Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MFW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MFW. Pokaż wszystkie posty

2014-03-04

Czym więcej Europy tym mniej Putina. I na odwrót.

Zdarza się, że ci, którzy widzą w działaniach Putina przejaw komunizmu albo stalinizmu, interpretują stosunki międzynarodowe, historię i politykę podobnie jak on, gdy oskarża Euromajdan o faszyzm. 

Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
W obu przypadkach mamy do czynienia ze stereotypowym odniesieniem historycznym, pozornym odwołaniem do osobistego doświadczenia. Jest ono elementem retorycznej argumentacji obliczonej na wywołanie u odbiorców odruchu Pawłowa: termin faszyzm czy komunizm ma być przez nich odbierany jak dźwięk wywołujący fizjologiczną (jak u psów w laboratorium) i polityczną (jak u wyborców) reakcję. W ten sposób użyte, "faszyzm" i "komunizm" to tylko bodźce (zwane przez Pawłowa obojętnymi). To, co za jednym i drugim konceptem i praktyką się kryje w sensie politologicznym, filozoficznym i etycznym jest w sumie bez znaczenia.

Gdyby miało to znaczenie, można by się pokusić o znalezienie wspólnego mianownika. Takiego jak totalitaryzm. Wtedy obrońcy Putina, protestujący przeciw "faszyzmowi" na Ukrainie, i jego przeciwnicy, na przykład w Polsce, szafujących terminem "komunizm" w odniesieniu do politycznych konkurentów, okazaliby się pod wieloma względami podobni. Ich koncepcja demokracji oznaczałaby na przykład zgodę na istnienie fasadowych instytucji niezbędnych w ustroju demokratycznym, ale już nie na ich w pełni demokratyczne działanie. Podporządkowanie swojej władzy organów Sprawiedliwości, objęcie polityczną kuratelą takich instytucji jak Trybynał Konstytucyjny, akceptacja decyzji parlamentu, pod warunkiem, że ma się w nim absolutną większość - tak sprawują rządy ludzie o totalitarnych aspiracjach i autorytarnej mentalności w państwach konstytucyjnie, czyli formalnie demokratycznych.

Chcieliby się posunąć dalej, ale powstrzymuje ich kontekst międzynarodowy. W takich krajach jak Polska czy Węgry, należących do Unii Europejskiej, ten kontekst ma na rządzących bez porównania większy wpływ niż w takim kraju jak Rosja. Ale nawet w Rosji, która nie ma formalnego powodu, by przestrzegać unijnych traktatów, trzeba brać w jakimś stopniu pod uwagę naciski Międzynarodowej Organizacji Handlu, międzynarodowego Funduszu Walutowego, G8, reakcje światowych rynków i giełdy, a nawet - choć Putin się do tego nie przyzna - stanowisko UE, USA i tak zwanej wspólnoty międzynarodowej. Tym się różnią dzisiejsze czasy: pojałtańskie, postimperialne, naznaczone gospodarczą globalizacją, od epok wcześniejszych.

Ale dlatego też adepci totalitarnego myślenia tak źle się w tych czasach odnajdują i z taką satysfakcją, w kontekście regionalnego lub światowego konfliktu między państwami, deklarują: a nie mówiliśmy? Tak wygląda świat! Bez zaskoczenia czytałem na Twitterze komentarze w rodzaju: "cały Zachód mówi dziś o Rosji tak jak przez lata bracia Kaczyńscy". Bez zaskoczenia, mimo, że - po pierwsze - to nieprawda. Na szczęście. Po drugie, używanie tej samej retoryki (wojennej) w czasie stabilizacji i w czasie kryzysu, nieumiejętność rozróżnienia wyzwań, możliwości i zagrożeń występujących w tych okresach, to nie jest dowód politycznego jasnowidztwa ani politycznego myślenia, tylko psychozy. Putin na przykład tak ma, ale - przepraszam, że muszę rozczarować - imperialna i totalitarna mentalność nie musi oznaczać guza na mózgu, wbrew temu co czytałem tu i ówdzie. Po trzecie, opis świata to jedno (człowiek człowiekowi wilkiem), a wola jego zmiany i wiara w to, że zmiana jest możliwa, to drugie. Ta wola i wiara sprawiły, że taki proces jak integracja europejska był możliwy: w obrębie Unii wojna jest nie do pomyślenia, międzypaństwowe spory o Alzację, Lotaryngię, Triest, Zaolzie czy Śląśk to część coraz odleglejszej historii.

