Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

2016-06-22

Brexit: z Brytyjczykami trzeba twardo

Po naszej stronie kanału La Manche mamy jakieś wyobrażenie tego, co się wydarzy, gdyby Wielka Brytania wystąpiła z Unii Europejskiej. Na listę konsekwencji, do niedawna wypełnionej przepowiedniami wieszczącymi grozę, coraz częściej trafiają przewidywania pozwalające zachować umiarkowany optymizm: końca świata nie będzie. Czy jednak nie za mało zastanawiamy się nad tym, co będzie, jeśli po raz kolejny Brytyjczycy postanowią jednak zostać częścią "superpaństwa"? Przekonanie, że w tym przypadku nie wydarzy się nic, jest złudne. Dobrego wyjścia z tej gry nie ma.

Lektura brytyjskich gazet podczas kampanii referendalnej u każdego zwolennika integracji europejskiej może wywołać zawrót głowy. To, że do druku tekstów na temat UE tamtejsze tabloidy (Sun, Daily-Express, Daily Mail), oficjalne organy prasowe obozu Leave, używają nie farby drukarskiej, ale smoły piekielnej wszyscy zdążyli przywyknąć. Czym większa bzdura, czym bardziej absurdalne kłamstwo, tym większa szansa, że przebije się do lokalnej opinii publicznej. Wszystkie zbierane przez lata euromity (kiedys poświęciłem im specjalną zakładkę), nawet te najgłupsze i tysiące razy prostowane, wylały się w referendalnej debacie.

Mniejsze zło

Jest jednak charakterystyczne, że również w obozie Remain mało jest pozytywnych myśli i jakiegokolwiek projektu na przyszłość. Nawet lektura takich gazet jak Guardian, Independent czy Daily Mirror (bulwarówka, która mówi o sobie "inteligentny tabloid"), które popierają kampanię na rzecz pozostania w UE, dowodzi, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje żelazna zasada: każda deklaracja na rzecz pozostania w UE musi zaczynać się od preambuły "wiem co prawda, że Unii daleko do doskonałości, ale ...". Jakby wręcz nie wypadało, z obawy przed utratą wiarygodności, mówić o zaletach członkostwa bez "ale".


Cameron, który referendalny cyrk rozpętał, stoi na straconej pozycji, bo trudno mu nagle zostać euroentuzjastą po tym, jak przez kilka lat wytrwale sicigał się z nacjonalistami w krytyce wszystkiego co "brukselskie". Jedyne, co mu zostało, to nawoływać do wyboru "mniejszego zła". Zwolennikom Remain z Partii Pracy niby powinno być łatwiej, bo nie oni to referendum wymyślili. Ale w UK po prostu nie da się o integracji europejskiej mówić pozytywnie.

W obu obozach dominuje język strachu. Strachu przed konsekwencjami: w obozie Leave, przed konsekwencjami zostania w UE, w obozie Remain - wyjścia z niej. Dziesiątki lat Europe-bashing i EU-bashing w debacie publicznej uformowało umysły opinii publicznej w taki sposób, że Unię można tu co najwyżej postrzegać jak mniejsze zło. Czy obecność w Unii państwa, które pozostaje w niej ze strachu i wbrew sobie rzeczywiście jest atutem dla integracji europejskiej? Wątpię.

Eksplozja emocji

Brytyjczycy niemal od zawsze mieli z kontynentem problem: fobia, ale i fascynacja (tutaj więcej na temat historycznych zaszłości). By pojąć niuanse referendalnej debaty na temat "in/out" warto pewnie wiedzieć, że tego samego terminu używają Brytyjczycy, gdy mówią o seksie, o czym niedawno, w genialny jak zwykle sposób, przypomniał John Oliver (tutaj nagranie - bardzo polecam). Ich relacja wobec Europy to zagadnienie dla psychoanalityka.

Brytyjczycy potrafią wspaniale debatować. Wczorajsza bitwa na słowa między obozem In i obozem Out, transmitowana przez BBC, była o wiele bardziej wciągająca niż wszystkie trzy mecze Euro 2016 rozegrane tego samego dnia. Na przykład soczysty retoryczny pojedynek między kolegami z tej samej partii, Borisem Johnsonem (pro- Out) i Theresą May (pro-In). Delicje. Johnson chyba już wyczerpał całą swoją eurofobiczną emfazę, może przekonać tylko przekonanych. May, Szkotka, była o niebo bardziej racjonalna i merytoryczna. Jest szansa, że to jej argumenty, a nie kłamstwa Johnsona, trafią do wciąż niezdecydowanych, którzy zdecydują o wyniku jutrzejszego referendum. Ale ona też do niedawna zbijała kapitał polityczny na krytyce UE, na przykład w kwestii europejskiego nakazu aresztowania. Dziś ze swej roli wywiązuje się świetnie, czy jednak jest wiarygodna? Chodzi jej o to samo, co Johnsonowi: o zagarnięcie jak największej części masy upadłościowej w przypadku porażki Camerona. A ta jest możliwa nawet w przypadku zwycięstwa Remain.

Podziały w partii torysów są dziś prawdopodobnie silniejsze niż kiedykolwiek we współczesnej historii tego ugrupowania. Konieczność licytowania się z ksenofobami z UKIP i z partyjek jeszcze bardziej na prawo jest dla torysów z obozu Leave wyniszczająca. Co gorsza, dramatycznie pogłębia i tak już silne podziały w brytyjskim społeczeństwie. Labourzystów jednoczy rola opozycji, ale i tam występują podziały między zwolennikami linii wyznaczonej tej partii lata temu przez Tony'ego Blaira a tymi, którzy chcą od niej odejść, między zwolennikami "trzeciej drogi" i lewicowymi suwerenistami.

Tragicznym akordem symfonii emocji było kilka dni temu zabójstwo Jo Cox, posłanki Partii Pracy zaangażowanej w kampanię na rzecz pozostania w UE. Bez względu na wynik referendum, który poznamy w piątek rano, podziały w brytyjskim społeczeństwie pozostaną na długo. A ponieważ, przynajmniej pozornie, to stosunek do integracji europejskiej wytycza linie podziałów, brytyjskie narodowe kłótnie nie pozostaną bez wpływu na i tak kiepską atmosferę w Unii. Jest bardzo możliwe, że pozostanie tak bardzo podzielonej Wielkiej Brytanii w UE będzie dla integracji europejskiej jeszcze bardziej destrukcyjne niż Brexit.

