W referendum 5 lipca Grecy mają zdecydować czy chcąc reform. Od 1974 roku we wszystkich wyborach głosują przeciw reformom gospodarki. Trzeba wielkiej naiwności, by wierzyć, że teraz będzie inaczej. Albo silnego przekonania, że w greckich umysłach odrodzi się, choćby na chwilę, intelektualna potęga Antyku, który na wyrost nauczyliśmy się nazywać Grecją. Nic takiego się nie stanie, bo wyczerpani kryzysem Grecy marzą tylko o tym, by ci, którzy znowu ich okłamią, z Janisem Varoufakisem na czele, dokonali cudu przeniesienia ich na powrót do miejsca i epoki, w których wszystko było łatwiejsze. Tak wygląda mitologia nowożytnej Grecji.
Demokratyczne prawo wyboru tej czy innej większości parlamentarnej nie oznacza, że społeczeństwo ma prawo wybrać epokę, w której żyje. Aby przetrwać, zapewniając jednocześnie obywatelom bezpieczeństwo i akceptowalny poziom życia, państwo musi albo nadążać za ewolucją rzeczywistości albo ją wyprzedzać. Warto o tym pamiętać również w Polsce, zwłaszcza przed jesiennymi wyborami. Za głosowaniem na PiS i innych populistów kryje się pragnienie przeniesienia Polski do innej geopolitycznej lokalizacji, której nie ma, do innej epoki, której już nie będzie. Poza współczesną europejską, społeczno-rynkową demokrację. W tył. Pisałem o tym w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy". W tym sensie PiS rzeczywiście szykuje nam drugą Grecję. I wszystko jedno jak bardzo uzasadniona jest krytyka obecnych rządów, którym zarzucamy, że jedynie "nadążają" zamiast "wyprzedzać".
Łatwo powiedzieć, że problem demokracji zaczyna się wtedy, gdy ludzie dają się zwieść kłamstwu. Lepiej, żeby się dali zwieść prawdzie? Pewnie lepiej, tylko co z tym zwodzeniem? Pewnie lepiej, ale granicy między prawdą i fałszem nie wyznaczają fakty. Wszak populistyczna demagogia może opierać się na faktach. Granicę między prawdą i fałszem w demokracji zasnuwa mgła skomplikowanego kontekstu. Kłamią ci, co wmawiają ludziom, że kontekstu nie ma, że wszystko jest proste. Wyabstrahowanie problemów ze skomplikowanej rzeczywistości, przekonanie ludzi, że właśnie rozwiązanie tych, a nie innych problemów jest dla nich fundamentalne, i podanie ludziom na tacy szkieletowych, ale dobitnych w swej hasłowości rozwiązań jest najlepszym sposobem by w demokracji ludzie pożądali tego, co jest jej zaprzeczeniem: nawet nie kłamstwa jako takiego, ale frajdy z bycia oszukiwanym. Frajdy, która jest jak uzależnienie od wyniszczającego organizm narkotyku.
To przydarzyło się Grekom po 1974 roku, bo krótki okres demokracji w latach 1950-1967 nie ukształtował w nich demokratycznych instynktów na tyle solidnie, by przetrwały dyktaturę pułkowników. Ta upadła w 1974. W pierwszym, powojennym okresie, akceptowali reformy niezbędne do podźwignięcia kraju tak jak Polacy akceptowali reformy rządu Mazowieckiego, w uniesieniu odrodzenia. Potem, w czasie dyktatury nie pytano ich już, jak ma wyglądać polityczny i demokratyczny ustrój, ale reformy gospodarcze zapewniające wzrost były kontynuowane. Gwarancją stabilizacji był silny gospodarczy protekcjonizm. Upadek systemu walutowego z Bretton Woods i kryzys energetyczny lat siedemdziesiątych położyły kres władzy junty. Teraz, żeby przetrwać, trzeba było wreszcie wyrzeczeń. Żeby wyjść na prostą z walutowego i gospodarczego kryzysu, trzeba było reform. Ale zamiast tego, od przejęcia władzy przez PASOK (socjaliści), postanowiono żyć na kredyt. Przystąpienie do UE odebrało możliwość obrony gospodarki przed konkurencją za pomocą protekcjonizmu. Do euro Grecy przystąpili z przyczyn politycznych, posługując się sfałszowanymi statystykami, w rzeczywistości nie spełniali bowiem warunków członkostwa w Eurolandzie. Wraz z rezygnacją z drachmy skończyło się również majstrowanie kursem walutowym. W zamian, zwiększyła się wiarygodność gospodarcza Grecji, staniały kredyty. Ale zamiast je zainwestować w rozwój, Grecy je przejedli. Skonsumawała je masowa korupcja. I znowu przyszedł kryzys, i znowu nie ma z czego spłacać, tylko sytuacja gospodarki jest jeszcze gorsza niż w 1974. Aż przyszła Syriza.
W lipcu Grecy powiedzą "nie" reformom ze świadomością, że doprowadzi to do wyjścia z unii walutowej. Niby nie chcą, jeśli wierzyć sondażom. Ale też mają nadzieję, że w ostateczności z drachmą zamiast euro będzie im łatwiej, bo sobie drachm wydrukują tyle, ile będzie potrzeba, żeby spłacić długi i żeby jeszcze na wakacje starczyło i na emerytury. Mają nadzieję, że jak będzie trzeba, protekcjonizmem obronią się przed wykupem i zdominowaniem kraju ze śmieciową walutą przez "wielki kapitał". I że mimo to inwestorzy powrócą do pięknej, wiecznej Grecji. Nic z tego. Tak nie będzie. Grecja nie zmieni ani swego geopolitycznego położenia ani epoki. I Polska też nie zmieni.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
2015-06-29
2015-06-25
Grecy idą w zaparte
Szczyt ostatniej szansy, który właśnie trwa, nie miał przynieść ostatecznego rozwiązania greckiego kryzysu zadłużenia, bo na takie nie ma w tej chwili szans. Miał zapewnić Grecji kolejną kroplówkę, do czasu, aż wydarzy się coś, co pozwoli stwierdzić, że pacjent przeszedł ze stanu krytycznego w stan stabilny.
W chwili, kiedy o tym piszę, nic jednak nie zapowiada nawet tak mało ambitnego finału rozmów między unijnymi ministrami finansów, przedstawicielami Grecji i wierzycielami.
Wczoraj rozmowy skończyły się niczym i to w rekordowo krótkim czasie (mówiono o najkrótszym w historii szczycie strefy euro). Noc i pół dnia nie przyniosły jednak rozwiązania i dziś o 13.00 Eurogrupa miała znów na stole dwa rozbieżne stanowiska: Greków i ich wierzycieli.
Sytuacja jest patowa, bo Grecy oczekują prezentu i nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że będzie to ostatnie kieszonkowe. Nie będzie. Unia ma odłożone pieniądze dla Greków, ale ministrowie finansów potrzebują pretekstu, by politycznie uzasadnić utopienie w Grecji kolejnych miliardów euro, a Grecy im tego pretekstu dać nie chcą. Niektórzy, jak Francuzi, są bardziej szczodrzy (rozrzutni?). Inni, jak Hiszpanie czy Portugalczycy, którzy na warunki kredytowe się zgodzili i dziś wychodzą z kryzysu, są bardziej nieustępliwi, bo trudniej im przyjdzie uzasadnienie po powrocie do kraju spolegliwości wobec Greków, skoro sami zaakceptowali trudniejsze warunki. Wierzyciele (banki, MFW, ale i ministrowie) chcą gwarancji, że Grecja będzie w stanie spłacać pożyczki, i to nie tylko nowymi pożyczkami.
Jednocześnie, nawet jeśli dojdzie dziś do jakiegoś porozumienia, to grecki parlament będzie je jeszcze musiał ratyfikować. Tam zaś większość stanowi koalicja, która wygrała wybory obiecując ludziom koniec wyrzeczeń i nieustępliwość wobec "Brukseli". Na nowe wyrzeczenia, zwłaszcza w dziedzinie rent i emerytur, się nie zgodzi, a wtedy wynik wielodniowych negocjacji okaże się nic nie wart.
W chwili, kiedy o tym piszę, nic jednak nie zapowiada nawet tak mało ambitnego finału rozmów między unijnymi ministrami finansów, przedstawicielami Grecji i wierzycielami.Wczoraj rozmowy skończyły się niczym i to w rekordowo krótkim czasie (mówiono o najkrótszym w historii szczycie strefy euro). Noc i pół dnia nie przyniosły jednak rozwiązania i dziś o 13.00 Eurogrupa miała znów na stole dwa rozbieżne stanowiska: Greków i ich wierzycieli.
Sytuacja jest patowa, bo Grecy oczekują prezentu i nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że będzie to ostatnie kieszonkowe. Nie będzie. Unia ma odłożone pieniądze dla Greków, ale ministrowie finansów potrzebują pretekstu, by politycznie uzasadnić utopienie w Grecji kolejnych miliardów euro, a Grecy im tego pretekstu dać nie chcą. Niektórzy, jak Francuzi, są bardziej szczodrzy (rozrzutni?). Inni, jak Hiszpanie czy Portugalczycy, którzy na warunki kredytowe się zgodzili i dziś wychodzą z kryzysu, są bardziej nieustępliwi, bo trudniej im przyjdzie uzasadnienie po powrocie do kraju spolegliwości wobec Greków, skoro sami zaakceptowali trudniejsze warunki. Wierzyciele (banki, MFW, ale i ministrowie) chcą gwarancji, że Grecja będzie w stanie spłacać pożyczki, i to nie tylko nowymi pożyczkami.
Jednocześnie, nawet jeśli dojdzie dziś do jakiegoś porozumienia, to grecki parlament będzie je jeszcze musiał ratyfikować. Tam zaś większość stanowi koalicja, która wygrała wybory obiecując ludziom koniec wyrzeczeń i nieustępliwość wobec "Brukseli". Na nowe wyrzeczenia, zwłaszcza w dziedzinie rent i emerytur, się nie zgodzi, a wtedy wynik wielodniowych negocjacji okaże się nic nie wart.
2015-03-21
Tuska Unia w wersji mini
Pisząc kilka dni temu o tym jak trudno Donaldowi Tuskowi odnaleźć się w Brukseli ("Ale się władowałem") nie spodziewałem się, że tak szybko były polski premier dostarczy kolejnego potwierdzenia tej diagnozy. Jest gorzej niż myślałem: Tusk nie tylko wciąż nie jest w stanie patrzeć na Unię od wewnątrz, poczuć się częścią jest struktur, on po prostu Unii Europejskiej nie czuje. Nie rozumie, że przestrzeganie zasady równowagi, głównie między małymi i największymi państwami, jest fundamentalne w zarządzaniu Unią.
Ostatni szczyt Rady Europejskiej nie był tak krótki jak poprzednie, którym przewodniczył Tusk. Wszystko wraca do normy, bo nie jesteśmy już na początku kadencji nowej Rady i nowej Komisji: porządek obrad się wydłuża, dyskutowane kwestie wymagają więcej czasu. To zrozumiałe. Nigdy nie uważałem, że krótsze zebrania są dowodem na sprawność prowadzenia obrad, że czym krócej, tym lepiej. Ale tym samym znika główny powód Tuska do dumy: nie będzie coraz krócej.
Tusk wprowadził więc nowe usprawnienie: w ostatni czwartek (19 marca 2015) na posiedzenie w sprawie Grecji zaprosił spośród państw członkowskich jedynie Niemcy i Francję. Na poprzednim posiedzeniu w lutym, grecki premier bardzo wyraźnie usłyszał: pieniądze dla Aten zostaną wypłacone pod warunkiem, że dostaniemy listę reform. Tsipras, który wygrał wybory dlatego, że przekonał greckich wyborców obietnicą nieustępliwości wobec "Brukseli", chciał grać na czasie i na opinii publicznej. Zamierzał doprowadzić do upolitycznienia debaty wprowadzając sytuację w Grecji do porządku obrad szczytu Rady Europejskiej. Ale mu się to nie udało i dobrze, bo dyskusja w gronie dwudziestu ośmiu państw byłaby jedynie teatrem jednego aktora: Tsiprasa. Nie doprowadziłaby do żadnej nowej decyzji. Tsipras, w marcu tak samo jak w lutym, wyjechał z Brukseli z przypomnieniem, że z zobowiązań trzeba się wywiązać.
Nikt nie ma pretensji to Tuska, że nie uległ Tspirasowi. Ale spotkanie powinno się odbyć w formacie Eurogrupy. Poza przedstawicielami kompetentnych w tej sprawie instytucji UE w posiedzeniu powinni wziąć udział przedstawiciele dziewiętnastu państw strefy euro. Zaproszenie tylko dwóch największych, Francji i Niemiec, to dowód politycznej nieodpowiedzialności i niezrozumienia unijnych mechanizmów. Każde potwierdzenie zabójczego dla integracji europejskiej stereotypu o dyrektoriacie rządzącym Unią jest poważnym błędem.
Tuskowi pewnie się wydawało, że skoro nie bardzo jest co negocjować, choć spotkać z Tsiprasem się trzeba, to ograniczenie liczby uczestników będzie usprawnieniem. Niestety: organizacyjny pragmatyzm Tuska jest objawem naiwności i braku obycia na poziomie międzynarodowym. Belgijski premier Charles Michel słusznie otwarcie zaprotestował w imieniu krajów Beneluksu. Sprawa ucichła, bo - niestety - coraz częściej patrzy się na Tuska, jak na ucznia z prowincji, któremu w dobrej stołecznej szkole ciężko, ale może się jeszcze podciągnie. Może faktycznie. Boję się jednak, że Tusk po prostu Unii nie czuje. Pewnych zachowań może się na błędach nauczyć, ale instynkt polityczny wyrobić w sobie trudno. A widocznie w jego najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto by mu w tym pomógł. Oby tylko jego tendencja do chowania się za Niemcy i Francję, bo tak wygodniej i prościej, nie okazała się stałą strategią sprawowania urzędu.
