miało nie być Camerona dowodzi albo ignorancji albo naiwności albo jednego i drugiego: Cameron, jako jedyny szef rządu państwa członkowskiego, nie bierze udziału w żadnych unijnych dyskusjach na temat migracji, on przygotowuje referendum w sprawie wystąpienia z UE. Jeśli to jest nasz wzór w kształtowaniu polityki europejskiej, to warto powiedzieć to otwarcie.

Twierdzenie, że szczyt jest nieważny, bo nieformalny, po raz kolejny dowodzi niewiedzy. Zgodnie z traktatem lizbońskim, każdego roku odbywają się co najmniej cztery szczyty UE, formalne posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli. Może ich być więcej. Ale nie za dużo, bo ich przygotowanie wymaga sporego wysiłku i negocjacji. Przyjmuje się bowiem na nich dokument zwany konkluzjami szczytu, wcześniej przygotowany. Szczyty zwane nieformalnymi, na których konkluzji się nie przyjmuje, mają charakter roboczy, przygotowują szczyty formalne, i niejednokrotnie są od nich ważniejsze. To tam ucierają się stanowiska i zawiązują koalicje. Tymczasem słuchając polskiej dyskusji można odnieść wrażenie, że szczyt "nieformalny" to nie szczyt, to takie luźne spotkanie, nieobecność na nim nie ma znaczenia. Nic bardziej błędnego. Błędem jest nieobecność. I ten błąd popełnili zarówno prezydent Duda jak premier Kopacz. Poproszenie o zastępstwo czeskiego premiera niczego nie załatwia.

Oczywiście to prawda, że udział w szczycie w dniu, w którym składa się urząd, nie jest rozwiązaniem najlepszym. Najlepiej by było, gdyby pojechał tam Duda. Ale po co udawać zdziwienie: teraz, gdy skład nowego rządu jest znany, wydaje się jasne, że wolą prezesa Kaczyńskiego rola prezydenta na polu spraw zagranicznych będzie ograniczona. Duda nie dostał instrukcji, sam nie ma nic do powiedzenia. Kopacz ma. Nadzieja, że Duda wypije piwo, które nawarzył, i na Maltę pojedzie jako konstytucyjny gwarant ciągłości państwa była naiwna: jego szczeniacki bojkot rządu Kopacz jasno pokazuje w jak wielkim poważaniu ma ciągłość państwa.

Na Malcie trzeba było być z przyczyn wizerunkowych i z uwagi na pozycję Polski w UE. Kopacz powinna o tym wiedzieć, wykazać się innym instynktem politycznym i wyższą odpowiedzialnością niż PiS. Szkoda, że dokonała innego wyboru, bo to ważne jak się odchodzi, jaki po sobie zostawia się smak. Lub niesmak. Udział Polski w szczycie, zwłaszcza nieformalnym, polegałby na czym innym niż wygłoszenie oficjalnego przemówienia przez Ewę Kopacz. Razem z nią pojechałaby Polska delegacja (której status jest inny, gdy na czele stoi premier i inny, gdy tylko wiceminister). Urzędnicy, których wiedza powinna pomóc w płynnym przejściu z jednych rządów w drugie. Prezydentowi Dudzie i jego pisowskim mocodawcom oczywiście na tym nie zależy. Przeciwnie: chodzi przecież o zerwanie tej ciągłości. Ewa Kopacz powinna po raz ostatni pokazać, że ma do państwa inny stosunek.



2015-09-14

Polityka u podstaw

"Nikt nam nie będzie narzucał przyjmowania imigrantów, bo to nie jest żadne rozwiązanie. Problem trzeba rozwiązać u źródła" - powiadają niektórzy politycy, na przykład prezydent RP. Zawsze ceniłem pozytywistyczny postulat pracy u podstaw. Ale wypowiadanie takich mądrości w sytuacji, gdy każdego dnia do granic UE docierają dziesiątki tysięcy uchodźców należałoby uznać za kolejną ilustrację narodowego porzekadła: "mądry Polak po szkodzie". Należałoby, gdyby przyjąć, że sprawa w ogóle nas dotyczy. A zdaje się, że mędrcy, którzy taką pseudopozytywistyczną retoryką się posługują, do odpowiedzialności za szkodę się nie poczuwają.