Zreformować Unię

David Cameron wygrał wybory i został premierem w dużej mierze dlatego, że dotrzymał słowa: obiecał referendum w sprawie wyjścia z Unii i rzeczywiście je zorganizował. Pewnie już zrozumiał, że strzelił sobie w stopę. Za późno. Nadal głosi, że jego celem jest zreformowanie UE, a nie wychodzenie z niej. Ale mnożąc opt-outy i derogacje, nie biorąc udziału w kluczowych europejskich inicjatywach Wielka Brytania sama ustawiła się w pozycji outsidera. A to kiepska pozycja dla reformatora. Cameron twierdzi, że pozostanie w UE da Wielkiej Brytanii prawo nadania integracji europejskiej nowego kierunku, podczas gdy wyjście z Unii prawa tego ją pozbawi, niekoniecznie zdejmując od razu z Londynu wszelkie powinności wynikające z unijnych traktatów. Faktycznie.

Ale ramy reformy, do której Cameron wzywa, zostały przezornie zapisane w porozumieniu, które pod egidą Donalda Tuska zawarły z wyspiarzami pozostałe państwa członkowskie. Powiedzmy sobie szczerze: chodzi tam bardziej o potwierdzenia brytyjskiej pozycji outsidera, niż o spektakularną reformę Unii jako takiej. I całe szczęście, bo reformowanie Unii według brytyjskiego scenariusza to gorsze niż reformowanie Polski według scenariusza "dobrej zmiany".

Owszem, państwa członkowskie zmarnowały kolejne okazje głębokiej reformy procesu integracji, do największego w swej historii rozszerzenia Unia przystąpiła nieprzygotowana. Owszem, daleko idące zmiany są potrzebne. Ale z pewnością nie te, i nie tak, jak widzi to Wielka Brytania. Nie powierza się remontu autostrady zażartemu przeciwnikowi motoryzacji, zwolennikowi alternatywnych dróg transportu. Paradoksalnie, to Brexit, a nie pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, może wymóc potrzebne reformy. Jest jednak mała szansa, że spodobają się one wszystkim. Pewnie najmniej tym, którzy stawiają na brytyjskiego konia w nadziei rozluźnienia europejskich więzów przy jednoczesnej woli utrzymania benefitów płynących z członkostwa. Jest jednak oczywiste, że reformowanie Unii z udziałem Brytyjczyków nie będzie służyło idei integracji europejskiej.

Zreformować Wielką Brytanię

Gdyby doszło do Brexitu, Brytyjczycy musieliby wreszcie przyznać, że bardziej niż o reformę Unii chodzi im o głębokie zmiany w Królestwie. Spór o Unię odsuwa jedynie w czasie odpowiedź na pytanie, jak miałyby one wyglądać. Kampania referendalna pozwoliła sformułować jedynie niektóre z oczekujących na rozwiązanie wyzwań. Wiele z nich jest całkowicie fałszywych (na przykład cytowana przez Johnsona suma kontrybucji, którą Wielka Brytania wpłaca tygodniowo do unijnego budżetu). Inne w ogóle nie dotyczą Unii (na przykład niektóre z przypisywanych Unii przepisów dotyczących prawa pracy czy ochrony zdrowia). Część jest związana z Unią, ale obciążanie Unii odpowiedzialnością za wszystkie brytyjskie niepowodzenia jest szczytem hipokryzji.

Dobrym przykładem jest problem migracji. Wszyscy widzieli zdjęcie Farage'a na tle plakatu ukazującego falę ciemnoskórych uchodźców. Ponoć to UE ponosi winę za atrakcyjność Europy jako kierunku emigracji. Jeżeli trzeba by wymienić tylko jedno państwo, które we współczesnej historii świata ponosi największą odpowiedzialność za arbitralne wyznaczanie granic, tworzenie i delegalizowanie państw, za kolonializm i taki a nie inny podział Bliskiego Wschodu, za emigrację setek tysięcy ludzi uciekających przed głodem, wojną i śmiercią, bez wahania wymieniłbym właśnie brytyjskie imperium. Obywatele Commonwelthu, z Indii, Pakistanu i innych części świata, przybywają do Wielkiej Brytanii z brytyjskimi paszportami (lub raczejdokumentami podróży).

Dla każdego, kto kiedykolwiek był w Londynie, dziwny może się wydawać strach deklarowany dziś strach przez "inwazją" ludzi o różnych kolorach skóry. Ale tu i ówdzie na brytyjskiej prowincji ten strach bardziej niż kiedykolwiek został podsycony ksenofobią i rasizmem, które napędzają kampanię referendalną niektórych członków UKIP-u i innych nacjonalistycznych ugrupowań. Imigracja kojarzy się też Brytyjczykom automatycznie z zagrożeniem terrorystycznym. Tak samo jest w większości państw europejskich. Ale mało które państwo europejskie ponosi porównywalną do brytyjskiej odpowiedzialność za wzrost tego zagrożenia. Ideologiczny terroryzm zaatakował w ostatnich dniach nie z tego kierunku zresztą, którego zwolennicy Brexitu tak się obawiali: Jo Cox została zamordowana przez skrajnie prawicowego eurofoba. Do katalogu brytyjskich strachów dołączył w konsekwencji jeszcze jednen: strach przed aktami przemocy dokonywanymi przez ksenofobiczną prawicę. To brytyjski problem: ani Remain ani Leave go nie rozwiążą.

Brytyjski sprzeciw wobec migrantów w Polsce kojarzy się zwykle z bliskowschodnimi uchodźcami. Błąd: leitmotiwem retoryki zwolenników wyjścia z UE jest zagrożenie ze strony imigrantów z Polski, Litwy czy Czech. Z punktu widzenia prawa unijnego chodzi o Europejczyków podejmujących pracę na terytorium jednolitego rynku zgodnie z zasadą swobody przepływu siły roboczej i kapitału. Ale nie tak to wygląda w ujęciu brexitowców. Dla nich "polski hydraulik" to ten bardziej kłopotliwy rodzaj imigranta. Bo wyposażony w unijny paszport nie może być ot tak sobie odesłany do domu ani pozbawiony przywilejów socjalnych i pracowniczych stworzonych dla posiadaczy paszportu Zjednoczonego Królestwa. Odstępstwa od unijnych reguł w tej dziedzinie są jednym z głównym punktów wynegocjowanego przez Camerona porozumienia z lutego tego roku.

Czy jednak rzeczywiście to Unia ponosi odpowiedzialność za setki tysięcy pracowników z Europy Środkowej i Wschodniej w Wielkiej Brytanii? Bardzo byliśmy wdzięczni Brytyjczykom, że tak pięknie, solidarnie się zachowali w momencie rozszerzenia Unii w 2004, gdy - w odróżnieniu od wielu innych unijnych państw - nie wystąpili o czasowe zwolnienie z obowiązku przestrzegania ujinych zasad wolnego przepływu ludzi. Nad Tamizę masowo ruszyli polscy elektrycy, kucharze, robotnicy. Mniej masowo eksperci od finansów, którym udało się zatrudnić w londyńskim City. Co się zmieniło od tego czasu? Zmieniła się koncepcja gospodarcza. Za czasów Blaira gospodarka otwarta, rynek pracy przyjmujący potrzebną siłę roboczą i wykwalifikowanych pracowników był elementem obowiązującego schematu. Dzisiaj schemat się zmienił. Wtedy podawaliśmy w Polsce Wielką Brytanie za przykład kraju, który nie skarży się na zbyt duże i przedwczesne rozszerzenie Unii. Dziś okazało się, że Wielka Brytania należy do grona państw, które uznały rozszerzenie zwane historycznym za historyczny błąd.