Ale Putin przypomniał Europie i światu, że nie wszędzie działania takie jak na Krymie należą do przeszłości. I nie wszędzie integracja europejska jest teraźniejszością. Wbrew pozorom ci, którym przypominać nie trzeba, znajdują się nie tylko w Polsce czy na Litwie. Pytanie jednak, co z tą pamięcią i świadmością zrobić w czasach stabilizacji i pokoju: na wszelki wypadek izlować Rosję? Nie kupować od niej energii? Nie sprzedawać jej maszyn, serów i wina, wieprzowiny i samochodów, mebli i ubrań? A dokładnie w chwili, kiedy poczujemy, że może posunąć się za daleko, zbombardować? I idąc za ciosem, to samo zrobić z resztą świata, w której zachodnie standardy polityki i demokracji nie znajdują zastosowania? Przypominam: to ta większa część świata. Naszych zachodnich mechanizmów gospodarczych i politycznych nie wprowadziliśmy tam zbrojnie (ostatnio, za każdym razem gdy próbowaliśmy, raczej się nie udawało), tylko negocjacjami, dyplomacją, za pieniądze i w niemałej mierze dzięki zachodniej softpower.

Okowy międzynarodowego kontekstu, które nie pozwalają totalitarnym działaniom nadążyć za totalitarnym myśleniem, są serdecznie przez totalitarnych polityków znienawidzone. Nie lubią więc idei międzynarodowej współpracy ani multilateralizmu. Coś takiego jak integracja europejska w ogóle nie mieści im się w głowie. Tak samo jak niektórym europejskim komentatorom nie mieści się, w głowie, że w dwudziestym pierwszym wieku można prowadzić taką politykę, jak Putin wobec Ukrainy. Dlatego szukają guza na mózgu Putina. Żeby zrozumieć. Taka ułomność percepcji, zawężone pole widzenia i rozumienia. Lub, jeśli spojrzeć na ten sposób interpretacji bardziej pozytywnie, przykład "przedrozumienia" zgodnie z teorią Hansa-Heorga Gadamera.

Naiwnych poszukiwaczy guza na swoim mózgu Putin wodzi za nos. Ale czego oczekują od Europy i Stanów Zjednoczonych polscy krytycy tej bezsilności Zachodu? W odpowiedzi słychać ich śmieszki i widać memy. Bo nie chcą wprost przyznać, że ich wizja stosunków międzynarodowych niczym się nie różni od wizji Putina. Ogłaszają jedynie, że dla nich każdy kolejny etap rozmów, narad i negocjacji to etap zbędny. Tak naprawdę cierpią nie dlatego, że ludziom na Ukrainie z powodu Putina dzieje się krzywda, nie dlatego, że terytorium potencjalnej ekspansji demokracji, praw człowieka i innych europejskich wartości się kurczy, tylko dlatego, że nie mogą zapłacić Putinowi pięknym za nadobne. Że nie mają władzy i siły Putina. Nienawidzą Putina nie dlatego, że jest inny, tylko dlatego, że jest silniejszy, i to jako "Rusek", postkomuch, kagiebista. Ale też nie mogą darować tym, którzy siłę mają: UE, USA, NATO, że nie chcą jej użyć jak należy. Poza tym jest strach. Historycznie uwarunkowane przekonanie, którego dotychczas historia nigdy nie zweryfikowała, że po Krymie padnie łupem Rosji cała Ukraina, a potem, oczywiście, my. Bo jeżeli NATO i UE odpuszczą Putinowi w sprawie Krymu, to czemu nie mieliby odpuścić w sprawie Polski?

