Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klimat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klimat. Pokaż wszystkie posty

2014-10-02

Jak Ewa Kopacz widzi Europę

Dla Ewy Kopacz przynależność Polski do Unii ma charakter utylitarny, w jej exposé nie znajdziemy, w odniesieniu do integracji europejskiej, nawet śladu wzniosłości i ideowości, które pojawiały się czasem w retoryce Tuska. Bo Unia to dla nas ciepła woda w kranie: jest oczywiście potrzebna, to nasza prosta, pragmatyczna codzienność. Europejski program Ewy Kopacz jest prosty: bierzemy, co tylko możemy, dawać nie zamierzamy. Jesteśmy w pierwszej unijnej lidze, ale wychylać się przed szereg nie będziemy, przeciwnie: pozostaniemy w tyle zawsze, gdy krok do przodu oznaczałaby dla nas koszty.


Ewa Kopacz w Brukseli, październik 2014                             ©UE
Dla premier polskiego rządu przynależność do Unii Europejskiej to oczywistość. Bezdyskusyjna. Unia to część Zachodu, rozumianego również jako obszar wartości i zasad, którego jesteśmy częścią. To przekonanie bardzo różni Ewę Kopacz od liderów prawicowej opozycji z PiS i konsorcjum, dla których Zachód to wciąż jeszcze "tamci". Podobnie jednak jak dla opozycji, według następczyni Tuska Unia to przede wszystkim źródło finansowania krajowych potrzeb. Unia jest też częścią (obok USA i NATO) gwarancji polskiego bezpieczeństwa (o bezpieczeństwie w ogóle było w exposé bardzo dużo). Mamy w niej coraz silniejszą pozycję: wszak Tusk został "prezydentem Europy". Tę pozycję trzeba ugruntować po to, by członkostwo jak najlepiej wykorzystać: finansowo, politycznie, ale też by zadbać o szacunek dla Polski.

Bierzemy, co tylko możemy

W sejmowym exposé Ewy Kopacz Unia Europejska najczęściej pojawia się w charakterze milczącego i spolegliwego bankiera. "Zyskaliśmy w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej ponad 400 mld złotych na rozwój Polski w latach 2014-2020" – to europejski rekord, więcej niż Zachód dostał w ramach plany Marshalla, a wszystko to dzięki siedmioletnim rządom PO i PSL - przypomina pani premier.

Dzięki unijnym pieniądzom rząd Ewy Kopacz będzie rozwijał transport miejski, tworzył przyzakładowe żłobki, przedszkola i dzienne domy opieki dla ludzi starszych. Samorządy zapłacą z budżetu UE za wyposażenie gabinetów stomatologicznych, które dzięki rządowi powrócą do szkół. Rekordowymi zasobami finansowymi, które tak sprytnie rząd PO-PSL wynegocjował w Brukseli, wystarczy zarządzać tak, by osiągnąć "zasadniczy cel rządu", to znaczy "dobrobyt Polaków"

Są jednak dziedziny, w których Ewa Kopacz nie jest zadowolona z Unii Europejskiej. "Mamy prawo oczekiwać od Unii Europejskiej, że jej pomoc dla polskiej wsi będzie adekwatna do strat, które ponosimy" z powodu rosyjskiego embarga na polską żywność. Dlaczego mamy takie prawo Ewa Kopacz nie wyjaśnia. Nie jest też jasne, czy takie samo prawo maja wszyscy, nie tylko polscy producenci rolni UE, bo jeśli tak, to należałoby zapytać: Pani Premier, skąd brać, skąd brać?

Dawać nie zamierzam

Unijnych sankcji wobec Rosji rząd PO-PSL domagał się z większą determinacją niż którykolwiek w świecie, teraz jednak okazuje się, że "idea solidarności, którą Polska dała światu" i obrona "fundamentalnych zasad świata, do którego należymy" są nie na naszą kieszeń. Dlatego po zaksięgowaniu prawdziwych wartości oczekujemy od UE (czyli innych państw członkowskich) uregulowania faktury.

Przed październikowym unijnym szczytem, poświęconym polityce energetycznej i klimatycznej, Ewa Kopacz oświadcza, że jej" rząd nie zgodzi się na nowe koszty i wyższe ceny usług dla konsumentów." Spodziewam się twardej postawy polskiego rządu na ostatnim posiedzeniu Rady Europejskiej, któremu przewodniczyć będzie Herman Van Rompuy. Na następnym pojawi się już nowy przewodniczący, Donald Tusk. Ewa Kopacz niby zdaje sobie sprawę "jak ważna jest ochrona środowiska", ale kwestia klimatu to nadal tylko element arsenału wartości zachodnich hipsterów. Rząd Ewy Kopacz nie będzie rządem przełomu, jeśli chodzi o zrozumienie znaczenia polityki klimatycznej UE dla zmiany orientacji europejskiego przemysłu i pozycji UE w światowym podziale pracy, pozostanie wierny tradycji polskiego ponadpartyjnego konsensusu w sprawie polityki klimatycznej UE.

Jesteśmy w pierwszej lidze

Jednocześnie jednak rząd Ewy Kopacz chce, "żeby UE wcieliła w życie ideę solidarności energetycznej". Zastanawiająca jest nieświadomość, że przy zachowaniu obecnej retoryki (tak, retoryki bardziej niż polityki) każda polska propozycja dotycząca energii, choćby była najlepsza, jest już na starcie skazana na niepowodzenie. Niewiarygodność w polityce kosztuje. Rozumiem, że nowy rząd chce "doprowadzić do ukrócenia wszystkich monopolistycznych praktyk i manipulacji cenowych" ze strony Rosji, kontynuując taktykę rządu Tuska zmierzającą do ustalenia na poziomie UE jednej akceptowalnej ceny za rosyjski gaz. Ale powodzenia temu pomysłowi nie wróżę.

Nowy rząd zamierza też wykorzystać unijny pretekst dla ograniczenia importu taniego rosyjskiego węgla do Polski. W tym celu do polskiego prawa ma zostać wprowadzony zapis o preferencji wspólnotowej. Wszak "unijny węgiel" oznacza w praktyce węgiel polski. Pomysł dobry, nie sadzę jednak, by jego realizacja stymulowała wzrost rentowności polskich kopalń. Stymulować będzie przede wszystkim samozadowolenie górniczego lobby przekonanego, że dostarcza Polakom czarne złoto. Drogo to kosztuje polskich konsumentów, tych samych, których przed wysokimi cenami energii Ewa Kopacz chce bronić w Brukseli.

Ewa Kopacz ma rację mówiąc, że Polska bardzo szybko z kraju kandydującego, potem raczkującego w UE, stała się w Unii graczem pierwszoligowym. Ale ogranicza się do jednego przykładu: Tusk został "prezydentem Europy". Tytułowanie przewodniczącego Rady Europejskiej "prezydentem Europy" nie wystarczy, by ugruntować miejsce Polski w pierwszej lidze. Czysto instrumentalne odwołanie do wspólnotowości też nie wystarczy. Ta pozycja – i ambicja - jest nie do pogodzenia z mało ambitnym, podejściem do integracji europejskiej. To, jak Ewa Kopacz mówi o integracji, nie rokuje dobrze osiągnieciu "jednego z największych celów jej rządu", to jest "umacniania naszej pozycji w Unii Europejskiej". Nie można być jednocześnie w kulisach i na scenie, unijną awangardą i cichym zwolennikiem Europy à la carte.

Nie wychylać się przed szereg

Tymczasem w exposé pojawiły się dwie sprzeczne tezy: jesteśmy w pierwszej lidze, ale jednocześnie nie chcemy wychodzić przed szereg. Żeby było jasne: nie wszyscy muszą być awangardą. Problemem jest brak konsekwencji, niespójność, a nie wybór takiej czy innej pozycji.

Wobec Ukrainy na przykład Ewa Kopacz zamierza prowadzić "politykę pragmatyczną" i "nie stawiać przed Polską nierealistycznych celów". Myślę, że słusznie. W dwustu procentach zgadzam się z Kopacz, gdy mówi jasno to, o czym zbyt często w Polsce się zapomina: "Wspieramy proeuropejski kierunek rozwoju Ukrainy, ale nie zastąpimy Ukraińców, na których ciąży obowiązek zreformowania ich kraju." Bo rzeczywiście dla Polski i dla Unii ważniejsze jest, by Ukraina była suwerennym, ale też demokratycznym, wolnorynkowym, szanującym podstawowe europejskie zasady i wolnym od korupcji państwem prawa niż niegotowym do członkostwa członkiem Unii. To dobrze, że rząd Ewy Kopacz chce pomagać Ukraińcom w zreformowaniu ich państwa. Jak jednak interpretować w kontekście tego pragmatyzmu inna słuszną zasadę sformułowaną przez panią premier: "Każda polityka zagraniczna musi być oparta na systemie wartości. Te wartości są tylko tak silne, jak silna jest wola i determinacja do ich obrony." Jeżeli nasza determinacja ma być jedynie odzwierciadleniem woli tych, dla których Ukraina jest naturalnie częścią Rosji, to będzie problem. Częściowo jedynie uspokaja mnie to zapewnienie Ewy Kopacz: "Zadaniem mojego rządu będzie zabieganie o jedność i solidarność obozu demokratycznego. Jest najgłębszą racją stanu, by nie dopuścić do rozwodnienia stanowiska Zachodu".

Pragmatyzm zwycięża też w kwestii przyjęcia przez Polskę unijnej waluty. Przyjmiemy ją, gdy strefa euro wyjdzie z kryzysu wzmocniona i gdy Polska gospodarka uzyska pożądany stopień stabilności. Inaczej mówiąc, gdy spełni kryteria przystąpienia do eurolandu. A ich spełnienie jest " jest dobre dla polskiej gospodarki". Kopacz nie stawia pytania wchodzić, czy nie, tylko, w jakim tempie. To dobry znak. Zabrakło mi jednak w jej wystąpieniu jednego choćby zdania na temat politycznego wymiaru przystąpienia do euro: nie można być w Unii graczem pierwszoligowym opóźniając przyjęcie wspólnej waluty. Być jednocześnie in i out. Wydaje się, że zasada nie wychodzenia przed szereg to podstawa europejskiej strategii Ewy Kopacz.