Ostatni szczyt Rady Europejskiej nie był tak krótki jak poprzednie, którym przewodniczył Tusk. Wszystko wraca do normy, bo nie jesteśmy już na początku kadencji nowej Rady i nowej Komisji: porządek obrad się wydłuża, dyskutowane kwestie wymagają więcej czasu. To zrozumiałe. Nigdy nie uważałem, że krótsze zebrania są dowodem na sprawność prowadzenia obrad, że czym krócej, tym lepiej. Ale tym samym znika główny powód Tuska do dumy: nie będzie coraz krócej. Tusk wprowadził więc nowe usprawnienie: w ostatni czwartek (19 marca 2015) na posiedzenie w sprawie Grecji zaprosił spośród państw członkowskich jedynie Niemcy i Francję. Na poprzednim posiedzeniu w lutym, grecki premier bardzo wyraźnie usłyszał: pieniądze dla Aten zostaną wypłacone pod warunkiem, że dostaniemy listę reform. Tsipras, który wygrał wybory dlatego, że przekonał greckich wyborców obietnicą nieustępliwości wobec "Brukseli", chciał grać na czasie i na opinii publicznej. Zamierzał doprowadzić do upolitycznienia debaty wprowadzając sytuację w Grecji do porządku obrad szczytu Rady Europejskiej. Ale mu się to nie udało i dobrze, bo dyskusja w gronie dwudziestu ośmiu państw byłaby jedynie teatrem jednego aktora: Tsiprasa. Nie doprowadziłaby do żadnej nowej decyzji. Tsipras, w marcu tak samo jak w lutym, wyjechał z Brukseli z przypomnieniem, że z zobowiązań trzeba się wywiązać.
Nikt nie ma pretensji to Tuska, że nie uległ Tspirasowi. Ale spotkanie powinno się odbyć w formacie Eurogrupy. Poza przedstawicielami kompetentnych w tej sprawie instytucji UE w posiedzeniu powinni wziąć udział przedstawiciele dziewiętnastu państw strefy euro. Zaproszenie tylko dwóch największych, Francji i Niemiec, to dowód politycznej nieodpowiedzialności i niezrozumienia unijnych mechanizmów. Każde potwierdzenie zabójczego dla integracji europejskiej stereotypu o dyrektoriacie rządzącym Unią jest poważnym błędem.
Tuskowi pewnie się wydawało, że skoro nie bardzo jest co negocjować, choć spotkać z Tsiprasem się trzeba, to ograniczenie liczby uczestników będzie usprawnieniem. Niestety: organizacyjny pragmatyzm Tuska jest objawem naiwności i braku obycia na poziomie międzynarodowym. Belgijski premier Charles Michel słusznie otwarcie zaprotestował w imieniu krajów Beneluksu. Sprawa ucichła, bo - niestety - coraz częściej patrzy się na Tuska, jak na ucznia z prowincji, któremu w dobrej stołecznej szkole ciężko, ale może się jeszcze podciągnie. Może faktycznie. Boję się jednak, że Tusk po prostu Unii nie czuje. Pewnych zachowań może się na błędach nauczyć, ale instynkt polityczny wyrobić w sobie trudno. A widocznie w jego najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto by mu w tym pomógł. Oby tylko jego tendencja do chowania się za Niemcy i Francję, bo tak wygodniej i prościej, nie okazała się stałą strategią sprawowania urzędu.
2015-01-25
Syriza wygrywa wybory w Grecji
Pierwsze miejsce w wyborach parlamentarnych w Grecji wywalczyła, bez wysiłku, skrajnie lewicowa Syriza. Trzecie, praktycznie bez kampanii (bo trzech liderów siedzi za nazizm w więzieniu) - skrajnie prawicowa Złota Jutrzenka (wg. wstępnych wyników). Jedni i drudzy twierdzą, że Grecja jest ofiarą światowej finansjery, zakładnikiem niemieckiego kapitału; że nie ma powodu, żeby Grecy ponosili odpowiedzialność za gospodarczą katastrofę kraju, bo to "oni": władza, rządzący, czyli mainstreamowy układ doprowadzili Grecję na kraj bankructwa. A skoro nie ma powodu, by na taką niesprawiedliwość się godzić, to należy skończyć z polityką drastycznego zaciskania pasa narzuconą przez Troikę, tę kompanię karną wysłaną przez obcych, by zniszczyć grecką radość życia.
W wielu krajach EU lokalna, eurofobiczna skrajna prawica i skrajna lewica stara się pierwsze miejsce Syrizy sprzedać w mediach jako zapowiedź swego własnego sukcesu, przedstawić jako oczywisty dowód, że "inna", nie dyktowana przez Brukselę polityka w Europie jest możliwa. Również proeuropejska lewica, socjaliści i Zieloni, szuka w wyborczym zwycięstwie Aleksisa Ciprasa potwierdzenia tezy, że można "inaczej". Inaczej, w tym przypadku, znaczy nie antyeuropejsko, ale proeuropejsko choć nie "skrajnie liberalnie". I też głosi, że odpowiedzialności zbiorowej nie ma: to nie Grecy doprowadzili Grecję do upadku.
Nie Grecy? Obowiązek fiskalny w tym kraju to wymysł obcej kultury. Nepotyzm - to codzienność. Utworzenie katastru nieruchomości - niemożliwe. I bardzo źle widziane, bo utrudniłoby masowe oszustwa podatkowe, niepłacenie podatków za domy i prarcele. Przez lata żadna partia, która ogłosiłaby chęć reform, nie mogła mieć szansy na zwycięstwo w wyborach. Wybory były konkursem na wyborcze kłamstwo, poklepywanie się po ramieniu, mamienie, że wszystko będzie dobrze.
Dzisiaj wybory wygrała partia wielkiej zmiany i wielkiej reformy. Reformy polegającej na powrocie do tego, co było przed narzuconą przez obcych, przez Brukselę, polityką dyscypliny finansów publicznych. Syriza wygrała z konkurentami. Teraz pozostaje jej jeszcze wygrać z rzeczywistością.
W wielu krajach EU lokalna, eurofobiczna skrajna prawica i skrajna lewica stara się pierwsze miejsce Syrizy sprzedać w mediach jako zapowiedź swego własnego sukcesu, przedstawić jako oczywisty dowód, że "inna", nie dyktowana przez Brukselę polityka w Europie jest możliwa. Również proeuropejska lewica, socjaliści i Zieloni, szuka w wyborczym zwycięstwie Aleksisa Ciprasa potwierdzenia tezy, że można "inaczej". Inaczej, w tym przypadku, znaczy nie antyeuropejsko, ale proeuropejsko choć nie "skrajnie liberalnie". I też głosi, że odpowiedzialności zbiorowej nie ma: to nie Grecy doprowadzili Grecję do upadku.
Nie Grecy? Obowiązek fiskalny w tym kraju to wymysł obcej kultury. Nepotyzm - to codzienność. Utworzenie katastru nieruchomości - niemożliwe. I bardzo źle widziane, bo utrudniłoby masowe oszustwa podatkowe, niepłacenie podatków za domy i prarcele. Przez lata żadna partia, która ogłosiłaby chęć reform, nie mogła mieć szansy na zwycięstwo w wyborach. Wybory były konkursem na wyborcze kłamstwo, poklepywanie się po ramieniu, mamienie, że wszystko będzie dobrze.
Dzisiaj wybory wygrała partia wielkiej zmiany i wielkiej reformy. Reformy polegającej na powrocie do tego, co było przed narzuconą przez obcych, przez Brukselę, polityką dyscypliny finansów publicznych. Syriza wygrała z konkurentami. Teraz pozostaje jej jeszcze wygrać z rzeczywistością.
2014-07-22
Jeśli nie zasady, jeśli nie odwaga, to przynajmniej komunikacja, głupcze!
![]() |
| Radek Sikorski i Catherine Ashton na Radzie szefów dyplomacji 22/07/2014 |
Cierpliwość i rozwaga czy bezczynność i niezborność?
Nie wiem, czy ma to zasadniczy wpływ na postawę Putina i popieranych przez niego rosyjskich separatystów na Ukrainie. Ale na pewno ma wpływ na postrzeganie Unii przez opinię publiczną. Jest to wpływ negatywny nie tylko na tę część opinii publicznej, która domaga się twardszej postawy wobec Rosji, ale również na obywateli przeciwnych sankcjom, tych do których najbardziej przemawia retoryka wstrzemięźliwości stosowana przez przeciwników antymoskiewskich sankcji. Bo w obu przypadkach ludzie widzą niezdolność unijnych rządów do znalezienia wspólnego stanowiska nawet w sytuacji krytycznej, wymagającej stanowczej reakcji. W obu przypadkach cierpliwość i rozwaga, które najczęściej okazują się zaletami, są postrzegane jak bezczynność i niezborność, a to nie są cechy pozytywne.
Mistrale, City i brylanty
Uwaga wszystkich skupiona jest na Francji. Jeden z dwóch francuskich lotniskowców jest praktycznie gotowy, Rosjanie za niego zapłacili i na jesieni powinni go otrzymać. Drugi ma być ukończony i przekazany Rosjanom w przyszłym roku. Ogłoszenie unijnego embarga na broń, które objęłoby już istniejące i znajdujące się w fazie finalizacji zamówienia oznacza dla Francji zerwanie kontraktu, zwrot ponad miliarda euro (bo tyle kosztuje Mistral), oraz procesy o odsetki i odszkodowanie, które bez wątpienia Moskwa by Paryżowi wytoczyła. Walczącej z deficytem finansów publicznych Francji - słyszymy w Paryżu - nie stać na takie wydatki. Tym bardziej, że i tak nie wpłynie to na postawę Putina. Sprzedaż broni Rosjanom to bardzo spektakularny przypadek, kosztowny, wymagający natychmiastowego wyłożenia na stół żywej gotówki. Ale Włosi, Hiszpanie czy Portugalczycy (cała trójka w w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej) i Niemcy (ze swoim enerogożernym przemysłem) też się do sankcji nie palą, bo oznaczają one niechybnie wzrost cen energii.
Tego samego boją się Łotysze, których zbyt pochopnie wymieniamy jednym tchem z innymi Bałtami. Rządy Estonii i Litwy zajmują takie samo stanowisko jak Polska, ale jest to stanowisko polityczne, nie wszyscy obywatele tych krajów gotowi są na poniesienie kosztów sankcji. Grecy i Bułgarzy są tradycyjnie prorosyjscy, tu polityczna postawa i geopolityczna tradycja współgrają z interesami gospodarczymi. Mała Belgia z przyczyn oczywistych solidaryzuje się z Holendrami (których zestrzelenie samolotu przez proputinowskich terrorystów dotknęło w największym stopniu) i tłumi swą niechęć do gospodarczej wojny z Rosją, ale wyzbyć się jej nie jest w stanie: belgijska gospodarka co prawda stoi na małych i średnich przedsiębiorstwach, ale jej głównym towarem eksportowym i kluczowym źródłem budżetowych przychodów są brylanty. W Antwerpii jubilerzy boją się masowych bankructw, bo bogaci Rosjanie to ich główni klienci. Wielka Brytania wzywa do ostrych sankcji, owszem, ale - gdyby miało faktycznie do nich dojść - czy jest gotowa do zmiany swego dotychczasowego stanowiska, wedle którego za sankcje mają płacić wszyscy, tylko nie londyńskie City?
Patrzą na was!
Nie po to rzucam przykładami, by usprawiedliwiać jednych lub drugich. Litewska prezydent, Dalia Grybauskaitė, ma rację mówiąc o "mistralizacji" unijnej polityki. Mistralizacja oznacza przedkładanie krótkotrwałych interesów gospodarczych ponad wartości, kasy - ponad przyzwoitość. Ale powiedzmy sobie szczerze: ile razy w ciągu roku, postawieni w obliczu konfliktów międzynarodowych, ludzkich tragedii, kryzysów, głodu i przemocy wybieramy przyzwoitość i wartości, a nie kasę i gospodarcze interesy? Czekam na przykłady. Nie, to nie jest pytanie retoryczne, bo przykłady pewnie się znajdą i pewnie łatwiej o nie w Europie niż gdzie indziej. Przekonani o tym zwolennicy integracji europejskiej lubią mówić o europejskim "kantyzmie", przeciwstawionym cynicznemu i bezdusznemu "heglizmowi" (wkładam słowa w cudzysłów, żeby było jasne, że odnoszę się do stereotypów, nie do filozofii). Mają rację, bo bez odwołania do przyzwoitości i wartości integracja europejska przestaje być ideą, staje się techniką, traci sens.
Nawet jeżeli liderzy unijnych państw narodowych uważają się bardziej za strażników krajowego przychodu niż europejskiej przyzwoitości, własnej wygody niż zbiorowej odwagi, wstrzemięźliwości niż wartości to niech jednak mają na uwadze, że są autorami europejskiej narracji. Słuchają ich i oceniają obywatele UE, obywatele Ukrainy, którzy niedawno jeszcze manifestowali z europejskimi flagami w dłoniach, i inni ludzie w świecie. Skoro nie w imię moralności, wartości, przyzwoitości, to przynajmniej mając na względzie wymogi komunikacji niech zajmą wreszcie stanowisko pozostające w zgodzie z ideą integracji europejskiej.
Ani putinizm ani "mistralizacja"
Nie chodzi nawet o skuteczność. Wbrew tym wszystkim, których usatysfakcjonowałaby jedynie szarża husarii równająca Rosję z ziemią, dotychczasowe sankcje przynoszą efekty. Oczywiście naloty dywanowe są bardziej spektakularne niż precyzyjne uderzenia, ale - choć bardziej mordercze - niekoniecznie bardziej skuteczne. Obecne sankcje uderzają Rosję naprawdę tam, gdzie boli. Otoczenie Putina o tym wie. On sam o tym wie. Nie jest pewne, czy otwarta wojna gospodarcza, obejmująca wszystkie sektory gospodarki, a nie tylko wybrane podmioty (osoby i przedsiębiorstwa) przyniesie lepsze efekty. Ale - jak mawiał Antoni Słonimski - gdy nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Ani "mistralizacja", nowa odmiana monachijskiej kapitulacji, ani anachroniczna imperialna postawa Putina nie są, a przynajmniej nie powinny być, europejskim sposobem kształtowania rzeczywistości.
Eurosceptycy bronią idei federacji europejskiej
Ambasador Holandii zapowiedział dziś, że w ciągu kilku najbliższych dni państwa Unii podejmą decyzję co do dalszych kroków. Dał jasno do zrozumienia, że tych kilka dni to ultimatum. Oby nie były to czcze słowa. I oby dzisiejsze doświadczenia posłużyły za lekcję apologetom i krytykom Unii: jeżeli chcemy, by Unia jako taka mogła działać na scenie międzynarodowej i wewnętrznej szybko i zdecydowanie, to nie może być konfederacją 28 rynków, musi być polityczną federacją państw. To niepojęte, że najzajadlejsi przeciwnicy integracji europejskiej nie rozumieją, że ich krytyka unijnej nieskuteczności jest de facto wezwaniem do budowy federacji.