Precz z kolonializmem


Polacy w Iraku. Działanie u źródła? by MON /Wikimedia Commons 
Skoro nie my naszkodziliśmy, nie nam ponosić konsekwencje - to myśl przewodnia polskiej argumentacji przeciw przyjmowaniu migrantów. Na czym polega szkoda, której winni są inni? W wielu występuje ona odsłonach. Po pierwsze, kolonializm. Polska nie miała kolonii, Polacy się na nich nie wzbogacili, nie muszą więc przyjmować migrantów z poczucia winy. Argument w swym anachronizmie dość idiotyczny: ci ludzie nie uciekają do Europy przed kolonializmem. Ani w wyniku wojen kolonialnych. To nie są lata pięćdziesiąte ani sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Z litości pominę wątek żalu, jaki odczuwają piewcy kolonialnej argumentacji, że Polska nigdy kolonii nie miała (choć chciała, ale jej nie dali!). Chyba, żeby - nie bez racji - uznać za politykę kolonialną działalność Rzeczpospolitej na kresach wschodnich. Co ciekawe, Polska gotowość (deklarowana przynajmniej) do przyjmowania Ukraińców nie bierze się z kolonialnego poczucia winny, tylko ze słowiańsko-chrześcijańskiej solidarności. Bez sensu jest też odwoływanie się do wojen krzyżowych. Chyba, że za taką uznać inwazję Stanów Zjednoczonych na Irak. Tylko, że Polska była częścią zmontowanej wtedy antyirackiej koalicji.

Polacy-katolicy

Po drugie, "multi-kulti". Bo to ponoć wyśmiewana przez nacjonalistyczną prawicę moda na wieloetniczność i wielokulturowość sprawia, że tacy Niemcy czy Francuzi (ale przede wszystkim Niemcy) czują się w obowiązku przyjmowania migrantów. Taki hipstersko-hipisowski kaprys, nic więcej. Bo sobie wbili do łbów, że chcą mieć na ulicach kolorowo. Ich wybór, ale nam niech tej mody nie narzucają, bo ona polska nie jest. Polak lubi jak jest biało, czysto etnicznie, jednonarodowo czyli polsko, i chrześcijańsko. Tak się przyzwyczaił, taka jałtańska spuścizna. Kiedyś naszą tradycję wyrażała Wanda, co nie chciała Niemca, potem polski szlachcic, co bił bisurmanina. Z powodu Unii Europejskiej i pobieranych stamtąd funduszy musieliśmy się czasowo zgodzić na Niemca, ale niech nam Niemiec nie każe wpuszczać jakichś tuchajbejów. Logika zgodna oczywiście ze światopoglądem różnych Semków czy innych Terlikowskich, ale nie z rzeczywistością: Niemcy nie wpuszczają migrantów z powodów estetycznych tylko etycznych, nie z uległości modzie tylko z moralności. Wpuszczają ich, bo tam, skąd migranci przybywają, jest terror, wojna i głód.

My, solidarni

Po trzecie, solidarność. My, Polacy, nikomu nie musimy udowadniać solidarności. Nikt nam naszej solidarności ewaluować nie będzie, bo my jesteśmy solidarności depozytariuszami. Jak Etiopczycy arki Przymierza. Co więcej, jest ona duchowa. Jako kraj na dorobku, biedny, w ruinie - nie możemy jej wyrażać materialnie. Prawdopodobnie nigdy w przewidywalnej perspektywie nie będziemy mogli, bo zawsze będziemy biedniejsi niż Niemcy. Niemcy, jako bogacze, muszą się opodatkować (przede wszystkim na naszą rzecz), my nie musimy. Oburzenie wywołały słowa Junckera, który wypominając Polakom (nie tylko Polakom) brak solidarności, przypomniał solidarność, której sami doznali: 20 milionów liczy Polska emigracja, mówił. Oczom i uszom nie wierzyłem, gdy docierał do mnie bezmózgowiem naznaczony argument, że ci emigranci to krzywda nam wyrządzona przez innych, a tym samym przez innych częściowo choćby wynagrodzona, z czego naturalnie żadne dla nas obowiązki wynikać nie mogą.

