Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkocja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkocja. Pokaż wszystkie posty

2014-09-17

Szkocja, czyli europejski paradoks

Gdyby ograniczyć się do Wielkiej Brytanii, to w odpowiedzi na tytułowe pytanie tego bloga: "Gdzie ta Europa?" palec na pewno powędruje po mapie do Szkocji, nad Londynem się zawaha, ani na sekundę nie zatrzyma się nad resztą kraju.

W świetle ostatniego badania europejskich nastrojów przeprowadzonego przez Chatham House to zupełnie oczywiste: również w rozumieniu i stopniu akceptacji integracji europejskiej Szkoci różnią się od Anglików i Walijczyków.

Proeuropejscy Szkoci…

Zapytani z czym kojarzy im się Europa, Szkoci wymieniają co prawa na pierwszym miejscu biurokrację, a na trzecim ograniczenie władzy narodowej (ale jakiego narodu? - sprawa w tym przypadku niejasna), ale przeważają atuty: swoboda przemieszczania się, osiedlania i pracy na całym terytorium UE, obrona praw obywatelskich, pokój i bezpieczeństwo. Tymczasem w południowej części Królestwa (bez Londynu) nastroje panują całkiem przeciwne, Europa to samo zło: biurokracja, a jakże, i utrata narodowej potęgi (na drugim miejscu), brak bezpieczeństwa na granicach, marnotrawienie pieniędzy, podważanie narodowej tradycji i kultury.

Szkoci inaczej niż ich współobywatele z reszty kraju postrzegają rolę polityki zagranicznej. Większość z nich (52%) jest zdania, że Wielka Brytania powinna się w tej dziedzinie kierować etyką i wartościami, które zwykle stanowią element unijnego kanonu zasad, a nie wyłącznie i w każdej sytuacji interesem narodowym (tan pogląd poparło 33% Szkotów). W pozostały częściach kraju mniej (w Londynie) lub bardziej zdecydowanie wygrywa koncepcja nacjonalistyczna. W większym stopniu (średnio 12% różnicy) niż ich brytyjscy pobratymcy Szkoci są też dumni ze znacznych wydatków Wielkiej Brytanii na pomoc krajom rozwijającym się. Szkoci (podobnie jak Londyńczycy) opowiadają się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE (59% za, 24% przeciw), w ciągu ostatnich dwóch lat prounijna tendencja się wzmocniła, w reszcie krajów – na odwrót. Gdyby Szkoci, jako obywatele niepodległego państwa, nie głosowali w zbliżającym się referendum w sprawie pozostanie w Unii Europejskiej, zwolennicy wystąpienia Wielkiej Brytanii niechybnie by zwyciężyli.

… mogą znaleźć się poza UE

Alex Almond w przedstawicielstwie KE w Edynburgu
Mimo swojej eurofobii i ugruntowanego na przestrzeni wieków izolacjonizmu Brytyjczycy straszą Szkotów, że występując ze Zjednoczonego Królestwa, wystąpią też z Unii Europejskiej. Niestety, mają rację, o czym pisałem już w przeszłości, z prawnego punktu widzenia to oczywiste: w traktacie wymieniającym członków UE takiego państwa jak Szkocja nie ma, Szkocja musiałaby więc o członkostwo wystąpić. Szkoci wiedzą, że przystosowanie do unijnych standardów, droga przez mękę każdego kandydata, nie jest problemem, bo Szkocja, funkcjonująca w ramach UE od 1973, już jest przystosowana. Czy jednak przed przystąpieniem do UE Szkocja musiałaby podpisać traktat stowarzyszeniowy? I porozumienie o wolnym handlu (bo będąc poza UE jest też poza rynkiem wewnętrznym)? A co ze swobodą podejmowania pracy w krajach UE, zakładania tam firm, osiedlania się? O walucie już nawet nie wspominam, to kwestia wykraczająca poza problematykę członkostwa w UE. Wszystkie te problemy mogłyby oczywiście zostać potraktowane przez członków UE jako formalność i zostać rozwiązane w szybkim tempie, powiedzmy w ciągu rocznego okres przejściowego.