Ten ostatni punkt jestem w stanie zrozumieć. W końcu nie mam dowodów na to, że wiara w nieziszczalność takiego scenariusza nie jest naiwnością. Co do całej reszty poważnie martwi mnie fakt, że wśród polskich obrońców Ukrainy i przeciwników Putina jest tak wiele osób do Putina podobnych. To jest prawdziwa antyeuropejskość, której trzeba się w Polsce obawiać. Przeczytałem na Twitterze hasło, nie wiem czyje, że czym więcej Europy, tym mniej Putina. Tak, bo wartości, na których opiera się integracja europejska są nie do pogodzenia z myśleniem, świadomością, etyką i działaniem Putina. To antyteza. Czym więcej Europy, tym mniej Putina. I na odwrót. Czym mniej Europy, tym więcej Putina. Bez względu na to, co Putin zrobi. I w Rosji, i w Ukrainie, i w Polsce.



2013-03-18

Na Cyprze (nie) okradają biedaków

Żeby wszystko było jasne od pierwszego zdania: nie, nie uważam, żeby zabieranie ludziom pieniędzy z kont było w porządku; tak, myślę, że przynajmniej tych drobnych ciułaczy lepiej byłoby oszczędzić. A jednak nie oznacza to, że mi po drodze z tabunem konserwatystów-patriotów, oburzonych i  niepokornych, którzy łzami współczucia wyrażają swoją solidarność z biednymi Cypryjczykami a pomrukiwaniem oburzenia - potępienie wobec podłej, okradającej ludzi Brukseli. Śledząc wymianę tweetów między patriotami-eurofobami, mam zresztą wrażenie, że wszystko im się miesza, a najbardziej łzy z uśmieszkiem. Uśmieszkiem satysfakcji, że można sobie na Unii poużywać i "lemingi" nastraszyć, że też im kiedyś władza (w ich przypadku: Tusk), konta okradnie. Tusk i Eurogrupa, Bruksela i MFW,  Dijssebloem i EBC, cypryjski rząd, prezydent i wszyscy komisarze (tak, nawet ten od administracji i ten od rybołówstwa, poczytajcie Warzechę, naprawdę) - wszyscy są winni. Winny, jak zwykle w populiźmie, jest "establishment". Czyli Bruksela. Ufff… Bruksela się rozleci.

Otóż nie, nic się nie rozleci. Okazuje się, że "Bruksela" jest zdolna do innowacji. Brawo. Okaże się już niedługo, że błędem byłoby powtórzenie na Cyprze scenariusza greckiego, bo Cypr nigdy nie byłby w stanie spłacić zadłużenia, gdyby UE udzieliła mu większej pożyczki, a jego gospodarka nie podniosłaby się w dającej się przewidzieć przyszłości. Krytycy przyjętego w sobotę rozwiązania z równym zapałem rzuciliby się do krytyki każdego innego rozwiązania, z greckim na czele, nie bez cienia racji krzycząc wtedy, że Cypr został pozbawiony suwerenności. Tymczasem w sobotę decyzję o obłożeniu kont obywateli jednorazowym podatkiem podjął suwerenny rząd cypryjski. Być może we wtorek parlament suwerennego Cypru tej decyzji nie poprze. Może uzna, że mniej zasobne konta, na przykład te poniżej 25 tysięcy euro trzeba wyłączyć z tego nadzwyczajnego obowiązku podatkowego. Tak czy owak, gdzieś brakujące pieniądze trzeba będzie znaleźć.