Zwalczanie problemu u źródeł

Ale wróćmy do pracy u podstaw. Zweryfikujmy tę ambicję konstruktywnego sprzeciwu. Czekam na moment, w którym spragniony międzynarodowej aktywności prezydent Andrzej Duda przedstawi swą strategię walki z przyczynami kryzysu migracyjnego. Wraz z nowym rządem, bo obecnego najwyraźniej nie uznaje. Działanie u źródła problemu ma sprawić, że ludzie będą woleli w soich krajach zostać, niż z nich wyjeżdżać i że organizowanie migracji nie będzie lukratywnym źródłem dochodu dla przestępców. Jestem przekonany, że taka strategia będzie zawierała przynajmniej następujące zobowiązania:


  1. Polska stanie się orędownikiem zwiększenia wydatków z unijnego budżetu na pomoc dla krajów rozwijających się, również kosztem wydatków na unijną politykę spójności, której jest głównym beneficjentem;
  2. będzie logistycznie i finansowo wspierać kraje rozwijające się z własnego budżetu, w oparciu o umowy dwustronne, tak jak czyni to wiele państw członkowskich UE;
  3. stanie się orędownikiem dalekowzrocznej polityki klimatycznej, bo zmiany klimatu są w dużej mierze odpowiedzialne za brak dostępu do wody pitnej i za susze niszczące uprawy - główne przyczyny większości konfliktów zbrojnych w Afryce;
  4. będzie walczyć z protekcjonizmem Unii Europejskiej w dziedzinie rolnictwa, który czyni rolnictwo krajów rozwiajających się nieopłacalnym, również za cenę ograniczenia unijnych dopłat do polskiego rolnictwa;
  5. będzie wspierać inicjatywy międzynarodowe, które skłonią Stany Zjednoczone do rezygnacji z protekcjonistycznej polityki w sektorze rolnym;
  6. zaangażuje się w wojnę w Syrii i szerzej, w działania przeciw tzw. "państwu islamskiemu" - na polu militarnym i dyplomatycznym, również wykorzystując nasze wyjątkowe relacje z Waszyngtonem (w końcu to amerykańskie działania przeciw państwu islamskiemu, a wcześniej inwazja na Irak z naszym udziałem, są w dużej mierze odpowiedzialne za exodus uchodźców);
  7. stworzy strategię angażowania się zbrojnie, finansowo, logistycznie i politycznie w konflikty międzynarodowe, bo sytuacja w Syrii to nie jedyna przyczyna fali uchodźców, uchodźcy pochodzą też na przykład z Erytrei);
  8. aktywnie włączy się w walkę z zorganizowanymi, przestępczymi siatkami passerów zarabiających fortuny na nielegalnym przerzucie migrantów do Europy;
  9. będzie aktywnie działać w ramach UE na rzecz nowelizacji konwencji dublińskiej i reformy systemu Schengen.
Zamiast 10. punktu, kilka uwag na temat Ukrainy. Rozwiązywanie problemów u źródeł wymaga też bliższej geograficznie perspektywy, tym bardziej, że naszą niechęć do przyjmowania przybywających dziś do UE uchodźców tłumaczymy koniecznością przygotowania się na - nieuchronną ponoć -masową migrację z Ukrainy. Skoro tak, to czy rozpoczęto już budowę infrastruktury niezbędnej do ich przyjęcia? Opracowano plan zatrudnienia poszukujących pracy, edukacji dla dzieci niemówiących po polsku? Za czyje pieniądze będziemy przyjmować "naszych", prawosławnych i unickich migrantów, których wolimy od muzułmańskich: za swoje czy też wystąpimy o pomoc unijną? I wreszcie: co z tymi potencjalnymi Ukraińcami, którzy - choć tak podobno pożądani - zamiast  pozostać w Polsce będą chcieli wyjechać do wyżej rozwiniętych i bogatszych krajów, tak jak wszyscy inni migranci, bez względu na przyczynę migracji?