Ale nie będą. I bynajmniej to nie postawa Wielkiej Brytanii musiałaby być byłaby główną przeszkodą w polubownym załatwieniu sprawy, bo Brytyjczykom też zależałoby na ograniczeniu wstrząsów w relacjach między gospodarkami dwóch ściśle powiązanych państw. Prym wśród oponentów wiodłaby Hiszpania, obawiająca się groźnego precedensu ze względu na sytuacje w Katalonii. I nie byłaby osamotniona, bo rewindykacje autonomii, suwerenności czy niepodległości u Basków, Flamandów, Ślązaków, Lombardczyków, Korsykanów budzą niepokój w wielu państwach należących do UE.

To paradoks, że poza Unią mogliby pozostać Szkoci, o wiele mocniej identyfikujący się z ideą i kanonem wartości integracji europejskiej niż nie tylko Anglicy, ale też Węgrzy, Czesi czy Słoweńcy. Obawa przed efektem domina i trudny geopolitycznie czas (polityka Rosji i jej wojna z Ukrainą oraz islamistyczny kalifat to zakwestionowanie zasad, w oparciu o które Zachód budował porządek na świecie) nie sprzyjają niepodległości Szkocji. A już na pewno nie sprzyjają perspektywie członkostwa niepodległej Szkocji w UE.

2013-09-18

Niepodległa Katalonia poza UE

Jedna z manifestacji na rzecz niepodległości w Barcelonie, wiosna 2013. 
Katalońska prasa bije na alarm: Komisja Europejska chce wykluczyć Katalonię z UE. Jakiś czas temu dużo o utracie członkostwa pisali Szkoci. W obu przypadkach chodzi o opinię prawną, wedle której nowe państwo, powstałe w wyniku odłączenia od państwa będącego członkiem UE, nie należy do UE. Opinia nie jest nowa. A logika jest prosta: państwa członkowskie są wymienione w traktacie. Ani Szkocji ani Katalonii na liście nie ma, trudno więc mówić o wykluczaniu z UE. Żeby zmienić traktat, potrzebna jest jednomyślność. Oznacza to, że Madryt musiałby się zgodzić na przystąpienie niepodległej Katalonii do UE, podobnie jak Londyn na członkostwo Szkocji. Przystąpienie do UE nie odbywa się też z dnia na dzień: kandydat musi swoją gotowość do członkostwa udowodnić.

W gospodarce i polityce obrażenie się i robienie na złość nie jest skuteczną receptą na sukces. Dlatego jest mało prawdopodobne, by Madryt lub Londyn blokowały przystąpienie odłączonych regionów do UE po uzyskaniu przez nie statusu niepodległego państwa. We wspólnym interesie byłoby jak najszybsze ponowne zintegrowane się w ramach UE i jej wspólnego rynku. Europejski Obszar Gospodarczy mógłby co najwyżej stanowić przedsionek pełnego członkostwa dla nowych państw. Na pytanie czy Katalonia i Szkocja chciałyby wstępować do UE odpowiedź może być tylko twierdząca. Zwolennicy niepodległości w obu krajach widzieli naturalnie przyszłość swoich państw zagwarantowaną w ramach UE. W obu też przypadkach chodzi o regiony proeuropejskie. Tym silniejszy był więc szok wywołany upublucznieniem opinii prawnej, mimo, że wydaje się ona oczywista.

Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że rozwód Katalonii z Hiszpanią (albo Szkocji z Wielką Brytanią) nie odbył by się bez emocji. Wszyscy w Europie obawialiby się efektu domina. Hiszpańskie negatywne stanowisko w sprawie uznania niepodległości Kosowa to dobry przykład tego, jak silna może być obawa przed precedensem. O ile więc można spodziewać się skłonności do kompromisu w sprawie przyjęcia nowopowstałych państw do UE (bo wtedy i tak nie będzie wyjścia a interes gospodarczy będzie skłaniał do ugodowości), o tyle etap poprzedzający uzyskanie przez nie niepodległości na pewno spolegliwością nie będzie się charakteryzował. Hiszpania sprawnie używa zresztą unijnego argumentu wobec Katalończyków: wyjście z Hiszpanii oznacza wyjście z Unii. W wydaniu Brytyjczyków ten sam argument odnoszący się do Szkotów może śmieszyć, ale też działa. Wszystkie te rozważania dotyczą hipotez. Katalonia, a tym bardziej Szkocja, nie są gotowe na niepodległość. Choć kilkusetkilometrowy ludzki łańcuch, który połączył Katalończyków w dniu ich narodowego święta 11 września dowodzi rosnącej proniepodległościowej determinacji.