Etykiety:
Belgia,
Bułgaria,
City,
Estonia,
federalizm,
Francja,
Grecja,
Hiszpania,
Holandia,
Łotwa,
Niemcy,
Portugalia,
Putin Władimir,
Słonimski Antoni,
wartości,
Wielka Brytania,
Włochy
2014-01-29
Państwo PiS jest nie z tej Europy (4) Złotówka: suwerenna tarcza antykryzysowa
Nie jest do końca jasne, co i jak Kaczyński chce zrobić w dziedzinie budżetu państwa i finansów publicznych (poza walką z szalejącą ponoć korupcją), ale już w czerwcu 2013 deklarował, że ma gotowe projekty ustaw. We wrześniu 2013 proponował "zaostrzenie" systemu podatkowego w drodze spec-ustawy kryzysowej (węgierska inspiracja) i wprowadzenie podatku od transakcji finansowych (Komisja Europejska też proponowała, Viktor Orbán, oczywiście na swych dość specjalnych zasadach, taki podatek wprowadził). Najprostszy punkt programu PiS, bo niewymagający ustawy, to polityka monetarna oparta na obronie złotego. Obronie przed euro. "Mówimy jasno – będziemy go bronić. Jest on dziś i będzie w przewidywalnej przyszłości naszym atutem, barierą chroniącą nas przed zmiennymi światowymi koniunkturami" – twierdzi Kaczyński.
Złotówka obroni Polskę przed kryzysem
Ciekawe, że posiadanie własnej waluty nie uchroniło przed zmianą światowej koniunktury Islandii, kraju – co najbardziej powinno podobać się Kaczyńskiemu – nie będącego nawet członkiem UE. Funt nie uratował też Wielkiej Brytanii. Uratowało ją nagromadzone przez wieki bogactwo. To dzięki niemu udało się brytyjskiemu rządowi wydać na ratowanie prywatnych banków z publicznej kasy więcej niż w jakimkolwiek innym państwie unijnym. Pełny skarbiec pomógł też Niemcom, które akurat mają euro: mimo kryzysu i olbrzymich wydatków na ratowanie banków Niemcy pozostali najpotężniejszą gospodarką UE, w dużej mierze finansującą słabe, źle zarządzane i żyjące ponad stan Grecję i Cypr. Mniej odporna na kryzys, ale nieźle zarządzana Irlandia, posługująca się euro, wychodzi z tarapatów w szybkim tempie dzięki oszczędnościom, unijnej pomocy i reformom. Estonia, która zamieniła koronę na euro w 2011 roku, poradziła sobie z kryzysem nadzwyczaj dobrze. To właśnie w 2011 roku agencja ratingowa Standard&Poor's podniosła notowania gospodarki estońskiej tego samego dnia, w którym obniżyła rating gospodarki amerykańskiej. Stalo się to 8 miesięcy po wprowadzeniu euro przez ten kraj. S&P's docenił perspektywy wzrostu (uzyskane dzięki reformom i dyscyplinie finansów publicznych) i stabilność walutową (gwarantowaną przez euro). Nie przebrzmiały jeszcze przepowiednie zapowiadające nieuchronny koniec strefy euro, gdy w 2013 akces do Eurolandu zgłosiła Łotwa (euro zastąpiło łata 1 stycznia 2014).
Konkluzje są dość oczywiste, bez względu na to czy państwo ma euro czy nie: dobrze zarządzana gospodarka i zdrowe finanse publiczne stanowią najlepsze zabezpieczenie przed kryzysem; zasobny skarbiec i nagromadzone bogactwo pozwala z kryzysem sobie poradzić samemu bez ubiegania się o pożyczki z zewnątrz. Przyśpiewka eurofobów o euro, które wywołało kryzys w Europie jest próbą zakorzenienia w ludzkiej świadomości kolejnego mitu, który ma się nijak do rzeczywistości: kryzys nie zaczął się w Europie, integracja europejska jest sposobem na wyjście z kryzysu a nie jego przyczyną, kryzys nie ominął państw, które nie mają wspólnej waluty. Wbrew temu, co mówi Kaczyński, waluta narodowa nie stanowi zabezpieczenia przed światowym kryzysem. A euro pozostaje stabilną, drugą po dolarze walutą rezerwową świata.
Euro szokuje Kaczyńskiego
To nieprawda, że "nie ma takiego modelu wprowadzenia w Polsce euro, który nie doprowadziłby do szoku: jeden mechanizm prowadzi do szoku w gospodarstwach domowych, poprzez popyt w całej gospodarce; inny prowadzi do szoku w eksporcie i dzięki temu także w całej gospodarce." Prawdą jest, że takiego modelu nie zna PiS. A to co innego.
Te nieuniknione dla "całej gospodarki" konsekwencje wprowadzenia wspólnej waluty umknęły jakoś decydentom i analitykom w innych krajach. Wprowadzenie euro oczywiście oznacza pewne zagrożenia, ale nie są one nieuniknione, jeśli państwo członkowskie się do przyjęcia wspólnej waluty przygotuje. Przygotowania te są dziś łatwiejsze niż kiedyś, bo można się uczyć na cudzych błędach. Kraje, które jako pierwsze zrezygnowały z waluty krajowej na rzecz euro nie przewidziały na przykład, że pozostawienie handlowcom swobody w zaokrąglaniu cen po ich przeliczeniu na euro doprowadzi do podwyżek cen artykułów konsumpcyjnych. Słowaków, Estończycy i Łotysze już to wiedzieli i potrafili problemowi zaradzić. Negatywne konsekwencje rezygnacji ze złotówki mogą zostać z nawiązką zrekompensowane zaletami wprowadzenia euro. Ale Kaczyński zalet nawet nie rozważa. O przygotowaniach nie chce słyszeć. W zamian proponuje kasandryczny determinizm. Polityka obsesyjna, którą uprawia Kaczyński, nie może być skuteczna, bez względu na to czy się patrzy na euro przychylnie czy nieprzychylnie.
Euro pozbawi nas suwerenności gospodarczej
Obecny polski system, mówi Kaczyński, "jest fatalny, niesprawiedliwy, nieprzejrzysty i arbitralny. Jedni są niszczeni podatkami, a inni nie płacą ich wcale. Szaleje korupcja, system działa na zasadzie „nie ma reguł, kto silniejszy ten lepszy” (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Kaczyński, rzecz jasna bardzo chciałby dokonać sanacji tego fatalnego systemu i oczywiście wie jak to zrobić. Ale w Polsce będącej członkiem strefy euro nie da się, jego zdaniem, wprowadzić niezbędnych reform, bo utrata suwerenności walutowej uniemożliwi PiS zmianę systemu finansów publicznych i prowadzenie własnej polityki gospodarczej. Czy rzeczywiście?
Koordynacja gospodarcza i budżetowa już od dwóch lat jest stałym elementem zarzadzania gospodarką w UE. Okres koordynacji nazywa się "semestrem europejskim". To jedna z lekcji kryzysu: prowadzenie wspólnej polityki monetarnej bez koordynacji polityki gospodarczej było błędem koncepcyjnym unii walutowej, pozbawiło strefę euro zdolności do szybkiego działania w sytuacji kryzysu. Zalecenia Komisji europejskiej otrzymują jednak nie tylko państwa Eurolandu, ale i te, które jeszcze do niego nie przystąpiły (lub – tak jak Wielka Brytania czy Szwecja - nie przystąpią). To naturalna konsekwencja powiazań i współzależności istniejącej miedzy gospodarkami państw członkowskich UE. To prawda, że państwa, które poza udziałem we wspólnym rynku, w unijnym handlu zagranicznym, polityce przemysłowej, rolnej, rybackiej i innych, uczestniczą też w unii monetarnej osiągnęły wyższy stopień koordynacji niż te, które nie posługują się wspólną walutą. Ale ani jednym ani drugim Komisja Europejska ani Rada nie przeszkadzają w staraniach o bardziej przejrzysty system finansów publicznych ani w walce z korupcją. Przeciwnie: zalecenia podjęcia takich działań kierowane są do tych, którzy tego nie czynią. Z kolei systemu podatkowego, którego polską odmianę Kaczyński też ocenia bardzo krytycznie, dotyczy to w niewielkim stopniu, bo podatki to kompetencja narodowa.
W Polsce (nie) obowiązują unijne traktaty
Kaczyński zapomina też o jednej ważnej sprawie. Otóż przystępując do UE, Polska przyjęła obowiązujące w UE traktaty. Tym samym zgłosiła swój akces do unii walutowej. Akces odsunięty w czasie, bo żeby przyjąć wspólną walutę, trzeba sprostać wyśrubowanym kryteriom w dziedzinie deficytu i długu publicznego. To kluczowe elementy zdrowego systemu finansów publicznych, na którym tak bardzo ponoć zależy Kaczyńskiemu. W 2003 roku proeuropejski rząd podjął spore ryzyko zorganizowania w Polsce referendum w sprawie przyjęcia warunków członkostwa w UE. Jednym z nich było przyjęcie euro. Polacy masowo poparli traktat akcesyjny.
Wbrew temu, co mówi Kaczyński, w Polsce nie ma "forsowania decyzji przyjęcia euro" (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Ta decyzja została podjęta jedenaście lat temu i zaakceptowana w referendum. Obecny polski rząd raczej odsuwa niż forsuje realizację tej decyzji. Może faktycznie nie jest to najlepszy okres na przyjmowanie euro (choć akurat Łotysze uznali inaczej), ale nie zdejmuje to z nas obowiązku starannego przygotowania się do wspólnej waluty. Stanowisko Kaczyńskiego, który woli by tego nie czynić, jest delikatnie mówiąc nierozsądne. Jest przede wszystkim ideologiczne, bo Kaczyński jest suwerenistą, jest populistyczne, bo Kaczyński wpisał euro na listę narodowych strachów, którymi potrząsa, by skupić wyborców pod skrzydłami pisowskiej Opatrzności. Ale nie jest racjonalne.
Swoisty patriotyzm Kaczyńskiego polega na doprowadzaniu do sytuacji, w której spełnią się jego złowieszcze przepowiednie dla Polski, dając mu możliwość wystąpienia w roli męża opatrznościowego. Nie spocznie, jeśli do tego nie doprowadzi. Antypatriotami są ci, którzy chcą mu w tym przeszkodzić. Tymczasem bez względu na to, czy się euro popiera czy nie należy sobie uświadomić, że w interesie Polski leży dobre przygotowanie do jego przyjęcia. Programowanie porażki może pociągać jedynie tych, których jedynym celem jest powiedzieć: "Ostrzegaliśmy. A teraz musimy ukarać winnych."
Cykl o programie europejskim PiS:
Złotówka obroni Polskę przed kryzysemCiekawe, że posiadanie własnej waluty nie uchroniło przed zmianą światowej koniunktury Islandii, kraju – co najbardziej powinno podobać się Kaczyńskiemu – nie będącego nawet członkiem UE. Funt nie uratował też Wielkiej Brytanii. Uratowało ją nagromadzone przez wieki bogactwo. To dzięki niemu udało się brytyjskiemu rządowi wydać na ratowanie prywatnych banków z publicznej kasy więcej niż w jakimkolwiek innym państwie unijnym. Pełny skarbiec pomógł też Niemcom, które akurat mają euro: mimo kryzysu i olbrzymich wydatków na ratowanie banków Niemcy pozostali najpotężniejszą gospodarką UE, w dużej mierze finansującą słabe, źle zarządzane i żyjące ponad stan Grecję i Cypr. Mniej odporna na kryzys, ale nieźle zarządzana Irlandia, posługująca się euro, wychodzi z tarapatów w szybkim tempie dzięki oszczędnościom, unijnej pomocy i reformom. Estonia, która zamieniła koronę na euro w 2011 roku, poradziła sobie z kryzysem nadzwyczaj dobrze. To właśnie w 2011 roku agencja ratingowa Standard&Poor's podniosła notowania gospodarki estońskiej tego samego dnia, w którym obniżyła rating gospodarki amerykańskiej. Stalo się to 8 miesięcy po wprowadzeniu euro przez ten kraj. S&P's docenił perspektywy wzrostu (uzyskane dzięki reformom i dyscyplinie finansów publicznych) i stabilność walutową (gwarantowaną przez euro). Nie przebrzmiały jeszcze przepowiednie zapowiadające nieuchronny koniec strefy euro, gdy w 2013 akces do Eurolandu zgłosiła Łotwa (euro zastąpiło łata 1 stycznia 2014).
Konkluzje są dość oczywiste, bez względu na to czy państwo ma euro czy nie: dobrze zarządzana gospodarka i zdrowe finanse publiczne stanowią najlepsze zabezpieczenie przed kryzysem; zasobny skarbiec i nagromadzone bogactwo pozwala z kryzysem sobie poradzić samemu bez ubiegania się o pożyczki z zewnątrz. Przyśpiewka eurofobów o euro, które wywołało kryzys w Europie jest próbą zakorzenienia w ludzkiej świadomości kolejnego mitu, który ma się nijak do rzeczywistości: kryzys nie zaczął się w Europie, integracja europejska jest sposobem na wyjście z kryzysu a nie jego przyczyną, kryzys nie ominął państw, które nie mają wspólnej waluty. Wbrew temu, co mówi Kaczyński, waluta narodowa nie stanowi zabezpieczenia przed światowym kryzysem. A euro pozostaje stabilną, drugą po dolarze walutą rezerwową świata.
Euro szokuje Kaczyńskiego
To nieprawda, że "nie ma takiego modelu wprowadzenia w Polsce euro, który nie doprowadziłby do szoku: jeden mechanizm prowadzi do szoku w gospodarstwach domowych, poprzez popyt w całej gospodarce; inny prowadzi do szoku w eksporcie i dzięki temu także w całej gospodarce." Prawdą jest, że takiego modelu nie zna PiS. A to co innego.