A. Merkel i N. Anastasiades, Szczyt EPL, styczeń 2013      ©CE2013
I tu jest pies pogrzebany. Cypryjski rząd dlatego chciał - wbrew opinii przedstawicieli Komisji Europejskiej i niektórych członków Eurogrupy - obciążyć posiadaczy drobnych oszczędności, żeby nie obciążać za bardzo posiadaczy większych fortun. Pewnie niektórzy odkryli temat dopiero w ten weekend, ale opcja sięgnięcia po depozyty bankowe była dyskutowana od wielu tygodni. Cypryjskie władze ostrzegały, że to zahamuje napływ inwestycji, bo zmniejszy wiarygodność banków cypryjskich. W sobotę, z tego samego powodu, rząd Cypru stawał na głowie żeby nie przekroczyć liczby dwucyfrowej. Psychologiczna granica ponoć. Dlatego największe depozyty obciążone są podatkiem 9,9%. 12 czy 13% - co pozwoliłoby ulgowo potraktować mniej zasobnych posiadaczy kont - nie wchodziło w rachubę. Rosjanom te 9,9% też się nie podoba. Rosjanom - bo to oni, za przyzwoleniem władz Cypru, zamienili tamtejsze banki w pralnię brudnych pieniędzy. Aż dziw, że patriotyczno-konserwatywni oburzeni, zwykle antyrosyjscy, nie chcą tego dostrzec. Pewnie dlatego, że fobie antyeuropejskie i antyniemiecki przedkładają ponad fobie antyrosyjskie.

Co do najbiedniejszych Cypryjczyków, to powiedzmy sobie szczerze: dawno już przejedli swoje oszczędności, bo wymógł to na nich kryzys. W nich podatek nie uderzy. To tyle na pocieszenie naszych patriotycznych janosików i innych wielbicieli Jakuba Szeli. Czy należy podzielać obawy cypryjskiego rządu, że system bankowy straci zaufanie zagranicznych inwestorów? Po części na pewno tak. Włosi do dziś pamiętają, jak socjalistyczny premier Amato obłożył podatkiem depozyty w 1992. A było to tylko 0,6%. Nic w porównaniu do podatku cypryjskiego. Wtedy wystarczyło, bo chodziło o zupełnie inną sytuację. A przede wszystkim Włochy to wielki kraj. No właśnie, parę słów o wielkości kraju.

Wielkość kraju, wielkość i struktura systemu finansowego mają znaczenie. Przykład Islandii, która chciała być małą Szwajcarią, bankowym rajem, tak jak Cypr: w wyniku kryzysu sektora finansowego pół miliona depozytów na kontach zagranicznych filii islandzkich banków zostało zablokowanych (inaczej niż na Cyprze, gdzie tyko krajowe depozyty i tylko do środy są zablokowane). Pół miliona depozytów w państewku liczącym 320 tysięcy mieszkańców! Islandia to nie Cypr, ale warto o niej wspomnieć, bo to przypadek, którego eurofoby nie lubią: Islandia nie ma euro, nie jest nawet członkiem UE. To nie "Bruksela" blokowała tam depozyty. Ale tak jak na Cyprze, mikrogospodarka oparta na usługach finansowych nie była w stanie poradzić sobie, gdy system finansowy stał się niewypłacalny. Na Cyprze tej sytuacji uniknięto. Dzięki specjalnemu podatkowi od depozytów, ale przede wszystkim dzięki 10 miliardom euro pożyczki od innych państw Eurolandu. Tak, to jest wyraz europejskiej solidarności.