2012-12-28

Solidarność, głupcze!

W Europie łatwiej o myślenie w kategoriach dobroczynności niż solidarności. Ktoś mógłby pomyśleć, że to czas świąt kieruje naszą uwagę w stronę najbardziej potrzebujących. Na pewno. Ale kryzys gospodarczy nad wyraz jasno pokazał, że to trwała tendencja: ludziom łatwiej przychodzi poddać się chwilowym odruchom sumienia niż wytrwale podążać za podszeptami rozumu. Łatwiej o dobry uczynek na poziomie indywidualnym – jałmużnę, zapomogę, paczkę na święta dla biednych, niż o postępowanie na co dzień zgodnie z zasadami solidarności. Tymi, które wynikają z poczucia wspólnoty losu, zdefiniowania wspólnego interesu, działania na zasadzie wzajemnej pomocy.  Nasze dobre uczynki, balsam na umartwione sumienia, paradoksalnie pokazują jak blisko jest nam do Hobbesa, a jak daleko do Kropotkina. 

Zwykła ludzka rzecz, co do tego ma Unia? Wbrew pozorom ma sporo, bo mechanizmy i sens integracji europejskiej opierają się na zasadzie solidarności w podziale dóbr i na wzajemnej pomocy jako czynniku rozwoju. Wydawałby się to oczywistością. Słowo solidarność odmieniane przez wszystkie przypadki zdominowało publiczne wystąpienia polskich dygnitarzy podczas naszej prezydencji w Radzie UE. Przydaje się również dziś podczas rozmów o unijnym budżecie i o polityce spójności. Solidarność jest nieodzownym odwołaniem w tej retoryce, razem z deklaracjami i wezwaniami dotyczącymi wspólnoty interesu i wzajemności korzyści w europejskiej wspólnocie. 

Solidarność patentowana

Ciekawe, że w tym samym czasie argumenty solidarności i wzajemności nie pojawiają się w debacie na temat wspólnego europejskiego patentu. Nie opłaca nam się – będziemy musieli dołożyć. Ukazał się raport jednej z firm konsultingowych, z którego wynika, że nas to może coś kosztować. Ktoś wyliczył, że mniej, niż rząd chce zebrać rocznie z mandatów. Ciekawe, że cicho jest  na temat innych raportów, publikowanych od trzydziestu lat, ukazujących że dla rozwoju UE, dla jej przedsiębiorczości, jej przemysłu i handlu wspólny patent jest niezbędny. Że jest jednym z warunków poprawy konkurencyjności unijnej gospodarki w w globalnej rozgrywce. Ale polscy przedsiębiorcy wyjątkowo nie mówią o europejskich przedsiębiorstwach, tylko o polskich, o swoich własnych. Przestały być europejskie? 

Co rusz spotykam wzmiankę o tym, że w kwestii patentu nie jesteśmy sami: Włosi i Hiszpanie też nie chcą. Niewiedza czy zła wola  dziennikarzy, nie wiem, ale prawda jest taka, że Włosi i Hiszpanie uparli się i wetują ze względów prestiżowych, bo chcą, żeby włoski i kastylijski zostały dodane to listy języków, w których patenty będą zgłaszane. Znacznie podniosłoby to koszty operacji, której celem jest obniżenie ceny, jaka europejscy przedsiębiorcy i wynalazcy płacą za ochronę patentową. Jesteśmy solidarni z Włochami i Hiszpanami? Chcemy żeby było drożnej? Bezrozumna solidarność. Lobby polskich przedsiębiorców sprzeciwia się porozumieniu 25 państw, ale bynajmniej nie z solidarności z budżetem państwa, który na jednolitym patencie miałby stracić.  Chodzi o to, by sobie patentami głowy nie zawracać. Po co? Własność intelektualna jest dobra dla bogatych, wynalazki zresztą też, więcej patentów europejskich to trudniejszy do nich legalny dostęp.  Legalny – tu jest pies pogrzebany. Solidarność? Tak, solidarność Kalego. Przykładów tej kategorii solidarności jest zresztą więcej, jednym z budzących w Polsce największe (i po części zrozumiałe) kontrowersje jest unijna polityka klimatyczna.  


