Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski Jacek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski Jacek. Pokaż wszystkie posty

2014-08-27

Kto do Brukseli: trzy scenariusze dla PO

Sala obrad Rady Europejskiej z pustym krzesłem przewodniczącego
W sobotę mają zapaść decyzje, kto zostanie nowym przewodniczącym Rady Europejskiej w miejsce Belga Hermana Van Rompuya i kto zastąpi Brytyjkę Catherine Ashton na stanowisku szefa unijnej dyplomacji. 

Polska ma poważnych kandydatów na oba stanowiska, co już samo w sobie jest ewenementem. Jakie są ich rzeczywiste szanse nie wie dziś chyba nikt. Ale zgłoszenie do udziału w wyścigu nie pozostaje bez konsekwencji dla uczestników. Patrząc z polskiej perspektywy, nominacje na te dwa kluczowe stanowiska będą miały zasadniczy wpływ na sytuację w kraju i na notowania PO, i to bez względu na to, kto w ostatecznym rozrachunku pokieruje Radą Europejską i sprawami zagranicznymi.

Porządek obrad tego nadzwyczajnego szczytu UE, którego zasadniczym celem miało być obsadzenie obu najważniejszych stanowisk oraz podział tek w nowej Komisji, bardzo się skomplikował. Instytucjonalno-kadrowa część się zawęziła do wyznaczenia następców Van Rompuya i Ashton. Jeśli się uda, to już będzie duży krok do przodu, a nad komisarzami można się będzie jeszcze pozastanawiać, biorąc również pod uwagę znane oczekiwania Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie lista spraw do omówienia wydłużyła się w wyniku sytuacji międzynarodowej: Ukraina, strefa Gazy, Irak, Syria, Libia nie mogą przecież być zbyte milczeniem. Siłą rzeczy skrzyżują się rozbieżne priorytety i interesy. Kwestie instytucjonalne, personalne i międzynarodowe zostaną powiązane w pakiety negocjacyjne. Łatwo nie będzie. W tej mgławicy trudnych do przewidzenia wydarzeń można jednak, dla porządku, zarysować trzy scenariusze interesujące z polskiego i europejskiego punktu widzenia.

Scenariusz pierwszy: włoska kandydatka na szefa dyplomacji, Federica Mogherini, odpada pod naciskiem państw oskarżających ją o prorosyjskość, następcą Lady Ashton zostaje Radosław Sikorski. W tej sytuacji kandydatura Tuska na szefa Rady Europejskiej staje się bezprzedmiotowa, Tusk zostaje w kraju. To najlepszy scenariusz dla Polski, ale i dla PO, bo gwarantuje stabilność polityczną i przynajmniej w jakimś stopniu rozmywa perspektywę wyborczego zwycięstwa PiS. Jednocześnie objęcie teki wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa przez polityka z tak zwanych "nowych krajów" eliminuje z "krótkiej listy" kandydatury Bułgarki Georgijewej i Łotysza Dombrovskisa. Rosną wtedy szanse Dunki Helle'y Thorning Schmidt i Irlandczyka Endy Kenny'ego.

Scenariusz drugi: zarezerwowane dla socjalistów stanowisko wysokiego przedstawiciela dostaje Włoszka, Tusk zostaje przewodniczącym Rady Europejskiej. Sikorski, zgłoszony jako polski kandydat na komisarza tylko po to, by objąć tekę spraw zagranicznych (wysoki przedstawiciel jest jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji) wypada z gry. Kandydatem na komisarza zostaje Danuta Hübner. Dzięki temu Jean-Claude Juncker ma w składzie Komisji dodatkową kobietę, co zwiększa szanse na uzyskanie niezbędnego poparcia Parlamentu (na razie Parlament przygotowuje się do odrzucenia en bloc zespołu kandydatów na komisarzy, bo w obecnym kształcie nie spełnia on wymogu parytetu kobiety-mężczyźni). Z tego powodu kandydatura Rostowskiego na członka Komisji, mimo preferencji Tuska, odpada na rzecz kandydatury Hübner.

