Pokazywanie postów oznaczonych etykietą handel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą handel. Pokaż wszystkie posty

2013-11-22

Pochwała chińskich standardów

Jaki kierunej wskazuje W. Janukowyczowi K. De Gucht, komisarz UE
ds. 
handlu? Raczej wiadomo. Kijów, 
2.10.2013                             ©UE 
Ci, którzy oskarżają Unię Europejską o stawianie Ukrainie politycznych warunków, uniemożliwiających ponoć stowarzyszenie z Ukrainą, albo nie wiedzą czym są europejskie standardy demokracji i państwa prawa, albo je odrzucają. Jedynie na pierwszy rzut oka może dziwić fakt, że podobne zarzuty formułują wobec UE narodowcy i kombatanci PZPR. Nie po raz pierwszy łączy ich tęsknota za państwem, któremu europejskie wartości są obce. Słowa Miłosza "Jest ONR-u spadkobiercą Partia" nie straciły nic na aktualności, czego dowodzą między innymi komentarze na temat relacji UE z Ukrainą. Takie jak te wypowiadane przez Leszka Millera.

Ukraińska Rada Najwyższa odrzuciła dzisiaj pakiet projektu ustaw, które miały pozwolić na spełnienie unijnych wymagań warunkujących podpisanie układu stowarzyszeniowego. Nie po raz pierwszy zresztą: termin głosowania był wielokrotnie przekładany. Za każdym razem parlamentarna większość dawała Unii sygnał: nie mamy odwagi powiedzieć wam wprost, że warunków nie spełnimy, weźcie i się domyślcie. Za każdym razem dawała sygnał Rosji: was boimy się jeszcze bardziej, pamiętamy o naszych naturalnych więzach. Nie wynika to tylko z czystego wyrachowania. Partia Regionów, jej olbrzymi elektorat i wielu w ogóle nie głosujących Ukraińców, zwłaszcza we wschodniej części kraju, rzeczywiście jest przekonana o słuszności rosyjskiego wyboru. Ba, o jego naturalnym charakterze.

Unia Europejska do ostatniej chwili udawała Greka. Z różnych powodów. Gospodarczo umowa o wolnym handlu, zasadnicza z ekonomicznegompunktu widzenia część układu stowarzyszeniowego, rzeczywiście jest dla UE ważna. Przy zachowaniu właściwej skali podobnie ważna jak inne umowy handlowe, która UE regularnie zawiera. O energii nawet nie wspominam, to oczywiste. Opłacało się więc łudzić, że może się uda, bo cuda się zdarzają. Trzeba też było wytrwać do ostatniej chwili z powodów politycznych, choćby ze względu na Polskę i Litwę. Wizerunkowo wreszcie nie było powodu by zbyt wcześnie ogłaszać porażkę. Parlamentarna misja Coxa i Kwaśniewskiego w ostatnich kilku tygodniach służyła już wyłącznie zachowaniu pozorów. Zniewagi jakie ze strony Janukowycza znosili obaj politycy: kłamstwa w żywe oczy, wielogodzinne oczekiwanie na spóźniającego się rozmówcę, prostackie zwodzenie podczas prowadzących donikąd spotkań, odwołane w ostatniej chwili zebrania, dowodzą wielkiej determinacji z ich strony. Chcę wierzyć, że wyłącznie z oddania sprawie, a nie z chęci przedłużania misji z powodu braku lepszego politycznego zajęcia.

Zwolennicy zbliżenia z Ukrainą mają się o co martwić, skoro dzisiejsza decyja Rady Najwyższej zablokowała sytucję prawdopodobnie na dwa lata, bo w 2014 mamy wybory europejskie w UE, a w 2015 wybory na Ukrainie. Unijny komisarz do spraw rozszerzenia odwołał dziś swój wyjazd do Wilna, bo jego udział w szczycie Partnerstwa Wschodniego nie ma już żadnego uzasadnienia: stowarzyszenia z Ukrainą nie będzie. Nic jednak nie może usprawiedliwić słów Leszka Millera, który oskarżał dziś UE, między innymi na Tweeterze, o popełnienie "fatalnych błędów". "Do tego prowadzi prymat polityki nad ekonomią" - mówi Miller. Jednoznacznie daje do zrozumienia, że gdy chodzi o pieniądze, nie należy zawracać sobie głowy prawami człowieka, demokracją, państwem prawa.