Solidarność Janosika

Ten brak solidarności i poczucia wspólnoty widać też w innych kwestiach, z pozoru z UE nie związanych. Jednym z przykładów była dyskusja na temat „janosikowego”. Chodzi o prawo, na mocy którego bogatsze regiony Polski, poprzez wkład do tak zwanej subwencji ogólnej, przekazują cześć swoich dochodów regionom o niższym dochodzie na głowę mieszkańca. Nie jestem specjalistą i  nie wiem, czy to dobre rozwiązanie. Zastanawia mnie co innego: dlaczego nikt nie mówi z przekąsem o „janosikowym”, które Jean, Hans i Ian płacą na polskie drogi, mosty, oczyszczalnie, kursy dla bezrobotnych, uczelnie i nawet na Jasną Górę (tam też od lat konserwacja finansowana jest głównie z unijnych funduszy strukturalnych). Czy w interesie bogatych polskich regionów nie leży rozwój biednych polskich regionów? Czy ta solidarność się nie opłaca? Jeżeli tak, to ci którzy tak uważają, nie powinni wypominać egoizmu bogatym państwom UE, które wolałyby mniej płacić albo, jak Wielka Brytania, nie płacić wcale na biedną Polskę, Litwę czy Rumunię. 

Solidarność bogatych

Żeby wszystko było jasne: Polska, ojczyzna  „Solidarności”, nie jest jedynym członkiem UE, w którym solidarność nie jest naturalnym odruchem, a solidarność dekretowana przez państwo lub wspólnotę państw nie spotyka się z powszechnym  zrozumieniem. Francuski podatek, który mają zapłacić najbogatsi jest chyba najbardziej jaskrawym przykładem janosikowego myślenia. Pisałem o tym niedawno w tekście na temat Gerarda Depardieu. Katalonia, najbogatszy region Hiszpanii, chce niepodległości, bo ma dosyć płacenia na biedniejsze regiony. Tyle, że domaga się tej niepodległości w ramach UE, niejako pod osłoną europejskiej solidarności. Szkocja też uważa, że sporo by zyskała, gdyby nie musiała dokładać się do brytyjskiego budżetu i nie chce słyszeć płynących z Londynu pouczeń na temat solidarności: fakt, że Londyn za rządów Camerona nikogo solidarności uczyć nie powinien. Flamandzcy nacjonaliści od lat dążą do rozbicia Belgii, bo nie chcą – jak twierdza – utrzymywać biedniejszej Walonii. Kiedyś to Walonia była bogata, a Flandria biedna, Walonowie pogardzali wówczas Flamandami. Ucichła sprawa włoskiego irredentyzmu, ale Liga Północna istnieje nadal jako żywy dowód, że separatystyczne tendencje bogatej "Padanii" nie nalezą do przeszłości. 