Seria kryzysów, które wstrząsnęły światem i Unią od 2008 tłumaczy oczywiście konieczność zmiany koncepcji rozwoju w tym czy innym państwie. Problem w tym, że brytyjscy zwolennicy wystąpienia z UE chcą narzucić innym państwom zmiany spełniające jeden podstawowy warunek: opłacalności dla Zjednoczonego Królestwa. Co więcej, chodzi o zmiany na przeczekanie, zanim sami Brytyjczycy zdobędą się na odwagę, by powiedzieć jak chcą zmienić swoje własne państwo. Zanim do tego dojdzie, Unia ma zgodzić się, by posłużyć za chłopca do bicia, który pozwoli rozładować wewnętrzne, brytyjskie spory. Przy czym z rozbrajającą szczerością wyspiarze przyznają: tak, tylko nasz interes jest ważny (ale jeszcze go nie zdefiniowaliśmy). Czy przyjęcie takich warunków pozostania Wielkiej Brytanii w Unii jest dobre dla integracji europejskiej? Bardzo to wątpliwe.

Dzień po

Wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii będzie bez wątpienia bardzo kosztowne i dla Unii i dla Wielkiej Brytanii. Kosztowne nie tylko finansowo, ale i politycznie. W wymiarze nie tylko makroekonomicznym, ale i mikroekonomicznym. Stracą przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa po obu stronach kanału. Przynajmniej niektóre. Inne pewnie zyskają. Nie sposób przewidzieć proporcje, ale byłoby naiwnością liczyć na przewagę zysków nad stratami. Ogólnie potencjał demograficzny, gospodarczy i dyplomatyczny UE po odejściu Wielkiej Brytanii ulegnie uszczupleniu. Ale jeżeli w perspektywie długoterminowej taka jest cena za uratowanie integracji europejskiej?

Efekt domina jako skutek Brexitu jest mało prawdopodobny. Domino ma to do siebie, że elementy tego samego kształtu i tej samej wagi spadają na siebie, a żaden z elementów europejskiej składanki nie jest porównywalny ze Zjednoczonym Królestwem. Podobnie jak Zjednoczone Królestwo, mimo porównań, które zdarzają się zwolennikom Brexitu, nie jest podobne do Norwegii ani Islandii. Brexit nie będzie oznaczać rozpadu UE, nawet jeżeli tendencje do opuszczenia UE mogą czasowo się wzmocnić w niektórych krajach. Bardziej prawdopodobne jest, że pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, wiążące się z realizacją zobowiązań zapisanych w porozumieniu z 18 lutego, skłoni inne państwa do wystąpienia o derogacje. Tak było wcześniej z brytyjskim rabatem wytargowanym przez Margaret Thatcher w 1984. O podobne "tymczasowe korekty" wystąpiły z powodzeniem Austria, Dania, Holandia, Niemcy i Szwecja.

Wyjście z Unii, gdyby w referendum wygrał Brexit, wymagałoby dwóch lat. Od innych państw członkowskich zależałoby, czy zechcą przyznać Brytyjczykom dodatkowy czas. Potem trzeba by negocjować stosunki między Wielką Brytanią, nie będącą już państwem członkowskim, a Unią. To kolejne dwa lata. Donald Tusk mówił o siedmiu latach bolesnych negocjacji. To dość luźne szacunki. Liczba ta nie znajduje potwierdzenia w traktacie, nie sposób też odwołać się do doświadczenia, bo żadne państwo nigdy z Unii nie występowało. Na razie tendencja jest taka, by w przypadku Brexitu negocjować z Brytyjczykami twardo. Dla przykładu. W rzeczywistości jednak przebieg negocjacji będzie zależał od państw członkowskich.

"Out is out"

Zapewnienie sobie przez Londyn spolegliwej postawy ze strony takich państw jak Polska czy Węgry, w których rządy sprawują obecnie eurosceptycy, mogłoby się okazać kosztowne dla brytyjskiego budżetu i politycznie ryzykowne dla Polski i Węgier, gdyby chciały podważyć wspólną unijną linię postępowania. Ale przeważyć mogą względy ideologiczne. Przynajmniej w przypadku PiS nie byłoby to zaskakujące, Orban wydaje się bardziej racjonalny. Ale Brytyjczycy mieliby też atuty negocjacyjne w rozmowach bilateralnych z takimi państwami jak na przykład Francja: powiązania gospodarcze są między nimi bardzo ścisłe, poza tym oba kraje zaangażowane są we współpracę militarną.

Żeby twarda i bezkompromisowa postawa negocjacyjna stała się faktem, trzeba by przejść do działania natychmiast. I taki jest plan: wspólne stanowisko 27 państw członkowskich wobec Londynu ma być przedmiotem decyzji na unijnym szczycie 28-29 czerwca. Spodziewane jest też wspólne stanowisko Niemiec i Francji. Gdyby do takiej sytuacji doszło rok temu, można by się spodziewać, że Polska odegra w tych rokowaniach ważną rolę. Pod rządami PiS, który w ciagu paru miesięcy zmarnotrawił europejski dorobek i szansę na zajęcie przez Polskę ważnego miejsca w nowej unijnej architekturze, nic takiego się nie stanie. Przeciwnie: każda inicjatywa zmierzająca do osłabienia dynamiki integracyjnej (a takiej postawy można spodziewać się po rządach PiS) przyspieszy materializację idei twardego jądra "prawdziwej" Unii, skupiającej w pierwszym rzędzie państwa strefy euro.

Szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker po raz kolejny zapowiedział, że nie będzie taryfy ulgowej dla Brytyjczyków: "out is out". Nie jest jednak jasne, jaką rolę będzie miała do odegrania Komisja. Również w tej sprawie decydujące mogą być konkluzje szczytu 28-29 czerwca. Na razie można sobie jedynie wyobrazić, że wychodzenie Wielkiej Brytanii z UE mogłoby się odbywać według scenariusza "rozszerzenia à rebours". Oznaczałoby to, że polityczne decyzje podejmują państwa członkowskie, w konsultacji z Parlamentem Europejskim, ale techniczne negocjacje prowadzi Komisja. Który z komisarzy miałby się tym zająć? Paradoksalnie, to komisarz do spraw rozszerzenia, Austriak Johannes Hahn, wydaje się najbardziej odpowiedni.