To sposób rozumowania, który obowiązuje na przykład w komunistycznych, choć wolnorynkowych Chinach. Ma zalety: dzięki temu pragmatycznemu podejściu Chiny podbijają dziś gospodarczo Afrykę. Podpisywanie umów handlowych jest łatwiejsze, gdy nie towarzyszą im wymagania polityczne. UE je stawia, gdy jest w stanie uzyskać to, na czym jej zależy. Fakt, że bywa bardziej "pragmatyczna", gdy rozmawia o gospodarce z Rosją albo Chinami właśnie, a bardziej wymagająca, gdy jej partnerem są kraje rozwijające się, zależne od jej pomocy finansowej. W przypadku Ukrainy, bliskiego - również geograficznie - partnera, potencjalnego kandydata do członkostwa sformułowanie politycznych wymagań jest szczególnie uzasadnione. Z UE już tak jest: kiedy Polska przystępowała do UE musiała sprostać tak zwanym kryteriom kopenhaskim, między innymi politycznym. Leszek Miller pewnie jeszcze pamięta: były one zaprzeczeniem PRL-u. Można zarzucać UE, że czasem przedkłada realpolitik nad obronę europejskich wartości. Ale nie można nie wiedzieć, że zasadniczym elementem unijnej doktryny w relacjach międzynarodowych jest promowanie tych wartości i odrzucenie poglądu, że wolny rynek jest ważniejszy niż demokracja.

Miller cytuje opinię ukraińskiego komentatora, wedle której błąd UE polegał na "sprowadzeniu wszystkiego do uwolnienia Tymoszenko". To nieprawda, choć oczywiście kwestia więźniów politycznych jest bardzo istotna. Ponieważ jest istotna, niektóre unijne rządy, do pewnego czasu również Polska, rzeczywiście żądały przynajmniej umożliwienia Tymoszenko leczenia za granicą. Ten warunek szczególnie uporczywie formułuje Angela Merkel. Ale oficjalne stanowisko UE wymienia trzy warunki: zgodny z europejskimi i międzynarodowymi standardami system wyborczy, zaprzestanie wybiórczej sprawiedliwości (przykładem jej stosowania jest Tymoszenko) i spełnienie wymagań sformułowanych przez Radę Europejską 10 grudnia 2012. UE nigdy nie zastąpiła tych warunków jednym, uwolnienia Tymoszenko, choć tak może się wydawać na podstawie lektury gazet.


Od czasu odzyskania niepodległości Ukraina ma zasadniczy problem z dokonaniem wyboru cywilizacyjnego. Podobny problem, od czasu zmiany systemu politycznego w Polsce, mają nacjonaliści i postpezetpeerowska lewica, jedni i drudzy przeżarci PRL-em. Endecko-oenerowski rodowód polskich narodowców wyklucza wszelką nadzieję na zmianę ich sposobu myślenia. Ale lewica ma szansę, pod warunkiem, że nastąpi wielka zmiana świadomości i liderów. Dla dobra lewicy Miller musi z polityki odejsć, bo należy do innego świata.

2013-07-17

Negocjacje handlowe: granice transparencji, granice populizmu

Unia Europejska rozpoczęła negocjacje o wolnym handlu z USA. Kolejna runda odbędzie się w październiku, w Brukseli. Francuska minister do spraw handlu handlu zagranicznego, Nicole Bricq, zażądała od Komisji Europejskiej upublicznienia unijnego mandatu negocjacyjnego, żeby rozmowy "nie toczyły się za plecami ludzi i społeczeństwa obywatelskiego". Postulat ten jest tak niezwykłą mieszanką głupoty, hipokryzji i populizmu, że należałoby go uznać za wyjątek w praktyce prowadzenia negocjacji. Pytanie tylko, czy jest to element "wyjątku kulturalnego", którego tak bardzo broni Francja, czy po prostu objaw osobistej bezrozumności i własnego cynizmu pani minister.