Te nieuniknione dla "całej gospodarki" konsekwencje wprowadzenia wspólnej waluty umknęły jakoś decydentom i analitykom w innych krajach. Wprowadzenie euro oczywiście oznacza pewne zagrożenia, ale nie są one nieuniknione, jeśli państwo członkowskie się do przyjęcia wspólnej waluty przygotuje. Przygotowania te są dziś łatwiejsze niż kiedyś, bo można się uczyć na cudzych błędach. Kraje, które jako pierwsze zrezygnowały z waluty krajowej na rzecz euro nie przewidziały na przykład, że pozostawienie handlowcom swobody w zaokrąglaniu cen po ich przeliczeniu na euro doprowadzi do podwyżek cen artykułów konsumpcyjnych. Słowaków, Estończycy i Łotysze już to wiedzieli i potrafili problemowi zaradzić. Negatywne konsekwencje rezygnacji ze złotówki mogą zostać z nawiązką zrekompensowane zaletami wprowadzenia euro. Ale Kaczyński zalet nawet nie rozważa. O przygotowaniach nie chce słyszeć. W zamian proponuje kasandryczny determinizm. Polityka obsesyjna, którą uprawia Kaczyński, nie może być skuteczna, bez względu na to czy się patrzy na euro przychylnie czy nieprzychylnie.
Euro pozbawi nas suwerenności gospodarczej
Obecny polski system, mówi Kaczyński, "jest fatalny, niesprawiedliwy, nieprzejrzysty i arbitralny. Jedni są niszczeni podatkami, a inni nie płacą ich wcale. Szaleje korupcja, system działa na zasadzie „nie ma reguł, kto silniejszy ten lepszy” (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Kaczyński, rzecz jasna bardzo chciałby dokonać sanacji tego fatalnego systemu i oczywiście wie jak to zrobić. Ale w Polsce będącej członkiem strefy euro nie da się, jego zdaniem, wprowadzić niezbędnych reform, bo utrata suwerenności walutowej uniemożliwi PiS zmianę systemu finansów publicznych i prowadzenie własnej polityki gospodarczej. Czy rzeczywiście?
Koordynacja gospodarcza i budżetowa już od dwóch lat jest stałym elementem zarzadzania gospodarką w UE. Okres koordynacji nazywa się "semestrem europejskim". To jedna z lekcji kryzysu: prowadzenie wspólnej polityki monetarnej bez koordynacji polityki gospodarczej było błędem koncepcyjnym unii walutowej, pozbawiło strefę euro zdolności do szybkiego działania w sytuacji kryzysu. Zalecenia Komisji europejskiej otrzymują jednak nie tylko państwa Eurolandu, ale i te, które jeszcze do niego nie przystąpiły (lub – tak jak Wielka Brytania czy Szwecja - nie przystąpią). To naturalna konsekwencja powiazań i współzależności istniejącej miedzy gospodarkami państw członkowskich UE. To prawda, że państwa, które poza udziałem we wspólnym rynku, w unijnym handlu zagranicznym, polityce przemysłowej, rolnej, rybackiej i innych, uczestniczą też w unii monetarnej osiągnęły wyższy stopień koordynacji niż te, które nie posługują się wspólną walutą. Ale ani jednym ani drugim Komisja Europejska ani Rada nie przeszkadzają w staraniach o bardziej przejrzysty system finansów publicznych ani w walce z korupcją. Przeciwnie: zalecenia podjęcia takich działań kierowane są do tych, którzy tego nie czynią. Z kolei systemu podatkowego, którego polską odmianę Kaczyński też ocenia bardzo krytycznie, dotyczy to w niewielkim stopniu, bo podatki to kompetencja narodowa.
W Polsce (nie) obowiązują unijne traktaty
Kaczyński zapomina też o jednej ważnej sprawie. Otóż przystępując do UE, Polska przyjęła obowiązujące w UE traktaty. Tym samym zgłosiła swój akces do unii walutowej. Akces odsunięty w czasie, bo żeby przyjąć wspólną walutę, trzeba sprostać wyśrubowanym kryteriom w dziedzinie deficytu i długu publicznego. To kluczowe elementy zdrowego systemu finansów publicznych, na którym tak bardzo ponoć zależy Kaczyńskiemu. W 2003 roku proeuropejski rząd podjął spore ryzyko zorganizowania w Polsce referendum w sprawie przyjęcia warunków członkostwa w UE. Jednym z nich było przyjęcie euro. Polacy masowo poparli traktat akcesyjny.
Wbrew temu, co mówi Kaczyński, w Polsce nie ma "forsowania decyzji przyjęcia euro" (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Ta decyzja została podjęta jedenaście lat temu i zaakceptowana w referendum. Obecny polski rząd raczej odsuwa niż forsuje realizację tej decyzji. Może faktycznie nie jest to najlepszy okres na przyjmowanie euro (choć akurat Łotysze uznali inaczej), ale nie zdejmuje to z nas obowiązku starannego przygotowania się do wspólnej waluty. Stanowisko Kaczyńskiego, który woli by tego nie czynić, jest delikatnie mówiąc nierozsądne. Jest przede wszystkim ideologiczne, bo Kaczyński jest suwerenistą, jest populistyczne, bo Kaczyński wpisał euro na listę narodowych strachów, którymi potrząsa, by skupić wyborców pod skrzydłami pisowskiej Opatrzności. Ale nie jest racjonalne.
Swoisty patriotyzm Kaczyńskiego polega na doprowadzaniu do sytuacji, w której spełnią się jego złowieszcze przepowiednie dla Polski, dając mu możliwość wystąpienia w roli męża opatrznościowego. Nie spocznie, jeśli do tego nie doprowadzi. Antypatriotami są ci, którzy chcą mu w tym przeszkodzić. Tymczasem bez względu na to, czy się euro popiera czy nie należy sobie uświadomić, że w interesie Polski leży dobre przygotowanie do jego przyjęcia. Programowanie porażki może pociągać jedynie tych, których jedynym celem jest powiedzieć: "Ostrzegaliśmy. A teraz musimy ukarać winnych."
Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014
1) Fundusze strukturalne: niech Unia się nie miesza, niech płaci - 15.01.2014
2) Energia i klimat: ich klimat, nasz węgiel – 17.01.2014
4) Złotówka: suwerenna tarcza antykryzysowa – 29.01.2014
5) Polityka zagraniczna: nasza miedza, nasz płot – 01.02.2014
6) W Polsce tylko polskie prawo – 05.02.2014
8) Cała wstecz, cała w bok: damy radę! - 03.09.2015
Etykiety:
budżet państwa,
Cypr,
Estonia,
euro,
eurofobia,
Grecja,
Islandia,
Kaczyński Jarosław,
nacjonalizm,
Niemcy,
patriotyzm,
PiS,
podatki,
populizm,
Standard & Poor's,
suwerenizm,
suwerenność,
Wielka Brytania
2013-06-12
Telewizja publiczna: kto udaje Greka
Wczoraj, 11 czerwca, grecka telewizja publiczna ERT przestała nadawać. To jasne: bez dziennikarzy i obsługi technicznej telewizja funkcjonować nie może. A tych, bez wcześniejszego wypowiedzenia, wszystkich za jednym zamachem, zwolnił z pracy rząd, żeby - jak przyznał - zaoszczędzić publiczne pieniądze. Cięcia budżetowe. Kryzys. Przecieram oczy ze zdumienia, gdy tu i ówdzie słyszę, że winna jest Unia Europejska.
Po pierwsze, skąd to oskarżenie? Z automatu: cięcia, oszczędności, wiadomo kto jest winny tej polityce: Bruksela. Co do tego zgadza się grecka (ale też na przykład francuska) lewica i nacjonalistyczna prawica eurosceptyczna o lewicowych poglądach gospodarczych (na przykład w Polsce). Antonis Samaras, prawicowy grecki premier, jest zachwycony: socjalistyczny Pasok pomaga mu jak może, choć bezwiednie, w przekonaniu ludzi, że nie miał innego wyjścia. Sprawa wydaje się jasna, bo rzeczywiście Troika, czyli Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, zaleciły Grecji między innymi redukcję zatrudnienia w sektorze publicznym. Chodzi o 2500 pracowików, masowe zwolnienia w telewizji publicznej pozwalają to zadanie wykonać niemalże za jednym zamachem.
Tylko, że Troika nigdy nie wspominała o redukcji zatrudnienia w mediach publicznych. Sam MFW mógłby to może zrobić. Ale nie Troika z Komisją Europejską w składzie. Nie tylko dlatego, że z przyczyn politycznych Komisji nie przyszłoby to nawet do głowy, ale i z tego powodu, że nie ma takiej kompetencji: specjalny protokół w Traktacie Amsterdamskim pozostawia wszelkie decyzje dotyczące struktury, organizacji, zatrudnienia w mediach publicznych w gestii państw członkowskich. Zalecenia Troiki dotyczą wyłącznie poziomu zatrudnienia w urzędach państwowych, a nie w firmach sektora publicznego prowadzących działalność gospodarczą. Taki niuans. W przypadku ERT chodzi więc o decyzję greckiego rządu. Nie pierwszą w tej dziedzinie. W 2011 roku zwolniono już ponad tysiąc osób, zlikwidowano pierwszy kanał naziemny i dwa kanały tematyczne nadające cyfrowo. I tak jak we wszystkich spółkach zależnych od państwa, płace były tam zredukowane nieomal o połowę.
Po drugie, słyszę, że chodzi o zamach na wolne media. Tak. Ale z przykrością muszę poinformować, że wolność mediów w Grecji, jeśli wierzyć różnym rankingom (i wiele mówiącej mapie w waszyngtońskim News Museum), od dawna nie miewa się najlepiej. Grecka publiczna telewizja jest do szpiku kości przeżarta nepotyzmem. Jej zarządzanie jest katastrofalne. A jej podległość rządowi nie jest w Grecji tajemnicą dla nikogo od lat. Prawda, że dotyczy to wielu telewizji publicznych na świecie. I całego greckiego sektora publicznego (który należałoby raczej nazywać państwowym). Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie nagła konieczność wystąpienia w obronie ERT, nikomu nie przyszłoby do głowy, by podawać ją za wzór niezależności mediów.
Nie oznacza to naturalnie, że nie ma się przeciw czemu oburzać. W demokratycznym państwie nie likwiduje się publicznej telewizji, zwłaszcza w jeden wieczór. Europejska Unia Nadawców czyli Eurowizja ma rację protestując i wzywając grecki rząd do natychmiastowego odwołania decyzji. Podobnie jak organizacje broniące wolności prasy. Nie dlatego, że ERT była emblematem wolności słowa, ale dlatego, że ta decyzja tak nagle i radykalnie zburzyła równowagę na rynku medialnym. Wiele złego można powiedzieć o ERT, ale przecież i tam pracowali profesjonalni i uczciwi dziennikarze. Co najmniej na kilku ze 169 zamieszkałych wysp greckich, ludzie stracili dostęp do telewizji, bo docierała tam tylko ERT, realizując przynajmniej ten jeden z wymogów misji publicznej. Ograniczenie dostępu obywateli do informacji i prawa do wyboru nadawcy jest faktem.
Antonis Samaras zapewnia, że nie likwiduje telewizji publicznej jako takiej, tylko pewną formę przedsiębiorstwa, które okazało się ekonomicznie niewydolne. Wkrótce na gruzach ERT ma zacząć działać nowy nadawca publiczny. Jeśli tak, to zwolnienie wszystkich pracowników ERT należałoby uznać za formę radykalnej restrukuryzacji. Jakiś czas temu, kiedy po raz n-ty zastanowiano się w Polsce nad sposobem uzdrowienia mediów publicznych z TVP na czele, Kazimierz Kutz zaproponował mniej więcej to samo: zburzyć i zbudować od podstaw nową telewizję publiczną. Udawał Greka jescze zanim się okazało,mż to grecka metoda? Bardzo mi się wtedy ten pomysł podobał. Tyle, że do Kutza mam większe zaufanie niż do Samarsa.
Po pierwsze, skąd to oskarżenie? Z automatu: cięcia, oszczędności, wiadomo kto jest winny tej polityce: Bruksela. Co do tego zgadza się grecka (ale też na przykład francuska) lewica i nacjonalistyczna prawica eurosceptyczna o lewicowych poglądach gospodarczych (na przykład w Polsce). Antonis Samaras, prawicowy grecki premier, jest zachwycony: socjalistyczny Pasok pomaga mu jak może, choć bezwiednie, w przekonaniu ludzi, że nie miał innego wyjścia. Sprawa wydaje się jasna, bo rzeczywiście Troika, czyli Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, zaleciły Grecji między innymi redukcję zatrudnienia w sektorze publicznym. Chodzi o 2500 pracowików, masowe zwolnienia w telewizji publicznej pozwalają to zadanie wykonać niemalże za jednym zamachem.
Tylko, że Troika nigdy nie wspominała o redukcji zatrudnienia w mediach publicznych. Sam MFW mógłby to może zrobić. Ale nie Troika z Komisją Europejską w składzie. Nie tylko dlatego, że z przyczyn politycznych Komisji nie przyszłoby to nawet do głowy, ale i z tego powodu, że nie ma takiej kompetencji: specjalny protokół w Traktacie Amsterdamskim pozostawia wszelkie decyzje dotyczące struktury, organizacji, zatrudnienia w mediach publicznych w gestii państw członkowskich. Zalecenia Troiki dotyczą wyłącznie poziomu zatrudnienia w urzędach państwowych, a nie w firmach sektora publicznego prowadzących działalność gospodarczą. Taki niuans. W przypadku ERT chodzi więc o decyzję greckiego rządu. Nie pierwszą w tej dziedzinie. W 2011 roku zwolniono już ponad tysiąc osób, zlikwidowano pierwszy kanał naziemny i dwa kanały tematyczne nadające cyfrowo. I tak jak we wszystkich spółkach zależnych od państwa, płace były tam zredukowane nieomal o połowę.
Po drugie, słyszę, że chodzi o zamach na wolne media. Tak. Ale z przykrością muszę poinformować, że wolność mediów w Grecji, jeśli wierzyć różnym rankingom (i wiele mówiącej mapie w waszyngtońskim News Museum), od dawna nie miewa się najlepiej. Grecka publiczna telewizja jest do szpiku kości przeżarta nepotyzmem. Jej zarządzanie jest katastrofalne. A jej podległość rządowi nie jest w Grecji tajemnicą dla nikogo od lat. Prawda, że dotyczy to wielu telewizji publicznych na świecie. I całego greckiego sektora publicznego (który należałoby raczej nazywać państwowym). Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie nagła konieczność wystąpienia w obronie ERT, nikomu nie przyszłoby do głowy, by podawać ją za wzór niezależności mediów.
