Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cypr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cypr. Pokaż wszystkie posty

2014-01-29

Państwo PiS jest nie z tej Europy (4) Złotówka: suwerenna tarcza antykryzysowa

Nie jest do końca jasne, co i jak Kaczyński chce zrobić w dziedzinie budżetu państwa i finansów publicznych (poza walką z szalejącą ponoć korupcją), ale już w czerwcu 2013 deklarował, że ma gotowe projekty ustaw. We wrześniu 2013 proponował "zaostrzenie" systemu podatkowego w drodze spec-ustawy kryzysowej (węgierska inspiracja) i wprowadzenie podatku od transakcji finansowych (Komisja Europejska też proponowała, Viktor Orbán, oczywiście na swych dość specjalnych zasadach, taki podatek wprowadził). Najprostszy punkt programu PiS, bo niewymagający ustawy, to polityka monetarna oparta na obronie złotego. Obronie przed euro. "Mówimy jasno – będziemy go bronić. Jest on dziś i będzie w przewidywalnej przyszłości naszym atutem, barierą chroniącą nas przed zmiennymi światowymi koniunkturami" – twierdzi Kaczyński.

Złotówka obroni Polskę przed kryzysem

Ciekawe, że posiadanie własnej waluty nie uchroniło przed zmianą światowej koniunktury Islandii, kraju – co najbardziej powinno podobać się Kaczyńskiemu – nie będącego nawet członkiem UE. Funt nie uratował też Wielkiej Brytanii. Uratowało ją nagromadzone przez wieki bogactwo. To dzięki niemu udało się brytyjskiemu rządowi wydać na ratowanie prywatnych banków z publicznej kasy więcej niż w jakimkolwiek innym państwie unijnym. Pełny skarbiec pomógł też Niemcom, które akurat mają euro: mimo kryzysu i olbrzymich wydatków na ratowanie banków Niemcy pozostali najpotężniejszą gospodarką UE, w dużej mierze finansującą słabe, źle zarządzane i żyjące ponad stan Grecję i Cypr. Mniej odporna na kryzys, ale nieźle zarządzana Irlandia, posługująca się euro, wychodzi z tarapatów w szybkim tempie dzięki oszczędnościom, unijnej pomocy i reformom. Estonia, która zamieniła koronę na euro w 2011 roku, poradziła sobie z kryzysem nadzwyczaj dobrze. To właśnie w 2011 roku agencja ratingowa Standard&Poor's podniosła notowania gospodarki estońskiej tego samego dnia, w którym obniżyła rating gospodarki amerykańskiej. Stalo się to 8 miesięcy po wprowadzeniu euro przez ten kraj. S&P's docenił perspektywy wzrostu (uzyskane dzięki reformom i dyscyplinie finansów publicznych) i stabilność walutową (gwarantowaną przez euro). Nie przebrzmiały jeszcze przepowiednie zapowiadające nieuchronny koniec strefy euro, gdy w 2013 akces do Eurolandu zgłosiła Łotwa (euro zastąpiło łata 1 stycznia 2014).

Konkluzje są dość oczywiste, bez względu na to czy państwo ma euro czy nie: dobrze zarządzana gospodarka i zdrowe finanse publiczne stanowią najlepsze zabezpieczenie przed kryzysem; zasobny skarbiec i nagromadzone bogactwo pozwala z kryzysem sobie poradzić samemu bez ubiegania się o pożyczki z zewnątrz. Przyśpiewka eurofobów o euro, które wywołało kryzys w Europie jest próbą zakorzenienia w ludzkiej świadomości kolejnego mitu, który ma się nijak do rzeczywistości: kryzys nie zaczął się w Europie, integracja europejska jest sposobem na wyjście z kryzysu a nie jego przyczyną, kryzys nie ominął państw, które nie mają wspólnej waluty. Wbrew temu, co mówi Kaczyński, waluta narodowa nie stanowi zabezpieczenia przed światowym kryzysem. A euro pozostaje stabilną, drugą po dolarze walutą rezerwową świata.

Euro szokuje Kaczyńskiego

To nieprawda, że "nie ma takiego modelu wprowadzenia w Polsce euro, który nie doprowadziłby do szoku: jeden mechanizm prowadzi do szoku w gospodarstwach domowych, poprzez popyt w całej gospodarce; inny prowadzi do szoku w eksporcie i dzięki temu także w całej gospodarce." Prawdą jest, że takiego modelu nie zna PiS. A to co innego.