W UE, w imieniu państw członkowskich, negocjacje handlowe z państwami trzecimi prowadzi Komisja Europejska na mocy mandatu negocjacyjnego uzgodnionego z unijnymi rządami. Faza uzgodnień była tym razem bardzo trudna, a ich wynik oznaczał ograniczenia negocjacyjnego pola manewru Komisji i tym samym osłabienie pozycji UE (pisałem o tym na tym blogu już wcześniej tutaj i tutaj). Amerykańscy negocjatorzy są w znacznie wygodniejszej sytuacji, bo nie musieli z nikim ustalać zakresu i sposobu negocjacji, nikomu też nie przyszłoby do głowy, aby domagać się ujawnienia amerykańskiego mandatu negocjacyjnego. Bo też negocjacje handlowe wymagają pewnej dyskrecji. Tak, rozmowy odbywają się za zamkniętymi drzwiami, nie na placu publicznym.

W negocjacjach międzynarodowych (ale nie handlowych) zdarzają się wyjątki. Na przykład polskie stanowiska negocjacyjne w czasie rozmów dotyczących przystąpienia do UE był publikowane z przyczyn, na które powołuje się pani Bricq. Było to politycznie uzasadnione, odpowiadało wymogowi transparencji w debacie społecznej o członkostwie. Ale negocjacje w sprawie wolnego handlu z zagranicznym partnerem to co innego. Czyżby pani minister Bricq tego nie wiedziała?

Pani Nicole Bricq udało się wcześniej przekonać niedoinformowanych artystów, wśród nich Agnieszkę Holland i Andrzeja Wajdę, że szykuje się zamach na "wyjątek kulturalny", to znaczy na państwowe subsydia, na unijne dopłaty, na nierynkowy charakter artystycznej produkcji, głównie filmowej. Unijny wyjątek kulturalny nigdy jednak nie był zagrożony. Zostali wplątani w polityczną histerię rozpętaną na użytek francuskiej opinii publicznej. Dziś pani Bricq daje do zrozumienia opinii publicznej, że chce jawności negocjacji. Choć sama jako mister handlu zagranicznego wie, że takie negocjacje nigdy nie są jawne. Dlatego posługuje się niewiele znaczącym symbolem, jakim jest upublicznienie mandatu negocjacyjnego.

Bo powiedzmy sobie szczerze: mandat negocjacyjny UE nie zawiera informacji o strategii i taktyce, nie definiuje marginesów negocjacyjnych. W sumie nic by się nie stało, gdyby go ogłoszono. Decyzja jednak należy do państw członkowskich reprezentowanych w Radzie UE. To one mandat zdefiniowały. To w ich imieniu, również w imieniu Francji, Komisja prowadzi negocjacje. Dlaczego francuska minister występuje ze swym odważnych wnioskiem do Komisji, która bez porozumienia z państwami członkowskich, nie może mandatu ujawnić? Dlaczego nie rozmawia z partnerami w Radzie? Z pobudek czysto populistycznych. Wszak najlepszy sposób na nieotrzymanie odpowiedzi to złe zadresowanie listu. Chodzi o dalsze budowanie wizerunku nowej Joanny d'Arc, obrończyni "wyjątku kulturalnego" i przyjaciółki ludu, który o wszystkim na bieżąco powinien być informowany. Nie zdziwiłbym się, gdyby następnym krokiem było wezwanie do narodowego referendum w sprawie wolnego handlu z USA.

I wreszcie rzecz najzabawniejsza: mandat nie został formalnie upubliczniony przez państwa członkowskie, nie zrobiła tego Francja, nie zrobiła Komisja Europejska. A mimo to jest on powszechnie dostępny. Niemal natychmiast po przyjęciu go przez Radę UE został opublikowany w internecie. Wyciekł. Informacje na ten temat pojawiły się na przykład na portalu S2B Network. A sam dokument jest dostępny tutaj. Przypomina to trochę legendę, wedle której w 2012 projekt porozumienia ACTA był ukrywany przed opinią publiczną, podczas gdy od dawna umowa była dostępna w internecie, również na stronach instytucji unijnych (ale nie Rady), a Parlament Europejski już od 2010 dyskutował na ten temat w komisjach parlamentarnych i na sesji plenarnej.