Z zewnątrz taki rozwój wypadków wyglądałby na prestiżowy sukces Tuska jako polityka i sukces Polski, jako państwa. Ale poza prestiżem, to kiepski scenariusz i dla Polski i dla PO. Mogherini na czele unijnej dyplomacji zostałaby odebrana w Polsce jako porażka negocjacyjna rządu PO. Na dodatek, Tusk zostałby niechybnie oskarżony o świadome poświęcenie interesu Polski dla osobistej kariery. Platforma bez Tuska raczej by się nie wzmocniła. Krytyka opozycji, że Tusk uciekł z tonącego okrętu łatwo znalazłaby posłuch w opinii publicznej, która chętniej wierzy, wbrew faktom, że sytuacja Polski jest katastrofalna, niż że kraj rozwija się szybciej niż kiedykolwiek. To jeszcze bardziej obniżyłoby sondażowe notowania Platformy i przyczyniło się do jej wyborczej porażki. Wybory wygrałoby PiS, a to najgorsze co Polsce może się przydarzyć.

To również ryzykowny scenariusz dla Europy. Nie wiem czy Tusk ma format międzynarodowego polityka i czy bycie politykiem sprawnym i utalentowanym wystarczy by skutecznie działać na unijnej arenie. Nieznajomość francuskiego i kiepska znajomość angielskiego to poważny problem. Niewiadomo też ile czasu potrzebowałby Tusk, by rozwinąć skrzydła nie mogąc liczyć na żadne partyjne zaplecze, działając w zupełnie innym kontekście niż ten, który poznał jako premier. Ale nawet gdyby Tusk miał się okazać najlepszym z możliwych szefem Rady Europejskiej, to najpoważniejsze niebezpieczeństwo kryje się gdzie indziej: Polska pod rządami PiS stałaby się dla UE jeszcze większym problemem niż Węgry. Orban jest antyunijny i antyzachodni, ale ma zmysł pragmatyczny. PiS i jego prezes mają zmysł oszołomski. A w sytuacji, gdy Tusk byłby szefem Rady Europejskiej, Unia stałaby się nieustannym celem ataków pisowskiego rządu. (Na temat "europejskiej" polityki PiS zob też: "Państwo PiS jest nie z tej Europy")

Rozpatrując ten scenariusz czuję się jednak w obowiązku przypomnieć, że sam Tusk nadal twierdzi, że schedą po Van Rompuyu nie jest zainteresowany. Mimo ekscytacji polskich mediów, które dziś piszą o poparciu Camerona dla kandydatury Tuska, tak jak parę miesięcy temu rozpisywały się o poparciu Merkel. Czyżby "nie chcem ale muszem"?

Scenariusz trzeci: Sikorski nie staje na czele dyplomacji UE, innej teki objąć nie chce lub nie może, polskim komisarzem zostaje Rostowski, Bielecki albo Hübner. Tusk nie przejmuje pałeczki od Van Rompuya, zostaje w kraju, szefem Rady Europejskiej zostaje przedstawiciel Bałtów albo Dunka. Zostaje to naturalnie odebrane jako spektakularna porażka premiera i jego formacji na scenie europejskiej. Notowania PO lecą w dół, PiS szybuje w sondażach. Gdyby Mogherini, a nie Georgijewa, została w tej sytuacji wysokim przedstawicielem UE ds. polityki zagranicznej, klęska byłaby totalna. Nawet uzyskanie przez Polskę ważnej teki w Komisji Europejskiej, na przykład energii lub rynku wewnętrznego, nawet stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji przyznane jako zadośćuczynienie mogłoby okazać się w oczach opozycji i opinii publicznej zbyt skromną rekompensatą. Gdyby na dodatek warunkiem uzyskania takiego stanowiska było wyznaczenie na komisarza Danuty Hübner, stracilibyśmy cenionego i doświadczonego szefa komisji parlamentarnej. Zastąpiłby ją inny Polak z PO, ale jest wątpliwe, by dało się znaleźć kogoś równie cenionego.

Po wygranych wyborach rząd PiS byłby antyunijny, nieustannie krytykowałby włoską szefową unijnej dyplomacji. Poparcie dla UE obniżyłoby się w Polsce nie tylko z powodu antyeuropejskiej retoryki rządu, ale też w reakcji na uczucie porażki narodowej: w Europie nas nie szanują, nie chcieli Tuska, nie chcieli Sikorskiego, a prorosyjska Włoszka negocjuje z Putinem rozwiązanie ukraińskiego konfliktu.