Nieobecna Europa

Miłośnicy statystyk wyliczyli, że czterdziestopięciominutowe wystąpienie nowej szefowej rządu było najkrótszym exposé premiera w III RP. Trudno więc oczekiwać, że znajdzie się w nim wszystko. O roli Unii Europejskiej w świecie, o polskim stanowisku w sprawie perspektywy jej rozszerzenia, kształtowaniu unijnej polityki bezpieczeństwa i obrony, o polityce sąsiedztwa, współpracy na rzecz rozwoju, paneuropejskich sieciach energetycznych, cyfrowych, transportowych, przyszłości wspólnej polityki rolnej powie być może minister spraw zagranicznych, którego wystąpienie zostało zapowiedziane na październik. Ale oczywiście taki podział nie pozostaje bez wpływu na to, jakiej odpowiedzi udzielimy na tytułowe pytanie tego bloga: Gdzie ta Europa? Gdzie ta Europa w polityce rządu Ewy Kopacz? Jak bardzo jest częścią polityki krajowej? Jak bardzo ma ona znaczenia sama w sobie? Czy może - wyłączając naturalnie pieniądze dla Polski z unijnego budżetu -jest jedynie elementem polityki zagranicznej?

W swym wystąpieniu Ewa Kopacz podniosła szereg wątków mogących kojarzyć się naturalnie z integracja europejską. Bronię się przed przypuszczeniem, że pani premier mogą się nie kojarzyć, że kojarzy się jedynie unijny budżet. Wśród wątków, w których unijnego odwołania mi zabrakło, są na przykład rozwój polskiej nauki i innowacyjność ("najnowocześniejsze rozwiązania techniczne, z których dziś korzystają Polacy, mogą znacznie polepszyć poczucie bezpieczeństwa obywateli" – czy zmieni się nierozumne polskie stanowisko sprawie jednolitego patentu? Również w kontekście kultury elementu europejskiego mi zabrakło. Nie tylko europejskiego zresztą: zabrakło mi sztuki, w tym sztuki nowoczesnej. Kultura to jeden z najbardziej oczywistych składników wspólnej europejskiej tożsamości. Różnorodność kultur w ramach europejskiej jedności to unijne motto, dewiza integracji europejskiej. Ale dla Ewy Kopacz kultura to" muzea i miejsca pamięci historycznej stanowiące źródło budowania nowego patriotyzmu i świadomości historycznej młodego pokolenia". Znów warto zapytać: to gdzie ta Europa?

Nie ma wątpliwości: rząd Ewy Kopacz będzie rządem proeuropejskim, ale nie euroentuzjastycznym. Dobrej pozycji Polski w Unii Euroepejskiej nie zmarnuje. Ale też nic nie wskazuje na to, żeby ją umocnił. Członkostwo Polski w UE jest pozytywnym elementem teraźniejszości, którym trzeba sprawnie, pragmatycznie zarządzać, ale nie inspiracją dla myślenia o przyszłości Polski i Europy. Udane członkostwo Polski to takie, które daje jej gwarancję bezpieczeństwa geopolitycznego i zapewnia finansowanie rozwoju rozumianego jako wzrost zamożności obywateli. Nie oznacza ono jednak skutecznego i ambitnego udziału w integrowaniu Europy.



2014-05-19

Polska proeuropejskość nie na wybory

W najbardziej proeuropejskim kraju UE, jakim jest ponoć Polska, o Unii Europejskiej lepiej nie mówić poważnie, szczegółowo, ideowo. Przynajmniej jeśli się jest zadeklarowanym zwolennikiem integracji europejskiej. Takie ujęcie europejskiej tematyki możliwe jest tylko z pozycji eurosceptycznych. Paradoks? Być może. Ale to oczywista konkluzja, gdy przyjrzeć się kampanii wyborczej i obchodom dziesięciolecia polskiego członkostwa.


Spór w sprawie spotu, który rząd zamówił na dziesięciolecie członkostwa w UE, nieco już przebrzmiał, warto do niego wrócić na spokojnie. Spot został skrytykowany przez opozycję za to, że w ogóle powstał. Prawicowe media i prawicowi politycy byli wyburzeni, że promuje się UE. Zarówno lewicowi jak i prawicowi, pro- i antyeuropejscy oponenci rządu skrytykowali go też za zbyt wysokie ich zdaniem koszty i za to, że ponoć jest elementem kampanii wyborczej PO. Nie będę się do tych oskarżeń odnosił z dwóch powodów. Po pierwszej dlatego, że osobiście skłonny byłbym do ostrej krytyki rządu, gdyby spotu nie zrobił; gdyby nie wykorzystał przynajmniej tej jednej okazji do przypomnienia Polakom dobrodziejstw członkostwa Polski w UE. Po drugie dlatego, że tematem znacznie ciekawszym wydają mi się usprawiedliwienia rzeczniczki rządu, pani minister Kidawy-Błońskiej: rząd zrobił spot, bo Bruksela kazała i Bruksela zapłaciła. To idiotyczne wytłumaczenie mówi więcej o charakterze polskiej "proeuropejskości" niż niejedna analiza politologoliczna czy socjologiczne badanie.

Za proeuropejskość nie trzeba przepraszać

Rząd Tuska uczynił proeuropejskość elementem swojej politycznej tożsamości. Sprawnie i przekonująco wykorzystał w tym celu okres polskiej prezydencji w Radzie UE. Dzięki temu nie tylko w Polsce, ale i gdzie indziej w Europie jest uważany za prounijny. I to mimo idiotycznych umizgów wobec lobby tytoniowego, gdy przyjmowana była dyrektywa antynikotynowa, mimo niemądrej gry w sprawie jednolitego europejskiego patentu, mimo postawy wobec polityki klimatycznej UE czy też całkowitego niezrozumienia programu Łącząc Europę (instrumentu finansowania paneuropejskiej polityki infrastrukturalnej). Mimo odsuwania daty przyjęcia wspólnej europejskiej waluty. I ociągania się z poparciem unii bankowej. To prawda, że na tle niektórych rządów w UE polski rząd wygląda europejsko. To prawda, że stara się wykorzystać kartę proeuropejskości do wpływania na niektóre kierunki polityczne UE. Kiedyś typowym przykładem tego było Partnerstwo Wschodnie, dziś jest "unia energetyczna". Jak jednak tu, w Polsce, rząd Tuska prezentuje swoją proeuropejskość i jak ją realizuje? Sprowadzając ją do księgowego bilansu: opłaciło się, bo są fundusze europejskie. Skoro do tego ogranicza się polskie poparcie członkostwa, to co się z nim stanie, gdy fundusze się skończą?

W przygotowanym z okazji dziesięciolecia Polski w UE raporcie, MSZ nie ogranicza podsumowania członkostwa do kilometrów dróg i liczby oczyszczalni, wykracza poza miliardy euro i wskazuje pozytywne cywilizacyjne i polityczne skutki przystąpienia do Unii. Czyli można. Ale raport jest dla ekspertów. A skoro powstał na zamówienie MSZ, a nie Kancelarii premiera, to pewnie przede wszystkim dla ekspertów zagranicznych. A co o dziesięcioleciu członkostwa rząd ma do powiedzenia polskim obywatelom? To widać w spocie "Dziesięć lat świetlnych": migawki z prezentowanych z prędkością światła infrastrukturalnych osiągnięć. I główny przekaz: kiedyś był, Panie, taki interesik, na polowym łóżku. No a teraz patrz Pan: jest wielki interes. Za miliardy. Taka "Ziemia obiecana" w świetlnym skrócie. Tylko bez idei i narracji Reymonta. Tylko bez estetyki i reżyserskiego kunsztu Wajdy.

Tłumaczenie rzeczniczki rządu, że spot powstał, bo kazała Bruksela to skandal nie tylko dlatego, że to nieprawda. Machnięcie ręką na koszty (kwestionowane przez opozycję), bo skoro płaci UE, to koszty nieważne, to więcej niż głupota. Największym problemem jest chowanie (bezmyślnej?) głowy w piasek. I brak odwagi w obronie prowadzonej przez siebie polityki. Za proeuropejskość nie trzeba przepraszać. Informując o tym, co Polska osiągnęła dzięki UE (nie tylko przez dziesięć lat członkostwa, ale też wcześniej, gdy przygotowując przystąpienie do UE wprowadzała reformy, otrzymywała unijne wsparcie finansowe i eksperckie) nie wolno tłumaczyć się brukselski prikazem. A prezentując zmiany, które w Polsce nastąpiły w zasadniczej mierze dzięki członkostwu w UE trzeba mówić o kulturze, cywilizacji, wartościach, o tak zwanych "europejskich standardach", o demokrcaji, wolności, pokoju i pozycji w świecie a nie tylko o betonie. Chyba, że jedynie beton ma się w głowie. Cieszę się, że mamy w Polsce rząd proeuropejski. Szkoda, że jego proeuropejskość jest taka asfaltowo-cementowa. Szkoda, że tak bardzo nie wierzy w proeuropejskość Polaków, skoro sam się nią chwali. 

Proeuropejskości nie trzeba ukrywać za farsą

Najbardziej żenującym spotem trwającej kampanii wyborczej jest reklamówka kandydatki Twojego Ruchu, Doroty Gardias. Wystrojona w pielęgniarski kitel (wedle badań pielęgniarka to jeden z zawodów cieszących się największym uznaniem Polaków) wypowiada kwestię streszczającą jej polityczny program: "A teraz robimy zastrzyk". Olbrzymią strzykawą zasysa pobłyskujące złotem symbole euro gdzieś z okolic Brukseli i wstrzykuje je gdzieś w okolice Torunia. Gdyby chodziło tylko o estetykę, nawet bym o tej produkcji nie wspominał. Ale w czym innym rzecz: to kandydatka jedynej polskiej partii, która opowiada się wprost za federacyjnym kierunkiem rozwoju UE i za przyjęciem przez Polskę euro. Kandydatka koalicji, która Europę nosi w nazwie. Która Dzień Europy i rocznicę członkostwa świętuje nikogo za to nie przepraszając. Co widzimy w spocie? Kasę. To nie wyjątek. Inna kandydatka tej koalicji, Izabella Łukowska-Pyżalska, obiecuje z ekranu pomoc w zdobyciu "milionów euro, które są na wyciągnięcie ręki". Infantylna dosłowność przekazu, podobnie jak w spocie Gardias, nie pozwala dostrzec w nim artystycznej ironii, estetyki absurdu, ponoć zamierzonej.