Nie oznacza to naturalnie, że nie ma się przeciw czemu oburzać. W demokratycznym państwie nie likwiduje się publicznej telewizji, zwłaszcza w jeden wieczór. Europejska Unia Nadawców czyli Eurowizja ma rację protestując i wzywając grecki rząd do natychmiastowego odwołania decyzji. Podobnie jak organizacje broniące wolności prasy. Nie dlatego, że ERT była emblematem wolności słowa, ale dlatego, że ta decyzja tak nagle i radykalnie zburzyła równowagę na rynku medialnym. Wiele złego można powiedzieć o ERT, ale przecież i tam pracowali profesjonalni i uczciwi dziennikarze. Co najmniej na kilku ze 169 zamieszkałych wysp greckich, ludzie stracili dostęp do telewizji, bo docierała tam tylko ERT, realizując przynajmniej ten jeden z wymogów misji publicznej. Ograniczenie dostępu obywateli do informacji i prawa do wyboru nadawcy jest faktem.
Antonis Samaras zapewnia, że nie likwiduje telewizji publicznej jako takiej, tylko pewną formę przedsiębiorstwa, które okazało się ekonomicznie niewydolne. Wkrótce na gruzach ERT ma zacząć działać nowy nadawca publiczny. Jeśli tak, to zwolnienie wszystkich pracowników ERT należałoby uznać za formę radykalnej restrukuryzacji. Jakiś czas temu, kiedy po raz n-ty zastanowiano się w Polsce nad sposobem uzdrowienia mediów publicznych z TVP na czele, Kazimierz Kutz zaproponował mniej więcej to samo: zburzyć i zbudować od podstaw nową telewizję publiczną. Udawał Greka jescze zanim się okazało,mż to grecka metoda? Bardzo mi się wtedy ten pomysł podobał. Tyle, że do Kutza mam większe zaufanie niż do Samarsa.
2013-01-15
Eurosceptyk prawdziwy i jego karykatura
Znacie powieść markiza de Sade "Niedole cnoty"? Cnotliwa Justyna zostaje za swą cnotliwość ukarana, bo cnota, niestety, nie popłaca. Markiz de Sade, znany ze swego wysokiego morale, napisał tę książkę ku naszej przestrodze i nauce. Sade opisuje pozbawianie nieszczęsnej Justyny cnoty i dziewictwa byśmy wiedzieli jakie niebezpieczeństwa zagrażają prawdziwej cnocie, a nie dlatego, że jest tym zafascynowany. Tak przynajmniej twierdzi. Podobnie o Unii Europejskiej pisze Igor Janke w Rzeczpospolitej ("Ratujmy Unię, a nie jej karykatury", 14/01/2013) i wzywa na jej ratunek. Ale de Sade, to cynik. Janke - to człowiek zagubiony.
Te wezwania to jednak "luksemburskie złudzenia". Unia prawdziwa, ta, której broni Janke, to Unia bez złudzeń, świadoma swojej niemożności. Elity chcą zacieśnienia politycznej jedności wbrew obywatelom państw członkowskich. Chcą federalnej Europy, ale czy ktoś zapytał jak zrealizować ten cel bez bez mieszkańców Europy? - pyta retorycznie Janke. Nie. On jest pierwszy, nikt wcześniej na ten pomysł jakoś nie wpadł. Ale obywatele państw członkowskich głośno protestują przeciw federalnej Europie i przeciw artykułowi Viviane Reding zatytułowanemu "Stany Zjednoczone Europy". Taka jest diagnoza Igora Janke. Daje przykłady: Polacy nie chcą euro. No niby tak. Teraz nie chcą, bo w mediach ogłoszono kryzys euro (choć euro było i pozostaje jedną z trzech najważniejszych i najstabilniejszych walut na świecie), ale jeszcze niedawno nie byli tacy przeciwni, a co będzie za trzy-cztery lata, gdy kryzysu już nie będzie, nie wiadomo. Tak czy siak, Polacy pozostają najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Na temat federalizmu się nie wypowiadali. Ale ci, którzy wiedzą, co to jest federalizm, pewnie zauważyli, że sporo jego elementów już w UE jest.
Unia prawdziwa i jej karykatura
Zagrożeniem dla Unii ("która zrobiła dużo dobrego i jeszcze więcej dobrego zrobić może") są: elity europejskie, politycy i ich brukselskie gabinety, oraz dziennikarze, którzy "siedzą" w Brukseli i towarzyszą politykom. Nie licząc się z "obywatelami państw członkowskich" zmieniają cnotliwą niegdyś Unię w jej własną karykaturę, wpędzając ją w łapy "prawdziwych eurosceptyków". Autor, mimo, że to i owo krytykuje by nas przestrzec, nie jest "prawdziwym eurosceptykiem" (bo nie porównuje Brukseli do Moskwy). Chce pomóc i wie jak.
Janke broni prawdziwej Unii i sprzeciwia się jej karykaturze. Z tekstu jasno wynika, na czym polega przekształcanie Unii w karykaturę, trudniej natomiast z niego wywnioskować jak wyglądał oryginał, który autor chce ratować. Projekt europejskiej jedności się nie powiódł, jedność się chwieje. Elity zaś wzywają do zacieśniania politycznej jedności. Niedobrze. Egoizm poszczególnych rządów - pisze Janke - sięga szczytów niespotykanych dotąd w historii UE. Nie sposób się z nim nie zgodzić, tak faktycznie jest. Tymczasem elity bałamucą ludzi bajkami o powszechnej solidarności. Dlaczego? Bo, tak jak komisarz z Luksemburga, Viviane Reding, nie próbują dostrzec rosnącej sprzeczności interesów poszczególnych państw. Przyznaję, że już na tym etapie zaczynam się gubić. Skoro wzywają do jedności, to chyba widzą jej brak. Skoro deficyt jedności i solidarności jest niedobry, to chyba dobrze, że wzywają. Jak bowiem wyobrazić sobie Unię (unia, czyli jedność) bez jedności i solidarności, napędzaną jedynie narodowymi egoizmami?
Obywatele-patrioci przeciw elitom i federacji
Te wezwania to jednak "luksemburskie złudzenia". Unia prawdziwa, ta, której broni Janke, to Unia bez złudzeń, świadoma swojej niemożności. Elity chcą zacieśnienia politycznej jedności wbrew obywatelom państw członkowskich. Chcą federalnej Europy, ale czy ktoś zapytał jak zrealizować ten cel bez bez mieszkańców Europy? - pyta retorycznie Janke. Nie. On jest pierwszy, nikt wcześniej na ten pomysł jakoś nie wpadł. Ale obywatele państw członkowskich głośno protestują przeciw federalnej Europie i przeciw artykułowi Viviane Reding zatytułowanemu "Stany Zjednoczone Europy". Taka jest diagnoza Igora Janke. Daje przykłady: Polacy nie chcą euro. No niby tak. Teraz nie chcą, bo w mediach ogłoszono kryzys euro (choć euro było i pozostaje jedną z trzech najważniejszych i najstabilniejszych walut na świecie), ale jeszcze niedawno nie byli tacy przeciwni, a co będzie za trzy-cztery lata, gdy kryzysu już nie będzie, nie wiadomo. Tak czy siak, Polacy pozostają najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Na temat federalizmu się nie wypowiadali. Ale ci, którzy wiedzą, co to jest federalizm, pewnie zauważyli, że sporo jego elementów już w UE jest.
Inny przykład: Grecy protestują przeciw narzucaniu im "przez Brukselę i Berlin" kolejnych ograniczeń finansowych. Zapomniany tutaj MFW, też ciemiężący Greków, akurat nie ma siedziby w Brukseli ani w Berlinie. Mniejsza o to. Grecy nie protestują przecież przeciw planom federacji, co zdaje się sugerować autor. O wyjściu z UE i ze strefy euro Grecy też słyszeć nie chcieli. Dopominali się pieniędzy na spłatę przejedzonych pożyczek i je od Unii dostali. Ten przykład niespotykanej w historii unijnej solidarności też jakoś autorowi umknął. Owszem, warunki, które Grecy muszą spełnić, są drakońskie. Wielu uważa, że za bardzo, bo wpędziły grecką gospodarkę w przerażająco głęboką recesję. Ale przecież Janke sam zauważa - i słusznie! - że w sytuacji kryzysu "uzdrowienie radykalnymi środkami finansów publicznych" jest podstawowym wyzwaniem polityków. Grecy protestują, bo te środki są zbyt radykalne. Wolfgang Schäuble, niemeicki minister finansów, po raz kolejny wczoraj powtórzył w wywiadzie dla FAZ, że nie ma dla Grecji ratunku bez cięć i wyrzeczeń. Berlin i Igor Janke mówią jednym głosem.
Węgry oddalają się mentalnie od Unii wskutek nieustannych ataków płynących z Brukseli i Strasburga na ich rząd - pisze Janke. Tu przynajmniej sytuacja jest jasna: całkowite zawłaszczenie państwa, w tym jego konstytucyjnych instytucji, przez aparat partyjny Fideszu pod niepodzielną władzą Jedynego Przywódcy jest tą formą demokracji, która autorowi artykułu bardzo odpowiada, dał temu wyraz wielokrotnie. Tylko, że Węgry z taką demokracją nie zostałyby do UE przyjęte. Skoro już do niej wstąpiły, muszą przestrzegać wspólnych zasad. To prawda, że za rządów Orbána Węgry bardzo się od idei integracji europejskiej oddaliły. Ale mimo zatwardziałego nacjonalizmu Węgrów, żywiącego się obsesją układu z Trianon, wierzę, że jest to tymczasowa tendencja i że w kolejnych wyborach pogonią Orbána. Czesi tkwią w swoim eurosceptycyzmie - mówi Janke. Tkwią trochę mniej, bo w niedzielnych wyborach zagłosowali na Zemana, który chce szybkiego wejścia Czech do strefy euro (której Janke nie lubi), i na euroentuzjastę Schwarzenberga. O cytowanych tu również Brytyjczykach nie wspomnę, myślą o wyjściu z UE odkąd do niej wstąpili. Ale jakoś nigdy nie wystąpili.
Integracja europejska mogła pozostać niespełnioną utopią
Oczywiście Janke ma rację twierdząc, że ludzie nie są gotowi na federalne państwo europejskie, jeśli założyć - maksymalistycznie - że takie jest znaczenie federalistycznych wezwań pani Reding. Zapomina jednak, że w czasach, gdy powstawały pierwsze zręby Wspólnot, ludzie też nie byli gotowi. I gdyby decydujący głos, na kolejnych etapach integrowania Europy, należał do ludzi głoszących jego poglądy, to Unia nigdy by nie powstała. Nie byłaby karykaturą, byłaby niespełnioną utopią. Janke z uporem maniaka przywołuje "obywateli państw członkowskich", żeby broń Boże nie użyć terminu "obywatele UE". Mówi o "mieszkańcach Europy" bo przecież nie wolno mu powiedzieć "Europejczycy. Jedno i drugie mogłoby sugerować, że już istnieją jakieś ponadnarodowe i ponadpaństwowe wspólnoty, że europejski federalizm nie zacznie się od jakiegoś federalistycznego zaklęcia wyobcowanych elit, bo już istnieje. Otóż ci mieszkańcy i obywatele głosują na polityków, którzy - z mniejszym lub większym przekonaniem, wiarą, zaangażowaniem - trwają w przekonaniu, że UE jest najlepszym rozwiązaniem dla ich kraju. Mogliby przecież zagłosować na zwolenników wystąpienia z UE. Albo przynajmniej na orędowników wycofania się z ponadnarodowej i ponadpaństwowej integracji do etapu gospodarczej współpracy międzynarodowej, co de facto proponuje dziś Cameron. Mit, wedle którego "europejskie elity"tworzą jacyś inni politycy, niż ci, na których głosują "obywatele państw członkowskich", jest jedną z podstaw eurofobicznej teorii spiskowej. Ten właśnie mit propaguje regularnie Igor Janke zarzekając się, że broni w ten sposób europejskiej cnoty przed złymi elitami i "prawdziwymi" eurosceptykami.
Polski hydraulik i papierosy mentolowe
Przywołani przez publicystę Rzeczpospolitej Grecy, Polacy, Brytyjczycy, Węgrzy i Czesi w sprawie federalizmu się nie wypowiadali. Ale obywatele czterech państw członkowskich mieli taką okazję w 2005 roku. We Francji, Holandii, Hiszpanii i Luksemburgu odbyły się referenda dotyczące Konstytucji dla Europy. Ta Konstytucja miała dać Europejczykom to, co mają Amerykanie: symboliczny wyraz politycznej jedności będącej fundamentem federacji stanów (czy państw). Mimo medialnej aktywności Viviane Reding, to wtedy, a nie dzisiaj, Stany Zjednoczone Europy były najbliższe realizacji. Inicjatywa była przedwczesna i źle przygotowana. Mimo to, we wszystkich czterech krajach na początku przeważali zwolennicy silniejszej politycznej integracji. Dzisiaj powiedzielibyśmy: zwolennicy federacji. Ta tendencja utrzymała się do końca w Hiszpanii i Luksemburgu. Odwróciła się we Francji i Holandii w wyniku zmasowanej i kosztownej kampanii przeciwników Konstytucji. W obu krajach trzon antyfederalistycznej koalicji tworzyły partie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy. W Holandii ludzie głosowali przeciw narkotykom, eutanazji, małżeństwom homoseksualnym, imigracji i nadmiernym kosztom członkostwa w UE, przede wszystkim zaś przeciw podwyżkom cen w chwili wprowadzenia euro (wynikającym z poważnego niedoszacowania florena) i przeciw nielubianemu rządowi. We Francji glosowano głównie przeciw liberalnej Europie i "dumpingowi socjalnemu", których wyrazem stała się dyrektywa usługowa a symbolem - "polski hydraulik". W obu krajach ludzie postanowili też zaprotestować przeciw członkostwu Turcji w UE.