Niemców czy Holendrów pewnie łatwiej byłoby przekonać do wysyłania do Polski paczek, jak w stanie wojennym, niż do tej formy solidarności, która obowiązuje w UE. Pewnie byłoby łatwiej, tylko, że pożytek – nie tylko dla Polski, również dla nich samych – byłby nieporównywalnie mniejszy. Greków – na jakiś czas przynajmniej – można by przyjąć do obozów uchodźców, dać jeść, swetry rozdać. Ale na dłuższą metę nikt na tym nie skorzysta. Wyjątkowa w historii finansowa  solidarność państw strefy euro przyniesie profity wszystkim,  nawet jeśli to bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Grecy poczują je pewnie ostatni i zapewne nie wcześniej niż za kilkanaście lat. Europejska solidarność nigdy nie była łatwa do zrozumienia, a w odróżnieniu od dobroczynności nie jest wynikiem odruchu serca, tylko rozumu. Okres kryzysu jest dla idei solidarności najtrudniejszym sprawdzianem, bo solidarność wymaga umiejętności i odwagi spojrzenia w przyszłość, a przyszłość oglądana z kryzysowej perspektywy napawa ludzi strachem, a nie odwaga. Strach pogłębia istniejące już wcześniej podziały, jest pożywieniem egoizmu.  Jak to się dzieje, że w tej sytuacji oparta na solidarności integracja europejska funkcjonuje już od kilkudziesięciu lat? Nie wiadomo. To tylko kolejny dowód na to, jak genialni byli ci, którzy tę europejską Spółdzielnię „Solidarność” wymyślili.

2012-11-11

Unia dobra, ale dla Szkotów

Niewiele rzeczy bawi mnie tak, jak dyskurs niektórych brytyjskich eurofobów na temat szkockiej niepodległości. Brytyjski eurofob to nie tylko przeciwnik UE jako idei, to jednocześnie krytyk unijnej rzeczywistości, jej przepisów, sposobu życia nie-Brytyjczyków i wszystkiego właściwie co znajduje się po drugiej stronie kanału La Manche. Wielka Brytania, kraj beznadziejnej służby zdrowia, niepunktualnych pociągów i śmiesznych wtyczek elektrycznych powinien być powszechnie uznany za wzór do naśladowania.  Za swoją obecność w UE każą sobie płacić odszkodowanie, zwane "rabatem brytyjskim" (Polskę kosztuje on 182.7 milionów euro rocznie). Ale wśród argumentów, których używają, by pomysł niepodległości dla Szkotów zdezawuować regularnie posługują się groźbą, że niepodległa Szkocja nie będzie członkiem Unii Europejskiej. Zobaczycie, jeśli wystąpicie z UK, będziecie musieli się dopiero starać o członkostwo w UE. Swoją drogą, bardzo możliwe, że mają rację (zob. tekst).

To interesujące zjawisko skłania do trzech oberwacji. Po pierwsze, brytyjska eurofobia, wbrew temu co może się czasem wydawać, nie opiera się na założeniu, że UE jest niepotrzebna, bo każdy sobie może sam poradzić, a nawet poradzić lepiej. Nie każdy. Zasada ta stosuje się jedynie do Wielkiej Brytanii, z Anglią na czele. Wszyscy inni, skoro - na nieszczęście dla nich - nie mogą być częścią brytyjskiego imperium, powinni należeć do innego imperium. Po drugie, świadomość tego, że żyjemy w epoce post-imperialnej, nie zagościła jeszcze na dobre po tamtej stronie "English Chanel". Stąd postrzeganie UE jako konkurencyjnego imperium (tutaj o eurosceptycyzmie post-imperialnym). Bez wątpienia większość Brytyjczyków wie, że UK dawno już nie jest światowym cesarstwem. Ale dżentelmenom o tym mówić o tym nie wypada. A jak się nie mówi, można zapomnieć (czyż to nie jedna z zasad polityki historycznej?).

Po trzecie, płynie z tego ważna nauka dla polskich eurofobów. Otóż Polska nie jest i nigdy nie była cesarstwem.  Czy się to komu podoba czy nie, Polsce bliżej do Szkocji  niż do imperialnej Korony Brytyjskiej. My mamy niepodległość, oni jeszcze nie, oni są od kontynentu odcięci a my jesteśmy w jego centrum, ale wielkość, historia i możliwości kraju jako gracza globalnego są porównywalne. Dlatego polska opcja eurofobiczna powinna się, że tak powiem, wybić na niepodległość zamiast bezmyślnie powtarzać brytyjska argumentację. Zdobyć się na własne przemyślenia.  Ale nie sadzę, żeby intelektualnie dała radę.  Zanurzona po uszy i mózg w anachronicznym patriotyzmie narodowej cepelii, przyduszona w muzealnym kurzu, napędzana jedynie szowinistyczną nienawiścią, może się co najwyżej pokusić o antyrosyjskie i antyniemieckie odniesienia, zdobyć na paranoiczne oskarżenia o narodową zdradę. Dziś, 11 listopada, szczególnie wyraźnie to widać i słychać.