2015-09-03

Państwo PiS jest nie z tej Europy (8) Cała wstecz, cała w bok: damy radę!

Przeczytaj i zgadnij o kim mowa. Bądź gotów, bo jutro to oni będą gospodarzami twojego domu. 


Dialog, konsensus i negocjacja postrzegane jako objawy słabości w polityce, podział łupów jako główny mechanizm powyborczego przejmowania władzy  w państwie; przeciwnicy polityczni - tylko wewnątrz własnej partii, poza partią - to wrogowie do unicestwienia; służba partyjna zamiast cywilnej w administracji rządowej.

Państwo rozumiane jako przestrzeń władzy, terytorium do podboju i przejęcia na własność; władza jako prawo do wywłaszczenia  i upokorzenia pokonanego wroga. 

Moralność Kalego we wszystkich wymiarach życia publicznego.

Centralizacja i nacjonalizacje, protekcjonizm; poświęcenie rozwoju gospodarczego na rzecz wyborczego koniunkturalizmu.

Sprawiedliwość społeczna - jak każda inna, rozumiana jako obowiązek wyznaczenia i ukarania winnego; prawo talionu - podpowiadane przez instynkt rozumienie wymiaru sprawiedliwości.

Referendalno-sondażowy populizm jako ersatz demokracji legitymizującej rządy autorytarne; budowa wspólnoty nacjonalistycznej zamiast obywatelskiej, opartej na wiktymizacji oraz desygnowaniu wrogów wewnętrznych i zewnętrznych; nieustanne dzielenie ludzi na naszych i na wrogów.

Muzealnictwo i zinstrumentalizowany historycyzm jako wiodący motyw myślenia o przyszłości; zawłaszczenie symboliki przeszłości postrzeganej jako legitymacja upoważniająca do zdobycia i sprawowania władzy; programowe i ostentacyjne wstecznictwo, niesłusznie uważane przez niektórych za formę myśli konserwatywnej.

Ograniczenie wolności obywatelskich; katolicki szariat lepszy od każdego systemu wartości opartego na prawach indywidualnych; przekonanie, że jednostka poza kuratelą państwa, Kościoła lub rodziny jest i zagrożona i źródłem zagrożenia; do szkoły lepiej ją wysłać później, na emeryturę - wcześniej.

Instynktowna niechęć do mniejszości, kult większości i dominacji; solidarność ze słabszymi i potrzebującymi bardziej demonstrowana niż odczuwana, podporządkowana kryterium bliskości etnicznej i religijnej.

Rozdwojenie tożsamości objawiające się, z jednej strony, samodestrukcyjnym kompleksem słabszego, hamującym zdolność rozwoju i wzmacniającym instynkt przetrwania, a z drugiej strony poczuciem moralnej wyższości rozbudzającej u ofiary oczekiwanie zadośćuczynienia.

W polityce zagranicznej pieniackie pozerstwo zamiast dyplomacji; kształtowanie relacji międzynarodowych w atmosferze walki o przetrwanie we wrogim z zasady otoczeniu zamiast działania na rzecz budowy pozytywnej wspólnoty interesów; budowanie sojuszy tylko w odniesieniu do wspólnego wroga; antyeuropejskość i prowincjonalizm; defiladowa militaryzacja na wzór rosyjski zamiast unowocześniania armii. 

Mimo manifestowanej szowinistycznej antyrosyjskości naturalny pociąg do putinizmu, do wartości najbliższego geograficznie Wschodu zamiast Zachodu, nawet w pojmowaniu chrześcijaństwa.