Te nieuniknione dla "całej gospodarki" konsekwencje wprowadzenia wspólnej waluty umknęły jakoś decydentom i analitykom w innych krajach. Wprowadzenie euro oczywiście oznacza pewne zagrożenia, ale nie są one nieuniknione, jeśli państwo członkowskie się do przyjęcia wspólnej waluty przygotuje. Przygotowania te są dziś łatwiejsze niż kiedyś, bo można się uczyć na cudzych błędach. Kraje, które jako pierwsze zrezygnowały z waluty krajowej na rzecz euro nie przewidziały na przykład, że pozostawienie handlowcom swobody w zaokrąglaniu cen po ich przeliczeniu na euro doprowadzi do podwyżek cen artykułów konsumpcyjnych. Słowaków, Estończycy i Łotysze już to wiedzieli i potrafili problemowi zaradzić. Negatywne konsekwencje rezygnacji ze złotówki mogą zostać z nawiązką zrekompensowane zaletami wprowadzenia euro. Ale Kaczyński zalet nawet nie rozważa. O przygotowaniach nie chce słyszeć. W zamian proponuje kasandryczny determinizm. Polityka obsesyjna, którą uprawia Kaczyński, nie może być skuteczna, bez względu na to czy się patrzy na euro przychylnie czy nieprzychylnie.

Euro pozbawi nas suwerenności gospodarczej

Obecny polski system, mówi Kaczyński, "jest fatalny, niesprawiedliwy, nieprzejrzysty i arbitralny. Jedni są niszczeni podatkami, a inni nie płacą ich wcale. Szaleje korupcja, system działa na zasadzie „nie ma reguł, kto silniejszy ten lepszy” (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Kaczyński, rzecz jasna bardzo chciałby dokonać sanacji tego fatalnego systemu i oczywiście wie jak to zrobić. Ale w Polsce będącej członkiem strefy euro nie da się, jego zdaniem, wprowadzić niezbędnych reform, bo utrata suwerenności walutowej uniemożliwi PiS zmianę systemu finansów publicznych i prowadzenie własnej polityki gospodarczej. Czy rzeczywiście?

Koordynacja gospodarcza i budżetowa już od dwóch lat jest stałym elementem zarzadzania gospodarką w UE. Okres koordynacji nazywa się "semestrem europejskim". To jedna z lekcji kryzysu: prowadzenie wspólnej polityki monetarnej bez koordynacji polityki gospodarczej było błędem koncepcyjnym unii walutowej, pozbawiło strefę euro zdolności do szybkiego działania w sytuacji kryzysu. Zalecenia Komisji europejskiej otrzymują jednak nie tylko państwa Eurolandu, ale i te, które jeszcze do niego nie przystąpiły (lub – tak jak Wielka Brytania czy Szwecja - nie przystąpią). To naturalna konsekwencja powiazań i współzależności istniejącej miedzy gospodarkami państw członkowskich UE. To prawda, że państwa, które poza udziałem we wspólnym rynku, w unijnym handlu zagranicznym, polityce przemysłowej, rolnej, rybackiej i innych, uczestniczą też w unii monetarnej osiągnęły wyższy stopień koordynacji niż te, które nie posługują się wspólną walutą. Ale ani jednym ani drugim Komisja Europejska ani Rada nie przeszkadzają w staraniach o bardziej przejrzysty system finansów publicznych ani w walce z korupcją. Przeciwnie: zalecenia podjęcia takich działań kierowane są do tych, którzy tego nie czynią. Z kolei systemu podatkowego, którego polską  odmianę Kaczyński też ocenia bardzo krytycznie, dotyczy to w niewielkim stopniu, bo podatki to kompetencja narodowa.

W Polsce (nie) obowiązują unijne traktaty

Kaczyński zapomina też o jednej ważnej sprawie. Otóż przystępując do UE, Polska przyjęła obowiązujące w UE traktaty. Tym samym zgłosiła swój akces do unii walutowej. Akces odsunięty w czasie, bo żeby przyjąć wspólną walutę, trzeba sprostać wyśrubowanym kryteriom w dziedzinie deficytu i długu publicznego. To kluczowe elementy zdrowego systemu finansów publicznych, na którym tak bardzo ponoć zależy Kaczyńskiemu. W 2003 roku proeuropejski rząd podjął spore ryzyko zorganizowania w Polsce referendum w sprawie przyjęcia warunków członkostwa w UE. Jednym z nich było przyjęcie euro. Polacy masowo poparli traktat akcesyjny.

Wbrew temu, co mówi Kaczyński, w Polsce nie ma "forsowania decyzji przyjęcia euro" (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Ta decyzja została podjęta jedenaście lat temu i zaakceptowana w referendum. Obecny polski rząd raczej odsuwa niż forsuje realizację tej decyzji. Może faktycznie nie jest to najlepszy okres na przyjmowanie euro (choć akurat Łotysze uznali inaczej), ale nie zdejmuje to z nas obowiązku starannego przygotowania się do wspólnej waluty. Stanowisko Kaczyńskiego, który woli by tego nie czynić, jest delikatnie mówiąc nierozsądne. Jest przede wszystkim ideologiczne, bo Kaczyński jest suwerenistą, jest populistyczne, bo Kaczyński wpisał euro na listę narodowych strachów, którymi potrząsa, by skupić wyborców pod skrzydłami pisowskiej Opatrzności. Ale nie jest racjonalne.

