Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka spójności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka spójności. Pokaż wszystkie posty

2015-09-15

Niemieccy migranci a polskie autostrady, czyli o powinności i solidarności

To interesujące, jak wielu Polaków uważa, że europejska solidarność wymaga finansowania przez UE polskich autostrad i basenów, ale nie wymaga przyjmowania przybywających do UE migrantów. Żeby zjawisko to zrozumieć, trzeba się odwołać do sposobu rozumienia w Polsce dwóch koncepcji: powinności i solidarności.

Finansowanie z unijnego budżetu wydatków na infrastrukturę, która czyni życie Polaków wygodniejszym i tworzy miejsca pracy, to unijna powinność. Wygodniejsze i dostatniejsze życie to polska aspiracja, którą Unia ma spełnić. Tak przede wszystkim rozumiemy sens i cel integracji europejskiej i tak rozumianą - i docenianą - Unię Polacy popierają w sondażach. Na tej podstawie formułowany jest dyskusyjny wniosek, że Polacy są bardzo proeuropejscy. Jakby to na tym polegała europejskość.

Unijna solidarność

Unijny współudział w realizacji tych aspiracji wynika z zasad integracji europejskiej (solidarność na rzecz wyrównywania poziomów życia), unijnych mechanizmów (polityka spójności) i, oczywiście, z zasobów finansowych unijnego budżetu. Wiadomo, że gdy o finanse chodzi, jesteśmy w pierwszym rzędzie beneficjentami niemieckiej szczodrości, bo to najbogatszy kraj UE. Ale też dlatego, że to kraj geograficznie najbliższy, oczywisty kierunek polskich migracji - nie w obronie życia, nie za chlebem nawet, ale w celu podniesienia poziomu życia. Podnosząc poziom życia w Polsce Niemcy stosują więc logikę rozwiązywania problemu u źródeł, postulat nieustannie pojawiający się dziś w argumentacji tych, którzy w Polsce są przeciwni przyjmowaniu migrantów.

Jednak gdy mówimy o płynących do Polski funduszach, nie mówimy, że są niemieckie, tylko unijne. Dlatego doceniamy solidarność UE, ale rozumianą nie jako element kanonu wartości, tylko jako "mechanizm" (tak się zresztą czasem mówi: "mechanizm solidarności"). Co do Niemców, ich kontrybucję do unijnego budżetu traktujemy jako powinność: bogatszego wobec biedniejszego, ale też historycznie winnego wobec pokrzywdzonego.

Niemieccy imigranci

Inaczej z migrantami: o nich nie mówimy, że są unijni, tylko niemieccy. Ten zabieg retoryczny, wymyślony przez Viktora Orbána, padł w Polsce na podatny grunt: skoro problem jest niemiecki, a nie unijny, nie europejski, to nie ma mowy o europejskiej solidarności. Kamień spada z serca. Solidarność odzyskuje swój moralny wymiar, ale nie na poziomie europejskiej kultury politycznej i obywatelskiej, tylko w swym religijnym wcieleniu: episkopat wykazał się chrześcijańską miłością bliźniego. Jej realizację zrzucił na często niechętnie nastawionych do pomysłu proboszczów: parafie przyjmą migrantów. Ale których? Ilu? Kiedy? Jak ich przewieźć? Zarejestrować? Za jakie pieniądze? To sprawy ziemskie, którymi zajmować się nie musimy. Tu Bruksela kwot nie narzuci. Kamień spada z sera po raz drugi.

Skoro problem nie jest europejski, tylko niemiecki, to tematem chwili nie jest żadna solidarność (bo solidarni to oni mają być z nami), tylko powinność, a ta - z zasady - jest niemiecka. Nie ma powodu byśmy jako Polacy przyjmowali na siebie niemieckie powinności. Polska koncepcja powinności jest nierozerwalnie związana z winą. A to nie my jesteśmy winni.

Polska przyzwoitość

Czy jest też związana z przyzwoitością? Tak, ale z jej specyficzną odmianą. Zdefiniowała ją jasno Halina Bortnowska w audycji Stefana Bratkowskiego "Z Boku", nazywając ją przyzwoitością obłudy, przyzwoitością Dulskiej i Tartuffe'a, w odróżnieniu od przyzwoitości jako wierności samemu sobie, opisywanej przez Josepha Conrada. Ilustracją przyzwoitości obłudy jest niedawny sondaż, w którym 53 % Polaków uznało, że powinniśmy przyjmowć uchodźców, ale większość spośród nich gotowa jest przyjąć liczbę jak najmniejszą, symboliczną, kilkaset osób. Kilkaset osób przyjmiemy. Żeby już nie gadali.