Eurogrupa zrzuci się na 10 miliardów wsparcia dla cypryjskiej gospodarki, której wartość to 0,2% unijnego PKB. Której PKB jest pięć razy mniejsze niż mające zostać opodatkowane depozyty bankowe. Depozyty w bardzo dużym stopniu dość niejasnego pochodzenia. Ale przyciągające inwestorów rajskim oprocentowaniem, do 7%! Oprocentowaniem wynikającym z ryzykowanych inwestycji w greckie produkty finansowe. Bardzo ryzykowne, jak się potem okazało, skoro stały się przyczyną 50% strat poniesionych przez cypryjskie banki. Strat wartych 10 miliardów euro, w państwie liczącym ponad połowę mniej mieszkańców niż Warszawa. Rosjanie Rosjanami, ale Cypryjczycy sami uwierzyli, że mogą sporo zarobić w sposób, którego wysoki stopień ryzyka został już przeanalizowany i opisany tysiące razy odkąd zaczął się globalny kryzys finansowy. Naiwność? Jeśli tak, to po części nagrodzona: rzeczywiście sporo zarobili. Dziś oddadzą niewielką stosunkowo część zysku, by dołożyć się do ratowania swojego państwa. Trudno to nazwać grabieżą biedaków i rozbojem w biały dzień.

2013-03-17

Na Cyprze obywatele hojni mimo woli

N. Anastasiades i J.M. Barroso, szczyt UE 14/03/2013               ©CE
Cypryjczycy ratują swoje państwo przed bankructwem. Ale o swojej obywatelskiej postawie dowiedzieli się już po fakcie, bo decyzję podjęto za nich. Ci, którzy mieli na kontach do 100 tysięcy euro, uszczuplili swoje oszczędności o  6,7%. Bogatsi - o 9,9%. Dzięki temu w jeden weekend udało się uzbierać 5,8 miliarda euro. Na kolejne dziesięć miliardów złożą się państwa strefy euro.

Wartość gospodarki Cypru szacuje się na ponad 17 miliardów euro. Takiej samej kwoty poszukiwał Cypr na trzyletnią rekapitalizację swoich banków. Ale udzielenie Cyprowi pożyczki równej wartości całej jego gospodarki wywindowałoby dług publiczny (już przecież olbrzymi) na poziom tak wysoki, że Cypr nigdy nie byłby w stanie go spłacić. Cała operacja ratowania wyspiarskiego państwa i jego systemu finansowego przed bankructwem okazałaby się wówczas jedynie kosztownym sposobem przedłużania agonii. Zbyt kosztownym dla Niemiec, które ze swej kasy dokładają najwięcej. Dzięki operacji przeprowadzonej w wyniku porozumienia rządu cypryjskiego z państwami strefy euro uda się zatrzymać dług publiczny na poziomie 100% PKB w 2020. A to jest poziom do zaakceptowania dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Taki warunek postawiła Christine Lagarde, szefowa MFW. W przeciwnym razie linia kredytowa Funduszu zostałaby dla Cypru zamknięta.

Cypr jest jedynym krajem strefy euro, w którym tak bezpośrednio sięgnięto do kieszeni obywateli by ratować system bankowy.

Oświadczenie Eurogrupy ws. porozumienia cypryjskiego

2012-09-07

Viktor Orbán na falach radia Erewan


V. Orban i J.M. Barroso          © EU2012
Węgierski premier bardzo nie lubi, gdy się o nim nie mówi. Rumuńskie kłopoty z demokracja przysłoniły jego wcześniejsze dokonania, europejska prasa (poza Igorem Janke w Rzepie) przestała się nim interesować, postanowił wiec o sobie przypomnieć. I zrobił to w sposób sobie właściwy: ogłosił, że nie zgadza się na dyktat zagranicy i międzynarodowej finansjery. Jego zwolennikom na Węgrzech i pewnie polskim wyznawcom z PiS-u, taka twarda postawa na pewno się spodoba.  Problem w tym, że lista "nieakceptowalnych" warunków postawionych Węgrom przez MFW została wymyślona przez samego… Orbána. I ogłoszona na Facebooku. Facebook, tak jak Radio Erewan, wszystko zniesie.