W spocie Anny Kubicy cudzysłów jest bardziej czytelny. Elementy farsy są na pierwszym planie, polityczny przekaz jest przemycony: "najwyższy czas na wprowadzenie europejskich standardów do polityki regionalnej". Czyli znowu polityka regionalna, a więc znowu unijne fundusze. Chyba, że za postulatem wprowadzenia europejskich standardów coś innego się kryje, tylko nie wiadomo co. Brzmi bez sensu, a egzegeza postulatu w oparciu o inne wypowiedzi kandydatki mi się nie powiodła. Zamierzony przerost formy nad treścią najbardziej uderza w spocie Kazimiery Szczuki. Hasło "więcej kultury, mniej Watykanu" jest jasne, ale co ma wspólnego z UE? Ja też wolałbym, żeby świątynie nie były w Polsce głównym beneficjentem szczodrości ministra kultury, ale związku z pracą europosła i z kompetencjami trakatowymi unijnych instytucji nie dostrzegam.

Jan Hartman, który dzięki fotelowi w Strasburgu chce być dla Krakowa tym, czym Batman dla dla Gotham City, tłumaczył niedawno, że farsowne spociki Twojego Ruchu adresowane są do tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak głosować, a nie do przekonanych. Mam szczęście, bo to znaczy, że adresowane są do mnie. Niestety te spoty mnie nie przekonują. Bo nie przekonuje mnie założenie, że aby pozyskać proeuropejsko nastawionych Polaków proeuropejska partia musi zamienić kwestie integracji europejskiej w żart, albo skupić się na swej zdolności do wyciągnięcia z Brukseli pieniędzy, które są ponoć na wyciągnięcie strzykawki.


Do proeuropejskości przyznaje się też SLD, choć nie czyni z niej linii przewodniej kampanii. Sojusz, ustami Leszka Millera, zapowiada w sprawach europejskich kurs na zmianę. Twarzami zmiany są Pastusiak, Zemke, Iwiński. Dlatego, choć tu przekaz jest na serio, też wychodzi farsa. W spocie Joanny Senyszyn poza miejscami pracy (polityka społeczna i zatrudnienia to w UE kompetencja narodowa), prawami człowieka (no dobrze, zawsze warto przypomnieć ich znaczenie), polityką świecką (zbieżność z apelem Szczuki, podobnie jak tam raczej polsko-polski postulat bez szans realizacji za pośrednictwem Strasburga i Brukseli), jest też obietnica poprawy jakości życia Polaków. Bardziej niż obietnice, przekonuje mnie doświadczenie Senyszyn w parlamentarnej pracy. Ale odwagi w głoszeniu rzeczywiście proeuropejskich idei jej od niego nie przybyło.

Properopejskość słabych i zagrożonych

Główny spot partyjny proeuropejskiej Platformy Obywatelskiej tłumaczy czego potrzebuje Polska. Już w 2012 roku PO w spocie wyborczym nie owijała w bawełnę: "nasza przyszłość zależy od tego, ile wywalczymy unijnych pieniędzy dla Polski". Nie wiem czy dwuznaczność była zamierzona, czy tak po prostu wyszło: "nasza przyszłość", to znaczy PO i Polaków. Jeżeli przyszłość PO na scenie politycznej miała zależeć od wielkości kasy, którą Polska dostanie z unijnego budżetu, to należy spodziewać się dobrego wyniku PO w niedzielnych wyborach: kasa obrodziła. Teraz trzeba tylko o tym sukcesie skutecznie poinformować najbardziej proeuropejskie społeczeństwo Europy.


Do tej informacji wyborczy przekaz PO 2014 się jednak nie ogranicza. Przepis pozostał ten sam co dwa lata temu: list do Świętego Mikołaja. Tylko główne zapotrzebowanie Polski ewoluowało: "prawdziwą stawką tych wyborów jest bezpieczeństwo Polski". Osobiście nie mam wątpliwości, że obecność Polski w silnej Unii jest gwarancją beieczeństwa, jakby go nie rozumieć. Ale w przekazie politycznym PO nie ma ani słowa o silnej, sprawnej, wpływowej w świecie Unii Europejskiej. W ogóle nie ma mowy o Europie, którą europosłowie Platformy mieliby współtworzyć. Bo nie taka jest obietnica, nie taka rola. Wyborczy sukces PO w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest równie ważny jak w każdych innych wyborach, bo zapewni Polsce stabilność, pozycję w Europie, zaufanie sojuszników (w spocie widać prezydenta USA), silną gospodarkę, przewidywalne przywództwo (w tle Europejska Partia Ludowa) i to, czego chcą Polacy: niezależność energetyczną (czyli gospodarka oparta na węglu? blokowanie unijnej polityki klimatycznej?), nowoczesną armię (gwarancję wprost rozumianego beieczeństwa) i poczucie bezpieczeństwa (również socjalnego).

Pewna sukcesu w europejskich wyborach ani słowem, ani w tym spocie ani w żadnym innym, nie nawiązuje do europejskiej wizji Jean-Claude'a Junckera, kandydata Partii Ludowej na szefa Komisji Europejskiej. W ogóle nie wspomina o roli Komisji Europejskiej. Nie ma nic na temat przystąpienia do strefy euro ani do unii bankowej.

Jeżeli PO jest tak proeuropejska, dlaczego skrzętnie ukrywa wszystko to, co mnie, proeuropejskiemu wyborcy, pozwoliłoby tę proeuropejskość zweryfikować i docenić?

Eurosceptycyzm słabych i zagrożonych

Z PiS jest łatwiej: pisałem już kilka razy, w odcinkach, dlaczego państwo, które ta partia chce Polsce zafundować jest nie z tej Europy, nie z tej czasoprzestrzeni (tutaj). Nie oczekuję od nich proeuropejskości i nie chodzi tu tylko o takie czy inne konkretne postulaty, ale o przynależność do innej kultury, innej wrażliwości. A jednak i oni jakoś z sondażową proeuropejskością Polaków muszą sobie poradzić. W odróżnieniu od Platformy i Twojego Ruchu (ukrywających w filmikach wyborczych swe poparcie dla integracji europejskiej), PiS ukrywa przed elektoratem swoją postpeerelowską eurofobię.

Wyobrażenie potrzeb, które Polacy chcieliby widzieć zaspokojone, nie różni się specjalnie w głównych spotach kampanii PiS i PO: słaba i zagrożona Polska potrzebuje siły i bezpieczeństwa, jej głos w Europie musi być słyszany, pozycja zapewniona. Spoty, nawet w konstrukcji i w retoryce są bardzo do siebie podobne. Po partii, której jedna z liderek uważa unijną flagę za szmatę, a elektorat maszeruje z transparentem "Konzentrationslager Europa", spodziewałbym się czegoś gorszego.


Oczywiście, podobnie jak na przykład Solidarna Polska (tutaj), PiS nie uważa mobilności pracowników za sposób na bezrobocie i protestuje przeciw dumpingowi socjalnemu. Jest to trudne do pogodzenia z polityką UE, chociaż z drugiej strony postulat, by ludzie znajdowali pracę w kraju jest jak najbardziej słuszny. W spocie zadbano, by odbiorcy nie uznali, że PiS popiera ataki swego sojusznika, Davida Camerona, na Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii: jest odniesienie do protestu Prezesa przeciw antyimigracyjnej, szowinistycznej polityce brytyjskiego premiera. PiS kontestuje nie tylko swobodę przepływu pracowników (było nie było jedną z podstaw wspólnego rynku UE), ale też równie fundamentalną swobodę przpływu kapitału, wyciągając z lamusa strachy przed wykupem polskiej ziemii.

W spocie wyborczym pojawia się też postulat poprawy jakości służby zdrowia (obywatele wielu krajów by się pod nim podpisali), w tym ułatwienia dostępu do specjalistów. Obecność przedstawicieli PiS w Parlamencie Europejskim niczego w tej dziedzinie nie zmieni, bo to nie ten obszar kompetencji, ale można by życzliwie założyć, że PiS ma na myśli swobodę świadczenia usług medycznych w UE. Raczej jednak o to nie chodzi. PiS zapewnia też, że będzie potrafił zadbać o wagę polskiego głosu w Brukseli, ale nie wiem na czym opiera to przekonanie, bo wcześniejsze doświadczenia dowodzą, że pierwszym krokiem do wzmocnienia znaczenia Polski w UE było odejście PiS od władzy po przegranych wyborach. Co do energii, poglądy PiS nie różnią się od poglądów PO (węgiel przede wszystkim, bez względu na wysokość państwowych dotacji i kierunek importu, dziwna cisza w sprawie łupków, blokowanie unijnej polityki klimatycznej i energetycznej zakładające zróżnicowanie źródeł energii i zwiększenie wykorzystania źródeł odnawialnych), ale z innym nastawieniem: Tusk przekonuje, że wszyscy w UE popierają jego wizję unii energetycznej, podczas gdy PiS jest raczej skłonny przekonywać, że dopiero obecność posłów z tego ugrupowania w Straburgu skłoni UE do akceptacji polskich planów.

Jako proeuropejski wyborca, na tyle sumiennie ile się da śledzący kampanię wyborczą, wiem na kogo nie głosować. Ale to wiedziałem już wcześniej. Wciąż jednak nie wiem na kogo oddać głos 25 maja.

2014-01-17

Państwo PiS jest nie z tej Europy (2) Energia i klimat: ich klimat, nasz węgiel

© Stefan Wernli 2006
Energia i klimat to stałe punkty odniesienia w polskich dyskusjach o Unii Europejskiej. To zrozumiałe, bo już od lat najgorętsze spory między Polską a większością państw UE i Komisją Europejską dotyczą tych zagadnień. Kaczyński nie jest odosobniony, gdy czyni z nich jeden z głównych argumentów w antunijnej retoryce. Nie jest też bynajmniej oryginalny, gdy podkreśla znaczenie węgla dla polskiej gospodarki i wyraża niechęć wobec unijnej polityki klimatycznej. To, co go charakteryzuje, to tępe zacietrzewienie i całkowite niezrozumienie procesów politycznych i gospodarczych, które dzieją się na jego oczach. Nawet dla polskich zwolenników gospodarki opartej na węglu przekonanych, że zmiany klimatu wymyślili na Zachodzie, żeby zaszkodzić Polakom, Kaczyński nie może brzmieć wiarygodnie, bo jego słowa są zapowiedzią całkowitej bezradności i nieskuteczności w obronie polskich interesów gospodarczych, jakby się ich nie definiowało.