2012-09-13

Szkoci i Katalończycy mogą utracić unijne obywatelstwo


W 2014 roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, zmieni się skład Komisji Europejskiej. Tego samego roku, o czym pamięta się rzadziej, Szkoci wypowiedzą się w sprawie swojej niepodległości. Szkockie referendum, podobnie jak katalońskie ambicje niepodległościowe, jest elementem unijnego kalendarza. Wybór niepodległości może bowiem oznaczać dla obywateli nowoutworzonych państw utratę obywatelstwa UE i prawa do reprezentacji w unijnych instytucjach.

Dziś odbywa się w Edynburgu rządowe posiedzenie na temat organizacji referendum. Zwolennicy oderwania się od Zjednoczonego Królestwa mają nadzieję, że następnym krokiem będzie rozpoczęcie rozmów między szefem brytyjskiego rządu Davidem Cameronem i szkockim premierem Aleksem Salmondem. Tymczasem Katalonia wciąż żyje sukcesem manifestacji zorganizowanej dwa dni temu z Barcelonie, największej od 1977 roku. Wtedy jednak chodziło o autonomię regionu w ramach Hiszpanii, tym razem półtora miliona ludzi (według policji, dwa miliony według organizatorów) domagało się niepodległości.

Dążenia niepodległościowe nie przypadkiem nasiliły się w czasie kryzysu gospodarczego. Zarówno Szkocja jak i Katalonia wierzą, że same poradzą sobie lepiej niż pod zwierzchnictwem Londynu i Madrytu. Wpływy podatkowe Katalonii stanowią jedną piątą hiszpańskiego budżetu. To najbogatszy region i najwięcej wpłacający do wspólnej kasy, ale też najbardziej zadłużony. Kataloński dług wynosi 42 miliardy euro. Do końca tego roku Katalonia powinna spłacić prawie sześć miliardów euro. Niewykonalne. Dlatego urzędujący w Barcelonie rząd (koalicji Convergència i Unió) zwrócił się z w sierpniu o pomoc finansową do rządu w Madrycie. Wtorkowa manifestacja, poza wyrazem rzeczywistych dążeń niepodległościowych, była bez wątpienia argumentem w negocjacjach. Trudnych, bo kasa w Madrycie też świeci pustkami.

Wiodącym hasłem barcelońskiej manifestacji była "Niepodległa Katalonia w Europie". W Szkocji najpoważniejszym argumentem przeciwników niepodległości jest jej spodziewane osamotnienie w zglobalizowanym świecie. Ich zdaniem Zjednoczone Królestwo jest dla Szkocji największym rynkiem zbytu, a nie konkurentem; brytyjska armia – gwarantem szkockiego bezpieczeństwa; budżet Londynu – zabezpieczeniem dla szkockich banków, takich jak RBS czy HBOS. Zwolennicy niepodległości uważają, tak jak Katalończycy, że odpowiedzią na wszystkie te zagrożenia jest Europa. Właściwie mają rację. Gdyby zrealizowany został  federacyjny projekt przedstawiony wczoraj przez Barroso, mieli by rację jeszcze bardziej.

Ale ostatnie deklaracje polityków i stanowisko Komisji Europejskiej to prawdziwy kubeł zimnej wody na głowy nacjonalistów. Po pierwsze, status nowego niepodległego państwa to kwestia prawa międzynarodowego, a nie unijnych traktatów. Po drugie, obywatelami UE są obywatele państw członkowskich (artykuł 20. Traktatu). Nie ma wśród nich ani Szkocji ani Katalonii. W przypadku uzyskania (czy, jak chcą nacjonaliści, odzyskania) niepodległości, oba kraje musiałyby dopiero o członkostwo w UE się ubiegać. A nawet w najprostszych przypadkach nie dzieje się to z dnia na dzień. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...