Gdy pod koniec lipca, po wielu perturbacjach, wznowiono wreszcie przerwane w grudniu 2011 negocjacje w sprawie pomocy finansowej dla Węgier wiadomo było, że łatwo nie będzie. Prawdę mówiąc, pomijając nawet węgierską specyfikę, łatwo nie jest nigdy, bo MFW i Komisja Europejska zawsze stawiają warunki krajowi, któremu mają udzielić wsparcia finansowego. Chodzi w końcu o zabezpieczenie kredytu. Właśnie tego dotyczą negocjacje: ustalenia warunków, których spełnienie da w miarę wiarygodną gwarancję, że linia kredytowa rzeczywiście pomoże państwu potrzebującemu pomocy w wyjściu z sytuacji kryzysowej. W przypadku Węgier wsparcie z UE i z MFW pozwoliłoby powstrzymać ucieczkę inwestorów przerażonych polityką gospodarczą Orbána a nawet przyciągnąć nowych. Wzrosłaby wiarygodność węgierskiej gospodarki i borykającego się z wysokim deficytem państwa. Gdyby pożyczkę można było wykorzystać na choćby częściową spłatę długu publicznego, węgierski budżet mógłby zostać odciążony wydatkami rzędu 500 miliardów forintów w ciągu dwóch lat. Jeszcze kilka dni temu Antal Rogán, szef klubu parlamentarnego FIDESZ-u, partii Orbána, deklarował, że oczywiście Węgrom łatwiej będzie poradzić sobie z kryzysem dzięki finansowemu wsparciu z UE i z MFW.

Kolejna runda negocjacji była zapowiadana na wrzesień przez Mihály'ego Varge, szefa węgierskiej delegacji, jednak bez dokładnej daty. Zakładano, że rozmowy zakończą się szczęśliwie na jesieni tego roku. Jeszcze w środę te przewidywania potwierdzał Viktor Orbán. Ale już następnego dnia prorządowy dziennik Magyar Nemzet poinformował, że rządząca koalicja nie zgadza się na warunki stawiane Węgrom przez MFW. A premier Orbán oświadczył na Facebooku, że "takiej ceny" za bezpieczeństwo i finansowe gwarancje Węgry płacić nie będą. Owszem, jest gotów zgodzić się na pomoc, ale na swoich warunkach.

Negocjacje finansowe są tajne i nie przypominam sobie przypadku rokowań z MFW, w którym któraś ze stron ogłaszałaby listę negocjowanych warunków na Facebooku. I to jeszcze przed zakończeniem rozmów. Przynajmniej równie zaskakujące w całej sprawie jest to, że warunki, na które Orbán nie chce się zgodzić, nie zostały mu przedstawione przez MFW. Oficjalnie ani MFW ani Komisja Europejska nie komentują słów węgierskiego premiera. Na dzisiejszej konferencji prasowej Komisja Europejska przyznała, że istnieje non-paper z warunkami. Nic w tym dziwnego, bo jeżeli trwają negocjacje, to istnieją też tego rodzaju robocze noty, które strony przekazują sobie podczas negocjacji. Jednak co do zawartości dokumentu, to Komisja określiła ją dyplomatycznie jako "nieprecyzyjną". To znaczy coś tam jest, ale akurat nie to, co mówi Orbán. Jednak ponieważ negocjacje są tajne, to MFW i Komisja mają związane ręce: nie mogą przecież roboczego dokumentu opublikować. Nawet na Facebooku. Bardziej wprost o dokumencie napisał opozycyjny węgierski dziennik Népszabadság (tak, wbrew temu, co się w Europie słyszy, na Węgrzech działają opozycyjne media): Orbán odrzuca "nieistniejące warunki MFW" (Nem létező IMF-pontok).