Tak wygląda przepis na państwo partii PiS. Ten tekst, po długiej przerwie, zamyka cykl "Państwo PiS jest nie z tej Europy", którego celem było przedstawienie jak daleko od cywilizacji zachodnio-europejskiej chce zepchnąć Polskę Jarosław Kaczyński. W poprzednich artykułach koncentrowałem się na tym, co kojarzy się z Unią Europejską, opierałem się na bezpośrednich odniesieniach do integracji europejskiej w takich dziedzinach jak fundusze unijne, energetyka, klimat, rolnictwo, waluta euro, polityka zagraniczna i prawo UE.  Ale żadne z tych europejskich odniesień i żadna deklaracja na temat UE wypowiadana przez pisowskich harcowników nie  ukazuje tak wyraźnie antyeuropejskości PiS  jak ich praktyka i koncepcja polskiego państwa. Stosunek PiS do Polski silniej ich antyeuropejskość unaocznia, niż stosunek wobec UE.

Dziś ziszcza się obawa, która w styczniu 2014 popchnęła mnie do opublikowania pierwszego rozdziału: PiS przejmuje państwo. Najpierw prezydent, Andrzej Duda, który już po pierwszych tygodniach sprawowania urzędu prezydenta okazał się być jedynie narzędziem w ręku swego prezesa, wykonawcą poleceń i zaleceń, bez krztyny niezależności nawet w dziedzinie savoir-vivre'u.  Za chwilę powstanie rząd PiS. 

Andrzej Duda składa przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym
W swym pierwszym prezydenckim orędziu Andrzej Duda wyraził poglądże "najważniejszym oczekiwaniem Polaków jest byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę, taką, jaka powstała w latach Solidarności". Przez chwilę mogło się wydawaćże jest to też jego własne oczekiwanie i że jako głowa państwa chce na to oczekiwanie odpowiedzieć. Jego odpowiedź widzieliśmy kilka dni temu w Gdańsku. A potem na Westerplatte. Nie dajmy się zwieść jego słowom, gdy używa terminu solidarność. Ani w odniesieniu do Polski, ani w odniesieniu do Europy. Solidarność to koncept nie do pogodzenia z pisowskim światopoglądem. Solidarność, której PiS jest piewcą to tylko politykierski artefakt, gadżet, którym rzuca sie komuś w twarz. 

Przeciwnicy PiS mówią, że rządy tego ugrupowania cofną Polskę w rozwoju, nie tylko gospodarczym, ale i cywilizacyjnym. Ale przecież nie ma powrotu. Wstecznictwo PiS nie popchnie Polski w tył, tylko w bok, bo przestrzeni i czasu, w których Jarosław Kaczyński chciałby funkcjonować już nie ma. Ale w bok się da.  

W bok, to znaczy poza nawias, bo nie ma przecież Europy, do której Polska pisowska mogłaby się przesunąć. Nie wierzę, by Kaczyńskiemu, we współpracy z Viktorem Orbánem, udało się taką alternatywną Europę zbudować. Bo oni nie budują. I nie współpracują. W tym przypadku - na szczęście.

Państwo PiS, które zbliża się wielkimi krokami, jest państwem z innej Europy. Europy, której nie ma. Co zrobić by Polacy, manifestujący swą "proeuropejskość" w kolejnych badaniach opinii publicznej, nie oddali władzy w ręce antyeuropejczyków? Pewnie nic się zrobić nie da. Polacy lubią uczyć się na własnych błędach, a potem za bolesne skutki tej nauki oskarżać wszystkich na około. To taki masochizm, ale ponury, bez uczucia satysfakcji. Taki wschodni masochizm. 

2015-08-05

Przewodniczący Tusk i papież Franciszek nie przyjadą na zaprzysiężenie Prezydenta

Nie wiem, kto wymyślił problem nieobecności Donalda Tuska na uroczystościach związanych z objęciem urzędu prezydenta przez Andrzeja Dudę: ci od Dudy, czy ci od Tuska. Nie chce mi się sprawdzać, bo to problem wydumany, a dyskusja, jaką wywołał, jest żałosna.