Swoisty patriotyzm Kaczyńskiego polega na doprowadzaniu do sytuacji, w której spełnią się jego złowieszcze przepowiednie dla Polski, dając mu możliwość wystąpienia w roli męża opatrznościowego. Nie spocznie, jeśli do tego nie doprowadzi. Antypatriotami są ci, którzy chcą mu w tym przeszkodzić. Tymczasem bez względu na to, czy się euro popiera czy nie należy sobie uświadomić, że w interesie Polski leży dobre przygotowanie do jego przyjęcia. Programowanie porażki może pociągać jedynie tych, których jedynym celem jest powiedzieć: "Ostrzegaliśmy. A teraz musimy ukarać winnych."


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



2014-01-08

Ekonomia chciwości według Scorsese

Trzynaście lat po "Chłopcach z ferajny" Martin Scorsese powraca na ekrany z historią gangsterską. Akcja jego najnowszego filmu "Wilk z Wall Street" rozgrywa się, jak sam tytuł wskazuje, w amerykańskiej mecce finansów. Główny bohater jest maklerem giełdowym. Niech te detale nikogo nie zmylą: chodzi o współczesną formę gangsterstwa. Chciwość i władza, jaką dają pieniądze to nie jedyny wspólny mianownik łączący oba filmowe obrazy.

Przyznaję, nie czytałem żadnego wywiadu z reżyserem, w którym wyjawiłby zamierzoną paralelę między oboma filmami. Ale zbieżności między nimi jest tak wiele, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż Scorsese świadomie do tego skojarzenia dążył. Obie historie są oparte na faktach, scenariusze powstały w oparciu o książkowe biografie (Henry'ego Hilla w pierwszym przypadku i Jordana Belforta w drugim). Bliźniaczo podobny jest sposób narracji i wybór znaczących etapów w życiorysach obu bohaterów, zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Motywacje działania i funkcjonowanie w środowisku, cechy charakteru, stosunek do etyki i moralności łączą postaci Hilla i Belforta. Obie historie zaczynają się podobnie (nic nie zapowiadało kryminalnej kariery) i kończą niemal tak samo (Hill i Belfort nie są w stanie wycofać się, gdy jeszcze nie jest za późno, brną w zbrodni, bo nie są w stanie stawić czoła uzależnieniu, na koniec stają się świadkami koronnnymi, sypią wszystkich przyjaciół by zapewnić sobie złagodzenie kary i opiekę FBI). Nawet takie szczegóły jak prostackie zamiłowanie do europejskich marek i produktów: symboli wyszukanego luksusu, awansu społecznego i przynależności do elity wplatają się w sieć wątków i akcesoriów wzmacniających powiązania. W obu filmach chodzi też o coś więcej niż opowiedzenie historyjki. Prawda o życiu epoki i prawdy ponadczasowe odnoszące się do relacji między ludźmi czynią z jednego i drugiego filmu fresk obyczajowy w wymiarze uniwersalnym.

Wataha z Wallstreet & Co.

To narzucające się zestawienie wymusza konkluzję: Wilk z Wall Street, Jordan Belfort, tak jak Henry Hill, to gangster. Choć w obu przypadkach widz łapie się na tym, że kibicuje przestępcy i cieszy się jego sukcesami, to jednak identyfikacja z Jordanem wywołuje większe (przynajmniej w moim odczuciu) zawstydzenie, niż solidarność z Henrym. W "Wilku" barokowe przerysowanie sięga dalej niż w "Chłopcach", budzi niesmak i odruch wymiotny podobny do tego, jakie wywołuje wulgarna śmierć z obżarstwa w "Wielkim żarciu" Ferreriego. Zdrada Jordana jest jeszcze gorsza niż zaprzedanie Henry'ego (który nie tylko uciekał przed kratami, ale walczył o życie). Dalszych dziejów Henry'ego ("Chłopcy z ferajny") można się doszukać w udanej komedii Luca Bessona "Porachunki" (2013, producentem jest Scorsese, oryginalny tytuł "Malavita"). Bohater cieszy się, że jego opowieść na spotkaniu kinomanów we francuskim miasteczku budzi entuzjazm. Słuchacze nie wiedzą jednak, że spotkali prawdziwego gangstera, tematem dyskusji jest film (oczywiście "Chłopcy z ferajny"), wszystko pozostaje więc w świecie fikcji.