Żaden z głównych powodów holenderskiego i francuskiego "nie" nie wynikał z tekstu Konstytucji. Wszystkie te argumenty w cyniczny sposób zostały sfabrykowane i wykorzystane w kampaniach przeciwników integracji europejskiej (jak się później okazało sfinansowanych w znaczącej mierze przez brytyjskich eurofobów). Polityka klimatyczna, gaz łupkowy, parytet kobiet w zarządach spółek, zakaz produkcji papierosów mentolowych - gdyby referendum w sprawie jakiejś nowej federalnej Konstytucji dla Europy miało się dziś odbyć w Polsce, lista tematów do użycia w kampanii eurosceptyków byłaby gotowa. Ja jej nie wymyśliłem, pochodzi w tekstu Igora Janke.
Eurosceptycyzm nieuświadomiony
Teza artykułu jest dość prosta: antydemokratyczne i oderwane od rzeczywistości elity, wbrew ludziom, zajmują się głupotami, takimi jak papierosy slim i pustymi hasłami, takimi jak federalizm, zamiast zająć się tym co istotne, czyli reformami, deregulacją i swobodą działalności biznesowej. Otóż reformami akurat UE się zajmuje: system gospodarczy UE został całkowicie przebudowany. Pakt fiskalny, któremu Janke zarzuca dogmatyzm, jest właśnie radykalnym środkiem uzdrowienia finansów publicznych, do czego Janke wzywa. Zgodnie z jego wezwaniem przekonuje się obywateli, również w Grecji, o potrzebie cięć wydatków. Tych samych cięć, które w innym fragmencie nazywa "narzucanymi przez Berlin i Brukselę ograniczeniami finansowymi". Swoboda działalności biznesowej jest jednym z kluczowych elementów reformy rynku wewnętrznego i jednym z głównych zaleceń, które Komisja Europejska wydała państwom członkowskim (tzw. CSR). Janke tego jednak postanowił nie zauważać. Unię walutową nazywa nasz publicysta "nierozważną integracją", ale na jej reformę i wprowadzenie mechanizmów antykryzysowych (EFSF), ktorych na początku kryzysu zabrakło, patrzy nieprzychylnie. Protestuje przeciw pominięciu mieszkańców Europy w debacie, ale opublikowany w prasie (a więc adresowany do szerokiej publiczności) artykuł komisarz Reding jest dla niego dowodem "oderwania elit od rzeczywistości".
Sprzeczności, którymi usiany jest jego tekst, właściwie nie dziwią: on nie wie, że jest prawdziwym eurosceptykiem. Wszystkie zalecane przez niego reformy (wdrażane od dawna, czego nie zauważył) poza wymiarem praktycznym, który pochwala, mają też przecież wymiar polityczny i wszystkie oznaczają silniejszą i głębszą integrację, co odrzuca. To, do czego skłania się rozum publicysty, odrzuca jego eurosceptyczne serce. Dotyczy to nie tylko poszczególnych reform, ale całej integracji europejskiej: rozum każe mu Unię ratować, ale serce nie pozwala jej zrozumieć. Chce bronić Unii przed nią samą, ale Unii, której śpieszy na ratunek, nie było, nie ma i nie będzie, bo nie byłaby Unią. Jedną z karykatur, przeciw którym protestuje i których ratować nie chce, tworzy sam, tak jak holenderscy i francuscy przeciwnicy Konstytucji w 2005. Ale za karykaturę uważa też Unię opartą na jedności i solidarności (bo to mrzonka), w której dyskutuje się o federalizmie (bo temat jest komiczny i nie nadaje się do dyskusji), w której jest wspólna waluta (bo to nierozważne), w której są Europejczycy i obywatele UE (bo ich nie ma), w której partnerzy chcą podejmować wspólne decyzje (bo narodowy egoizm jest normą) i dlatego chcą usiąść przy wspólnym stole (bo to nie jest kluczowe, każdy powinien mieć swój stół).
Igor Janke nie wie, że jest eurosceptycznym wielbicielem Europy. Jest jak mieszczanin w sztuce Moliera, który nie wiedział, że pisze prozą. W gruncie rzeczy, jego pomysł na integrację europejską najbliższy jest poglądom Camerona; jego pomysł na państwo wyraża się w polityce Viktora Orbána; jego wizja demokracji natomiast zakłada, że Grecy sami narzucą na siebie drakońskie ograniczenia i sami będą przeciwko nim protestować, a elity razem z nimi (choć lepiej byłoby bez elit). Aż się chce ponownie go zacytować: "kręci się wokół własnego ogona. Coraz bardziej przypomina to chocholi taniec".
Polski hydraulik i papierosy mentolowe
Przywołani przez publicystę Rzeczpospolitej Grecy, Polacy, Brytyjczycy, Węgrzy i Czesi w sprawie federalizmu się nie wypowiadali. Ale obywatele czterech państw członkowskich mieli taką okazję w 2005 roku. We Francji, Holandii, Hiszpanii i Luksemburgu odbyły się referenda dotyczące Konstytucji dla Europy. Ta Konstytucja miała dać Europejczykom to, co mają Amerykanie: symboliczny wyraz politycznej jedności będącej fundamentem federacji stanów (czy państw). Mimo medialnej aktywności Viviane Reding, to wtedy, a nie dzisiaj, Stany Zjednoczone Europy były najbliższe realizacji. Inicjatywa była przedwczesna i źle przygotowana. Mimo to, we wszystkich czterech krajach na początku przeważali zwolennicy silniejszej politycznej integracji. Dzisiaj powiedzielibyśmy: zwolennicy federacji. Ta tendencja utrzymała się do końca w Hiszpanii i Luksemburgu. Odwróciła się we Francji i Holandii w wyniku zmasowanej i kosztownej kampanii przeciwników Konstytucji. W obu krajach trzon antyfederalistycznej koalicji tworzyły partie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy. W Holandii ludzie głosowali przeciw narkotykom, eutanazji, małżeństwom homoseksualnym, imigracji i nadmiernym kosztom członkostwa w UE, przede wszystkim zaś przeciw podwyżkom cen w chwili wprowadzenia euro (wynikającym z poważnego niedoszacowania florena) i przeciw nielubianemu rządowi. We Francji glosowano głównie przeciw liberalnej Europie i "dumpingowi socjalnemu", których wyrazem stała się dyrektywa usługowa a symbolem - "polski hydraulik". W obu krajach ludzie postanowili też zaprotestować przeciw członkostwu Turcji w UE.
Żaden z głównych powodów holenderskiego i francuskiego "nie" nie wynikał z tekstu Konstytucji. Wszystkie te argumenty w cyniczny sposób zostały sfabrykowane i wykorzystane w kampaniach przeciwników integracji europejskiej (jak się później okazało sfinansowanych w znaczącej mierze przez brytyjskich eurofobów). Polityka klimatyczna, gaz łupkowy, parytet kobiet w zarządach spółek, zakaz produkcji papierosów mentolowych - gdyby referendum w sprawie jakiejś nowej federalnej Konstytucji dla Europy miało się dziś odbyć w Polsce, lista tematów do użycia w kampanii eurosceptyków byłaby gotowa. Ja jej nie wymyśliłem, pochodzi w tekstu Igora Janke.
Eurosceptycyzm nieuświadomiony
Teza artykułu jest dość prosta: antydemokratyczne i oderwane od rzeczywistości elity, wbrew ludziom, zajmują się głupotami, takimi jak papierosy slim i pustymi hasłami, takimi jak federalizm, zamiast zająć się tym co istotne, czyli reformami, deregulacją i swobodą działalności biznesowej. Otóż reformami akurat UE się zajmuje: system gospodarczy UE został całkowicie przebudowany. Pakt fiskalny, któremu Janke zarzuca dogmatyzm, jest właśnie radykalnym środkiem uzdrowienia finansów publicznych, do czego Janke wzywa. Zgodnie z jego wezwaniem przekonuje się obywateli, również w Grecji, o potrzebie cięć wydatków. Tych samych cięć, które w innym fragmencie nazywa "narzucanymi przez Berlin i Brukselę ograniczeniami finansowymi". Swoboda działalności biznesowej jest jednym z kluczowych elementów reformy rynku wewnętrznego i jednym z głównych zaleceń, które Komisja Europejska wydała państwom członkowskim (tzw. CSR). Janke tego jednak postanowił nie zauważać. Unię walutową nazywa nasz publicysta "nierozważną integracją", ale na jej reformę i wprowadzenie mechanizmów antykryzysowych (EFSF), ktorych na początku kryzysu zabrakło, patrzy nieprzychylnie. Protestuje przeciw pominięciu mieszkańców Europy w debacie, ale opublikowany w prasie (a więc adresowany do szerokiej publiczności) artykuł komisarz Reding jest dla niego dowodem "oderwania elit od rzeczywistości".
Sprzeczności, którymi usiany jest jego tekst, właściwie nie dziwią: on nie wie, że jest prawdziwym eurosceptykiem. Wszystkie zalecane przez niego reformy (wdrażane od dawna, czego nie zauważył) poza wymiarem praktycznym, który pochwala, mają też przecież wymiar polityczny i wszystkie oznaczają silniejszą i głębszą integrację, co odrzuca. To, do czego skłania się rozum publicysty, odrzuca jego eurosceptyczne serce. Dotyczy to nie tylko poszczególnych reform, ale całej integracji europejskiej: rozum każe mu Unię ratować, ale serce nie pozwala jej zrozumieć. Chce bronić Unii przed nią samą, ale Unii, której śpieszy na ratunek, nie było, nie ma i nie będzie, bo nie byłaby Unią. Jedną z karykatur, przeciw którym protestuje i których ratować nie chce, tworzy sam, tak jak holenderscy i francuscy przeciwnicy Konstytucji w 2005. Ale za karykaturę uważa też Unię opartą na jedności i solidarności (bo to mrzonka), w której dyskutuje się o federalizmie (bo temat jest komiczny i nie nadaje się do dyskusji), w której jest wspólna waluta (bo to nierozważne), w której są Europejczycy i obywatele UE (bo ich nie ma), w której partnerzy chcą podejmować wspólne decyzje (bo narodowy egoizm jest normą) i dlatego chcą usiąść przy wspólnym stole (bo to nie jest kluczowe, każdy powinien mieć swój stół).
Igor Janke nie wie, że jest eurosceptycznym wielbicielem Europy. Jest jak mieszczanin w sztuce Moliera, który nie wiedział, że pisze prozą. W gruncie rzeczy, jego pomysł na integrację europejską najbliższy jest poglądom Camerona; jego pomysł na państwo wyraża się w polityce Viktora Orbána; jego wizja demokracji natomiast zakłada, że Grecy sami narzucą na siebie drakońskie ograniczenia i sami będą przeciwko nim protestować, a elity razem z nimi (choć lepiej byłoby bez elit). Aż się chce ponownie go zacytować: "kręci się wokół własnego ogona. Coraz bardziej przypomina to chocholi taniec".
2012-11-22
Pieniądze światopoglądowo neutralne
Święci Cyryl i Metody zostali odarci z krzyża i aureoli przez Unię Europejską. W imię politycznej poprawności Bruksela po raz kolejny przekroczyła granice absurdu. Takie rewelacje przez kilka dni głosili na Twitterze i w prasie niepokorni i zaangażowani przeciwnicy bezideowości i letniości, pogromcy kosmopolitycznej neutralności. Zamieszaniu winna jest rzeczniczka słowackiego banku centralnego, która ogłosiła, że Komisja Europejska zażądała od Słowaków usunięcia atrybutów religijnych z rewersu nowozaprojektowanej monety o nominale 2 euro. A Bank na to przystał. Przeciw decyzji zaprotestował słowacki episkopat. Posypały się gromy.Jak było naprawdę? Słowacki bank centralny rzeczywiście usunął z projektu monety aureole sponad głów świętych i krzyże z ich płaszczy. Spośród symboli religijnych pozostał jedynie krzyż podobny do tego, który widnieje na słowackiej fladze. Tyle, że nie uczynił tego pod naciskiem Komisji Europejskiej. Komisja ma jedynie prawo ocenić parametry techniczne monet. Każde państwo należące do strefy euro (oraz Monako, Watykan i San Marino) ma prawo bić euro z własnym rewersem, ale wielkość, rodzaj stopu i waga muszą być wszędzie takie same. Komisja, zwana potocznie "Brukselą", do parametrów technicznych zastrzeżeń nie miała.
Za bardzo katolicki, za mało grecki
Wątpliwości natomiast zgłosiły Grecja i Francja. Zasada jest taka, że choć każde państwo może sobie wymyślić swój rewers, to powinno projekt przedstawić wszystkim innym członkom Eurolandu do aprobaty. A nuż urazi czyjąś wrażliwość? W końcu chodzi o oficjalne środki płatnicze wszystkich siedemnastu krajów, a nie o jakiś lokalny pieniądz, jak polska złotówka albo brytyjskie funty. Jest w tej sprawie specjalne rozporządzenie Rady UE. Cyryl (a właściwie Konstanty) i jego brat Metody w słowackim wydaniu urazili wrażliwość grecką i francuską. W przypadku Francji łatwo się domyślić o co chodzi: skoro obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej (w szkołach, urzędach) jest nie do pogodzenia z konstytucyjną laickością państwa, to krzyż na monetach może stanowić problem. Jarmułki, sikhijskie turbany, hidżaby, gwiazdy Dawida, że o burce nie wspomnę, też nie są mile widziane. Wyczulenie na krzyż jest tym silniejsze, że mniejszość muzułmańska nieustannie oskarża francuskie państwo o dyskryminację, a kolejne zakazy postrzega jako antyislamskie. Nie tylko hidżab nam wadzi, na krzyże też nie pozwalamy - odpowiada Francja, choć brzmi to mało wiarygodnie w kraju, w którym na każdym rogu stoi (nieużywana, fakt) katedra. Co się nie podobało Grekom dokładnie nie wiem. Może jako grekokatolicy uznali, że Cyryl i Metody byli zbyt katoliccy w tej słowackiej wizji. Może czuli się wręcz zobligowani do interwencji w przypadku dwóch świętych, którzy - choć uważani za patronów słowiańszczyzny - byli Grekami z Saloników. Może po prostu skorzystali z tej jedynej okazji, by w sprawie euro o czymkolwiek decydować. Słowacki bank centralny przyjął wyniki konsultacji międzypaństwowej i religijne atrybuty usunął. Potem w gronie winnych wymienił Komisję Europejską, ale o Francji i Grecji nie wspomniał. Państwa narodowe są nadzwyczaj wyrozumiałe wobec swoich egoizmów, uprzedzeń, wrażliwości. Potem wszystko można zrzucić na "Brukselę".
