Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty

2016-08-23

Soros i Sobieski, dwa bratanki

Kiedy opowiadam węgierskim przyjaciołom, że Sorosem w Polsce dzieci straszą (przynajmniej w mediach narodowych), otwierają szeroko oczy ze zdumienia, że u nas też. Bo u nich owszem, Soros juz dawno przez władzę narodową został ogłoszony zdrajcą, ale to Węgier. No właśnie, tlumaczę: dlatego, że zdrajca na Węgrzech to w Polsce można na nim psy wieszać. Na innych Węgrach nie można, bo wszyscy inni popierają Orbàna i kibicują polskiej dobrej zmianie (przynajmniej w mediach narodowych).  


George Soros ©Niccolò Caranti
Wypromowanie Sorosa na wroga Narodu Polskiego nie jest rozwiązaniem idealnym, bo zdrajca nie zdrajca, żyd nie żyd, ale jednak Węgier i dlatego jego wrogie działania tłumaczyć można w mediach narodowych  jedynie poprzez interes finansowy, z natury rzeczy sprzeczny z interesem polskim, a to trochę za mało. Żydostwa wyciągnąć mu wprost nie można, bo wróg nie śpi i zaraz bezpodstawnie oskarży Polski Naród o antysemityzm (a, niestety, z powodu "Sąsiadów" Grossa, "Idy" Pawlikowskiego i "pedagogiki wstydu" Zachodowi się wydaje, że Polacy to antysemici). 

Byłoby lepiej, gdybyśmy mieli własnego zdrajcę-kapitalistę, bo wtedy można by zastosować targowicką ornamentację, a na tym bardzo zyskałby styl przekazu. W końcu rytuał narodowej ewangelizacji też się liczy. Przypadek Sorosa pokazuje jak bardzo potrzebna jest polonizacja polskiej gospodarki. Gdybyśmy mieli własnego milionera promującego społeczeństwo otwarte (wedle terminologii mediów narodowych chodzi o wpuszczanie terrorystów, nic wspólnego z Karlem Popperem), żyda na dodatek (nic nie trzeba mówić, mrugnięcie okiem wystarczy), to też moglibyśmy go ogłosić zdrajcą, a tak, niestety, musimy sobie sobie zdrajcę pożyczyć od bratanków Madziarów i przystosować do naszych potrzeb. 

Na szczęścicie przystosowanie nie jest takie trudne, bo rząd PiS i rząd Fideszu mają podobne, by nie powiedzieć bliźniacze potrzeby i metody działania. Weźmy na przykład taką politykę historyczną. W Polsce Kaczyńskiego, tak jak na Węgrzech Orbàna  polityka historyczna to rodzaj pojęciowej plasteliny, z której lepi się przeszłość wedle najmodniejszych wzorów odpowiadających potrzebom teraźniejszości. I tu i tam rządzący są przekonani, że to fundament każdego działania, niezbędne uprawomocnieni każdej polityki. 

Oczywiście ta bliskość, choć piękna, nie jest wolna od zagrożeń. Z niepokojem czekam na dzień, w którym Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz odkryją, co Węgrzy wypisują w szkolnych podręcznikach historii. Otóż wbrew oczywistej oczywistości piszą tam, że to oni byli przedmurzem chrześcijaństwa: walcząc w XIII wieku z Mongołami, w XVI i XVII z Turkami, a w czasie drugiej wojny światowej z bolszewikami. Dziś, wobec zlaicyzowanego i liberalnego Zachodu, znów stanowią awangardę odbudowy narodowo-chrzescijańskiej Europy.  To samo mniej więcej mówi PiS, tylko że wedle polskiej polityki historycznej to Polska jest przedmurzem chrześcijaństwa. Jest jednak wyjście: możemy się z Węgrami podzielić Janem Sobieskim, jak oni podzielili się Georgem Sorosem. 

NB. Tekst powstał pod wpływem porażającego arogancją infantylnej propagandy materiału na temat nieistniejacej listy Sorosa wyemitowanego kilka dni temu w Wiadomościach. 

Na podobny temat:

Alternatywna Europa byłych demoludów (6.03.2013)


2012-11-11

Unia dobra, ale dla Szkotów

Niewiele rzeczy bawi mnie tak, jak dyskurs niektórych brytyjskich eurofobów na temat szkockiej niepodległości. Brytyjski eurofob to nie tylko przeciwnik UE jako idei, to jednocześnie krytyk unijnej rzeczywistości, jej przepisów, sposobu życia nie-Brytyjczyków i wszystkiego właściwie co znajduje się po drugiej stronie kanału La Manche. Wielka Brytania, kraj beznadziejnej służby zdrowia, niepunktualnych pociągów i śmiesznych wtyczek elektrycznych powinien być powszechnie uznany za wzór do naśladowania.  Za swoją obecność w UE każą sobie płacić odszkodowanie, zwane "rabatem brytyjskim" (Polskę kosztuje on 182.7 milionów euro rocznie). Ale wśród argumentów, których używają, by pomysł niepodległości dla Szkotów zdezawuować regularnie posługują się groźbą, że niepodległa Szkocja nie będzie członkiem Unii Europejskiej. Zobaczycie, jeśli wystąpicie z UK, będziecie musieli się dopiero starać o członkostwo w UE. Swoją drogą, bardzo możliwe, że mają rację (zob. tekst).

To interesujące zjawisko skłania do trzech oberwacji. Po pierwsze, brytyjska eurofobia, wbrew temu co może się czasem wydawać, nie opiera się na założeniu, że UE jest niepotrzebna, bo każdy sobie może sam poradzić, a nawet poradzić lepiej. Nie każdy. Zasada ta stosuje się jedynie do Wielkiej Brytanii, z Anglią na czele. Wszyscy inni, skoro - na nieszczęście dla nich - nie mogą być częścią brytyjskiego imperium, powinni należeć do innego imperium. Po drugie, świadomość tego, że żyjemy w epoce post-imperialnej, nie zagościła jeszcze na dobre po tamtej stronie "English Chanel". Stąd postrzeganie UE jako konkurencyjnego imperium (tutaj o eurosceptycyzmie post-imperialnym). Bez wątpienia większość Brytyjczyków wie, że UK dawno już nie jest światowym cesarstwem. Ale dżentelmenom o tym mówić o tym nie wypada. A jak się nie mówi, można zapomnieć (czyż to nie jedna z zasad polityki historycznej?).

Po trzecie, płynie z tego ważna nauka dla polskich eurofobów. Otóż Polska nie jest i nigdy nie była cesarstwem.  Czy się to komu podoba czy nie, Polsce bliżej do Szkocji  niż do imperialnej Korony Brytyjskiej. My mamy niepodległość, oni jeszcze nie, oni są od kontynentu odcięci a my jesteśmy w jego centrum, ale wielkość, historia i możliwości kraju jako gracza globalnego są porównywalne. Dlatego polska opcja eurofobiczna powinna się, że tak powiem, wybić na niepodległość zamiast bezmyślnie powtarzać brytyjska argumentację. Zdobyć się na własne przemyślenia.  Ale nie sadzę, żeby intelektualnie dała radę.  Zanurzona po uszy i mózg w anachronicznym patriotyzmie narodowej cepelii, przyduszona w muzealnym kurzu, napędzana jedynie szowinistyczną nienawiścią, może się co najwyżej pokusić o antyrosyjskie i antyniemieckie odniesienia, zdobyć na paranoiczne oskarżenia o narodową zdradę. Dziś, 11 listopada, szczególnie wyraźnie to widać i słychać.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...