Epilog w "Wilku", w którym poznajemy losy Jordana po wyjściu z więzienia, ukazuje zadowolonego z siebie faceta, który zarabia pieniądze jako konferansjer i coach, dzielący się z zachwyconymi kursantami swoją wiedzą zawodową. Inaczej mówiąc wiedzą o tym, jak oszukać, jak zorganizować malwersację, zaspokoić swą chciwość. Słuchacze płacą za lekcję, bo wiedzą, że mają do czynienia z fachowcem pierwszej klasy. Niczego nie pragną tak, jak nauczyć się sztuczek, które zaprowadziły ich mistrza za kratki. Dzięki sprzedaniu przyjaciół trafił tam na krócej niż powinien. Ale ilu jemu podobnych nigdy za kratki nie trafiło? O Madoffie i Kervielu wszyscy słyszeli, ale całej rzeszy maklerów i bankierów oszustów udało się uniknąć konsekwencji.

Optymalizacja cnoty chciwości

Bo też nie da się oglądać "Wilka z Wallstreet" w oderwaniu od kontekstu, w jakim żyjemy. Jego historia wydarzyła się przed oficjalnym początkiem kryzysu finansowego, z którego dopiero wychodzimy, ale mechanizmy przedstawione w filmie niczym nie różnią się od tych, które ten kryzys wywołały. Odnajdziemy je z łatwością w najnowszej historii takich instytucji finansowych jak Northern Rock, Bear Stearns czy Lehman Brothers, albo w działalności innego wilka z Wallstreet, Berny'ego Madoffa. We wszystkich tych przypadkach istotną rolę odegrały też raje podatkowe i offshoring. W końcu z nadmiarem funduszy wygenerowanych legalnie czy nielegalnie coś trzeba zrobić, przede wszystkim zaś należy uniknąć ich opodatkowania (Jordan Belfort ulokował pieniądze w Szwajcarii). Do głowy nie przyszłoby mi posądzanie gdańskiej spółki LPP o nieuczciwe zyski, ale dezercja podatkowa należących do spółki marek Reserved, House i Mohito na Cypr (to państewko to też bohater trwającego gigantycznego kryzysu finansowego) jest faktem. Walka z rajami podatkowymi oraz przeciwdziałanie unikaniu płacenia podatków i oszukiwaniu fiskusa to priorytety G7, G20 i Unii Europejskiej. Działania UE w tym zakresie są istotnym elementem pakietu reform systemu finansowego i gospodarczego. Ma on na celu stworzenie instrumentów, które lepiej zabezpieczą unijną gospodarkę i jej finanse na wypadek przyszłego kryzysu a nawet, w miarę możliwości, pozwolą takiego kryzysu uniknąć.

Dezercję podatkową poprzez offshoring, zjawisko naganne, można też nazwać "optymalizacją podatkową". Brzmi lepiej. Nie chodzi bynajmniej tylko o leksykę, ale o dogmaty. Optymalizacja podatkowa w tym znaczeniu to termin z arsenału wyznawców dogmatu prawa do chciwości. Głoszą go na przykład wielbiciele Adama Smitha, który uważał, że motorem i zasadą przedsiębiorczości jest egoistyczna chęć zysku. Naiwnie wierzył, że przy okazji indywidualnego wzbogacenia wypełniona zostanie rola społeczna, zaspokojona będzie potrzeba zbiorowości. Dzisiejsi miłośnicy neoliberalizmu tym drugim, rzeczywiście naiwnym wymiarem, nie zawracają już sobie głowy. Koncentrują się na hołubieniu cnoty chciwości. Cnotliwe na przykład jest przeciwstawienie się regulacjom państwa, które chciwość mają ograniczać lub zaprzęgąć w kierat pożytku społecznego. Niekontrolowana spekulacja, której elementem są też niektóre mechanizmy "optymalizacji podatkowej", to - zdaniem Josepha Stiglitza, laureata ekonomicznego Nobla - główna przyczyna kryzysu, który wybuchł w latach 2007-2008.

Chciwość zaspokajana na drodze przestępstwa łączy Jordana Belforta z Henrym Hillem. To jasne. Czy jednak wielkim nadużyciem byłoby stwierdzenie, że ekonomia chciwości to mianownik łączący Wilka z Wallstreet z szefami LPP? Obawiam się, że niewielkim.