Z dala od kamer przedstawiciele MFW i Komisji pukają się w głowę: dlaczego Orbán chce utrudnić negocjacje wymyślając przeszkody, skoro pozytywne ich zakończenie naprawdę leży w interesie Węgier? Powiedzieć, że chciał o sobie przypomnieć, nie wystarczy. Jak zwykle deklaracje Orbána skierowane są przede wszystkim do lokalnego, węgierskiego odbiorcy. Po raz kolejny stara się ukazać, jako nie zginający karku przed zagranicą (czyli przed wrogiem) polityk, ojciec Narodu. Jego elektorat to lubi i każda okazja jest – jego zdaniem –dobra, by swój wizerunek dumnego i nieugiętego Węgra wzmocnić. Dobrze też odwrócić choćby przez chwile uwagę węgierskiej opinii publicznej od wstydliwego konfliktu z Armenią. A w pogarszającej się sytuacji gospodarczej nie zaszkodzi przypomnieć Węgrom, że wszystkiemu winny jest zły Zachód: UE, USA, MFW. Orbán pewnie wierzy, że pożyczkę i tak się da wynegocjować, bo cierpliwość Komisji Europejskiej i MFW – którą nie raz już poddał testom – jest niewyczerpana. Być może jednak uznał, że z pożyczką czy bez, sytuacja gospodarcza Węgier jest na tyle kiepska, że od walki z deficytem ważniejsze jest połechtanie swojego elektoratu nacjonalistyczną retoryką?

2012-06-18

Grecja: wszystko jeszcze może się zdarzyć

Antonis Samaras, lider Nowej Demokracji ©EU2012
Grecki weekend. Grecja zaskakuje codziennie. I to pozytywnie. Wczoraj nieoczekiwane zwycięstwo z Rosją w Euro 2012. Dziś nieoczekiwane drugie, a nie pierwsze miejsce dla lewackiej partii Syriza. Na pierwszym konserwatywna Nowa Demokracja, która wraz z socjalistycznym Pasokiem jest w stanie utworzyć koalicję rządową.  Tym lepiej dla euro, euro-waluty.

O ile jednak przejście Grecji do piłkarskich ćwierćfinałów jest pewne, o tyle zwycięstwo zwolenników reform ustalonych z UE i z MFW nie jest zagwarantowane. Po pierwsze, krążące obecnie wyniki (29,5% dla ND i 27,1% dla Syrizy) nie obejmują prawie 90% obwodów.  Grecja to nie tylko Ateny i Saloniki. Gdy spłyną wyniki ze wszystkich małych wysepek, może sie jednak okazać, ze to Syriza a nie ND będzie miała połowę miejsc w parlamencie i że to ona będzie tworzyć koalicje rządową. Po drugie, nawet jeśli wyniki się potwierdzą, i ND i Pasok mogą nie dogadać się  w sprawie wspólnego rządu. To postawa socjalistów będzie decydująca dla kształtu i programu przyszłej koalicji. Natomiast dla powodzenia przyszłego rządu, jaki by by był, decydujący może okazać się głos tych 37,8% Greków, którzy dzisiaj w ogóle swojego głosu nie oddali.

Lepiej więc poczekać do jutra na pełniejsze wyniki, i przynajmniej parę dni na postępy w negocjacjach między potencjalnymi koalicjantami, żeby cokolwiek przewidywać. Dlatego też komunikat eurogrupy i wspólny komunikat Barroso i Van Rompuya są niezwykle ostrożne. Z drugiej strony musiały zostać wydane jak najszybciej jako przesłanie umiarkowanego optymizmu, bo europejskie giełdy obudza się już za parę godzin i a niektóre giełdy na świecie (np. Tokio) budzą sie już teraz. Trudna noc będą też mieli uczestnicy G20 trwającego w Meksyku, tam ciągle jeszcze 16 czerwca.