Zarówno w przypadku zwycięstwa Leave jak Remain konieczne będą negocjacje. I bez względu na wynik referendum, uległość wobec Wielkiej Brytanii miałaby opłakane skutki dla integracji europejskiej. Katastrofą zachodniej cywilizacji, wbrew temu co mówił Tusk, nie byłby Brexit. Katastrofą byłby koniec integracji.



2015-09-07

Polski front republikański

To, co robi PO na swoich listach, przypomina w zamyśle francuski "front republikański": obrońcy republiki (czytaj: demokracji) z różnych politycznych nurtów, od lewa do prawa, jednoczą się przeciw tym, którzy demokracji zagrażają. Zgoda co do tego, co i kto jest zagrożeniem  jest głównym, zwykle jedynym, ale solidnym fundamentem porozumienia.

Zwykle front republikański ma stanowić zaporę przed wygraną wyborczą skrajnie prawicowego Frontu Narodowego. A gdy Front Narodowy jednak sukces wyborczy odnosi, to skazuje się go na ostracyzm: o współpracy parlamentarnej w Zgromadzeniu Narodowym nie ma mowy, to oczywiste, na poziomie samorządów nie wchodzi się z nimi w koalicje. Front republikański bywa więc pasem bezpieczeństwa zabezpieczającym demokrację przed zderzeniem z samą sobą: w końcu wrogów demokracji do władzy dopuszczają wyborcy. 

Francuskie inspiracje?

Odkąd w latach osiemdziesiątych François Mitterrand poszczuł Frontem Narodowym (wówczas partyjką dość niszową) prawicę konwencjonalną (wtedy byli to neogaulliści Chiraca i centryści Giscarda d'Estaing), zabawa ekstremą przestała być we Francji czymś niezwykłym. 

Zgromadzenie republikańskie w Paryżu, po zamachu na Charlie Hebdo.
By Remi Jouan/Wikimedia Commons 
Pozostawała jednak narzędziem socjalistów służącym do trzymania w szachu prawicy, która aż do Sarkozy'ego bardzo nerwowo reagowała na wszelkie oskarżenia o skłonność do współpracy z Frontem Narodowym albo o konkurowanie z nim w umizgiwaniu się do nierepublikańskiej (bo podzielającej opinie Le Pena) części elektoratu. Za Sarkozy'ego się to zmieniło, bezpieczniki puściły.  Sarkozy był gotów do poszczucia Frontem Narodowym, tym razem, socjalistów. Dla zdobycia wyborców - do konkurowania z FN ideami i praktycznymi rozwiązaniami wcześniej kojarzonymi tylko ze skrajną prawicą. W międzyczasie Front Narodowy umocnił jeszcze bardziej pozycję na scenie politycznej Francji. W dużej mierze dzięki igraszkom socjalistycznego i neogaullistowskiego establishmentu: karmienie potwora wzmacnia potwora. Ale też dzięki złagodzeniu swojego wizerunku pod nowym kierownictwem (córka zastąpiła ojca).

Dziś PO wpuściła na swoje listy wyborcze lub udzieliła poparcia ludziom, ktorych nie łączy nic, a wszystko - wydawałoby się  - dzieli. Niespójność programowa i ideowa tego przedsięwzięcia nie ma większego znaczenia, bo chodzi o zbudowanie wspólnego frontu przeciw zagrażającemu demokracji PiS-owi. PO wysyła sygnał do wszystkich, którzy od lat udają sie na wybory by zagrodzić PiS-owi powrót do władzy: pod naszymi skrzydłami dla was wszystkich, z lewa i z prawa, znajdzie się miejsce. Na tym polega republikańskii front konstruowany przez Ewę  Kopacz. Można nawet doszukać się analogii między wykorzystaniem przez francuskich socjalistów Frontu Narodowego do osłabienia partii neogaullistowskiej a poparciem przez PO dla Romana Giertycha, niegdyś postaci Młodzieży Wszechpolskiej i Ligii Polskich Rodzin. 

Front republikański, a wartości?

Jest jednak parę różnic między polskim i francuskim frontem republikańskim. Odniesienie do Republiki niesie ze sobą więcej treści dla Francuzów niż odniesienie do demokracji dla Polaków. I to zarówno w zakresie wartości (cnoty obywatelskie mają we Francji bardziej konkretny wymiar) jak i z powodów historycznych. Tam "republika" przywodzi na myśl rewolucyjne jeszcze przeciwieństwo monarchii, walkę o sprawiedliwość, równość i wolność. Koncepcja frontu republikańskiego wywodzi się z koalicji partii centrolewicowych w 1956 skierowanej przeciw populiście Poujadowi. Z czym historycznie kojarzy się antypisowski front Ewy Kopacz Polakom? Obawiam się, że  z niczym. Z czym się kojarzy Republika? Może z Rzecząpospolitą: chłopsko-sarmacką i sienkiewiczowską.  Albo z amerykańskimi Republikanami.


Francuski front republikański tworzą republikańskie ugrupowania polityczne, które nie wyrzekają się swych programów  światopoglądu, miejsca na scenie politycznej. We froncie Platformy chodzi nie o ugrupowania, ale o jednostki. Czy rezygnują one ze swych przekonań i światopoglądu - nie wiem. W przypadku Giertycha w to nie uwierzę. Ale też nie ma to większego znaczenia, bo jednostki te jednoczy jednostkowy, osobisty konflikt z Prezesem Kaczyńskim a nie różnica światopoglądowa. W przypadku Napieralskiego - człowieka z jakiejś tam lewicy, sprawa wygląda na pozór tylko inaczej niż w przypadku Kamińskiego, Tomaszewskiego czy Giertycha, wyrzutków prawicy. Napieralski, wyrzutek lewicy, stracił oparciu w swoim politycznym środowisko i tak trafił w ręce Platformy. Mechanizm jest wiec ten sam. 


Kolejna różnica: we Francji front republikański budują partie władzy przeciw ekstremie (prawicowej wyłącznie - która na razie partią władzy jeszcze się nie stała). W Polsce zarówno partia, która front republikański buduje jak i partia, przeciw której on powstaje są partiami władzy. Co więcej, partia władzy stanowiąca zagrożenie dla modelu zachodnio-europejskiej, liberalnej demokracji nie stanowi na polskiej scenie politycznej żadnego ekstremum choć idee ma ekstremalne. Jest ekstremalna tylko z punktu widzenia obrońców tego modelu, przeciw któremu występuje.  

Nie moze być jednak ekstremum skoro jest jednym z głównych nurtów polskiej polityki z trzydziestoprocentowym poparciem elektoratu. Jej poglądy i propozycje byłyby  uznane za działania ekstremalne  i nieuropejskie w Belgii, Francji, w Niemczech, ale na Węgrzech by nie zdziwiły tak, jak nie dziwia w Polsce. Bo u nas poglądy ekstremalne rozproszone są po wszystkich partiach, różnica jest jedynie statystyczna. Czyni to łatwiejszymi transfery polityków z jednej partii do drugiej. Transfery te maja niemal wyłącznie charakter personalny, rzadko stoi za nimi różnica programu. Byle wygrać, potem się zobaczy. 