2013-03-18

Na Cyprze (nie) okradają biedaków

Żeby wszystko było jasne od pierwszego zdania: nie, nie uważam, żeby zabieranie ludziom pieniędzy z kont było w porządku; tak, myślę, że przynajmniej tych drobnych ciułaczy lepiej byłoby oszczędzić. A jednak nie oznacza to, że mi po drodze z tabunem konserwatystów-patriotów, oburzonych i  niepokornych, którzy łzami współczucia wyrażają swoją solidarność z biednymi Cypryjczykami a pomrukiwaniem oburzenia - potępienie wobec podłej, okradającej ludzi Brukseli. Śledząc wymianę tweetów między patriotami-eurofobami, mam zresztą wrażenie, że wszystko im się miesza, a najbardziej łzy z uśmieszkiem. Uśmieszkiem satysfakcji, że można sobie na Unii poużywać i "lemingi" nastraszyć, że też im kiedyś władza (w ich przypadku: Tusk), konta okradnie. Tusk i Eurogrupa, Bruksela i MFW,  Dijssebloem i EBC, cypryjski rząd, prezydent i wszyscy komisarze (tak, nawet ten od administracji i ten od rybołówstwa, poczytajcie Warzechę, naprawdę) - wszyscy są winni. Winny, jak zwykle w populiźmie, jest "establishment". Czyli Bruksela. Ufff… Bruksela się rozleci.

Otóż nie, nic się nie rozleci. Okazuje się, że "Bruksela" jest zdolna do innowacji. Brawo. Okaże się już niedługo, że błędem byłoby powtórzenie na Cyprze scenariusza greckiego, bo Cypr nigdy nie byłby w stanie spłacić zadłużenia, gdyby UE udzieliła mu większej pożyczki, a jego gospodarka nie podniosłaby się w dającej się przewidzieć przyszłości. Krytycy przyjętego w sobotę rozwiązania z równym zapałem rzuciliby się do krytyki każdego innego rozwiązania, z greckim na czele, nie bez cienia racji krzycząc wtedy, że Cypr został pozbawiony suwerenności. Tymczasem w sobotę decyzję o obłożeniu kont obywateli jednorazowym podatkiem podjął suwerenny rząd cypryjski. Być może we wtorek parlament suwerennego Cypru tej decyzji nie poprze. Może uzna, że mniej zasobne konta, na przykład te poniżej 25 tysięcy euro trzeba wyłączyć z tego nadzwyczajnego obowiązku podatkowego. Tak czy owak, gdzieś brakujące pieniądze trzeba będzie znaleźć.

A. Merkel i N. Anastasiades, Szczyt EPL, styczeń 2013      ©CE2013
I tu jest pies pogrzebany. Cypryjski rząd dlatego chciał - wbrew opinii przedstawicieli Komisji Europejskiej i niektórych członków Eurogrupy - obciążyć posiadaczy drobnych oszczędności, żeby nie obciążać za bardzo posiadaczy większych fortun. Pewnie niektórzy odkryli temat dopiero w ten weekend, ale opcja sięgnięcia po depozyty bankowe była dyskutowana od wielu tygodni. Cypryjskie władze ostrzegały, że to zahamuje napływ inwestycji, bo zmniejszy wiarygodność banków cypryjskich. W sobotę, z tego samego powodu, rząd Cypru stawał na głowie żeby nie przekroczyć liczby dwucyfrowej. Psychologiczna granica ponoć. Dlatego największe depozyty obciążone są podatkiem 9,9%. 12 czy 13% - co pozwoliłoby ulgowo potraktować mniej zasobnych posiadaczy kont - nie wchodziło w rachubę. Rosjanom te 9,9% też się nie podoba. Rosjanom - bo to oni, za przyzwoleniem władz Cypru, zamienili tamtejsze banki w pralnię brudnych pieniędzy. Aż dziw, że patriotyczno-konserwatywni oburzeni, zwykle antyrosyjscy, nie chcą tego dostrzec. Pewnie dlatego, że fobie antyeuropejskie i antyniemiecki przedkładają ponad fobie antyrosyjskie.

Co do najbiedniejszych Cypryjczyków, to powiedzmy sobie szczerze: dawno już przejedli swoje oszczędności, bo wymógł to na nich kryzys. W nich podatek nie uderzy. To tyle na pocieszenie naszych patriotycznych janosików i innych wielbicieli Jakuba Szeli. Czy należy podzielać obawy cypryjskiego rządu, że system bankowy straci zaufanie zagranicznych inwestorów? Po części na pewno tak. Włosi do dziś pamiętają, jak socjalistyczny premier Amato obłożył podatkiem depozyty w 1992. A było to tylko 0,6%. Nic w porównaniu do podatku cypryjskiego. Wtedy wystarczyło, bo chodziło o zupełnie inną sytuację. A przede wszystkim Włochy to wielki kraj. No właśnie, parę słów o wielkości kraju.