Pakiet klimatyczny jest antypolski


"Koniec z polityką, która służy innym państwom, koniec z paktem klimatycznym" – trąbi Kaczyński. Pakiet klimatyczny sprawia problem wielu rządom. Niemcy robią, co mogą, by produkować jak najdłużej luksusowe samochody wyposażone w potężne, energochłonne i zanieczyszczające powietrze silniki. Francuzi bez skutku starają się wymóc na innych państwach i na Komisji Europejskiej by uznały energię nuklearną za odnawialną (pomijając fakt, że uran się nie odnawia, jego złoża są ograniczone, tak jak węgla i ropy, a jego bezpieczne składowanie jest wciąż nierozwiązanym problemem). Orędownikiem pakietu klimatycznego, a w szczególności systemu ETS, nie jest potężny unijny przemysł lotniczy. Wielbicielami pakietu zdecydowanie nie są Czesi, Słowacy, Portugalczycy. Jedynie kraje skandynawskie: Szwecja, Finlandia i Dania bezwzględnie popierają wszystkie elementy pakietu i domagają się więcej. Brytyjczycy, tak samo jak Polacy, chcą wydobywać gaz z łupków, nie bacząc ani na skutki szczelinowania dla środowiska, ani na fakt, że jaki by ten gaz nie był, jest paliwem kopalnym, którego spalanie zwiększa poziom emisji dwutlenku węgla. O jakich państwach, którym służy pakiet, wbrew interesom Polski, mówi więc Kaczyński?


Zmiany klimatyczne wymyślili Niemcy


Po pierwsze, to nie ma znaczenia, o jakich. Bez względu na temat, największym wrogiem Polski pozostają dla Kaczyńskiego Niemcy, to jasne. Ale nie chodzi o jednostkowego wroga, tylko o powszechny antypolski spisek: wszyscy są przeciw nam, jesteśmy sami. Ksenofobia i obsesyjna narodowa wiktymizacja dominują spojrzenie Kaczyńskiego na otaczający świat. Ktoś, kto widzi wokół siebie tylko wrogów, nie powinien nigdy rządzić Polską. Jak ulał pasują tu słowa Janusza A. Majcherka: "Nie wiadomo czy więcej w tym głupoty czy ślepoty. W każdym razie nacjonalizm to dla Polski i Polaków ideologia zgubna i jej nieposkromienie wcześniej czy później do zguby doprowadzi"(Gazeta Wyborcza, 17/09/2013).


Po drugie, mimo, że w codziennej polityce pakiet klimatyczny większości rządów uwiera, to zdecydowana większość liderów w państwach UE niezmiennie plasuje politykę klimatyczną na pierwszym lub drugim miejscu na liście unijnych priorytetów. To stanowisko popiera też większość respondentów w badaniach opinii publicznej. O dziwo, nawet w Polsce, gdzie od żadnego szanującego się polityka nie usłyszy się pochwały polityki klimatycznej, świadomość środowiskowa rośnie i jest wyższa niżby się to mogło wydawać. Dlaczego? Bo zmiany klimatyczne są faktem. Polityka klimatyczna to nie mrzonki kilku ekologów, tylko kluczowy instrument rewolucji przemysłowej, która dokonuje się w UE. Dla UE inicjować światowe działania w tej dziedzinie to wielka gospodarcza, technologiczna, ale i polityczna szansa. A pierwszą gospodarkę świata (pod względem wielkości rynku)  stać na to, by w tej dziedzinie pozwolić sobie na długoterminowe inwestycje (finansowe i polityczne).


Nie bo nie, a potem się zobaczy


Pakiet klimatyczny podpisały wszystkie państwa UE, również Polska (o tym, czy "winny zbrodni" jest Tusk czy Kaczyńscy pisałem już wcześniej). Deklaracja Kaczyńskiego wygłoszona na kongresie PiS, że "musimy odrzucić pakiet klimatyczny" to czyste wariactwo. To dobrze, że ważnym punktem programu PiS jest bezpieczeństwo energetyczne Polski. Ale pomysł, że uda się je zapewnić wbrew UE, tak jakby jej nie było, jest absurdalny. Absurdalny również, dlatego, że bezpieczeństwo energetyczne da się wzmocnić w Polsce wyłącznie szukając mądrych kompromisów w ramach unijnej polityki klimatycznej i przemysłowej i działając na rzecz wspólnej polityki energetycznej. Kaczyński jest niezdolny do żadnego kompromisu i do żadnego współdziałania. Jego zdaniem Polska jako "kraj na dorobku" powinna być uwolniona z jakichkolwiek zobowiązań. Jak się dorobi, to się zobaczy.


Tusk też mówi, że w najbliższej przyszłości węgiel będzie głównym źródłem energii w Polsce. "Węgiel kamienny, brunatny i wkrótce gaz łupkowy będą dla nas kluczowe" – powiedział otwierając we wrześniu targi górnicze w Katowicach. W Danii taka deklaracja może brzmieć jak prowokacja, ale w Polsce jest 70% unijnych zasobów węgla i tutaj brzmi ona jak oczywistość. Zlecone przez Ministerstwo Gospodarki prognozy krajowego zapotrzebowania na surowce energetyczne do 2050 roku zakładają różne opcje, ale we wszystkich węgiel jest podstawą. Ich realizacja wymaga jednak olbrzymich inwestycji. Konieczne są pieniądze (w dużej mierze oczywiście unijne), ale też przestrzeganie wiążących dla Polski norm środowiskowych i poziomu emisji dwutlenku węgla (też unijnych), dlatego rozwiązania należy szukać w UE, a nie wbrew UE. Odnawialne źródła energii (OZE) będą tylko niezbędnym uzupełnieniem naszego koszyka energetycznego. Będziemy przestrzegać unijnych zaleceń, ale nie będziemy aspirować do roli prymusa: przyjmujemy program minimum. Tak mówi Tusk. Podobne stanowisko zajął też niedawno czeski prezydent Zeman (skądinąd podkreślający, że jest europejskim federalistą), a czeski senat drastycznie zmniejszył subwencje na czystą energię.


Konsensus w sprawie krótkowzrocznego pragmatyzmu


Nie wychwalam Tuska. Szkoda, że utrwala w opinii publicznej niechęć do polityki klimatycznej, populistycznie szermuje polskim prawem weta i nawet nie próbuje spojrzeć w przyszłość. Szkoda nie tylko dla unijnej polityki klimatycznej, ale i dla polskiej gospodarki. Broniąc węgla, mógłby jednocześnie tworzyć sprzyjające warunki do rozwoju nowoczesnych technologii pozyskiwania energii z węgla. Węgiel brunatny może być surowcem do produkcji paliw gazowych i ciekłych. Unia musi ograniczać zużycie paliw kopalnych, bo to kwestia jej przerwania, dlatego inwestuje w rozwój technologiczny. Polska ma węgiel, owszem, ale nie znaczy to, że może pozostać technologicznie poza tym kierunkiem rozwoju UE. Tak samo jak nie może poza nim pozostać Francja, która ma energię nuklearną i broni jej równie zażarcie jak Polska węgla. Przez jakiś czas to węgiel, główne źródło energii w Polsce, będzie u nas niezbędny do budowy gospodarki niskoemisyjnej: budowa wiatraków i statków do stawiania ich na morzu wymaga energii, a my ją mamy z węgla. Dlaczego Tusk o tym nie mówi?


Polska powinna inwestować w nowe technologie, mądrze wykorzystując w tym celu unijne fundusze. Rząd mógłby promować inwestycje w produkcję proklimatyczną (systemy ogrzewania, domy pasywne, panele fotowoltaiczne, energia wiatrowa) i wspierać firmy, które już to robią. Mógłby wspierać energooszczędność: w Polsce 75% budynków jest źle docieplonych, ale tylko 19% Polaków wie, jak dużą część budżetu domowego każdego roku pochłania ogrzewanie mieszkań. Polska należy do państw UE z największym potencjałem produkcji biogazu rolniczego z odpadów z rolnictwa i przemysłu rolno-spożywczego oraz z tzw. roślin energetycznych. Mogłaby produkować rocznie nawet 10 mld m3 biogazu.


Polska ma też do dyspozycji siłę wiatru – ale na decyzję o budowie farm wiatrowych i o przyłączeniu do sieci firmy i osoby prywatne czekają rekordowo długo. Przedsiębiorstwa energetyczne mnożą bezprawne bariery uniemożliwiające ludziom podłączanie mikroinstalacji fotowoltaicznych do sieci, uniemożliwiając im zarabianie na wytwarzanej przez siebie zielonej energii. Pieniądze, które powinny finansować innowacyjność, a wiec przyszłość gospodarki, służą utrwalaniu status quo. Zgodnie z zasadą "jakoś to będzie". Piotr Wiśniewski, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej, cytowany przez Rzeczpospolitą, ma racje, gdy mówi, że "rynek energii w Polsce, poprzez mechanizmy tzw. zielonych certyfikatów, dotychczas uzyskał wiele wsparcia, a nie przełożyło się to na oczekiwane efekty. Wsparcie w 70 proc. trafiło głównie do oligopoli w postaci dopłat do współspalania oraz do dawno już zamortyzowanych elektrowni wodnych. Pieniądze, które zmieniły tylko statystykę, nie pobudziły niemal żadnych nowych inwestycji, nie wprowadziły postępu technologicznego". Lista zaniechań obecnego rządu w dziedzinie polityki klimatycznej to lista straconych szans na polski awans technologiczny, na oszczędności, na rozwój przedsiębiorstw, na miejsca pracy, na poprawę niezależności energetycznej kraju. A mimo to coś się dzieje. Jest w tym wszystkim jakiś krótkowzroczny pragmatyzm.


Nasz wybór: krótkowzroczność czy ślepota


Dojście PiS do władzy nie oznaczałoby dalekowzrocznego pragmatyzmu, tylko brak pragmatyzmu. Ślepota zastąpiłaby obecną krótkowzroczność. Wyborcze zwycięstwo PiS to promesa zwielokrotnienia błędów, które popełnia w dziedzinie energetyki i klimatu aktualny rząd. "Nasza energetyka musi być pod polską kontrolą, musi być w polskim ręku" – powtarza jak mantrę Kaczyński. Chce energetycznej autarchii zapominając, że Polska kupuje ropę, gaz, a nawet węgiel, i że będzie kupowała coraz więcej, jeżeli nie ograniczy zużycia energii i nie unowocześni technologii. Kaczyńskiemu marzy się dla Polski status czarnej wyspy pokrytej węglowym smogiem, na co oczywiście UE nigdy nie zgodzi: Polska nie jest wyspą na oceanie, smogu na granicy nikt nie zatrzyma.