Bez właściwości
Z banknotami euro jest inaczej. Choć drukowane w różnych państwach, to w całej strefie euro wyglądają tak samo (jedynie literka w numerze serii pozwala wtajemniczonym odgadnąć miejsce druku). Ich wzory wymyśla Europejski Bank Centralny. Od maja 2013 będzie wprowadzał nowe wzory. Pierwszy, już w styczniu, poznamy banknot 5 euro. Co na nim będzie nie wiadomo. Co jest dzisiaj, też właściwie nie wiadomo. By uniknąć skomplikowanych konsultacji, takich jak te, którym poddane są monety, przyjęto wzory banknotów, które nikomu wadzić nie mogą. Przedstawione na nich fragmenty architektoniczne nie pochodzą z żadnych faktycznie istniejących budowli. Z żadnych kościołów ani pałaców. Z żadnych konkretnych państw i miast. Zdaniem krytyków oddają nadzwyczaj dobrze stan ducha i myśli panujący w UE: warunkiem przetrwania we wspólnocie jest wyzbycie się wszelkiej właściwości.
Na składanie propozycji do przygotowywanej, drugiej w historii euro serii jest pewnie za późno (choć nowe banknoty odkrywać będziemy przez wiele lat: co roku kolejny nominał). Ale w przyszłości, nawet gdyby trzeba było zostać przy architekturze (bo najbardziej neutralna), to jest sposób, żeby na banknotach euro pojawiło się coś, co rzeczywiści istnieje i co właściwość jak najbardziej posiada. Jest obecnie w UE ponad sześćdziesiąt obiektów, którym przyznano "Znak Dziedzictwa Europejskiego" (po angielsku European Heritage Label). Na razie jest to jeszcze program międzyrządowy, ale już od przyszłego roku uzyska nareszcie wymiar unijny. Na dotychczasowej liście są też obiekty usytuowane w Polsce. Na przykład Stocznia Gdańska, uznana za miejsce symboliczne dla całej Europy, bo wydarzenia, który tu miały miejsce przyczyniły się do zjednoczenia kontynentu. Co roku w każdym będzie można dopisać do listy po jednym obiekcie z każdego państwa członkowskiego. Te miejsca- symbole, kluczowe dla Europejczyków i - co najważniejsze - zgodnie uznane za stanowiące część wspólnego dziedzictwa, nadają się świetnie na banknoty.
Czy jest więc szansa, że Stocznia Gdańska, po wprowadzeniu w Polsce euro, pojawi się na banknotach? Albo zamek w Wyszehradzie, gdy euro (po upadku Orbana i wyjściu z zapaści gospodarczej) przyjmą Węgry? Nie wiadomo. Bo - przyznaję bez bicia - pomysł ma jedną wadę. Kiedy się patrzy na dotychczasową listę, sporo na niej obiektów sakralnych: Opactwo w Cluny we Francji, królewski klasztor w Yuste w Hiszpanii, kościół Jezusa w Setubalu w Portugalii. A co jeżeli Francuzom uda się wpisać na listę obiekt związany z rewolucją francuską? A Belgom - budowlę kojarzoną z wolnomularstwem? Gdy o znaku europejskiego dziedzictwa usłyszy więcej osób, zaczną się problemy. Jak z Cyrylem i Metodym. Jeżeli jednak Europa dorobi się wreszcie Europejczyków, obywateli, którzy uleczeni z historycznych zaszłości i plemiennych tabu uświadomią sobie wspólnotę dziedzictwa i przeznaczenia, takich problemów nie będzie. Oby nastąpiło to jak najszybciej.
2012-10-02
Ratunku: Tusk nas bije!
![]() |
| Barcelona, 11/09/2012 |
Szacowanie liczby manifestantów, która ma być miernikiem poziomu niezadowolenia (lub poparcia), jest zawsze karkołomne. Zawsze liczba podana przez organizatorów jest większa niż szacunki policji. Ale na tym podobieństwa między manifestacjami w Lizbonie, Atenach, Madrycie, Barcelonie i w Warszawie się kończą. PiS bardzo by chciał, żeby w Warszawie było jak w Madrycie, Lizbonie, Atenach. Ale nie jest: nie ma wyniszczających cięć wydatków na szkoły i szpitale, na pensje i emerytury jak w Grecji. Sytuacja jest nieporównywalna. Nie ma bezrobocia wśród młodzieży sięgającego 50% populacji jak w Hiszpanii. O zagrożeniu recesją się mówi, ale jej nie ma. Deficyt jest, owszem, ale gdzie mu tam do deficytu nie tylko greckiego czy hiszpańskiego, ale nawet francuskiego. PiS by chciał, żeby naród (naród, narodzie, o narodzie, w narodzie!) czuł się w swej tożsamości zagrożony. Jak Katalończycy. I to od 18. wieku. Ale się nie czuje. Mimo Gazety Polskiej. Naszego Dziennika. Radia Maryja. Naród nie rozumie, że Tusk, Niemcy i Rosja, z Brukselą na czele, pozbawiają go suwerenności. Naród śpi. Obudź się Polsko!
W Polsce jest normalnie. Tak bardzo, że przez dwa kolejne lata, w sercu Europy trawionej kryzysem, jedynym ważnym postulatem trawionej przez paranoję polskiej konserwatywno-katolicko-narodowo-ludowej (ileż to trzeba przymiotników, żeby opisać nacjonal-populizm) opozycji jest "prawda o Smoleńsku". A "Obłęd" Krzysztonia czytali? Pamiętają jak trudno było tę książkę dostać w PRL-u? Jeśli pamiętają, to powinni też pamiętać o "prześladownikach". To oni są ich wrogami. I zrozumieć, że mają wszelkie szanse by w historii figurować potrójnie: w historii po prostu, bo jednak są siłą polityczną, mają elektorat; w historii literatury, w rozdziale napisanym przez Marię Janion, poświęconym wariatom-patriotom; w historii psychiatrii wreszcie, jako przykład psychozy indukowanej, patologii ogłupiałego nienawiścią tlumu.
O co chodziło w manifestacji 29 września? O telewizję Trwam, polski odpowiednik rwandyjskiego radia Mille Collines; o Solidarność - ideę, z której zostały fonemy, śniado-duda zagadka socjolingwistyki; o Smoleńsk - mitologię krzywdy i spisku podawaną na plastikowej tacy w papierowej torebce, jak fast-history, jak PiS-Mac, tanio, szybko i skutecznie. Niestrawnie. O co chodziło w manifestacji 29 września? O wprowadzenie na scenę technicznego premiera. Wśród kandydatów wymieniano Jana Marię Rokitę. Ten, którego Niemcy biją, miał krzyknąć: "Tusk nas bije!". Pudło. To nie Rokita. Choć hasło dobre.
Ci, którzy pomysłowi technicznego premiera przyklaskują, nie tak dawno wykrzywiali wargi w pogardzie dla technicznych rządów w Grecji i we Włoszech. Papademos? A cóż to za polityk? W teczce przywieziony. Bez wyborów. Technokrata. Monti? To samo. Gwałt na demokracji. Dokonany przez Brukselę. Porwanie Europy. Gwałt dziewicy. A profesor Gliński, techniczny premier? To co innego. Nasz, a nie brukselski premier. Choć w całej tej argumentacji zapomniano, że Papademosa, do czasu wyborów, wskazał grecki parlament, tak jak Montiego - włoski. I że Monti ma szansę na przedłużenie mandatu, tym razem dzieki glosom wyborców. A Glińskiemu żaden parlament mandatu nie da, nie będzie miał więc nawet szansy na odejście w stylu Papademosa. A nawet na planową odstawkę w stylu Marcinkiewicza.
Mimo krótkowzroczności i technokratycznej miałkości PO (a może nie mimo, ale z powodu?), Warszawa nie jest Madrytem, Lizboną, Atenami. Mimo, że PiS (jakby zapomniał o budapesztańskim marzeniu) bardzo by tego chciał. Ustami swojego prezesa przedstawił ludowi program, który ten postulat miałby zmaterializować. Zorganizował manifestację. I nic. Polska nie dała się pobudzić. Nie chce chodzić jak na prochach. Wiadomo: lemingi.
2012-08-24
Samaras: Grecja potrzebuje trochę powietrza
![]() |
| Barroso i Samaras w Atenach 26/7/12 ©UE2012 |
Polecam wywiad z Samarasem w dzisiejszym Le Monde (z którego pochodzi powyższy cytat), przeprowadzonym przeddzień jego spotkania z Hollandem i z Merkel. Samaras ostrzega w nim między innym, że postawienie Grecji pod murem, a tym samym zmuszenie jej do wyjścia ze strefy euro, zakończyłoby się dla UE „geopolitycznym koszmarem”, zwłaszcza w kontekście obecnego światowego kryzysu gospodarczej i sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Ostatnie deklaracje Samarasa na temat przeprowadzanych reform i czynionych postępów zostały dobrze przyjęte przez światowe giełdy i przyczyniłysię do umocnienia (w środę) euro w stosunku do dolara. Teraz zarówno rynki jak i Samaras potrzebują szybkiej decyzji. Nikt nie spodziewał się, że jego wczorajsza rozmowa z Hollandem i Merkel przyniesie natychmiastowy przełom, bo – pomijając już wymogi procesu decyzyjnego w Eurogrupie – propozycje Samarasa są trudne do przyjęcia nie tylko z powodów finansowych, ale też politycznych. Nie tylko we Francji i w Niemczech, dwóch państwach w największym stopniu zaangażowanych finansowo w pomoc dla Grecji. W Holandii 12 września odbędą wybory parlamentarne i jest raczej mało prawdopodobne, żeby jakieś ważne decyzje zapadły przed tą datą. Zwłaszcza, gdyby miały oznaczać jakiekolwiek ustępstwa wobec Grecji. Wyborcy dobrze by ich nie przyjęli.
Oto kilka liczb:
- Od maja 2010 do końca czerwca 2012 Grecja otrzymała od państw strefy euro pomoc w wysokości 127 miliardów euro. Wraz z pomocą z MFW – 149 miliardow euro.
- W ciągu dwóch lat cięcia budżetowe w Grecji wyniosły 25% PKB.
- Koalicja rządowa poszukuje sposobu na kolejne 11,7 miliardów euro oszczędności – to dalsze 5,5% PKB.
- Od początku reform poziom życia w Grecji obniżył się o 35%.
- Wyjście Grecji eurolandu oznaczałoby dodatkowy spadek poziomu życia o 70%.
- Grecja odnotowuje recesję od 5 lat.
- W 2012, po raz drugi z rzędu, grecka gospodarka skurczy się o 7%.
- Średni poziom bezrobocia wynosi 23% (50% wśród młodych ludzi).
- Grecja ma pierwszy wielopartyjny rząd od 60 lat.
2012-07-09
Cypryjskie niespodzianki
![]() |
| Demetris Christofias, prezydent Cypru |
Duńskie przewodnictwo w Radzie UE przeszło prawie niezauważone. Zwłaszcza, jeśli zauważalność mierzyć polską miarą. Ale w Polsce prezydencja to było wydarzenie, w Danii natomiast – rutyna. Owszem, Duńczycy przez chwilę zagościli na pierwszych stronach gazet dzięki rządowemu kryzysowi i sukcesem populistyczno-nacjonalistycznych ugrupowań, oraz dzięki wysłaniu celników na granice wbrew zasadom Schengen, ale wszystko to odbyło się niejako poza prezydencją. Przyszła prezydencja cypryjska.
Cypryjczycy ledwo zauważyli, że ich kraj sprawuje przewodnictwo w UE. Cypryjczycy greckojęzyczni ma się rozumieć, ci z południowej części wyspy, bo ci drudzy nie sprawują niczego, właściwie, to prawie ich nie ma, skoro jedynym państwem uznających republikę północnego Cypru jest Turcja. Z braku wystaw sztuki współczesnej, koncertów i jakichkolwiek politycznych ambicji cypryjskiej prezydencji, to właśnie cypryjscy Turcy mogą nam dostarczyć najwięcej emocji. Turcja, kraj kandydujący do UE, zapowiadała wcześniej, że cypryjską prezydencję będzie bojkotować. Logiczne: Turcja nie uznaje grecko-cypryjskiej państwowości. Przedstawiciele UE sprawą specjalnie się nie przejmują i słusznie: skoro Turcja nie chce rozmawiać z prezydencją UE, to jej sprawa. Nikt nikogo do UE na silę nie ciągnie. A już na pewno nikt nie ciągnie Turcji. Komisarze unijni podróżują zresztą po całej wyspie, udają się również na północ i spotykają się z tamtejszymi Cypryjczykami. Nie oznacza to, że uznają państwowość północnego Cypru, wręcz przeciwnie: zupełnie ją ignorują. Nie spotykają się przecież z jej samozwańczymi władzami, północ Cypru – tak jak wszystkie państwa świata poza Turcją – uważają za terytorium pod obcą okupacją. (Swoją drogą, to niezwykła sytuacja, gdy kandydat do UE okupuje kawałek unijnego terytorium, po zajęciu go manu militari).
W codziennej praktyce sytuacja bywa bardziej skomplikowana, bo północni czy – jak kto woli – tureccy Cypryjczycy, zastawiają na komisarzy i innych przedstawiciel UE medialne pułapki. Zabawa w kotka i myszkę polega na przykład na nagłym pojawieniu się przedstawiciela nieuznawanych władz na spotkaniu z udziałem wysłannika UE. Kilka zdjęć – i już problem gotowy. Zdarza się też, że wywiad opublikowany po grecku w Nikozji jest przedrukowany przez tureckojęzyczną gazetę wydawaną w mieście Lefkoşa (to też Nikozja, tylko północna, dlatego po turecku). W tłumaczeniu na turecki, ale niezbyt dokładnym, bo pojawiają się tam odniesienia do Republiki Północnego Cypru czy do rządu samozwańczej republiki – jedno i drugie nie do pomyślenia w oryginalnej wersji. Można się spodziewać, że podczas prezydencji te praktyki staną się jeszcze liczniejsze a komisarze odwiedzający Cypr bardzo się będą musieli nagimnastykować, żeby czegoś nie palnąć, albo żeby nie dać sobie zrobić zdjęcia na niewłaściwym tle.