Wielkość kraju, wielkość i struktura systemu finansowego mają znaczenie. Przykład Islandii, która chciała być małą Szwajcarią, bankowym rajem, tak jak Cypr: w wyniku kryzysu sektora finansowego pół miliona depozytów na kontach zagranicznych filii islandzkich banków zostało zablokowanych (inaczej niż na Cyprze, gdzie tyko krajowe depozyty i tylko do środy są zablokowane). Pół miliona depozytów w państewku liczącym 320 tysięcy mieszkańców! Islandia to nie Cypr, ale warto o niej wspomnieć, bo to przypadek, którego eurofoby nie lubią: Islandia nie ma euro, nie jest nawet członkiem UE. To nie "Bruksela" blokowała tam depozyty. Ale tak jak na Cyprze, mikrogospodarka oparta na usługach finansowych nie była w stanie poradzić sobie, gdy system finansowy stał się niewypłacalny. Na Cyprze tej sytuacji uniknięto. Dzięki specjalnemu podatkowi od depozytów, ale przede wszystkim dzięki 10 miliardom euro pożyczki od innych państw Eurolandu. Tak, to jest wyraz europejskiej solidarności.

Eurogrupa zrzuci się na 10 miliardów wsparcia dla cypryjskiej gospodarki, której wartość to 0,2% unijnego PKB. Której PKB jest pięć razy mniejsze niż mające zostać opodatkowane depozyty bankowe. Depozyty w bardzo dużym stopniu dość niejasnego pochodzenia. Ale przyciągające inwestorów rajskim oprocentowaniem, do 7%! Oprocentowaniem wynikającym z ryzykowanych inwestycji w greckie produkty finansowe. Bardzo ryzykowne, jak się potem okazało, skoro stały się przyczyną 50% strat poniesionych przez cypryjskie banki. Strat wartych 10 miliardów euro, w państwie liczącym ponad połowę mniej mieszkańców niż Warszawa. Rosjanie Rosjanami, ale Cypryjczycy sami uwierzyli, że mogą sporo zarobić w sposób, którego wysoki stopień ryzyka został już przeanalizowany i opisany tysiące razy odkąd zaczął się globalny kryzys finansowy. Naiwność? Jeśli tak, to po części nagrodzona: rzeczywiście sporo zarobili. Dziś oddadzą niewielką stosunkowo część zysku, by dołożyć się do ratowania swojego państwa. Trudno to nazwać grabieżą biedaków i rozbojem w biały dzień.

2013-03-17

Rosyjskie pieniądze cypryjskich banków

W 2011 roku Rosjanie wpłacili na konta cypryjskich banków prawie 120 miliardów euro. W przeciwną stronę, z Cypru do Rosji, popłynęło blisko 130 miliardów euro. W 2012 roku przepływy w obie strony bynajmniej nie ustały, chodzi o trwałą tendencję. Kiedy pieniądze płyną tak szerokim strumieniem w tę i z powrotem, "wiedz, że coś się dzieje", jak by powiedziała gwiazda YouTube'a, ksiądz Natanek.

"Że coś się dzieje" szybko zauważyli Niemcy, a przede wszystkim niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Trudno być zaskoczonym jego czujnością skoro za każdym razem, gdy trzeba unijnym groszem wspomóc tego czy innego potencjalnego bankruta, to właśnie Niemcy muszą wyłożyć największą kwotę. Nie ma dnia, żeby niemiecka prasa nie pisała o wątpliwościach co do legalności rosyjsko-cypryjskch transakcji, a Schaeuble otwarcie mówi o praniu brudnych pieniędzy na wielką skalę. Jean-Claude Juncker i jego następca na stanowisku szefa Eurogrupy, Jeroen Dijsselbloem też nie szczędzili krytyk.

Uroczystości z okazji przyjęcia Cypru i Malty do strefy Euro, 2007 ©CE
Od kiedy Cypr przystąpił do strefy euro w 2008 roku Rosjanie masowo zaczęli rejestrować tam firmy. Firmy zwykle zupełnie nieznane, będące własnością ludzi, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z biznesem, a przynajmniej z legalnym biznesem. W prasie od czasu do czasu ukazywały się budzące konsternację wywiady z rosyjskimi "inwestorami", którzy nawet nie bardzo starali się udawać, że mają jakiekolwiek biznesowe kwalifikacje. Skąd brali pieniądze - nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że jest ich dużo: ich napływ od 2008 roku sprawił, że wartość depozytów w cypryjskich bankach wzrosła o 100%, osiągając poziom 40%  cypryjskiego PKB. Jedna trzecia depozytów należy do Rosjan. Stanowi to ponad 25 miliardów euro (w kraju, którego gospodarka warta jest 17 miliardów euro!).