Oczywiście inne warianty są możliwe. I naturalnie nie można wykluczyć, że stanie się cud i w międzyczasie pojawi się na scenie politycznej nowa formacja centrowa (Balcerowicza?) zdolna do wyborczego zwycięstwa nad PiS i przejęcia rządów po Platformie. Na razie jednak sytuacja jest jaka jest i dlatego z niecierpliwością czekam sobotnie decyzje (jeżeli uda się dojść do porozumienia).


2014-04-07

Propaganda sukcesu Viktora Orbàna

W wyborach parlamentarnych 6 kwietnia Węgrzy ponownie poparli Fidesz, partię rządzącą w Budapeszcie od 2010 roku. Polscy kibice Viktora Orbána zacierają ręce: ani antyunijna retoryka ani reforma konstytucji skrytykowana w Europie i w USA za swój antydemokratyczy charakter nie zmniejszyły zaufania Węgrów wobec premiera.

Orbán bardzo skutecznie przekonał swoich zwolenników w kraju i za granicą, że jego polityka jest dobra dla Węgier. Właściwie, przekonywać ich nie musiał, raczej dostarczył im argumentacji, którą z ulgą przyjęli. Jeśli chodzi o demokrację, państwo prawa i tego rodzaju drobiazgi, to nie ma sobie czym zaprzaatać głowy, bo admiratorzy węgierskiego premiera albo jego działania popierają, albo przynajmniej nie widzą w nich nic złego. Dlatego głównym elementem argumentacji jest oczywisty sukces gospodarczy odniesiony dzięki odważnej, nieortodoksyjnej, niezależnej polityce. Orbán, ojciec narodu, strażnik jego wyjątkowości, nie bacząc na sprzeciw obcych, potrafił poprowadzić Węgry własną drogą. Obcy, jak wiadomo przynajmniej od Traktatu z Trianon, są dla Węgrów zagrożeniem. Kiedyś Wiedeń, potem Moskwa, dziś Bruksela i Waszyngton: wszyscy oni realizują własne interesy polityczne i gospodarcze, z natury sprzeczne z interesami węgierskimi, grabiąc i niewoląc dzielnych Madziarów. Orbàn potrafił temu położyć kres.

Rząd węgierski nie jest gołosłowny, daje przykłady. Węgierska gospodarka przyspiesza: w 2012 roku była w recesji, w 2013 odnotowała wzrost 1,1% PKB, w 2014 i 2015 Komisja Europejska przewiduje na Węgrzech wzrost 2%. Bezrobocie było dwucyfrowe w latach 2010-2013, według unijnych prognoz spadnie do 9,5% w dwóch kolejnych latach. Zagraniczne zadłużenie netto spadło (z 55% PKB w 2010 do 40% w drugim kwartale 2013). Od chwili przystąpienia do UE Węgry były objęte unijną procedurą nadmiernego deficytu, a w 2013 udało się wreszcie od niej uwolnić. Inflacja osiągnęła historyczny poziom bliski 0%.

A jak wygląda to naprawdę?

Faktycznie, tak dobrane dane wyglądają zupełnie dobrze. Orbán chwali się sukcesem odniesionym wbrew zaleceniom Brukseli, co dowodzi, jego zdaniem, skuteczności węgierskiej drogi. Tyle, że niezupełnie jest to prawda. Deficyt został na przykład zduszony nie mimo, ale pod naciskiem Brukseli. Poprawa dyscypliny finansów publicznych jest realizacją zaleceń Komisji Europejskiej (zawartych w tzw. Country Specific Recommendations w ramach "semestru europejskiego"). Niby żaden wstyd, ale przyznanie się do tego osłabiłoby spójność przekazu. Oficjalna teza węgierskiego rządu jest bowiem taka, że wszystko co przychodzi z Brukseli to pomyłka, że obcy nie będą nam niczego dyktować ("ani Moskwa ani Bruksela"). Przy czym odniesienie do Moskwy ma znaczenie historyczne. Moskwa Putina jest w porządku, a rosyjskie kredyty na budowę elektrowni jądrowych nie stanowią zagrożenia dla węgierskiej niezależności. To tyko biznes, mówi Orbán. 

Przyjrzyjmy się teraz danym ilustrującym sukces węgierskiej gospodarki. W kampanii wyborczej Fidesz chwalił się wzrostem 2,7% PKB. Liczba jest prawdziwa, ale dotyczy tylko 4 kwartału 2013 w odniesieniu do analogicznego momentu w wyjątkowo kiepskim 2012. Wynik ten w dużej mierze odzwierciedla znaczny skok produkcji rolnej w 4 kwartale 2013 w porównaniu do złych wyników z 2012. De facto, Węgry powróciły do poziomu z ... 4 kwartału 2011. Ktoś powie: żaden dramat. Fakt. Ale też żaden sukces dowodzący spektakularnych osiągnięć.