Oczywiście, to prawda, co przedstawiciel MSZ powiedział Rzeczpospolitej (zastrzegam, że cytat znam tylko z tweetów), że prezydent elekt nie wysyła zaproszeń do szefów państw i organizacji międzynarodowych, bo protokół nie przewiduje ich obecności na zaprzysiężeniu. Co nie zmienia jednak faktu, że gdyby prezydent elekt zapragnął zaprosić Tuska, to nie byłoby to sprzeczne z protokołem. To bzdura, że musiałby wtedy zaprosić szefów Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Papieża też by nie musiał. Natomiast gdyby już go zapraszał, to musiałby to zrobić zgodnie z protokołem, a nie przez Twitter. Tylko niby dlaczego miałby go zapraszać? Po co? W imię długoletniej przyjaźni? Z wdzięczności? Kolejny nieistniejący dylemat. Pretekst do pyskówki i ataków ad personam.

Nieobecność Tuska, nie jako szefa Rady Europejskiej, ale jako byłego premiera, to inna sprawa. Bo co prawda nie od Dudy, ale od marszałek sejmu, jak inni uczestnicy sejmowej uroczystości, zaproszenie dostał. Graś oddał mu niedźwiedzią przysługę tłumacząc, że nie przyjedzie, bo dla niego zaproszenie od marszałek sejmu to za mało. Wyszło, że małostkowy buc. Herman Van Rompuy, były premier Belgii, już po objęciu stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej brał udział w różnych belgijskich uroczystościach. I w ogóle był o niebo bardziej aktywny w krajowej polityce (choć zakulisowo), niż Tusk. Bardziej od Tuska aktywny w życiu publicznym swojego kraju jest też Niemiec Martin Schulz, przewodniczący parlamentu europejskiego. Ale to ich indywidualne wybory, zarówno co do rangi jak i kontekstu obecności w krajowej polityce. Czasem też wynik mniej lub bardziej napiętego programu zajęć.

Zdolność wymyślania nieistniejących problemów tylko po to, by uciąć sobie gadkę na politycznym i intelektualnym poziomie sprzeczki w piaskownicy prowadzonej przez źle wychowane bachory, to niestety nieodłączny element polskiego życia politycznego. Jak zwykle aż się zaroiło od specjalistów i ekspertów, tym razem w dziedzinie protokołu dyplomatycznego. Skąd tylu uczonych w dyplomacji w kraju, w którym chamstwo i pieniactwo są typowymi nośnikami politycznej argumentacji? Skąd tylu ekspertów w kraju, w którym ignorancja i dyletanctwo są nie barierą, ale przepustką do udziału w publicznej (przepraszam: medialnej) debacie?

2015-03-24

Radykalna przaśność racjonalnej ignorancji

Opublikowany w Gazecie Wyborczej artykuł Romana Imielskiego pod barokowym tytułem "Andrzej Duda w sprawie wejścia Polski do euro, czyli co "ciemny lud" ma kupić od kandydata na prezydenta" wyczerpująco i przystępnie tłumaczy dlaczego pisowski kandydat kłamie demaskując plan przyjęcia wspólnej waluty w 2016 rzekomo realizowany przez Komorowskiego. Dlatego nie ma sensu tej argumentacji tutaj powtarzać. Ale warto wyrazić Andrzejowi Dudzie wdzięczność, że sięgnął po ważny temat, bo takich w tej kampanii brakuje. Niestety, trzeba go też zganić za to, że ledwie po niego sięgnął, natychmiast go spalił.

Żenujący poziom polityczny i intelektualny kampanii prezydenckiej sprawia, że śledzenie jej przebiegu jest prawdziwą męczarnią. Nie ulega wąpliwości, że przesądzony wynik wyborów pozbawia jej atrakcyjności: to, czy Komorowski wygra w pierwszej czy w drugiej turze nie wygląda na istotny politycznie challange. Ale przez chwilę łudziłem się, że w tej sytuacji partie polityczne, z których wywodzą się kontrkandydaci obecnego prezydenta, zdyskontują nieuchronną porażkę zyskiem w postaci wypromowania swoich programów i nowych twarzy. Jak znalazł przed wyborami do sejmu. I jakże przydatne przed zdeterminowaną biologicznie zmianą pokoleniową w partyjnym kierownictwie PiS, PSL i SLD.