2013-01-31

Unia mrozi polskie drogi

Przedziwna sprawa z tymi pieniędzmi na drogi, których Komisja Europejska postanowiła Polsce nie dawać. Przedziwna jest histeria, którą decyzja Komisji wywołała, przedziwna jest reakcja prawicowej opozycji oskarżającej rząd Tuska, przedziwne są deklaracje pani minister rozwoju regionalnego. Niewiedza i/lub zła wola najgłośniejszych uczestników tej awantury nie są przedziwne; są porażające.

Co zamroziła Komisja

Ciekawe, że gdzie się nie odwrócę słyszę o zamrożeniu przez Komisję wypłaty środków. Tymczasem o zamrożeniu czy wstrzymaniu wypłaty trudno mówić, bo Polska o te pieniądze jeszcze nawet do Komisji nie wystąpiła. Dlatego twierdzenie, że decyzja skutkuje utratą płynności jest zupełnie nieuzasadnione. Skoro tak, to jeszcze bardziej niezwykłe są lamenty po traconych przez Polskę, czy też przez Tuska, pieniędzy. Śpieszę lamentujących pocieszyć: to nie ten etap. Decyzja Komisji faktycznie oznacza, że gdyby Polska wystąpiła teraz o zwrot wydanych na drogi pieniędzy, to by ich nie dostała, bo trwa śledztwo. Tylko, że Polska o zwrot wystąpić teraz i tak nie może, bo sama pieniędzy jeszcze nie wyłożyła.

Dużo tych pieniędzy?

Czy jest się o co martwić? Oczywiście, bo chodzi o duże kwoty, choć na razie teoretyczne. Polska, kiedy przyjdzie pora, będzie mogła wystąpić o zarezerwowane w Brukseli 890 milonów euro z funduszu ochrony środowiska i 67,2 miliony euro na rozwój regionalny. To prawie cztery miliardy złotych, znacząca kwota.  Komisja zapowiada, że jeśli i kiedy nieprawidłowości zostaną wyjaśnione, pieniądze znowu będą do dyspozycji. Termin nieprawidłowości to jednak eufemizm, bo unijny język rozróżnia nieprawidłowości (nieumyślne) i nadużycia finansowe (umyślne), a w przypadku zmowy handlowej i ustawiania przetargów to ten drugi termin ma zastosowanie. Jedenastu osobom postawiono zarzuty. To nie jest nic. Poza naruszeniem reguł zarządzania funduszami, chodzi o naruszenie przepisów dotyczących zamówień publicznych i ochrony konkurencji.

Lepiej trzymać język za zębami 

Wysłuchałem też piejącej z oburzenia pani minister Bieńkowskiej. Z oburzenia wywołanego nie tyle rozmiarem możliwego przestępstwa, nie tym, że członkowie lub szefowie zarządów największych spółek budowlanych i dyrektor z GDDKiA są wśród oskarżonych, ale niewdzięcznością Komisji Europejskiej. Jak to: przecież to nie Komisja wykryła sprawę, to my sami. I teraz nas za to karać? Panią minister można by wyśmiać za naiwność. Wiara w to, że Komisja Europejska z sympatii dla dzielnych polskich detektywów przymknie oko na toczone w Polsce śledztwo, wstrzyma procedury i zrezygnuje z głoszonej od lat zasady "zero tolerancji dla przekrętów", to jednak naiwność, czyż nie? Sprawa jest jednak poważniejsza. Pani minister sformułowała wniosek: skoro tak, to pewnie lepiej nic Komisji nie mówić. Inaczej mówiąc: ukryć przestępstwo z cwaniactwa. Jeżeli polityk, członek rządu, taką wyciąga ze sprawy nauczkę, to chodzi nie tylko o naiwność, ale i o etykę. 

Donieśli dziennikarze

Fakt, że nie tylko polska minister dochodzi do takich konkluzji, niczego nie usprawiedliwia. Ale rzeczywiście w sprawozdaniu na temat nadużyć w dziedzinie funduszy strukturalnych  z 2011 roku Komisja krytykuje niektóre państwa członkowskie za tolerowanie przekrętów i niezgłaszanie ich do Komisji. Wśród państw na bakier z etyką i prawem jeśli chodzi o fundusze przeznaczone na rolnictwo Komisja wymieniła Francję, Wielką Brytanię, Hiszpanię i Niemcy. Ale już na przykład gdy chodzi o wydatki na ochronę środowiska Niemcy uchodzą za prymusa, razem z Włochami i… Polską. Różnice są więc nie tylko międzynarodowe, ale też międzyresortowe. Jak o polskim przypadku dowiedziała się Komisja Europejska? Nie od pani Bieńkowskiej. Choć powinna była. Komisja twierdzi, że źródłem jej wiedzy była polska prasa donosząca o trwającym śledztwie.