Wbrew pozorom, na rynku pracy nie nastąpiła żadna strukturalna zmiana, pozwalająca wierzyć, że sytuacja w dłuższym okresie może się poprawić. Jak to więc możliwe, że poprawiły się liczby? Orbán w roku poprzedzającym wybory postanowił skorzystać z rad dobrego, starego Keynesa: państwo dwukrotnie zwiększyło zatrudnienie przy robotach publicznych. Ale bezrobocie w sektorze prywatnym nie spadło. Gdyby nie działania ad hoc, bezrobocie wynosiłoby dziś 11%. Znowu: co w tym złego? Przecież to dobrze, że ludzie znaleźli pracę, bo problemem, poza poziomem bezrobocia, jest też zbyt długi czas pozostawania bez pracy. Jasne. Tylko, że trudno w związku z tym uważać liczby cytowane przez Fidesz za dowód na to, że dzięki polityce Orbána sytuacja się poprawia. Nie poprawia się, niezbędnych reform jak nie było, tak nie ma.

Zerowa inflacja, na tle deflacji w wielu państwach UE, uważanej za problem raczej niż za pozytywny trend, też nie jest niczym niezwykłym. Na Węgrzech jest wynikiem cięć cen regulowanych przez rząd. Dlatego, choć "zerowa inflacja" fajnie brzmi w okresie wyborów, lepiej podać prawdziwe liczby. Wedle Komisji Europejskiej inflacja wyniesie 1,4 % w 2014, powinna osiągnąć cel 3% zakładany przez bank centralny w 2015. Dług publiczny rzeczywiście udało się Orbánowi obniżyć aż o 7% PKB. Był to jednak efekt jednorazowego manewru podobnego do tego, który w Polsce zastosował Rostowski: zniesiono obowiązkowe składki do prywatnych funduszy emerytalnych. W rzeczywistości, zadłużenie rządowe pozostaje na niezmienionym od 2009 roku poziomie 80%. Sporo. Zadłużenie przedsiębiorstw, i gospodarstw domowych też jest bardzo niepokojące.

Ten stan rzeczy ilustruje bardzo kiepskie perspektywy wzrostu węgierskiej gospodarki. Obraz pogarsza dodatkowo nieprzychylna firmom polityka rządu. Podobnie jak w Polsce, konkurencyjność i innowacyjność gospodarki jest uzależniona od inwestycji sektora prywatnego w gospodarkę. Chwilowa poprawa poziomu inwestycji (5,9% w 2013 po czterech latach spadku o - w sumie - 26%) jest wynikiem przyśpieszonej absorpcji funduszy unijnych i wsparciem kredytowania firm przez banki sfinansowanym z państwowego budżetu. Samo w sobie nie jest to złe. Po raz kolejny jednak ilustruje tymczasową, można powiedzieć "przedwyborczą" poprawę statystyk przy jednoczesnym braku reform strukturalnych zapowiadających stały wzrost i poprawę konkurencyjności.

Poziom inwestycji zagranicznych i konkurencyjność gospodarki wciąż spadają. Jest to wynik obiciążeń podatkowych nałożonych na zagraniczne firmy oskarżane o to, że wyworzą zysk za granicę. Ile wywiozą, to wywiozą, ale spora część zysku wytworzonego na Węgrzech na Węgrzech zostaje, wbrew populistycznej retoryce Fideszu sugerującej, że odbywa się grabież Węgrów przez obcych. Obránowi udało się jedno: nie ma już czego "grabić". Inwestycje niemieckich film samochodowych ( Audi, Mercedes) nie wystarczą, to kwiatek do kożucha. Utrzymane dzięki ulgom służą głównie podparciu retoryki: patrzcie, to nieprawda, że wszyscy wyjechali. Rafał Hirsh cytował niedawno na swoim blogu indeks MSCI. Podczas, gdy indeks dla Europy wzrósł o 0,9%, powyżej średniej światowej (0,7), giełda w Budapeszcie odnotowała od początku roku spadek o 18,1%. Gorsza (najgorsza na świecie) była tylko giełda rosyjska (-23,6%).