Nic dziwnego w tej sytuacji, że rozwój wypadków z uwagą śledzi też Moskwa. Były cypryjski prezydent, Dimitris Christofias, jedyny komunistyczny przywódca państwa w UE, starał się jeszcze parę miesięcy temu wywrzeć presje na partnerów ze strefy euro prowadząc z Rosją intensywne negocjacje w sprawie pożyczki. Oświadczył, że Cypr jest w niezłym stanie i dzięki rosyjskiej pomocy pewnie poradzi sobie bez unijnych pieniędzy, skoro warunkiem ich otrzymania miałyby być warunki uderzające w poziom życia Cypryjczyków. Nowy prezydent, Nicos Anastasiades, uważany za proeuropejskiego, od pierwszego dnia urzędowania zintensyfikował negocjacje z Eurogrupą i doprowadził wczoraj do porozumienia. Opiera się ono na jednorazowym opodatkowaniu depozytów bankowych (tutaj więcej na ten temat). Jako kompensatę właściciele kont dostaną akcje rekapitalizowanych banków. Marna pociecha. Jako dobrzy klienci cypryjskich banków również Rosjanie dołożą się do pakietu ratunkowego. Raczej nie powinni protestować: lepiej stracić 10% niż wszystko, co niechybnie by nastąpiło, gdyby doszło do zapowiadanego na maj bankructwa cypryjskiego systemu finansowego. Ale nie oznacza to, że Rosja wycofuje się z gry: zapowiada korzystniejsze warunki spłaty 2,5 miliarda euro, które Christofias pożyczył w Moskwie dwa lata temu.

Na początku marca szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi ostrzegał, że problemy gospodarki cypryjskiej, mimo jej mikroskali, mogą mieć dalekoidące skutki systemowe dla całej strefy euro. Obawy przed systemowymi zagrożeniami wypływającymi z niestabilnej sytuacji jednego kraju strefy euro stoją za wszystkimi decyzjami w sprawie pakietów pomocowych podjetymi dotychczas przez Eurogrupę. Cypr dołączy teraz do grupy krajów, które uzyskały poprzednio pieniądze na ratowanie systemu finansowego (Grecja, Portugala, Irlandia). Za każdym razem program pomocy nakłada na beneficjenta drakońskie warunki: cięcie wydatków i długofalowe reformy strukturalne. Ale każdy program jest inny, bo zależy od specyficznych uwarunkowań. Cypr jest jedynym państwem, w którym część pieniędzy na ratowanie banków ma pochodzić z prywatnych kont. Rosyjskie koneksje i zarzuty prania brudnych pieniędzy na masowa skalę wobec kraju, który oparł swoją gospodarkę na rozwoju usług finansowych to jeden z kluczowych elementów cypryjskiej specyfiki.

Nie zmienia to wszystko faktu, że nawet po zmianie prezydenta wyspa Afrodyty (jak miłośnicy mitologii mówią o Cyprze) z uporem zaprzecza jakoby jej system finansowy miał być gigantyczną pralnią pieniędzy. Czyżby więc nowy mit? Ministrowie finansów strefy euro i międzynarodowe organizacje finansowe jakoś nie chcą uwierzyć, że 10 tysięcy Rosjan mieszkających w Limassol dało się skusić wyłącznie pięknu śródziemnomorskich krajobrazów.

Na Cyprze obywatele hojni mimo woli

N. Anastasiades i J.M. Barroso, szczyt UE 14/03/2013               ©CE
Cypryjczycy ratują swoje państwo przed bankructwem. Ale o swojej obywatelskiej postawie dowiedzieli się już po fakcie, bo decyzję podjęto za nich. Ci, którzy mieli na kontach do 100 tysięcy euro, uszczuplili swoje oszczędności o  6,7%. Bogatsi - o 9,9%. Dzięki temu w jeden weekend udało się uzbierać 5,8 miliarda euro. Na kolejne dziesięć miliardów złożą się państwa strefy euro.

Wartość gospodarki Cypru szacuje się na ponad 17 miliardów euro. Takiej samej kwoty poszukiwał Cypr na trzyletnią rekapitalizację swoich banków. Ale udzielenie Cyprowi pożyczki równej wartości całej jego gospodarki wywindowałoby dług publiczny (już przecież olbrzymi) na poziom tak wysoki, że Cypr nigdy nie byłby w stanie go spłacić. Cała operacja ratowania wyspiarskiego państwa i jego systemu finansowego przed bankructwem okazałaby się wówczas jedynie kosztownym sposobem przedłużania agonii. Zbyt kosztownym dla Niemiec, które ze swej kasy dokładają najwięcej. Dzięki operacji przeprowadzonej w wyniku porozumienia rządu cypryjskiego z państwami strefy euro uda się zatrzymać dług publiczny na poziomie 100% PKB w 2020. A to jest poziom do zaakceptowania dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Taki warunek postawiła Christine Lagarde, szefowa MFW. W przeciwnym razie linia kredytowa Funduszu zostałaby dla Cypru zamknięta.