Polska to duża gospodarka i jej poziom emisji ma duże znaczenie dla zdolności osiągniecia celów całej UE, nie tylko dla płuc Polaków. Zamiast wpisać się w klimatyczny kalendarz UE 2050, skutecznie zdobywać unijne pieniądze na rozwój technologii OZE, Kaczyński proponuje blokować absolutnie wszystko, co UE przyjmie, wetować każdą inicjatywę zamiast się w nią włączać i – co gorsza - na ślepo, bez znajomości rzeczy. "Nie" dla pakietu klimatycznego i węgiel po wsze czasy – na tym jego plan się zaczyna i na tym się kończy. Nie ma w nim miejsca na niezbędną strategicznie dla Polski wspólną politykę energetyczną UE. Nie ma miejsca na wspólny rynek energii, na koordynację w dziedzinie infrastruktury energetycznej i wspólne inwestycje. Nie ma mowy o wspólnym unijnym froncie wobec Gazpromu i bliskowschodnich producentów ropy. W odświętnym stroju sztygara i z gierkowskimi sloganami o "czarnym złocie" Kaczyński może mamić elektorat Śląska i Zagłębia. Ale w negocjacjach w Brukseli, a tym bardziej w Moskwie, jest bez szans. A wraz z nim bez szans będzie Polska.


NB. 22 stycznia Komisja Europejska przedstawi swój pakiet propozycji w dziedzinie polityki klimatycznej i energii. Horyzontem czasowym działań jest rok 2030.


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



2013-07-04

Pakiet klimatyczny czyli kto ukradł księżyc

Spór między Tuskiem i Kaczyńskim o to, kto popełnił zbrodnię stulecia godząc się na unijny pakiet klimatyczny, jest żałosny. Po pierwsze dlatego, że to żadna zbrodnia. Po drugie z tego powodu, że ten spór dowodzi braku odpowiedzialności politycznej obu stron, utrwala bowiem błędny kierunek debaty publicznej zamiast go zmieniać. Po trzecie, jest dowodem krótkowzroczności obu polityków i ich ugrupowań: z powodu wiążących dla Polski zobowiązań i priorytetowej pozycji polityki klimatycznej w UE każdy następny rząd będzie musiał sobie z pakietem klimatycznym poradzić.   

"Psze Pani, to on zaczął"

L.Kaczyński i D. Tusk w Brukseli        ©UE
Najpierw o odpowiedzialności. Pakiet klimatyczny to nie jest sprawa jednego podpisu, choć takie przekonanie można wysnuć na podstawie sporu, jaki przy okazji konkurencyjnych kongresów partyjnych wszczęły nawzajem  PiS i PO. Sprzeczka toczy się na poziomie piaskownicy. I jak to na podwórku: trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto zaczął. Najintensywniejszy okres rozmów, projektów i negocjacji, które doprowadziły do przyjęcia pakietu przypadł na rok 2007. Prezydentem był wtedy Lech Kaczyński, ale rozmowy na poziomie roboczym w ramach Rady UE prowadził rząd. Do listopada 2007 na jego czele stał Jarosław Kaczyński. To w marcu 2007 roku Rada Europejska (skupiająca szefów państw i rządów) przyjęła cele polityki klimatycznej zaproponowane przez Komisję Europejską. Wtedy też 27 państw poparło filozofię polityki klimatycznej, która obowiązuje do dzisiaj:  UE przejmuje przywództwo w światowej walce ze skutkami zmian klimatycznych, ustala cele wykraczające poza tzw. protokół z Kioto i gotowa jest przeprowadzić technologiczną i przemysłową rewolucję podporządkowaną tym celom nie oglądając się na resztę świata. Chodziło o redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz o plan działań na lata 2007-2009. Jego fundamentem było zobowiązanie znane jako 3 x 20. Polska, rządzona niepodzielnie przez braci Kaczyńskich poparła te założenia, choć mogła wtedy skorzystać z prawa weta. To one stały się podstawą pakietu ustawodawczego, który opracowała w styczniu 2008 Komisja Europejska. 

Negocjacje przybrały na sile i w marcu tego samego roku Rada Europejska przyjęła założenia pakietu oraz kalendarz działań. Wtedy premierem był już Donald Tusk. Prezydentem - nadal Lech Kaczyński. Ale w czasie prac rozmów w Radzie UE, na szczeblu ministrów i ambasadorów, to rząd a nie prezydent odgrywał rolę wiodącą. W grudniu 2008 Rada Europejska przyjęła wreszcie pakiet klimatyczny (w wersji osłabionej w porównaniu do planów Komisji). 

Lech Kaczyński brał w tej Radzie udział jako głowa państwa. Jego zaangażowanie w negocjacje na szczeblu Rady Europejskiej nie wynikało wprost z kompetencji konstytucyjnych, raczej z ambicji politycznych rozniecanych przez brata. Gdyby tym ambicjom nie uległ, nie negocjowałby pakietu, o którym pojęcie miał nikłe, a dziś jego brat mógłby mówić: "wina Tuska". Ale uległ. Prezydent złożył też wtedy w prasowym wywiadzie naiwną deklarcję o polskim (to znaczy swoim) ustępstwie wobec Angeli Merkel w zamian za jej poparcie polskiego stanowiska w sprawie systemu głosowania w Radzie. Stanowisko to, wyglądające na żart szalonego matematyka, nie miało szans powodzenia. Poza tym, decyzja podejmowana była w Radzie większością głosów (a nie jednomyślnie, jak w 2007). Ale mniejsza o to. Przypominam sobie, że polskie media pasjonowały się wtedy tym kto pierwszy: premier czy prezydent, usiądzie na krześle jako szef polskiej delegacji, a nie ich sporem na temat pakietu klimatycznego. Bo też takiego sporu przypomnieć sobie nie mogę. Proces ustawodawczy nie zakończył się na grudniowym szczycie UE. Swoje do powiedzenia, jako współustawodawca, miał też Parlament Europejski. Dyrektywy, decyzje i rozporządzenia tworzące pakiet lub uzupełniające go przyjmowane były w 2009 roku. Zdecydowanie nie była to więc kwestia jednego podpisu, którego złożenie zarzucają sobie nawzajem Tusk i Kaczyński.

Patriotyzm klimatyczny

W szowinistycznym dyskursie PiS pakiet klimatyczny przedstawiany jest jako zamach na Polskę. Jak zwykle zamachów na Polskę dokonują Niemcy. Nic dziwnego, że w patriotycznej dyplomacji wysokiego lotu (bardzo przepraszam za ironię), jaką uprawiał Lech Kaczyński, nazwisko Merkel musiało się pojawić. Nic dziwnego też, że dziś PiS zarzeka się, że z pakietem klimatycznym nie miał nic wspólnego. Jest jednak jasne, że polska delegacja rządowo-prezydencka rzeczywiście poparła pakiet w imię unijnej lojalności i odpowiedzialności, a więc na sposób niemiecki, a nie powodowana ekologiczną wrażliwością, która jest motorem działania krajów skandynawskich. Ortodoksyjne stanowisko tych ostatnich zostało zresztą osłabione przez koalicję Polski i krajów bałtyckich (które w tej rozgrywce okazały się bardziej częścią wschodu Europy, energetycznie i przemysłowo zapóźnionego, niż jej północnej, proekologicznej flanki). Osłabienie to jednak powiodło się przy poparciu Niemiec, środowiskowo wrażliwych, to prawda, ale jednak na pierwszym miejscu stawiających swój wielki, enrgochłonny przemysł, między innymi samochodowy. Do dziś zresztą największym opononentem duńskiej komisarz do spraw klimatu jest w Komisji Europejskiej niemiecki komisarz do spraw energii. 

Poza retoryką antypolskiej zmowy, dyskusja na temat pakietu klimatycznego zdominowana jest w Polsce przez węgiel. I to węgiel bardziej jako największy skarb narodowy, bogactwo "tej ziemi", niż jako element energetyki wyokoemisyjnej i kopalnych źródeł energii. Czasem, zwłaszcza wsłuchując się w to, co mówi PiS i pisopodobni, można odnieść wrażenie, że w negocjacje na temat pakietu klimatycznego powinien zostać włączony IPN, a może nawet, kto wie, Muzeum Powstania Warszawskiego, tak często pojawia się wystąpieniach Kaczyńskiego wątek krzywd doznanych przez naród polski. Każdy jest patriotą na swój sposób. Nie w tym jednak rzecz. Swoiście pojęty patriotyzm zaważył już kiedyś na stanowisku Lecha Kaczyńskiego w sprawie pakietu klimatycznego. Również dziś jest podstawą pisowskiej argumentacji. I tak jak wtedy niczego w ten sposób się nie wynegocjuje, bo do nikogo spoza Polski te argumenty nie trafiają. Mają zastosowanie wyłącznie jako retoryka na użytek lokalnego elektoratu. Dramatycznie patriotyczna oprawa, paradoksalnie, szkodzi Polsce, a nie pomaga. Tak jak zaszkodziła wtedy, w 2007 roku, gdy można jeszcze było uzyskać dla Polski, której sytuacja energetyczna faktycznie jest specjalna, więcej, niż uzyskano (bo jednak coś uzyskać się dało, nawet jeśli trudno to uznać za wyłącznie polskie zwycięstwo: firmy energetyczne dostały większość uprawnień do emisji CO2 za darmo, obecnie to aż 80 proc. uprawnień). Zamiast jednak gubić się w narodowej emfazie, trzeba dokładnie pakietowi klimatycznemu się przyjrzeć. Zamiast przywoływać jak zaklęcie potencjalne weto, którego Lech Kaczyński nie zastosował wtedy, gdy jeszcze było to możliwe i którego dziś już użyć nie można, trzeba zobaczyć, jak skutecznie i z korzyścią dla Polski powiedzieć "tak". Inaczej mówiąc, jak najlepiej wykorzystać pakiet klimatyczny. Bo sztuka funkcjonowania w UE polega na przemyślanym powiedzeniu "tak", a nie na bezproduktywnym domaganiu się prawa do mówienia "nie" za każdym razem, gdy coś się zawaliło. Szkoda, że obecny rząd uległ retoryce PiS.