I wreszcie, co najważniejsze,  front republikański we Francji nie mógłby istnieć bez odwołania do wartości uznanych powszechnie za republikańskie, do zasad demokracji i nowoczesnego państwa prawa, do wartości czysto ludzkich, do praw obywatelskich. Dlatego również manifestacje solidarności i protestu po ataku na redakcję  Charlie Hebdo w styczniu 2015 roku też odbywały się we Francji pod nazwą "zgromadzenia republikańskie", bo ich celem była obrona zagrożonych wartości Republiki. Do udziału w zgromadzeniach nie dopuszczono jednak działaczy Frontu Narodowego.

Republika nie może być gładka i letnia

I co z tego, że w niektórych ustach te odwołania do wartości brzmią niewiarygodnie, fałszywie? Nie to jest najważniejsze. Chodzi o poziom dyskursu politycznego. Również o pewną wzniosłość. W Polsce wzniosłość i pozbawione kompleksów odwołanie do wartości słychać głównie po stronie wrogów zachodniej demokracji: nacjonalistów, suwerenistów, inetrgrystów religijnych, ksenofobów. Po drugiej stronie to wyjątek, lista polityków jest krótka: Henryk Wujec, Józef Pinior, wśród żyjących może jeszcze parę osób. Bo dominuje wymóg gładkiego, letniego pragmatyzmu. I przekonanie, że ludzi interesuje to, co do kupienia.

Można się wyzłośliwiać i nazywać przedwyborczą Platformę Frontem Jedności Narodu lub Porozumieniem Centrum. Tylko po co? Nie będzie nam dane przetestować rożnych opcji, pozostaje mieć nadzieję, że ta metoda powstrzymania PiS zadziała. Ale niestety, znów za cenę odnowienia polskiej sceny politycznej, na lewicy i na prawicy i w centrum. Za cenę pozostania w klinczu między niechcianą, ale konieczną PO i antydemokratycznym, antyrozwojowym PiS. Za cenę ugrzęźnięcia, po raz kolejny, bardziej w logice taktycznej rozgrywki niż strategicznego i opartego na wartościach  wyboru modelu republiki, naszej Rzeczpospolitej. 

2013-01-24

O czym zapomniał Cameron i jego polscy wielbiciele


W swoim wystąpieniu Komisję Europejską Cameron wymienił raz. Wspomniał o peryferyjnych instytucjach, nie wchodząc w szczegóły. Parlamentu Europejskiego nie wspomniał, domagał się zwiększenia roli narodowych parlamentów, bo przecież nie ma "europejskiego demosu". Skoro tak, Parlament Europejski faktycznie nie jest potrzebny, stąd jego brak w tekście, nie z zapomnienia. Zapomniał natomiast o ministrach, podejmujących decyzje w Radzie UE, o premierach i prezydentach ustalających politykę unijną w Radzie Europejskiej, bo z jego tekstu wynika, że suwerenne państwa narodowe nie mają nic do powiedzenia w UE. Tym samym więc nie ponoszą odpowiedzialności za krytykowaną przez niego kondycję UE.

Cameron zapomniał też tym razem o polityce spójności. Przy innych okazjach jednak głośno domagał się jej ograniczenia. Wiadomo, że liczy na cięcia w najbliższym wieloletnim budżecie. Nie wspomniał o brytyjskim rabacie, haraczu, na który składają się inne państwa, żeby wynagrodzić Brytyjczykom zbyt małe korzyści czerpane ze Wspólnej Polityki Rolnej i koszty wynikające z rozszerzenia UE. 

Czytałem dziś internetowe posty i tweety polskich wielbicieli Camerona, zasiadających w tym samym co on klubie w Parlamencie Europejskim, członków PJN i PiS. Wydają się bardziej przywiązani do idei narodu, niż do konkretnego narodu, własnego konkretnie. Jest bezsporne, że dla państwa o potencjale Polski silna Komisja Europejska i Parlament są gwarancją wpływu na sprawy europejskie. To zaskakujące, bo ci sami ludzie nieustannie straszą nas dominacją w UE państw większych, bogatszych i silniejszych. Nie tylko Niemcy czy Francja, ale i Wielka Brytania należy do tej grupy. Z jednej strony, popierając model współpracy (bo już nie integracji) europejskiej proponowany przez Camerona popierają zasadę, że każdy kraj robi tylko to, co mu się opłaca. Popierają zasadę egoizmu narodowego i mechanizm koniunkturalnej solidarności egoizmów jak jedyną formę współpracy. Z drugiej jednak wykazują się brakiem konsekwencji, bo Polska, jako słabszy uczestnik takiej formy współpracy, będzie zawsze na straconej pozycji. Gdzież więc obrona polskiego egoizmu? Gdzie w tym polski interes? Utopijny nacjonalizm (Thatcher przestrzegała przed utopiami!) polskich zwolenników Camerona bierze górę nad pragmatyzmem (zalecanym przez Camerona). 

Panowie z PJN i PiS: nie kochacie Unii Europejskiej - wasza sprawa, nie wierzycie w integrację europejską - wasz wybór. Ale bądźcie konsekwentni: popierając Camerona, róbcie tak jak on, bądźcie pragmatykami troszczącymi się tylko o interes własnego kraju. Nie bójcie się, że zaczniecie wtedy popierać silną UE wbrew Cameronowi. Dziś popieracie interesy Wielkiej Brytanii zdefiniowane przez człowieka, który na eurofobii chce budować swój sukces wyborczy. Pamiętajcie, że w Europie Camerona za politykę spójności Polska będzie musiała zapłacić sama. Po co to Wielkiej Brytanii? Za współpracę z Ukrainą też. Cameron może co najwyżej współpracować z ukraińskim rynkiem, nie z Ukrainą, bo po co Wielkiej Brytanii polski Commonwealth? Ale wtedy Polska może konkurencji nie wytrzymać. Partnerstwo Wschodnie? Każdy kraj będzie miał swoje własne partnerstwo. Zgody na taką Europę chce Cameron. Nie leży to w polskim interesie. 

2013-01-15

Eurosceptyk prawdziwy i jego karykatura

Znacie powieść markiza de Sade "Niedole cnoty"? Cnotliwa Justyna zostaje za swą cnotliwość ukarana, bo cnota, niestety, nie popłaca. Markiz de Sade, znany ze swego wysokiego morale, napisał tę książkę ku naszej przestrodze i nauce. Sade opisuje pozbawianie nieszczęsnej Justyny cnoty i dziewictwa byśmy wiedzieli jakie niebezpieczeństwa zagrażają prawdziwej cnocie, a nie dlatego, że  jest tym zafascynowany. Tak przynajmniej twierdzi. Podobnie o Unii Europejskiej pisze Igor Janke w Rzeczpospolitej ("Ratujmy Unię, a nie jej karykatury", 14/01/2013) i wzywa na jej ratunek. Ale de Sade, to cynik. Janke - to człowiek zagubiony.