2013-06-14

UE negocjuje sama z sobą mandat na negocjacje handlowe z USA

Ministrowie handlu zagranicznego UE, którzy obradują dziś od 10:00 w Luksemburgu by określić mandat negocjacjacyjny na rokowania handlowe z USA, mają cztery opcje:
1) przyjąć jednogłośnie propozycję Komisji Europejskiej i włączyć sektor kultury, z przemysłem audiowizualnym na czele, do negocjacji w sprawie wolnego handlu z USA;
2) poprzeć stanowisko Francji i utrzymać zasadę "wyjątku kulturalnego" w negocjacjach handlowych;
3) udzielić Komisji Europejskiej ograniczonego mandatu negocjacyjnego, włączając kulturę do negocjacji, ale zobowiązując Komisję do konsultowania z Radą (a w praktyce z Francją) każdego kroku w tej dziedzinie;
4) przyjąć do wiadomości francuski (a może też belgijski i grecki) opt-out w dziedzinie kultury.

Pierwsza opcja jest właściwie nierealna: Francja wyraźnie powiedziała, że użyje prawa weta, a decyzja musi być podjęta jedomyślnie. Wtedy negocjacje nie mogłyby się rozpocząć. Druga możliwość okazałaby się bez wątpienia bardzo kosztowna dla UE. Wyłączenie kultury z negocjacji (stanowi ona 2% unjijnej wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi) wywołałoby po stronie amerkańskiej żądanie wyłączenia innych obszarów, na przykład zamówień publicznych (10% unjijnego handlu z USA). Na dodatek takie rozwiązanie osłabiłoby pozycję negocjacyjną Komisji: jak przekonać Amerykanów, że kultura nie ma zasadniczego znaczenia w tych negocjacjach, skoro państwa członkowskie UE uczyniły z niej priorytet? Obrona tego priorytetu może być kosztowna również dlatego, że kultura to drugie, po zbrojeniach, eksportowe źródło dochodu dla USA. Nie można jednak tej opcji wykluczyć, bo Francja, paradoksalnie, może uzyskać wsparcie dwóch państw najmniej skłonnych doj obrony "wyjątku kulturalnego": Niemiec i Wielkiej Brytanii. Jedni i drudzy wolą wyłączenie kultury niż francuskie weto i de facto klęskę negocjacji zanim się jeszcze zaczęły. Zwłaszcza w kontekście czternastego szczytu USA-UE. Trzecią propozycję przedstawiła Francji Komisja Europejska w czwartek, ale nie spotkała się ona z entuzjazmem Francuzów. Czwarta opcja oznacza, że Francji (i ewentualnie innych państw, które zdecydują się na opt-out), dotyczyłyby wszystkie zapisy wynegcjowanej przez Komisję umowy handlowej z USA z wyjątkiem tych obejmujących kulturę. Konferencja prasowa, na której decyzja państw członkowskich ma zostać ogłoszona, została optymistycznie wyznaczona dzisiaj na 12:30.

Aktulizacja:  Po wielogodzinnych dyskusjach w Luksemburgu Francja postawiła wieczorem na swoim: kultura została "tymczasowo" wyłączona z negocjacji handlowych UE z USA. Wygrała opcja 2. Jedyne co udało się uzyskać, to pozostawienie otwartych drzwi: decyzja nie jest ostateczna. Ale wygląda to na papierowy kompromis, o którym wszyscy szybko zapomną.