Komu opłaca się pakiet klimatyczny

Pakiet klimatyczny to nie tylko redukcja emisji CO2 kosztem polskiego węgla. Poza redukcją emisji gazów cieplarnianych (nie tylko dwutlenku węgla), pakiet dotyczy też zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii oraz bardziej efektywnego zużycia energii. Efektywność zużycia energii przez polskie firmy jest dwukrotnie gorsza niż średnia unijna. Z dymem, w atmosferę, ulatuje w Polsce nie tylko dwutelenek węgla, ale dużo pieniędzy. Polskie budownictwo, zwłaszcza to z czasów PRL, jest niesamowicie enegochłonne. Unijne normy można wypełniać nie tylko bez szkody, ale zyskiem dla budżetu państwa i portfeli mieszkańców. Oczywiście, że wymaga to inwestycji. Są na to unijne pieniądze. Oczywiście, że wymaga to technologii. To wielka szansa dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw, możliwość poczynienia oszczędności i zwiększenia konkurencyjności. Chętnie posłuchałbym sporu PO i PiS jak z tych szans skorzystać. Jak powiedzieć pakietowi klimatycznemu "tak" z korzyścią dla ludzi i polskiej gospodarki. W wystąpieniu Kaczyńskiego na kongresie PiS coś o nowych technologiach było. Ale jak zwykle w formie zarzutu wobec Tuska. Zarzutu pewnie uzasadnionego. Co z tego, skoro niemal cała reszta wypowiedzi Kaczyńskiego spycha nie tylko polską gospodarkę, ale Polskę w ogóle w anachroniczną czasoprzestrzeń. 

Realizacja zapisanych na papierze norm i celów wymaga jak najbardziej fizycznych instrumentów: nowoczesnych systemów grzewczych, pomp, "inteligentnych" liczników poboru energii, technologii do pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych (na przykład z wody i wiatru), jej przekazywania i magazynowania (na przykład z wykorzystaniem nośników wodorowych). Tego rodzaju produkty stanowią 10% duńskiego eksportu. Niemcom opłaca się sprowadzać i przetwarzać polskie odpady, bo w Polsce nie było do niedawna systemu ich pozyskiwania, a obowiązek segregacji został dopiero wprowadzony.  Nie zauważyłem, żeby techniczny rząd PiS podjął programową debatę z rządem PO-PSL jak skorzystać na pakiecie klimatycznym i jak pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, by podjęły technologiczne i rynkowe wyzwania. 

Na energii słonecznej krocie zarabiają dziś Chińczycy. Zarabiają głównie w Europie, bo pakiet klimatyczny zmusza państwa UE do większego niż kiedyś wykorzystania tego trwonionego zbyt długo źródła energii. Europejczycy kupują więc masowo panele słoneczne i dopiero niedawno zorientowali się, że niemal wszystkie są made in China. Doprowadziło to najpoważniejszego od lat sporu handlowego między Chinami i UE, który rozsztrzygnięcie znajdzie pewnie w wyniku arbitrażu i decyzji Międzynarodowej Organizacji Handlu. Europa oskarża Chiny o stosowanie cen dumpingowych. Słusznie. Ale Chińczycy wygrywają w konkurencji z niemieckimi czy francuskimi przedsiębiorstwami dzięki niskim kosztom pracy. Dlaczego w tej konkurencji zabrakło polskich przedsiębiorstw? Obawiam się, że po nieuchronnej przegranej Chin zabraknie ich również w najbliższej przyszłości, mimo, że koszt wyprodukowania paneli będzie w Polsce nadal niższy niż w Niemczech i we Francji, a zapotrzebowanie na nie będzie wzrastać. 

Polskie uwęglenie 

Polska broni węgla, bo ma go dużo. Słyszę, że ograniczenie jego zużycia zmniejszy polską niezależność energetyczną. Rzadziej jednak słychać, że  Polska węgiel importuje. Własnego nie starcza. Często jest droższy. Import węgla od 2006 roku wzrasta, a państwo dopłaca do węgla wydobytego w Polsce.  Oszczędności? Niezależność energetyczna? Absurd. Na pewno korzysta na tym systemie lobby węglowe. Politykom na pewno łatwiej bronić narodową skamienielinę - dosłownie i w przenośni - niż pomyśleć jak dostosować przemysł do potrzeb jutra, niż prowadzić nowoczesną politykę przemysłową i energetyczną. Zależność energetyczna całej UE rośnie, a nie maleje. Dziś 60% gazu i ropy pochodzi z importu. Jeżeli obecna tendencja nie zostanie zastopowana, to w krótkim czasie zależność może sięgnąć 80%. UE musi zmniejszyć uzależnienie od importu kopalnych źródeł energii jak najszybciej. Cała UE, również Polska. Węgiel nie jest odpowiedzią, nawet jeżeli na krótszą metę w UE i na dłuższą w Polsce jego wykorzystanie zostanie utrzymane, a w czasie kryzysu - okresu sprzyjającego polityce krótkowzrocznej - nawet wzrasta. 

Dwóch budrysów

Nie zarzucam nikomu w Polsce braku entuzjazmu wobec uijnej polityki klimatycznej. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zdrowomyślący mógł uznać, że w ciągu parunastu lat polska gospodarka zastąpi węgiel innymi źródłami energii. Nie wierzę w przeprowadzenie rewolucji przemysłowej w krótkim czasie. Ale traktowanie pakietu klimatycznego jako dopustu bożego, sprzeczka o to, kto bardziej zawinił nie blokując tej zasadniczej dla UE polityki, brak jakiejkolwiek refleksji na temat korzyści, jakie pakiet powinien Polsce przyjąć i rzetelnej pracy na rzecz reform, które brałyby w pełni pod uwagę zobowiązania Polski wynikające z pakietu uważam za gospodarczy, polityczny, dyplomatyczny i patriotyczny kretynizm. Najnowsza pyskówka między Tuskiem a Kaczyńskim w tej sprawie utrwala kierunek debaty publicznej, który nie pozwala zwiększyć poziomu wiedzy ludzi na temat unijnej, a więc również polskiej polityki klimatycznej; cementuje stereotypy, zamiast zwiększyć racjonalność debaty; utrudnia uzyskanie społecznego poparcia dla działań, które pozwoliłyby Polsce skorzystać na pakiecie klimatycznym; wiąże ręce każdemu kolejnemu rządowi, który będzie musiał polityce klimatycznej UE się podporządkować, czy mu się to podoba czy nie. 

Bo polityka klimatyczna Unii to nie jest jakiś tam pakiet. To jest wybór kierunku rozwoju całej wspólnoty na długie lata. Ma on zasadniczy wpływ na politykę przemysłową we wszystkich jej wymiarach, na rolnictwo i jego finansowanie, na badania i innowacje, na rynek wewnętrzny i swobodny przepływ towarów, na politykę energetyczną, transport, infrastrukturę (a tym samym na fundusze europejskie współfinansujące inwestycje infrastrukturalne), na handel zagraniczny, na politykę współpracy z państwami rozwijającymi się. Politycy, którzy nie chcą lub nie potrafią tego zrozumieć i wytłumaczyć społeczeństwu ponoszą wielką odpowiedzialność. Dziś spór o pakiet klimatyczny między Tuskiem a Kaczyńskim to spór między dwoma niezbyt miłymi budrysami, którym skradziono księżyc.


2013-03-02

Naszość i feminizm

Ilustracja do artykułu "Feminizm to wynaturzenie" z portalu Fronda.pl 
Dlaczego słowo "feministka" brzmi w Polsce jak obelga? - to pytanie padło dziś na spotkaniu, w którym brała między innymi udział prof. Magdalena Środa. Pozostało bez odpowiedzi, bo właściwie nie wiadomo. Nie wiadomo dlaczego nawet kobiety uchodzące za wyzwolone, nowoczesne, businesswomen jak to się teraz po polsku mówi, uczestniczki Kongresu Kobiet nie chcą, by nazywano je feministkami (to przykład podany przez panią profesor). Uczestniczki Kongresu Kobiet. Zaproszone. Nawet kobiety z Kongresu Kobiet. Ale nie feministki.

Odpowiedź jednak nie jest tak trudna do znalezienia jakby się wydawało. Kobiety biorące udział w życiu publicznym, ta garstka, która przebiła szklany sufit, są świadome przynależności do mniejszości, gotowe są o swoje równouprawnienie się upomnieć, ale nie są żadnymi aktywistkami. Aktywistka nie może przynależeć do świata biznesu. A feministka to aktywistka. Feminizm nie jest postawą, tylko przynależnością. A to nie jest ich przynależność. Kobieta biznesu dba o wizerunek. A łatka feministki psuje wizerunek kobiety biznesu. Feministka to łatka. To inwektywa.

Oczywiście to żaden zarzut. Nie ma obowiązku bycia feministką. Nawet, jeśli się jest kobietą. Zwłaszcza jeśli się jest kobietą. Odpowiedź na wyjściowe pytanie kryje się gdzie indziej. Jest zagadnieniem socjolingwistycznym. Feministka, zanim zostanie opisana jako postawa czy przynależność, to najpierw słowo. Należy do katalogu terminów, którymi polscy orędownicy naszości opisują inność. W tym samym katalogu znajdziemy takie słowa i terminy jak: gej, czarny, Europejczyk,  równouprawnienie, ocieplenie klimatyczne, liberalny, wolność wyboru, prawa kobiet, laickość, socjalizm, lewica, eutanazja, aborcja, emancypacja, poprawność polityczna.

Najbardziej ortodoksyjni wyznawcy naszości dodadzą do tego katalogu prawa człowieka, bo też obce i lewackie. Ci, którzy -  w poszukiwaniu sojuszników - gotowi są polską naszość uczynić elementem naszości wschodnioeuropejskiej lub słowiańskiej do katalogu pojęć opisujących inność włączą Zachód. Ci, którzy swą naszość praktykują w duchu przekory, w autoprezentacji mogą skorzystać z katalogu pojęć wroga i sami nazywać się ciemnogrodem. Ci z mesjanistyczno-partyzanckim zacięciem będą sami siebie określać mianem "niepokornych". Niepokorność wyraża się między innymi przez głośną i odważną krytykę idei narzuconych, takich jak feminizm.

Słowo "feministka" użyte jako inwektywa funkcjonuje w zestawie pojęć podstawowych każdego naszysty. Opisuje wroga a naszysta potrzebuje wroga do skonstruowania swojej tożsamości. Naszość nie może istnieć bez inności, a inność czyli obcość jest zawsze paradygmatem wrogości. Feminizm jest zachodni, jest europejski, czyli nie nasz.  Niedawno w Rzeczpospolitej znalazłem takie zdanie: "Polskie kobiety mimo wszechobecnej lewicowej propagandy nie chcą masowo przyłączać się do feministycznego ruchu".  Bo w języku naszysty przeciwienstwem słowa "feministka" jest określenie "polska kobieta".

Pojęcia, którymi naszysta opisuje odrzucany przez siebie świat nie utracą negatywnego znaczenia w powszechnie używanym języku dopóty, dopóki naszyzm nie przestanie mieć dominującego wpływu na postrzeganie i opis rzeczywistości przez Polaków, przez polskie media i polskich polityków. Europejskość, rozumiana jako zestaw wartości i zasad, jest nie do pogodzenia z ideologią naszości, bo nie ma w niej miejsca na nietolerancję i wykluczenie.