Unia prawdziwa i jej karykatura

Zagrożeniem dla Unii ("która zrobiła dużo dobrego i jeszcze więcej dobrego zrobić może") są: elity europejskie, politycy i ich brukselskie gabinety, oraz dziennikarze, którzy "siedzą" w Brukseli i towarzyszą politykom. Nie licząc się z "obywatelami państw członkowskich" zmieniają cnotliwą niegdyś Unię w jej własną karykaturę, wpędzając ją w łapy "prawdziwych eurosceptyków".  Autor, mimo, że to i owo krytykuje by nas przestrzec, nie jest "prawdziwym eurosceptykiem" (bo nie porównuje Brukseli do Moskwy). Chce pomóc i wie jak. 

Janke broni prawdziwej Unii i sprzeciwia się jej karykaturze. Z tekstu jasno wynika, na czym polega przekształcanie Unii w karykaturę, trudniej natomiast  z niego wywnioskować jak wyglądał oryginał, który autor chce ratować.  Projekt europejskiej jedności się nie powiódł, jedność się chwieje. Elity zaś wzywają do zacieśniania politycznej jedności. Niedobrze. Egoizm poszczególnych rządów  - pisze Janke - sięga szczytów niespotykanych dotąd w historii UE. Nie sposób się z nim nie zgodzić, tak faktycznie jest. Tymczasem elity bałamucą ludzi bajkami o powszechnej solidarności. Dlaczego? Bo, tak jak komisarz z Luksemburga, Viviane Reding, nie próbują dostrzec rosnącej sprzeczności interesów poszczególnych państw. Przyznaję, że już na tym etapie zaczynam się gubić. Skoro wzywają do jedności, to chyba widzą jej brak. Skoro deficyt jedności i solidarności jest niedobry, to chyba dobrze, że wzywają. Jak bowiem wyobrazić sobie Unię (unia, czyli jedność) bez jedności i solidarności, napędzaną jedynie narodowymi egoizmami? 

Obywatele-patrioci przeciw elitom i federacji

Te wezwania to jednak "luksemburskie złudzenia". Unia prawdziwa, ta, której broni Janke, to Unia bez złudzeń, świadoma swojej niemożności.  Elity chcą zacieśnienia politycznej jedności wbrew obywatelom państw członkowskich. Chcą federalnej Europy, ale czy ktoś zapytał jak zrealizować ten cel bez bez mieszkańców Europy? - pyta retorycznie Janke. Nie. On jest pierwszy, nikt wcześniej na ten pomysł jakoś nie wpadł. Ale obywatele państw członkowskich głośno protestują przeciw federalnej Europie i przeciw artykułowi Viviane Reding zatytułowanemu "Stany Zjednoczone Europy". Taka jest diagnoza Igora Janke. Daje przykłady: Polacy nie chcą euro. No niby tak. Teraz nie chcą, bo w mediach ogłoszono kryzys euro (choć euro było i pozostaje jedną z trzech najważniejszych i najstabilniejszych walut na świecie), ale jeszcze niedawno nie byli tacy przeciwni, a co będzie za trzy-cztery lata, gdy kryzysu już nie będzie, nie wiadomo. Tak czy siak, Polacy pozostają najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Na temat federalizmu się nie wypowiadali. Ale ci, którzy wiedzą, co to jest federalizm, pewnie zauważyli, że sporo jego elementów już w UE jest. 

Inny przykład: Grecy protestują przeciw narzucaniu im "przez Brukselę i Berlin" kolejnych ograniczeń finansowych. Zapomniany tutaj MFW,  też ciemiężący Greków, akurat nie ma siedziby w Brukseli ani w Berlinie. Mniejsza o to. Grecy nie protestują przecież przeciw planom federacji, co zdaje się sugerować autor. O wyjściu z UE i ze strefy euro Grecy też słyszeć nie chcieli. Dopominali się pieniędzy na spłatę przejedzonych pożyczek i je od Unii dostali. Ten przykład niespotykanej w historii unijnej solidarności też jakoś autorowi umknął. Owszem, warunki, które Grecy muszą spełnić, są drakońskie. Wielu uważa, że za bardzo, bo wpędziły grecką gospodarkę w przerażająco głęboką recesję. Ale przecież Janke sam zauważa - i słusznie! - że  w sytuacji kryzysu "uzdrowienie radykalnymi środkami finansów publicznych" jest podstawowym wyzwaniem polityków. Grecy protestują, bo te środki są zbyt radykalne. Wolfgang Schäuble, niemeicki minister finansów, po raz kolejny wczoraj powtórzył w wywiadzie dla FAZ, że nie ma dla Grecji ratunku bez cięć i wyrzeczeń. Berlin i Igor Janke mówią jednym głosem.

Węgry oddalają się mentalnie od Unii wskutek nieustannych ataków płynących z Brukseli i Strasburga na ich rząd - pisze Janke. Tu przynajmniej sytuacja jest jasna: całkowite zawłaszczenie państwa, w tym jego konstytucyjnych instytucji, przez aparat partyjny Fideszu pod niepodzielną władzą Jedynego Przywódcy jest tą formą demokracji, która autorowi artykułu bardzo odpowiada, dał temu wyraz wielokrotnie. Tylko, że Węgry z taką demokracją nie zostałyby do UE przyjęte. Skoro już do niej wstąpiły, muszą przestrzegać wspólnych zasad. To prawda, że za rządów Orbána Węgry bardzo się od idei integracji europejskiej oddaliły. Ale mimo zatwardziałego nacjonalizmu Węgrów, żywiącego się obsesją układu z Trianon, wierzę, że jest to tymczasowa tendencja i że w kolejnych wyborach pogonią Orbána. Czesi tkwią  w swoim eurosceptycyzmie - mówi Janke. Tkwią trochę mniej, bo w niedzielnych wyborach zagłosowali na Zemana, który chce szybkiego wejścia Czech do strefy euro (której Janke nie lubi), i na euroentuzjastę Schwarzenberga. O cytowanych tu również Brytyjczykach nie wspomnę, myślą o wyjściu z UE odkąd do niej wstąpili. Ale jakoś nigdy nie wystąpili. 