Komisja Europejska ogranicza swoje kompetencje

Komunistyczna L'Humanité z 14.05.2013 przestrzega
przed komercjalizacją kinematografii, ale 

w tej sprawie nie ma różnic miedzy lewicą a prawicą
Zawsze było tak, że Komisja Europejska występowała w negocjacjach handlowych z państwami trzecimi jako przedstawiciel całej Unii Europejskiej, wszystkich jej państw członkowskich. Tak niedawno negocjowano porozumienie o wolnym handlu z Koreą i z Kanadą. Tak miało być i tym razem, w negocjacjach ze Stanami Zjednoczonymi.

Jak zwykle państwa członkowskie miały dogadać się w sprawie mandatu negocjacyjnego dla Komisji na posiedzeniu ministrów handlu w piątek, 14 czerwca. Ale w czwartek stało się jasne, że się nie dogadają, bo Francja ani myśli odstępować od groźby weta, gdyby unijne stanowisko nie zostało określone tak, jak Paryż sobie tego życzy. Chodzi o wyłączenie całego sektora usług i dóbr kultury z negocjacji handlowych w imię zasady "wyjątku kulturalnego" (pisałem o tym przedwczoraj tutaj). Na nic nie zdały się zapewnienia Komisji Europejskiej, że żadna z obowiązujących dziś w sektorze kultury reguł nie jest przedmiotem negocjacji.

Po raz pierwszy Komisja Europejska zdecydowała się więc ograniczyć swe kompetencje w handlu zagranicznym. Owszem, będzie negocjować z USA w imieniu UE, ale gdy przyjdzie rozmawiać o sektorze audiowizualnym i o internecie, każdy krok będzie konsultowany z państwami członkowskimi. Taktyka Komisji jest jasna: nie ufacie nam? Dobrze, patrzcie nam na ręce, powstrzymacie nas, gdyby coś szło nie po waszej myśli. Ale przynajmniej zacznijmy te negocjacje. Czy Francja zgodzi się na to rozwiązanie okaże się już za parę godzin. Stawka jest wysoka dla całej Unii Europejskiej i dla USA, bo zyski z zawarcia porozumienia między dwiema największymi gospodarkami świata byłyby obopólne. Stawka jest też wysoka dla francuskiego rządu, bo sprawa coraz bardziej wymyka się spod władzy rozumu, coraz silniej grają emocje polityczne. Zmobilizowana jest cała klasa polityczna i nadzwyczaj wpływowe we Francji środowisko twórców kultury. Nie tylko francuskich i nie tylko europejskich. Poparcia udzielili im na przykład George Lucas i Steven Spielberg. Amerykanie było nie było. Pod petycją europejskich twórców w obronie wyjątku kulturalnego podpisał się między innymi Michel Hazanavicius, którego film The Artiste (Oscar w 2012, mój tekst o filmie) odniósł w USA sukces rzadko będący na tym rynku udziałem Europejczyków.

2012-02-14

Europa i Bliski Wschód: nie hodować satrapów, nie handlować demokracją


Al Kaida ogłasza dżihad przeciw rządom Baszara Al-Asada w Syrii. Irakijczycy walczący jeszcze niedawno w szeregach milicji Mahdiego  przeciw zachodniej koalicji, dziś dozbrajają syryjskich rebeliantów. Przeciw satrapie z Damaszku protestują islamiści w Libii. Autorytarne ale świeckie rządy na Bliskim Wschodzie upadają, a władzę przejmują islamiści. Tunezja, Egipt, Maroko - tak samo będzie w Syrii. Rzeczywistość pokazuje jak bardzo naiwne jest przekonanie, dość powszechne w naszej części świata, że upadek dyktatora oznacza zwycięstwo demokracji, a zwycięstwo demokracji oznacza świeckie rządy. Fakt, że upadających dyktatorów do niedawna jeszcze Zachód popierał albo przynajmniej tolerował, widząc w nich łatwiejszych do kontrolowania  partnerów niż w islamistach, dodaje tej naiwności politycznego dramatyzmu i każe się zastanowić jaki model partnerstwa UE i USA wypracują z rządami wyznaniowymi.