NB. Na temat "ocieplenia klimatycznego" jako pojęcia z języka Obcych zob. też. post . O tym jak w ramach polsko-katolickiej tradycji polska swojskość odnajduje się w systemie wartości wschodnioeuropejskich i jak broni się przed obcością Zachodu pisałem w tekście Orientalna wspólnota Kościoła i Cerkwi.


2012-12-28

Solidarność, głupcze!

W Europie łatwiej o myślenie w kategoriach dobroczynności niż solidarności. Ktoś mógłby pomyśleć, że to czas świąt kieruje naszą uwagę w stronę najbardziej potrzebujących. Na pewno. Ale kryzys gospodarczy nad wyraz jasno pokazał, że to trwała tendencja: ludziom łatwiej przychodzi poddać się chwilowym odruchom sumienia niż wytrwale podążać za podszeptami rozumu. Łatwiej o dobry uczynek na poziomie indywidualnym – jałmużnę, zapomogę, paczkę na święta dla biednych, niż o postępowanie na co dzień zgodnie z zasadami solidarności. Tymi, które wynikają z poczucia wspólnoty losu, zdefiniowania wspólnego interesu, działania na zasadzie wzajemnej pomocy.  Nasze dobre uczynki, balsam na umartwione sumienia, paradoksalnie pokazują jak blisko jest nam do Hobbesa, a jak daleko do Kropotkina. 

Zwykła ludzka rzecz, co do tego ma Unia? Wbrew pozorom ma sporo, bo mechanizmy i sens integracji europejskiej opierają się na zasadzie solidarności w podziale dóbr i na wzajemnej pomocy jako czynniku rozwoju. Wydawałby się to oczywistością. Słowo solidarność odmieniane przez wszystkie przypadki zdominowało publiczne wystąpienia polskich dygnitarzy podczas naszej prezydencji w Radzie UE. Przydaje się również dziś podczas rozmów o unijnym budżecie i o polityce spójności. Solidarność jest nieodzownym odwołaniem w tej retoryce, razem z deklaracjami i wezwaniami dotyczącymi wspólnoty interesu i wzajemności korzyści w europejskiej wspólnocie. 

Solidarność patentowana

Ciekawe, że w tym samym czasie argumenty solidarności i wzajemności nie pojawiają się w debacie na temat wspólnego europejskiego patentu. Nie opłaca nam się – będziemy musieli dołożyć. Ukazał się raport jednej z firm konsultingowych, z którego wynika, że nas to może coś kosztować. Ktoś wyliczył, że mniej, niż rząd chce zebrać rocznie z mandatów. Ciekawe, że cicho jest  na temat innych raportów, publikowanych od trzydziestu lat, ukazujących że dla rozwoju UE, dla jej przedsiębiorczości, jej przemysłu i handlu wspólny patent jest niezbędny. Że jest jednym z warunków poprawy konkurencyjności unijnej gospodarki w w globalnej rozgrywce. Ale polscy przedsiębiorcy wyjątkowo nie mówią o europejskich przedsiębiorstwach, tylko o polskich, o swoich własnych. Przestały być europejskie? 

Co rusz spotykam wzmiankę o tym, że w kwestii patentu nie jesteśmy sami: Włosi i Hiszpanie też nie chcą. Niewiedza czy zła wola  dziennikarzy, nie wiem, ale prawda jest taka, że Włosi i Hiszpanie uparli się i wetują ze względów prestiżowych, bo chcą, żeby włoski i kastylijski zostały dodane to listy języków, w których patenty będą zgłaszane. Znacznie podniosłoby to koszty operacji, której celem jest obniżenie ceny, jaka europejscy przedsiębiorcy i wynalazcy płacą za ochronę patentową. Jesteśmy solidarni z Włochami i Hiszpanami? Chcemy żeby było drożnej? Bezrozumna solidarność. Lobby polskich przedsiębiorców sprzeciwia się porozumieniu 25 państw, ale bynajmniej nie z solidarności z budżetem państwa, który na jednolitym patencie miałby stracić.  Chodzi o to, by sobie patentami głowy nie zawracać. Po co? Własność intelektualna jest dobra dla bogatych, wynalazki zresztą też, więcej patentów europejskich to trudniejszy do nich legalny dostęp.  Legalny – tu jest pies pogrzebany. Solidarność? Tak, solidarność Kalego. Przykładów tej kategorii solidarności jest zresztą więcej, jednym z budzących w Polsce największe (i po części zrozumiałe) kontrowersje jest unijna polityka klimatyczna.  


Solidarność Janosika

Ten brak solidarności i poczucia wspólnoty widać też w innych kwestiach, z pozoru z UE nie związanych. Jednym z przykładów była dyskusja na temat „janosikowego”. Chodzi o prawo, na mocy którego bogatsze regiony Polski, poprzez wkład do tak zwanej subwencji ogólnej, przekazują cześć swoich dochodów regionom o niższym dochodzie na głowę mieszkańca. Nie jestem specjalistą i  nie wiem, czy to dobre rozwiązanie. Zastanawia mnie co innego: dlaczego nikt nie mówi z przekąsem o „janosikowym”, które Jean, Hans i Ian płacą na polskie drogi, mosty, oczyszczalnie, kursy dla bezrobotnych, uczelnie i nawet na Jasną Górę (tam też od lat konserwacja finansowana jest głównie z unijnych funduszy strukturalnych). Czy w interesie bogatych polskich regionów nie leży rozwój biednych polskich regionów? Czy ta solidarność się nie opłaca? Jeżeli tak, to ci którzy tak uważają, nie powinni wypominać egoizmu bogatym państwom UE, które wolałyby mniej płacić albo, jak Wielka Brytania, nie płacić wcale na biedną Polskę, Litwę czy Rumunię. 

Solidarność bogatych

Żeby wszystko było jasne: Polska, ojczyzna  „Solidarności”, nie jest jedynym członkiem UE, w którym solidarność nie jest naturalnym odruchem, a solidarność dekretowana przez państwo lub wspólnotę państw nie spotyka się z powszechnym  zrozumieniem. Francuski podatek, który mają zapłacić najbogatsi jest chyba najbardziej jaskrawym przykładem janosikowego myślenia. Pisałem o tym niedawno w tekście na temat Gerarda Depardieu. Katalonia, najbogatszy region Hiszpanii, chce niepodległości, bo ma dosyć płacenia na biedniejsze regiony. Tyle, że domaga się tej niepodległości w ramach UE, niejako pod osłoną europejskiej solidarności. Szkocja też uważa, że sporo by zyskała, gdyby nie musiała dokładać się do brytyjskiego budżetu i nie chce słyszeć płynących z Londynu pouczeń na temat solidarności: fakt, że Londyn za rządów Camerona nikogo solidarności uczyć nie powinien. Flamandzcy nacjonaliści od lat dążą do rozbicia Belgii, bo nie chcą – jak twierdza – utrzymywać biedniejszej Walonii. Kiedyś to Walonia była bogata, a Flandria biedna, Walonowie pogardzali wówczas Flamandami. Ucichła sprawa włoskiego irredentyzmu, ale Liga Północna istnieje nadal jako żywy dowód, że separatystyczne tendencje bogatej "Padanii" nie nalezą do przeszłości. 

Niemców czy Holendrów pewnie łatwiej byłoby przekonać do wysyłania do Polski paczek, jak w stanie wojennym, niż do tej formy solidarności, która obowiązuje w UE. Pewnie byłoby łatwiej, tylko, że pożytek – nie tylko dla Polski, również dla nich samych – byłby nieporównywalnie mniejszy. Greków – na jakiś czas przynajmniej – można by przyjąć do obozów uchodźców, dać jeść, swetry rozdać. Ale na dłuższą metę nikt na tym nie skorzysta. Wyjątkowa w historii finansowa  solidarność państw strefy euro przyniesie profity wszystkim,  nawet jeśli to bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Grecy poczują je pewnie ostatni i zapewne nie wcześniej niż za kilkanaście lat. Europejska solidarność nigdy nie była łatwa do zrozumienia, a w odróżnieniu od dobroczynności nie jest wynikiem odruchu serca, tylko rozumu. Okres kryzysu jest dla idei solidarności najtrudniejszym sprawdzianem, bo solidarność wymaga umiejętności i odwagi spojrzenia w przyszłość, a przyszłość oglądana z kryzysowej perspektywy napawa ludzi strachem, a nie odwaga. Strach pogłębia istniejące już wcześniej podziały, jest pożywieniem egoizmu.  Jak to się dzieje, że w tej sytuacji oparta na solidarności integracja europejska funkcjonuje już od kilkudziesięciu lat? Nie wiadomo. To tylko kolejny dowód na to, jak genialni byli ci, którzy tę europejską Spółdzielnię „Solidarność” wymyślili.

2012-08-21

Łatwiej uwierzyć w smoka wawelskiego niż w ocieplenie klimatyczne

Todd Akin, republikański kongresmen i kandydat do Senatu, wywołał burzę wyrażając pogląd, że organizm kobiety sam może zablokować ciążę, jeśli padła ona ofiarą "gwałtu we właściwym znaczeniu tego słowa". Nie dość, że kobiecy organizm sam sobie poradzi z niechcianą ciążą, to jeszcze dostarczy dowodu na zasadność oskarżenia o gwałt: organizm obroni się tylko przed prawdziwym gwałtem. Nie trzeba chyba nadmieniać, że Akin jest zaangażowanym przeciwnikiem aborcji. Każdej aborcji, nawet wtedy, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu albo kazirodztwa. Nie wiadomo, co bardziej powinno dziwić: głęboka ignorancja osoby publicznej czy fakt, że znajduje ona wyborców skłonnych w absurdy uwierzyć. Zwykle przy takich okazjach pastwimy się nad biednymi Amerykanami posądzając ich o skąpą wiedzę o świecie. Fakt, że aż 40 proc. Amerykanów wierzy, że człowiek wygląda tak jak Bóg go stworzył. To w USA (ale też w Korei Południowej) kreacjonizm jest najbardziej popularny.