Integracja europejska mogła pozostać niespełnioną utopią 

Oczywiście Janke ma rację twierdząc, że ludzie nie są gotowi na federalne państwo europejskie, jeśli założyć - maksymalistycznie - że takie jest znaczenie federalistycznych wezwań pani Reding. Zapomina jednak, że w czasach, gdy powstawały pierwsze zręby Wspólnot, ludzie też nie byli gotowi. I gdyby decydujący głos, na kolejnych etapach integrowania Europy, należał do ludzi głoszących jego poglądy, to Unia nigdy by nie powstała. Nie byłaby karykaturą, byłaby niespełnioną utopią. Janke z uporem maniaka przywołuje "obywateli państw członkowskich", żeby broń Boże nie użyć terminu "obywatele UE". Mówi o "mieszkańcach Europy" bo przecież  nie wolno mu powiedzieć "Europejczycy. Jedno i drugie mogłoby sugerować, że już istnieją jakieś ponadnarodowe i ponadpaństwowe wspólnoty, że europejski federalizm nie zacznie się od jakiegoś federalistycznego zaklęcia wyobcowanych elit, bo już istnieje. Otóż ci mieszkańcy i obywatele głosują na polityków, którzy - z mniejszym lub większym przekonaniem, wiarą, zaangażowaniem - trwają w przekonaniu, że UE jest najlepszym rozwiązaniem dla ich kraju. Mogliby przecież zagłosować na zwolenników wystąpienia z UE. Albo przynajmniej na orędowników wycofania się z ponadnarodowej i ponadpaństwowej integracji do etapu gospodarczej współpracy międzynarodowej, co de facto proponuje dziś Cameron. Mit, wedle którego "europejskie elity"tworzą jacyś inni politycy, niż ci, na których głosują "obywatele państw członkowskich", jest jedną z podstaw eurofobicznej teorii spiskowej. Ten właśnie mit propaguje regularnie Igor Janke zarzekając się, że broni w ten sposób europejskiej cnoty przed złymi elitami i "prawdziwymi" eurosceptykami.

Polski hydraulik i papierosy mentolowe

Przywołani przez publicystę Rzeczpospolitej Grecy, Polacy, Brytyjczycy, Węgrzy i Czesi w sprawie federalizmu się nie wypowiadali. Ale obywatele czterech państw członkowskich mieli taką okazję w 2005 roku. We  Francji, Holandii, Hiszpanii i Luksemburgu odbyły się referenda dotyczące Konstytucji dla Europy. Ta Konstytucja miała dać Europejczykom to, co mają Amerykanie: symboliczny wyraz politycznej jedności będącej fundamentem federacji stanów (czy państw). Mimo medialnej aktywności Viviane Reding, to wtedy, a nie dzisiaj, Stany Zjednoczone Europy były najbliższe realizacji. Inicjatywa była przedwczesna i źle przygotowana. Mimo to, we wszystkich czterech krajach na początku przeważali zwolennicy silniejszej politycznej integracji. Dzisiaj powiedzielibyśmy: zwolennicy federacji. Ta tendencja utrzymała się do końca w Hiszpanii i Luksemburgu. Odwróciła się we Francji i Holandii w wyniku zmasowanej i kosztownej kampanii przeciwników Konstytucji. W obu krajach trzon antyfederalistycznej koalicji tworzyły partie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy. W Holandii ludzie głosowali przeciw narkotykom, eutanazji, małżeństwom homoseksualnym, imigracji i nadmiernym kosztom członkostwa w UE, przede wszystkim zaś przeciw podwyżkom cen w chwili wprowadzenia euro (wynikającym z poważnego niedoszacowania florena) i przeciw nielubianemu rządowi. We Francji glosowano głównie przeciw liberalnej Europie i "dumpingowi socjalnemu", których wyrazem stała się dyrektywa usługowa a symbolem - "polski hydraulik". W obu krajach ludzie postanowili też zaprotestować przeciw członkostwu Turcji w UE.

Żaden z głównych powodów holenderskiego i francuskiego "nie" nie wynikał z tekstu Konstytucji.  Wszystkie te argumenty w cyniczny sposób zostały sfabrykowane i wykorzystane w kampaniach przeciwników integracji europejskiej (jak się później okazało sfinansowanych w znaczącej mierze przez brytyjskich eurofobów).  Polityka klimatyczna, gaz łupkowy, parytet kobiet w zarządach spółek, zakaz produkcji papierosów mentolowych - gdyby referendum w sprawie jakiejś nowej federalnej Konstytucji dla Europy miało się dziś odbyć w Polsce, lista tematów do użycia w kampanii eurosceptyków byłaby gotowa. Ja jej nie wymyśliłem, pochodzi w tekstu Igora Janke.

Eurosceptycyzm nieuświadomiony

Teza artykułu jest dość prosta: antydemokratyczne i oderwane od rzeczywistości elity, wbrew ludziom, zajmują się głupotami, takimi jak papierosy slim i pustymi hasłami, takimi jak federalizm, zamiast zająć się tym co istotne, czyli reformami, deregulacją i swobodą działalności biznesowej. Otóż reformami akurat UE się zajmuje: system gospodarczy UE został całkowicie przebudowany. Pakt fiskalny, któremu Janke zarzuca dogmatyzm, jest właśnie radykalnym środkiem uzdrowienia finansów publicznych, do czego Janke wzywa. Zgodnie z jego wezwaniem przekonuje się obywateli, również w Grecji, o potrzebie cięć wydatków. Tych samych cięć, które w innym fragmencie nazywa "narzucanymi przez Berlin i Brukselę ograniczeniami finansowymi". Swoboda działalności biznesowej jest jednym z kluczowych elementów reformy rynku wewnętrznego i jednym z głównych zaleceń, które Komisja Europejska wydała państwom członkowskim (tzw. CSR). Janke tego jednak postanowił nie zauważać. Unię walutową nazywa nasz publicysta "nierozważną integracją",  ale na jej reformę i wprowadzenie mechanizmów antykryzysowych (EFSF), ktorych na początku kryzysu zabrakło, patrzy nieprzychylnie. Protestuje przeciw pominięciu mieszkańców Europy w debacie, ale opublikowany w prasie (a więc adresowany do szerokiej publiczności) artykuł komisarz Reding jest dla niego dowodem "oderwania elit od rzeczywistości".

Sprzeczności, którymi usiany jest jego tekst, właściwie  nie dziwią: on nie wie, że jest prawdziwym eurosceptykiem. Wszystkie zalecane przez niego reformy (wdrażane od dawna, czego nie zauważył) poza wymiarem praktycznym, który pochwala, mają też przecież wymiar polityczny i wszystkie oznaczają silniejszą i głębszą integrację, co odrzuca. To, do czego skłania się rozum publicysty, odrzuca jego eurosceptyczne serce. Dotyczy to nie tylko poszczególnych reform, ale całej integracji europejskiej: rozum każe mu Unię ratować, ale serce nie pozwala jej zrozumieć. Chce bronić Unii przed nią samą, ale Unii, której śpieszy na ratunek, nie było, nie ma i nie będzie, bo nie byłaby Unią. Jedną z karykatur, przeciw którym protestuje i których ratować nie chce, tworzy sam, tak jak holenderscy i francuscy przeciwnicy Konstytucji w 2005.  Ale za karykaturę uważa też Unię opartą na jedności i solidarności (bo to mrzonka), w której dyskutuje się o federalizmie (bo temat jest komiczny i nie nadaje się do dyskusji), w której jest wspólna waluta (bo to nierozważne), w której są Europejczycy i obywatele UE (bo ich nie ma), w której partnerzy chcą podejmować wspólne decyzje (bo narodowy egoizm jest normą) i dlatego chcą usiąść przy wspólnym stole (bo to nie jest kluczowe, każdy powinien mieć swój stół).