2012-05-06

Wybory w Grecji i we Francji a kryzys strefy euro

Recepty socjalisty François Hollande'a na walkę z kryzysem są znane od dawna:  wzmocnienie Europejskiego Banku Inwestycyjnego, podatek od transakcji finansowych, euro-obligacje, reforma funduszy strukturalnych. Wszystkie te instrumenty i działania  mają przynieść unijnej gospodarce wzrost gospodarczy. Mają też nadać strategii antykryzysowej opartej na zaciskaniu pasa kierunek prowzrostowy.  Tylko, ze wszystkie te sposoby znamy już od dawna: zaproponowała je Komisja Europejska. Dobrze, że po zmianie prezydenta Francja będzie je wspierać. Mimo obaw, że zwycięstwo socjalisty zostanie źle odebrane przez rynki, wielkiego wstrząsu nie należy się spodziewać.  Hollande jest odpowiedzialnym politykiem i dobrym ekonomistą. W dzisiejszym wystąpieniu dwa z pierwszych wymienionych priorytetów to wzrost produkcji i walka z deficytem budżetowym.



Bardzo natomiast niepokoją wyniki (wciąż nieoficjalne) wyborów parlamentarnych w Grecji. Parę lat temu mało kto zwróciłby na nie uwagę. Ale dziś wszyscy patrzą na Grecję jak na sejsmograf strefy euro. Setki miliardów wydanych na ratowanie Grecji to inwestycja, której powodzenie uzależnione jest sytuacji politycznej. Tymczasem w dzisiejszych wyborach obie partie proreformatorskie i gwarantujące realizację programu gospodarczego: socjalistyczny PASOK i konserwatywna Nowa Demokracja poniosły porażkę. Ich koalicyjny rząd, i tak wbrew naturze, ale spojony odpowiedzialnością za przyszłość kraju, utracił zdolność samodzielnego rządzenia (uzyskał 33 i 37% głosów. Pozostałe partie weszły do parlamentu na fali sprzeciwu wobec polityce socjalistyczno-konserwatywnej koalicji, wobec UE i wobec MFW. Ich pozycje bardzo się zresztą zradykalizowały. Świetny wynik uzyskała głęboko lewacka koalicja Syriza, nieźle poradzili sobie komuniści z KKE i skrajna prawica LAOS. Do parlamentu po raz pierwszy weszło też ugrupowanie Złocisty Świt (Chryssi Avghi) - na prawo od skrajnej prawicy, otwarcie faszystowska, agresywna partyjka (6-8% głosów, żeby wejsc do parlamentu wystarczy przekroczyć 3% próg wyborczy).


Kto by się spodziewał, w epoce przedkryzysowej, że wybory w peryferyjnej Grecji mogą być dla rynków większym wstrząsem niż wybory we Francji?

2012-02-13

Grecki plan oszczędnościowy: koniec udawania Greka?

Ulice Aten jasne jak w dzień, jeśli wierzyć temu co widać na ekranach telewizorów. Nie są to jednak fajerwerki. Na policję lecą koktajle Mołotowa, zapalone szmaty, kamienie. Tymczasem Parlament przyjął wreszcie plan oszczędnościowy, który ma przekonać UE i MFW, że kolejna transza pomocy (130 miliardów euro) to nie będą pieniądze wyrzucone w błoto.

Plan przewiduje między innymi, 22% spadek pensji, redukcję 15 tysięcy etatów w strefie publicznej, obniżkę emerytur urzędników.  Do końca tygodnia banki prywatne mają też poznać greckiego plan restrukturyzacji greckiego długu. Wciąż jednak nie wiadomo, czy Grecja 20 marca... nie zbankrutuje. Wszystko zależy od tego, czy wierzyciele, MFW i UE uwierzą, że Ateny przestały udawać Greka.

Aby plany cięć zgodne z zaleceniami UE i MFW mogły zostać przyjęte, 45 posłów, którzy chcieli glosować przeciw, zostało wyrzuconych ze swoich partii politycznych. "Nocna zmiana" objęła jakieś 15% greckich deputowanych. Znowu jutro usłyszymy, że to "Bruksela kazała".  Decyzja dowodzi na pewno wielkiej determinacji, czy jednak zwiększa zaufanie i napawa optymizmem, co do przyszłości tak przegłosowanych ciec, to wątpliwe.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...