Nessy z Loch Ness (makieta, prawdziwy "dinozaur" chyba nie żyje)
Ale i w Polsce ma on wielu zwolenników. W 2006 roku Profesor Maciej Giertych, wówczas europoseł, zwołał konferencję prasową w Parlamencie Europejskim by oznajmić, że teoria ewolucji nie powinna być wykładana w szkołach. Dowodząc słuszności wyznawanej przez siebie teorii kreacjonistycznej postawił tezę, że ludzie żyli w tych samych czasach co dinozaury.  By nie zostać gołosłownym przywołał przykład… smoka wawelskiego. Potwór zapisał się w ludzkiej pamięci jako smok, ale zdaniem profesora-kreacjonisty był po prostu dinozaurem. Podobnie jak szkocki potwór Nessy, ten z Loch Ness. Ale Profesor nie jest przypadkiem odosobnionym.

Jak donosi Gazeta Wyborcza (21/08/2012), powołując się na badania hiszpańskiej Fundacji BBVA, tylko co drugi Polak wie, że ludzie nie żyli w epoce dinozaurów. Hiszpańskie badanie ukazuje zatrważającą ignorancję Polaków jeśli chodzi o wiedzę naukową. Tak, Amerykanie wypadają znacznie lepiej, jeśli za wskaźnik przyjąć średnią obiektywną wiedzę naukową (bo już w kreacjonizmie są nie do pobicia). Wyniki badań pozwalają lepiej zrozumieć dlaczego tak trudno Polakom uwierzyć w zmiany klimatyczne i dlaczego ochronę środowiska, wydatki na badania i na naukę tak wielu uważa za trwonienie pieniędzy. Eurosceptycy oskarżają naturalnie UE o wymuszanie na uległych polskich władzach tego „marnotrawstwa”, które pożytek, naszym kosztem, przynosi innym. Twitter i internetowe czaty roją się o tego rodzaju opinii głoszonych zarówno przez anonimowych autorów i  jak i przez znanych, zwykle narodowo-konserwatywnych, publicystów. 

Płaska Ziemia, bez zmian klimatycznych (kredyt:Wikimedia commons)
To niepojęte jak duża jest liczba osób, które reagują na doniesienia o zmianie klimatu tak, jak pierwsi oponenci Karola Darwina reagowali na tezę, że człowiek mógłby pochodzić od małpy. Wiele trzeba było lat, by ludzie uwierzyli, że Ziemia nie jest płaska. Trochę szybciej poszło z przekonaniem ludzi, że kolej żelazna nie jest wymysłem diabla. To jednak było w czasach, gdy nie było powszechnego szkolnictwa, absolwenci nie tylko wyższych uczelni, ale nawet liceów byli rzadkością, nie było internetu ani telewizji. Dziś to wszystko jest.  Ile lat będzie potrzeba, by Polacy uwierzyli, że klimat się zmienia? Jakaś przaśna zawziętość, buta ignorancji nie pozwala przyjąć do wiadomości tego, co do czego zgodziły się najpotężniejsze umysły planety, opierając swą wiedzę na wieloletnich badaniach.

Za teorią promowaną przez obcych kryje się oczywiście zło wymierzone w nas. Każda wzmianka o promowaniu przez UE inwestycji w naukę i w badania jest postrzegana jak zamach na "polskie" pieniądze, konieczne do realizacji prawdziwych priorytetów: budowy dróg i autostrad. Każda inicjatywa UE w dziedzinie polityki klimatycznej, ograniczenia emisji CO2, jest postrzega jako dowód zmowy obcych, tak przerażonych konkurencją polskiej lokomotywy gospodarczej, lokomotywy węglowej rzecz jasna, że posunęli się do wymyślenia bzdur o zmianie klimatu! A przecież można bronić swoich interesów – bo to oczywiste, że takie partykularne interesy istnieją - nie przecząc faktom i nie blokując tych inicjatyw, które są zgodne z interesem ogólnym. 

2012-03-13

Klimat: morały zachodnich hipsterów

Kiedy się do Google'a wrzuci hasło "obce mody", to większość wyświetlonych odniesień dotyczy Zosi z Pana Tadeusza. Zosia obcych mód nie lubiła, tylko swojskość. Mody na klimatyczne niepokoje też by pewnie nie polubiła. Kwiatki wąchać, grzyby zbierać, na niebo popatrzeć, tak, bo nasze, ale klimat - obcy. Zachodni. Cudze dyrdymały.

© Kadmos-Europa
Po dzielnym wecie polskiego rządu na spotkaniu unijnych ministrów środowiska, na Twiterze bardzo obrodziły uwagi na temat klimatu. A raczej na temat samego weta i bzdurnych wymagań formułowanych pod naszym adresem przez UE w ramach jej polityki przeciwdziałania zmianom klimatycznym. O krytyce polskiego weta jeden z ćwierkających komentatorów rzeczywistości napisał, że to morały zachodnich hipsterów. Właściwe skoro hipster, to wiadomo, że zachodni, bo żaden normalny polski mężczyzna hipsterem raczej nie bedzie. Obca moda. Jak klimatyczne urojenia. Ćwierkający komentator napisał też, że "kiedy przez świat przetaczała się rewolucja przemysłowa, myśmy byli pod zaborami." Twitter wymaga lakoniczności, wiec na wszelki wypadek wyjaśnię: chodzi o to, że inni wtedy budowali fabryki i dymili, a my nie dymiliśmy, bo nie byliśmy niepodlegli. Obcy dymili. Stąd już tylko krok, by zapytać do kogo wtedy należały fabryki. Oczywiście fabryki nie we wszystkich zaborach stały. W Poznańskiem, owszem,  ale już na przykład na Ukrainie polska szlachta utrzymywała niewolnictwo i przed uprzemysłowieniem broniła się rękami i nogami, tudzież batem, jeśli wierzyć Danielowi Beauvois. Pewnie, żeby fabryki nie wpadły w ręce zaborcy. Podoba mi się pogląd, że kiedyś się nie rozwijaliśmy z powodu obcych, więc niech się nam teraz obcy nie wtrącają i morałów nie prawią. Podoba mi się, bo najbardziej lubimy poglądy znane, a ten akurat znamy z państw postkolonialnych. 

Porównań nie brakuje. W Polsce mówi się o polityce klimatycznej UE podobnie, jak w Chinach o prawach czlowieka: smieszna fanaberia bogatego Zachodu, którą chca nam narzucić, żeby zahamować nasz rozwoj. A przeciez musimy nadgonic wiekowe zapóźnienia i nie bedziemy się dzis zajmowac takimi chimeramami. Oni tez o tym nie mysleli, gdy mieli swoją rewolucje przemysłową. Dziś my mamy nasza. Jak bedziemy tak bogaci jak oni, to może też sobie wymyślimy jakieś zabawki.

Czy jednak tylko o chimery chodzi? Trafnie ujął ten dylemat Łukasz Warzecha, też na Twitterze: "Pozostaje tylko pytanie, czy te wszystkie grinpisy działają jako pożyteczni idioci czy po prostu tłuką własny interes." Na tak postawione pytanie jednoznacznie odpowiada Igor Janke: "Bardzo charakterystyczne są reakcje niemieckiej prasy na polskie weto w sprawie dalszych redukcji emisji CO2. (...) Ostre słowa padną też zapewne we Francji, w Wielkiej Brytanii czy Danii. Te kraje mają bowiem bardzo konkretne interesy w tym, by przyjąć wyśrubowane cele redukcyjne. (...) Za ogromnym naciskiem na obniżenie emisji stoją bardzo twarde interesy polityczne i gospodarcze." Chciałoby się powiedziec: no to jesteśmy kwita. Bo my też mamy bardzo ważne interesy polityczne i gospodarcze. Polski rząd wprost to mówi. I na tym właściwie temat można by zakończyć, bo wygląda na to, ze w tej sprawie jest konsensus miedzy rzadem i opozycja. W Polsce wszyscy są przeciw polityce klimatycznej UE. Są jednak niuanse. PO częściej argumentuje, że na dalsze ograniczanie emisji CO2 nas nie stać, że to zrujnuje naszą gospodarkę opartą na węglu. Podobnie eseldowska lewica. W reakcjach PiS i pisopodobnych te argumenty też się pojawiają oczywiscie, ale jako ilustracja istotniejszego zjawiska: oni, czyli Zachód siłą chcą nam swoje mrzonki narzucić żeby nas zniszczyć, a przynajmniej dlatego, że się z nami nie licza i nigdy nie liczyli. Robią to przeciw nam lub wbrew nam lub mimo nas.

Czy jednak choćby z intelektualnej uczciwości, choćby dla ćwiczenia,  nie warto byłoby przyjąć, że klimatyczne troski są nie tylko odziałem "idiotów z grinpisu" lub cyników chcących zarobić naszym kosztem? Może jednak coś innego się za tym też kryje.

Z jakiegoś powodu nie wypada przyznać w Polsce, że zmiany klimatyczne są faktem i że są jednym z największych zagrożeń kolejnych dziesięcioleci. Dlaczego? Z  niedowiarstwa moze: kiedyś trudno bylo Pasteurowi przekonac ludzi, że na świecie są mikroby, i że trzeba myć ręce. Może tak bardzo zagnieździły się bushowskie poglądy na świat. Wszak jego zwolennicy gotowi byli (i są!) z równym przekonaniem zapewniać, że ewolucjonizm ma uzasadnienie jak i że zmian klimatycznych nie ma. Być może Polacy też uważają, że - jak powiedziano w Biblii - dostali Ziemię we władanie by ujarzmić siły natury. Ze względu na mało stresujące położenie geologiczne i klimatyczne, niewielkie jest ryzyko, że przyjdzie tzunami i każe nam zrewidowac pogląd w tej kwestii.

Jest to też problem aksjologiczny. Tak, klimat to też sprawa wartości, ale nie do zaakceptowania, bo obcych. Aż by się chciało powtórzyć, że kiedy się świat rozwijał my byliśmy pod zaborami i się na rozwój cywilizacji nie załapaliśmy. Gdy na świecie pojawiały się kolejne nowe idee i nowe wartości, już nie z religii się wywodzące, my tkwiliśmy w religijnej, chrześcijańskiej aksjologii. I nadal tkwimy. Dlatego, wbrew tradycji polskiego kulturalizmu, polskich humanistów,  nieufnie odnosimy się do wartości nie-religijnych. Jedna z najnowszych, poszanowanie środowiska naturalnego, i wynikająca z niej troska o klimat, wciąż w polskich uszach  budzą nieufność lub przynajmniej rozbawienie. To coś czego nie tylko Skandynawowie, ale nawet Niemcy, Francuzi czy Hiszpanie nie potrafią pojąć. Funkcjonujemy w innych schematach aksjologicznych. Dlatego nie ma porozumienia. Dlatego każda że stron ma wrażenie, że druga strona ukrywa przed nią swe prawdziwe intencje. 




Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...