Dlaczego Węgrzy dają się nabijać w butelkę

Międzynarodowi obserwatorzy, którzy w ramach misji OBWE analizowali przebieg wyborów, sformułowali dość krytyczne konkluzje. Zauważyli między innymi, że dostęp opozycji do mediów był ograniczony. Można więc uznać, że Węgrzy zagłosowali tak, jak zagłosowali, bo dali się zwieść propagandzie Orbána, a wolna prasa nie mogła dostarczyć im innych informacji, bo wcale nie jest taka wolna. Być może.

Jest jednak i inna przyczyna. Jest nią nostalgia za gulaszową demokracją, którą mieli za Kádára, w czasach socjalistycznej republiki. Orbàn już dawno pożegnał się z mitem zachodniej demokracji i wolności, który był motorem jego działania na samym początku, jeszcze za poprzedniego ustroju. W pewnym momencie zrozumiał, że to, co naprawdę jest jego celem to zdobycie władzy. A potem jej utrzymanie. Żeby tak się stało, trzeba było dać Węgrom to, czego oczekują: zaspokoić ich potrzebę poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji, którą cieszyli się za Kádára.

Do podobnego wniosku doszli socjaliści, którym raz udało się Orbàna od władzy odsunać. Podobnie jak on, nie uniknęli populizmu. Tyle, że nie mieli w swych szeregach przywódcy z finezją, determinacją, charyzmą i inteligencją Orbána. Nie wpadli też na to, że można wyborców przyciągnąć gadką o Wielkich Węgrach i o narodowej tragedii jaką  był traktat z Trianon. Żeby utrzymać władzę, "kłamali rano, kłamali wieczorem" jak powiedział premier Ferenc Gyurcsány. Się nagrało. Puścili w radio. To był koniec socjalistów i triumfalny powrót Orbána do władzy. To pamiętne wyznanie padło jednak w specyficznym momencie: kiedy dalej kłamać już nie było można, kiedy trzeba było zacząć bolesne reformy. Orbán jest dziś na podobnym etapie: trzeba by przestać kłamać i zacząć naprawdę reformować gospodarkę, zwiększyć jej konkurencyjność, odzyskać zaufanie inwestorów. Ale nic takiego się nie zapowiada. Kolejne wyborcze zwycięstwo, choć mniejsze niż poprzednim razem, gwarantuje konstytucyjną więlszość ⅔ głosów w Parlamencie. Orbán wygrał w cuglach, bez zaskoczenia. Czemu miałby zmieniać politykę, skoro ta, najwyraźniej, się Węgrom podoba?

Opozycja bez szans

Sytuacja oponentów Viktora Orbána jest trudna. Ci, którzy - wbrew sondażom i głosowi ulicy - łudzili się, że Węgrzy nie mogą przecież akceptować bez końca kadaryzacji węgierskiej demokracji realizowanej przez Orbána, znowu wyszli na naiwniaków. Węgrzy akceptują. Ci, którzy liczyli, że Węgrzy dostrzegą zagrożenie jakie polityka Fideszu niesie dla gospodarki, przeliczyli się. Jeszcze nie teraz. Co najważniejsze, wszyscy oni mają ten sam problem: nie są jednolitą, zorganizowaną siłą która mogłaby dla Orbàna stanowić równowagę; nie mają charyzmatycznego lidera, który przekonałby Węgrów, że są wiarygodną alternatywą dla Fideszu.

Mam jednak dla nich dobrą wiadomość: za następne cztery lata ludzie poczują już skutki gospodarczych eksperymentów Orbána na tyle wyraźnie, że odsuną go od władzy. Wtedy opozycja wygra wybory, a Węgrzy znowu będą oczekiwać od nowego rządu, że przywróci małą, kadarowską stabilizację. Niestety, mam też i złą wiadomość: odzyskanie zaufania inwestorów zagranicznych będzie wymagało czasu, wzmocnienie fundamentów gospodarczych nie obędzie się bez bolesnych reform. Na węgierskiej scenie politycznej musiałby się pojawić ktoś, kto by Węgrów przekonał do jednego i drugiego: wymógłby cierpliwość, skłonił do wyrzeczeń. Na razie nikogo takiego nie ma. Poza Orbánem. Dlatego, nawet jeżeli w kolejnych wyborach będzie musiał oddać władzę, to w następnych znowu powróci jako zwycięzca.



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...