Nie musi być źle. Wszystkie bliskowschodnie rządy, o religijnej czy islamskiej proweniencji, kojarzą nam się z islamizmem. Islam to nie islamizm. Nie musi być ani fundamentalistyczny ani antyzachodni. Drogie nam zasady demokracji mogą pod tym rządami funkcjonować lepiej niż pod rządami Kadafiego, Mubaraka albo Asada. Nie ma jednak co udawać, że to nie w a część świata jest dla tych zasad ojczyzną. Jeżeli chcemy, by i tam funkcjonowały, nie możemy poddać się tezie o nieuniknionej wojnie cywilizacji, którą jedynie wolny rynek i międzynarodowy handel może powstrzymać. To nieprawda, że u nas demokracji bronić nie trzeba, bo już jest. I nie jest też prawdą, że dla jej utrwalenia wystarczy, żeby przetrwała w zachodnim skansenie idei. Te zasady muszą też być szanowane w otoczeniu Europy. Do ich obrony poza naszymi granicami potrzeba nie wojen krzyżowych, ale jasnego stawiania sprawy za każdym razem, gdy należy to zrobić. Na Bliskim Wschodzie, w Afryce i w Chinach. UE stawiając warunki dotyczące państwa prawa, demokracji, praw człowieka, a więc swoich wartości, przegrywa w Afryce konkurencję nie tylko z Chińczykami (których inwestycje, między innymi w wydobycie bogactw naturalnych, nie są takimi warunkami obłożone), ale i z USA. Na dłuższą metę jest to jednak niezbędne, nawet za cenę dostępu do niektórych surowców. Bo bez tych wartości nie ma Europy. Bez nich nie ma europejskiej soft power. A bez niej miejsce UE w świecie, i politycznie i gospodarczo, spada w rankingach. Europie nie wolno hodować satrapów pod pretekstem, że podpisuje z nimi umowy handlowe. I że jak my ich nie podpiszemy, to zrobią to Chińczycy. 

Claude Guéant                 Wikimedia Commons
Nie pomagają oczywiście ci politycy, którzy uważają za anachronizm wspominanie o prawach człowieka podczas handlowych negocjacji z satrapami. Nie ułatwiają sprawy i ci, którzy podczas swoich krajowych kampanii wyborczych głoszą wojnę cywilizacji. Zwłaszcza, gdy nie należą do politycznej ekstremy, ale do politycznego mainstreamu. Najświeższym przykładem jest choćby deklaracja francuskiego ministra spraw wewnętrznych Claude'a Guéant o wyższości zachodniej cywilizacji. Jestem jak najdalszy twierdzenia, że wszystkie cywilizacje są sobie równe; i że ich wzajemne przenikanie doprowadzi do jednej, pięknej ogólnoludzkiej cywilizacji. Tak nie będzie, bo cywilizacja, w odróżnieniu od kultury, to nie emanacja i materializacja gustów, ale społeczny projekt na przyszłość. To kwestia wspólnego wyboru wartości. A gdy wybory są inne i umowa jest zawierana na inny h zasadach to i cywilizacja jest inna. Tylko, że to są tematy na książkę, na uniwersyteckie debaty, na publicystyczne spory. Nie na kampanię wyborczą.

Claude Guéant swoje cywilizacyjne, karykaturalnie spłycone opinie głosi przed wyborami prezydenckimi by przyciągnąć do partii Sarkozy'ego elektorat skrajnej prawicy. Wie, że zostaną wykorzystane w populistycznym sporze o imigrację. Nie będę się rozwodził nad prawdziwymi poglądami ministra. I nad jego cynizmem. Zapytam tylko jak tacy politycy mają później rozmawiać z bliskowschodnimi rządami, dziś w większości wyznaniowymi, o wartościach innych niż handlowe? Jedyny sposób to robić to pomijając kwestie, o których nie ma - ich zdaniem - sensu rozmawiać. Kwestie może nie najwazniejsze, czasem wręcz uciążliwe, gdy sprzedaje się samoloty i czołgi albo kupuje ropę i kobalt.  Ale fundamentalne dla przyszłości UE i jej państw członkowskich i dla ich miejsca w świecie. Miejsca UE w ludzkich głowach i na światowych rynkach.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...