Igor Janke nie wie, że jest eurosceptycznym wielbicielem Europy. Jest jak mieszczanin w sztuce Moliera, który nie wiedział, że pisze prozą. W gruncie rzeczy, jego pomysł na integrację europejską najbliższy jest poglądom Camerona; jego pomysł na państwo wyraża się w polityce Viktora Orbána; jego wizja demokracji natomiast zakłada, że Grecy sami narzucą na siebie drakońskie ograniczenia i sami będą przeciwko nim protestować, a elity razem z nimi (choć lepiej byłoby bez elit). Aż się chce ponownie go zacytować: "kręci się wokół własnego ogona. Coraz bardziej przypomina to chocholi taniec".

2012-10-02

Ratunku: Tusk nas bije!

Barcelona, 11/09/2012
Kiedy 29 września Plac Handlowy w Madrycie wypełnił tłum protestujących, organizatorzy manifestacji mówili o 200 tysiącach uczestników. Obliczono, że w rzeczywistości plac może pomieścić maksymalnie 175 tysięcy osób. W Lizbonie, 15 września, podawano liczbę ponad 100 tysięcy manifestantów.  Albo 70 tysięcy. W Atenach, 22 marca, na ulice wyszło ponad 110 tysięcy osób. Ale może więcej, w końcu Grecy protestują od miesięcy, więc co to ma za znaczenie. Podobno 27 września 70 tysięcy osób wzięło udzial w zamieszkach. W całej Grecji, nie w jednym mieście. Ale zamieszki to zamieszki, nie zwykła manifa.  A w Barcelonie, 11 września, na ulice wyszły 2 miliony osób! A może milion. Wszyscy są zgodni: dobrych kilkaset tysięcy.  29 września na Placu Trzech Krzyży z Warszawie było 200 tysięcy maniefstantow. Albo 130. Może tylko 80. 

Szacowanie liczby manifestantów, która ma być miernikiem poziomu niezadowolenia (lub poparcia), jest zawsze karkołomne. Zawsze liczba podana przez organizatorów jest większa niż szacunki policji.  Ale na tym podobieństwa między manifestacjami w Lizbonie, Atenach, Madrycie, Barcelonie i w Warszawie się kończą. PiS bardzo by chciał, żeby w Warszawie było jak w Madrycie, Lizbonie, Atenach. Ale nie jest: nie ma wyniszczających cięć wydatków na szkoły i szpitale, na pensje i emerytury jak w Grecji. Sytuacja jest nieporównywalna. Nie ma bezrobocia wśród młodzieży sięgającego 50% populacji jak w Hiszpanii. O zagrożeniu recesją się mówi, ale jej nie ma. Deficyt jest, owszem, ale gdzie mu tam do deficytu nie tylko greckiego czy hiszpańskiego, ale nawet francuskiego. PiS by chciał, żeby naród (naród, narodzie, o narodzie, w narodzie!) czuł się w swej tożsamości zagrożony. Jak Katalończycy. I to od 18. wieku. Ale się nie czuje. Mimo Gazety Polskiej. Naszego Dziennika. Radia Maryja. Naród nie rozumie, że Tusk, Niemcy i Rosja, z Brukselą na czele,  pozbawiają go suwerenności. Naród śpi. Obudź się Polsko! 

W Polsce jest normalnie.  Tak bardzo, że przez dwa kolejne lata, w sercu Europy trawionej kryzysem, jedynym ważnym postulatem trawionej przez paranoję polskiej konserwatywno-katolicko-narodowo-ludowej (ileż to trzeba przymiotników, żeby opisać nacjonal-populizm) opozycji jest "prawda o Smoleńsku". A "Obłęd" Krzysztonia czytali? Pamiętają jak trudno było tę książkę dostać w PRL-u? Jeśli pamiętają, to powinni też pamiętać o "prześladownikach". To oni są ich wrogami.  I zrozumieć, że mają wszelkie szanse by w historii figurować potrójnie: w historii po prostu, bo jednak są siłą polityczną, mają elektorat; w historii literatury, w rozdziale napisanym przez Marię Janion, poświęconym wariatom-patriotom; w historii psychiatrii wreszcie, jako przykład psychozy indukowanej, patologii ogłupiałego nienawiścią  tlumu. 

O co chodziło w manifestacji 29 września? O telewizję Trwam, polski odpowiednik rwandyjskiego radia Mille Collines; o Solidarność - ideę, z której zostały fonemy, śniado-duda zagadka socjolingwistyki; o Smoleńsk - mitologię krzywdy i spisku podawaną na plastikowej tacy w papierowej torebce,  jak fast-history, jak PiS-Mac, tanio, szybko i skutecznie. Niestrawnie. O co chodziło w manifestacji 29 września? O wprowadzenie na scenę technicznego premiera. Wśród kandydatów wymieniano Jana Marię Rokitę. Ten, którego Niemcy biją, miał krzyknąć: "Tusk nas bije!". Pudło. To nie Rokita.  Choć hasło dobre. 

Ci, którzy pomysłowi technicznego premiera przyklaskują, nie tak dawno wykrzywiali wargi w pogardzie dla technicznych rządów w Grecji i we Włoszech. Papademos? A cóż to za polityk? W teczce przywieziony. Bez wyborów. Technokrata. Monti? To samo. Gwałt na demokracji. Dokonany przez Brukselę. Porwanie Europy. Gwałt dziewicy. A profesor Gliński, techniczny premier? To co innego. Nasz, a nie brukselski premier. Choć w całej tej argumentacji zapomniano, że Papademosa, do czasu wyborów, wskazał grecki parlament, tak jak Montiego - włoski. I że Monti ma szansę na przedłużenie mandatu, tym razem dzieki glosom wyborców. A Glińskiemu żaden parlament mandatu nie da, nie będzie miał więc nawet szansy na odejście w stylu Papademosa. A nawet na planową odstawkę w stylu Marcinkiewicza. 

Mimo krótkowzroczności i technokratycznej miałkości PO (a może nie mimo, ale z powodu?), Warszawa nie jest Madrytem, Lizboną, Atenami. Mimo, że PiS (jakby zapomniał o budapesztańskim marzeniu) bardzo by tego chciał. Ustami swojego prezesa przedstawił ludowi program, który ten postulat miałby zmaterializować. Zorganizował manifestację. I nic. Polska nie dała się pobudzić. Nie chce chodzić jak na prochach. Wiadomo: lemingi.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...