Oczywiście Cypryjczyków wszystko to dziś obchodzi znacznie mniej, niż niespodzianka, którą przygotował im na inaugurację prezydencji prezydent Christofias. Jeszcze kilka tygodni temu słyszeli, że z cypryjską gospodarką wszystko jest w porządku, a chwilowe zachwiania wynikające z silnego powiązania z greckim systemem bankowym i z Grecją w ogóle da się złagodzić dzięki rosyjskiej pożyczce. Tymczasem Cypr wystąpił o dodatkową pomoc do UE. Teraz Cypryjczycy boją się, że zostaną im postawione tak drakońskie warunki jak Grekom.
Oczywiście Cypryjczyków wszystko to dziś obchodzi znacznie mniej, niż niespodzianka, którą przygotował im na inaugurację prezydencji prezydent Christofias. Jeszcze kilka tygodni temu słyszeli, że z cypryjską gospodarką wszystko jest w porządku, a chwilowe zachwiania wynikające z silnego powiązania z greckim systemem bankowym i z Grecją w ogóle da się złagodzić dzięki rosyjskiej pożyczce. Tymczasem Cypr wystąpił o dodatkową pomoc do UE. Teraz Cypryjczycy boją się, że zostaną im postawione tak drakońskie warunki jak Grekom.
2012-07-08
Zrozumieć kryzys euro - w dziewięciu punktach
Na blogu Wonkblog, który na stronach Washington Post prowadzi Ezra Klein, znaleźć można najprostszy przewodnik po kryzysie strefy euro. Poradnik w jednym obrazku - zachęca autor. Idea jest na tyle pociągająca, że można mu wybaczyć pominięcie kilku cytatów, nie mniej pomocnych dla zrozumienia kryzysu niż te uwzględnione, bo przypominających gdzie kryzys się zaczął, zanim dotarł do Eurolandu. Oto kryzys euro w dziewięciu punktach:
Hiszpania to nie Grecja - Elena Salgado, hiszpańska minister finansów, luty 2010.
Hiszpania to nie Grecja - Elena Salgado, hiszpańska minister finansów, luty 2010.
Portugalia to nie Grecja - The Economist, kwiecień 2010.
Grecja to nie Irlandia - George Papaconstantinou, grecki minister finansów, listopad 2010.
Hiszpania nie jest ani Irlandią ani Portugalią - Elena Salgado, hiszpańska minister finansów, listopad 2010.
Hiszpania nie znajduje się na "terytorium Grecji - Brian Lenihan, irlandzki minister finansów, listopad 2010.
Ani Hiszpania ani Portugalia nie jest Irlandią - Angel Guerria, sekretarz generalny OECD, listopad 2010.
Włochy to nie Hiszpania - Ed Parker, dyrektor naczelny Fitch'a, czerwiec 2012.
Hiszpania to nie Uganda - Mariano Rajoy, hiszpański premier, czerwiec 2012.
Uganda nie chce być Hiszpanią - Sam Kutesa, ugandyjski minister spraw zagranicznych, czerwiec 2012.
2012-06-18
Grecja: wszystko jeszcze może się zdarzyć
![]() |
| Antonis Samaras, lider Nowej Demokracji ©EU2012 |
O ile jednak przejście Grecji do piłkarskich ćwierćfinałów jest pewne, o tyle zwycięstwo zwolenników reform ustalonych z UE i z MFW nie jest zagwarantowane. Po pierwsze, krążące obecnie wyniki (29,5% dla ND i 27,1% dla Syrizy) nie obejmują prawie 90% obwodów. Grecja to nie tylko Ateny i Saloniki. Gdy spłyną wyniki ze wszystkich małych wysepek, może sie jednak okazać, ze to Syriza a nie ND będzie miała połowę miejsc w parlamencie i że to ona będzie tworzyć koalicje rządową. Po drugie, nawet jeśli wyniki się potwierdzą, i ND i Pasok mogą nie dogadać się w sprawie wspólnego rządu. To postawa socjalistów będzie decydująca dla kształtu i programu przyszłej koalicji. Natomiast dla powodzenia przyszłego rządu, jaki by by był, decydujący może okazać się głos tych 37,8% Greków, którzy dzisiaj w ogóle swojego głosu nie oddali.
Lepiej więc poczekać do jutra na pełniejsze wyniki, i przynajmniej parę dni na postępy w negocjacjach między potencjalnymi koalicjantami, żeby cokolwiek przewidywać. Dlatego też komunikat eurogrupy i wspólny komunikat Barroso i Van Rompuya są niezwykle ostrożne. Z drugiej strony musiały zostać wydane jak najszybciej jako przesłanie umiarkowanego optymizmu, bo europejskie giełdy obudza się już za parę godzin i a niektóre giełdy na świecie (np. Tokio) budzą sie już teraz. Trudna noc będą też mieli uczestnicy G20 trwającego w Meksyku, tam ciągle jeszcze 16 czerwca.
2012-05-06
Wybory w Grecji i we Francji a kryzys strefy euro
Recepty socjalisty François Hollande'a na walkę z kryzysem są znane od dawna: wzmocnienie Europejskiego Banku Inwestycyjnego, podatek od transakcji finansowych, euro-obligacje, reforma funduszy strukturalnych. Wszystkie te instrumenty i działania mają przynieść unijnej gospodarce wzrost gospodarczy. Mają też nadać strategii antykryzysowej opartej na zaciskaniu pasa kierunek prowzrostowy. Tylko, ze wszystkie te sposoby znamy już od dawna: zaproponowała je Komisja Europejska. Dobrze, że po zmianie prezydenta Francja będzie je wspierać. Mimo obaw, że zwycięstwo socjalisty zostanie źle odebrane przez rynki, wielkiego wstrząsu nie należy się spodziewać. Hollande jest odpowiedzialnym politykiem i dobrym ekonomistą. W dzisiejszym wystąpieniu dwa z pierwszych wymienionych priorytetów to wzrost produkcji i walka z deficytem budżetowym.
Bardzo natomiast niepokoją wyniki (wciąż nieoficjalne) wyborów parlamentarnych w Grecji. Parę lat temu mało kto zwróciłby na nie uwagę. Ale dziś wszyscy patrzą na Grecję jak na sejsmograf strefy euro. Setki miliardów wydanych na ratowanie Grecji to inwestycja, której powodzenie uzależnione jest sytuacji politycznej. Tymczasem w dzisiejszych wyborach obie partie proreformatorskie i gwarantujące realizację programu gospodarczego: socjalistyczny PASOK i konserwatywna Nowa Demokracja poniosły porażkę. Ich koalicyjny rząd, i tak wbrew naturze, ale spojony odpowiedzialnością za przyszłość kraju, utracił zdolność samodzielnego rządzenia (uzyskał 33 i 37% głosów. Pozostałe partie weszły do parlamentu na fali sprzeciwu wobec polityce socjalistyczno-konserwatywnej koalicji, wobec UE i wobec MFW. Ich pozycje bardzo się zresztą zradykalizowały. Świetny wynik uzyskała głęboko lewacka koalicja Syriza, nieźle poradzili sobie komuniści z KKE i skrajna prawica LAOS. Do parlamentu po raz pierwszy weszło też ugrupowanie Złocisty Świt (Chryssi Avghi) - na prawo od skrajnej prawicy, otwarcie faszystowska, agresywna partyjka (6-8% głosów, żeby wejsc do parlamentu wystarczy przekroczyć 3% próg wyborczy).
Kto by się spodziewał, w epoce przedkryzysowej, że wybory w peryferyjnej Grecji mogą być dla rynków większym wstrząsem niż wybory we Francji?
Bardzo natomiast niepokoją wyniki (wciąż nieoficjalne) wyborów parlamentarnych w Grecji. Parę lat temu mało kto zwróciłby na nie uwagę. Ale dziś wszyscy patrzą na Grecję jak na sejsmograf strefy euro. Setki miliardów wydanych na ratowanie Grecji to inwestycja, której powodzenie uzależnione jest sytuacji politycznej. Tymczasem w dzisiejszych wyborach obie partie proreformatorskie i gwarantujące realizację programu gospodarczego: socjalistyczny PASOK i konserwatywna Nowa Demokracja poniosły porażkę. Ich koalicyjny rząd, i tak wbrew naturze, ale spojony odpowiedzialnością za przyszłość kraju, utracił zdolność samodzielnego rządzenia (uzyskał 33 i 37% głosów. Pozostałe partie weszły do parlamentu na fali sprzeciwu wobec polityce socjalistyczno-konserwatywnej koalicji, wobec UE i wobec MFW. Ich pozycje bardzo się zresztą zradykalizowały. Świetny wynik uzyskała głęboko lewacka koalicja Syriza, nieźle poradzili sobie komuniści z KKE i skrajna prawica LAOS. Do parlamentu po raz pierwszy weszło też ugrupowanie Złocisty Świt (Chryssi Avghi) - na prawo od skrajnej prawicy, otwarcie faszystowska, agresywna partyjka (6-8% głosów, żeby wejsc do parlamentu wystarczy przekroczyć 3% próg wyborczy).Kto by się spodziewał, w epoce przedkryzysowej, że wybory w peryferyjnej Grecji mogą być dla rynków większym wstrząsem niż wybory we Francji?
Skrajna prawica zagraża Europie
![]() |
| Źródło: Wikimedia Commons |
We Francji Front Narodowy ugruntował po pierwszej turze wyborów prezydenckich swoją trzecią pozycję na krajowej scenie politycznej. Z niepokojem oczekuję jak UMP Sarkozy'ego, po dzisiejszej porażce w wyborach prezydenckich, będzie formować programy i sojusze w wyborach parlamentarnych za dwa tygodnie.
W Holandii skrajna prawica też ma silną pozycję, o czym przypomnieliśmy sobie przy okazji rasistowskiej strony internetowej. A gdyby wybory samorządowe w Antwerpii odbyły się dzisiaj, skrajna prawica zdobyłaby 43% głosów.
Czy w Polsce możemy być spokojni? Kryzys nie obszedł się z nami tak brutalnie, by doprowadzić do skrystalizowania ruchów i idei skrajnej prawicy. Brak im jasno identyfikowalnej, partyjnej formy. Ale wszystkie te ONR-y przecież istnieją i jak dotąd żadna władza nie uznała, że są zagrożeniem dla demokracji. Bo też specyfika polskiej demokracji polega między innymi na tym, że wyznawców idei skrajnej prawicy spotkać można w partiach, które sza skrajną prawicę nie uchodzą. I to nie tylko w PiS.
2012-02-29
Korupcja nie pozwala wyjść Grecji na prostą
W zaprezentowanym dziś prasie badaniu Transparency International (TI) stwierdza, że panująca w Grecji korupcja przedłuży trwający tam kryzys mimo przeprowadzanych reform. Wskazuje winnych: rząd, urzędników, przedsiębiorców i media.
"Wszyscy wiemy o greckim kryzysie zadłużenia, ale Grecja cierpi również w powodu kryzysu wartości" - powiedział Costas Bakouris, przewodniczący greckiego oddziału TI -"Grecja ma dobre prawo, ale niewiele robi, żeby je wdrożyć. Prawo nie jest przestrzegane, to co nielegalne jest legalizowane, a międzynarodowe zobowiązania walki z korupcją są ignorowane. Prawo jest, instytucje mają zęby, żeby tylko zechciały ugryźć".
"Wszyscy wiemy o greckim kryzysie zadłużenia, ale Grecja cierpi również w powodu kryzysu wartości" - powiedział Costas Bakouris, przewodniczący greckiego oddziału TI -"Grecja ma dobre prawo, ale niewiele robi, żeby je wdrożyć. Prawo nie jest przestrzegane, to co nielegalne jest legalizowane, a międzynarodowe zobowiązania walki z korupcją są ignorowane. Prawo jest, instytucje mają zęby, żeby tylko zechciały ugryźć".
2012-02-13
Grecki plan oszczędnościowy: koniec udawania Greka?
Ulice Aten jasne jak w dzień, jeśli wierzyć temu co widać na ekranach telewizorów. Nie są to jednak fajerwerki. Na policję lecą koktajle Mołotowa, zapalone szmaty, kamienie. Tymczasem Parlament przyjął wreszcie plan oszczędnościowy, który ma przekonać UE i MFW, że kolejna transza pomocy (130 miliardów euro) to nie będą pieniądze wyrzucone w błoto.
Plan przewiduje między innymi, 22% spadek pensji, redukcję 15 tysięcy etatów w strefie publicznej, obniżkę emerytur urzędników. Do końca tygodnia banki prywatne mają też poznać greckiego plan restrukturyzacji greckiego długu. Wciąż jednak nie wiadomo, czy Grecja 20 marca... nie zbankrutuje. Wszystko zależy od tego, czy wierzyciele, MFW i UE uwierzą, że Ateny przestały udawać Greka.
Aby plany cięć zgodne z zaleceniami UE i MFW mogły zostać przyjęte, 45 posłów, którzy chcieli glosować przeciw, zostało wyrzuconych ze swoich partii politycznych. "Nocna zmiana" objęła jakieś 15% greckich deputowanych. Znowu jutro usłyszymy, że to "Bruksela kazała". Decyzja dowodzi na pewno wielkiej determinacji, czy jednak zwiększa zaufanie i napawa optymizmem, co do przyszłości tak przegłosowanych ciec, to wątpliwe.
Plan przewiduje między innymi, 22% spadek pensji, redukcję 15 tysięcy etatów w strefie publicznej, obniżkę emerytur urzędników. Do końca tygodnia banki prywatne mają też poznać greckiego plan restrukturyzacji greckiego długu. Wciąż jednak nie wiadomo, czy Grecja 20 marca... nie zbankrutuje. Wszystko zależy od tego, czy wierzyciele, MFW i UE uwierzą, że Ateny przestały udawać Greka.
Aby plany cięć zgodne z zaleceniami UE i MFW mogły zostać przyjęte, 45 posłów, którzy chcieli glosować przeciw, zostało wyrzuconych ze swoich partii politycznych. "Nocna zmiana" objęła jakieś 15% greckich deputowanych. Znowu jutro usłyszymy, że to "Bruksela kazała". Decyzja dowodzi na pewno wielkiej determinacji, czy jednak zwiększa zaufanie i napawa optymizmem, co do przyszłości tak przegłosowanych ciec, to wątpliwe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.
Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...
-
To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Oneci...
-
©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipc...
-
Fot. Wikimedia Commons Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka...