Nowe twarze się pojawiły, ale już po paru zdaniach wypowiedzianych przez Dudę i Jarubasa, i nie wypowiedzianych przez Ogórek (bo milczenie może mieć intelektualną głębię, ale nie musi) okazało się, że nic takiego się nie stanie. Zamiast politycznych programów - pyskówki i podkładanie sobie nogi. Zamiast politycznych idei - przaśność, pieniactwo, infantylizm, ignorancja.

Odnośnie Ukrainy poważnie, z racji pełnionego obecnie urzędu i wynikającej stąd odpowiedzialności, wypowiada się chyba tylko Komorowski. W debacie, w której nawet przy istnieniu różnych punktów widzenia należałoby wymagać od kandydatów na najwyższy w państwie urząd konsensusu w sprawie imponderabiliów i poczucia racji stanu obserwuję kopanie po kostkach i dogryzanie. Leszek Miller, spiritus movens eseldowskiej kandydatki, wygłasza, co gorsza, deklaracje przywodzące na myśl nie tylko moskiewską pożyczkę ale i dwukolorowy krawat Samoobrony, który dziadek polskiej postkomuny nosił przez jakiś czas na grdyce.

Europa jest w tej debacie nieobecna. Bywa przywoływana w kontekście ukraińskim, owszem. Ale w sposób całkowicie instrumentalny. Antyeuropejska retoryka też powraca, zwłaszcza u kandydatów prawicowych. Ale wedle scenariusza opisanego już na tym blogu w cyklu Państwo PiS jest nie z tej Europy. Sama w sobie Europa, integracja europejska nie jest tematem.

A przecież warto byłoby podyskutować o tym, jak kandydaci widzą udział Polski w UE, gdy przestaniemy dostawać unijne fundusze. Jak nasze członkostwo będzie wyglądało po 2020. Jednym z tematów, które zasługują na debatę jest naturalnie przystąpienie Polski do strefy euro. Decyzji w tej sprawie należy spodziewać się za kadencji przyszłego prezydenta. Dlatego to dobrze, że Andrzej Duda temat przypomniał. Nie podzielam poglądów PiS w sprawie euro, ale dyskutować trzeba. Bronisław Komorowski obiecywał wielką narodową debatę na ten temat. I cisza.

Dziś kandydat PiS wymachuje euro tak jak wczoraj wymachiwał zdjęciem Komorowskiego. Kolejny kampanijny gadżet, nie temat. Sposób, w jaki Duda wypowiadał się o euro ukazuje jego skłonność do kłamstwa, albo całkowitą ignorację. Jedno i drugie dyskwalifikuje go jako polityka w ogóle i jako posła do Parlamentu Europejskiego. Cytowany w nagłówku artykuł wyjaśnia dlaczego. Więcej nie trzeba. Replika Komorowskiego, że Duda przyjmuje euro bez problemu, ale przyjęcia euro przez Polskę nie chce to retoryczne hocki-klocki. Nawet zabawne. I co z tego?


Komorowski podzielił kandydatów na tych racjonalnych, jak on, i na radykalnych, jak Duda. Wiele o prezydencie można powiedzieć, ale z finezyjnego stosunku do języka, ani z poprawności językowej, znany nie jest. Wszak wiadomo, że można być racjonalnym radykałem. I radykalnie racjonalnym. Racjonalizm i radykalizm to nie są postawy przeciwstawne. Może chciał powiedzieć, że jest rozsądny a ten drugi radykalny? To już brzmi lepiej. Niestety, rozsądek w polskiej polityce często polega na tym, że drażliwych kwestii się nie porusza. Radykalizm zaś na tym, że porusza się tylko te, i tylko w taki sposób, żeby udała się hucpa. Jednym i drugim brakuje natomiast racji. Racji nie w znaczeniu słuszności, bo to rzecz względna, ale racji w sensie idei. Zamiast nich mamy radykalnie przaśną ignorancję i racjonalizm zagrodowy. Słowa Dudy o przyjmowaniu przez Polskę wspólnej waluty ilustrują obie te postawy.

 

 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...