Cypr jest jedynym krajem strefy euro, w którym tak bezpośrednio sięgnięto do kieszeni obywateli by ratować system bankowy.

Oświadczenie Eurogrupy ws. porozumienia cypryjskiego

2012-07-09

Cypryjskie niespodzianki


Demetris Christofias, prezydent Cypru
Duńskie przewodnictwo w Radzie UE przeszło prawie niezauważone. Zwłaszcza, jeśli zauważalność mierzyć polską miarą. Ale w Polsce prezydencja to było wydarzenie, w Danii natomiast – rutyna. Owszem, Duńczycy przez chwilę zagościli na pierwszych stronach gazet dzięki rządowemu kryzysowi i sukcesem populistyczno-nacjonalistycznych ugrupowań, oraz dzięki wysłaniu celników na granice wbrew zasadom Schengen, ale wszystko to odbyło się niejako poza prezydencją.  Przyszła prezydencja cypryjska.
Cypryjczycy ledwo zauważyli, że ich kraj sprawuje przewodnictwo w UE. Cypryjczycy greckojęzyczni ma się rozumieć, ci z południowej części wyspy, bo ci drudzy nie sprawują niczego, właściwie, to prawie ich nie ma, skoro jedynym państwem uznających republikę północnego Cypru jest Turcja. Z braku wystaw sztuki współczesnej, koncertów i jakichkolwiek politycznych ambicji cypryjskiej prezydencji, to właśnie cypryjscy Turcy mogą nam dostarczyć najwięcej emocji. Turcja, kraj kandydujący do UE, zapowiadała wcześniej, że cypryjską prezydencję będzie bojkotować. Logiczne: Turcja nie uznaje grecko-cypryjskiej państwowości. Przedstawiciele UE sprawą specjalnie się nie przejmują i słusznie: skoro Turcja nie chce rozmawiać z prezydencją UE, to jej sprawa. Nikt nikogo do UE na silę nie ciągnie. A już na pewno nikt nie ciągnie Turcji. Komisarze unijni podróżują zresztą po całej wyspie, udają się również na północ i spotykają się z tamtejszymi Cypryjczykami. Nie oznacza to, że uznają państwowość północnego Cypru, wręcz przeciwnie: zupełnie ją ignorują. Nie spotykają się przecież z jej samozwańczymi władzami, północ Cypru – tak jak wszystkie państwa świata poza Turcją – uważają za terytorium pod obcą okupacją. (Swoją drogą, to niezwykła sytuacja, gdy kandydat do UE okupuje kawałek unijnego terytorium, po zajęciu go manu militari).
W codziennej praktyce sytuacja bywa bardziej skomplikowana, bo północni czy – jak kto woli – tureccy Cypryjczycy, zastawiają na komisarzy i innych przedstawiciel UE medialne pułapki. Zabawa w kotka i myszkę polega na przykład na nagłym pojawieniu się przedstawiciela nieuznawanych władz na spotkaniu z udziałem wysłannika UE. Kilka zdjęć – i już problem gotowy. Zdarza się też, że wywiad opublikowany po grecku w Nikozji jest przedrukowany przez tureckojęzyczną gazetę wydawaną w mieście Lefkoşa (to też Nikozja, tylko północna, dlatego po turecku). W tłumaczeniu na turecki, ale niezbyt dokładnym, bo pojawiają się tam odniesienia do Republiki Północnego Cypru czy do rządu samozwańczej republiki – jedno i drugie nie do pomyślenia w oryginalnej wersji. Można się spodziewać, że podczas prezydencji te praktyki staną się jeszcze liczniejsze a komisarze odwiedzający Cypr bardzo się będą musieli nagimnastykować, żeby czegoś nie palnąć, albo żeby nie dać sobie zrobić zdjęcia na niewłaściwym tle.


Oczywiście Cypryjczyków wszystko to dziś obchodzi znacznie mniej, niż niespodzianka, którą przygotował im na inaugurację prezydencji prezydent Christofias. Jeszcze kilka tygodni temu słyszeli, że z cypryjską gospodarką wszystko jest w porządku, a chwilowe zachwiania wynikające z silnego powiązania z greckim systemem bankowym i z Grecją w ogóle da się złagodzić dzięki rosyjskiej pożyczce. Tymczasem Cypr wystąpił o dodatkową pomoc do UE. Teraz Cypryjczycy boją się, że zostaną im postawione tak drakońskie warunki jak Grekom. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...