Skandaliczna presja

Zbaraniałem słysząc, że "Unia Europejska", wywołując sprawę na tydzień przed posiedzeniem Rady Europejskiej chce wywrzeć na Polskę presję, żeby stała się bardziej uległa w negocjowaniu budżetu na lata 2014-2020. Pomijam już kwestię daty, choć faktycznie Komisja Europejska poinformowała Polskę o swojej decyzji 21 grudnia 2012. Kto z tym teraz poleciał do dziennikarzy? Nie mam pojęcia, ale w sumie nie ma to znaczenia. Bo tego rodzaju decyzje są czysto administracyjne. Procedurę, z chwilą otrzymania informacji, rozpoczyna z automatu nisko usytuowany w hierarchii urzędnik. Nikt tej maszyny potem nie jest w stanie zatrzymać. I tak ma być. Gdyby na jakimkolwiek etapie zaangażowany był czynnik polityczny, gdyby możliwe było ręczne sterowanie, nie byłoby końca podejrzeniom, że eurokraci coś zmajstrowali. Takie decyzje podejmowane są regularnie, dotyczą wszystkich bez wyjątku państw członkowskich i wszystkich rodzajów unijnych funduszy: na środowisko, na infrastrukturę, na rolnictwo, na rozszerzenie. Poza tym Komisja to nie Unia Europejska. Komisja popiera polskie stanowisko w sprawie wydatków na spójność i sprzeciwia się cięciom. Unia wywierająca presję na Polskę to znaczy kto: wszystkie 26 krajów? Czechy i Litwa, które są po polskiej stronie? Wielka Brytania, która chce ciąć, ale z Komisją ma raczej na pieńku? Francja, która razem z Polską będzie bronić wydatków na rolnictwo?

Kto trwoni unijne pieniądze

Powodem wstrzymania wypłat funduszy strukturalnych i innych podobnych decyzji w olbrzymiej większości przypadków jest stwierdzenie nieprawidłowości przez państwa członkowskie. To oczywiste, skoro nie Komisja, ale właśnie państwa członkowskie rozporządzają 80 procentami unijnego budżetu i skoro to one, a nie Komisja, mają do swojej dyspozycji organy ścigania. Co roku czytamy w prasie, przy okazji nowego sprawozdania, że UE źle wydaje pieniądze. UE, to znaczy państwa członkowskie. Rzadko jednak tak to prasa przedstawia. Z upodobaniem natomiast używają tego argumentu przeciwnicy integracji i zwolennicy cięć w budżecie UE. Mimo, że poziom nieprawidłowości jest minimalny.

Lepiej, żeby Polska nie straciła prawa do tych czterech miliardów złotych. Ale powrót zdefraudowanych pieniędzy do wspólnej kasy (a każdego roku jest to dobrych parę milionów euro) i tak jest z korzyścią dla tych, którzy mienią się "Przyjaciółmi polityki spójności" (jak Polska, współzałożycielka tego tej grupy nacisku), bo wytrąca z ręki przeciwników spójności przynajmniej jeden z argumentów. Każda sprawa wykryta i wyjaśniona dodaje wiarygodności unijnemu budżetowi i unijnemu systemowi wykrywania nadużyć. Słowa Radka Sikorskiego o budowaniu autorytetu Polski nie są pozbawione sensu.

2013-01-24

O czym zapomniał Cameron i jego polscy wielbiciele


W swoim wystąpieniu Komisję Europejską Cameron wymienił raz. Wspomniał o peryferyjnych instytucjach, nie wchodząc w szczegóły. Parlamentu Europejskiego nie wspomniał, domagał się zwiększenia roli narodowych parlamentów, bo przecież nie ma "europejskiego demosu". Skoro tak, Parlament Europejski faktycznie nie jest potrzebny, stąd jego brak w tekście, nie z zapomnienia. Zapomniał natomiast o ministrach, podejmujących decyzje w Radzie UE, o premierach i prezydentach ustalających politykę unijną w Radzie Europejskiej, bo z jego tekstu wynika, że suwerenne państwa narodowe nie mają nic do powiedzenia w UE. Tym samym więc nie ponoszą odpowiedzialności za krytykowaną przez niego kondycję UE.

Cameron zapomniał też tym razem o polityce spójności. Przy innych okazjach jednak głośno domagał się jej ograniczenia. Wiadomo, że liczy na cięcia w najbliższym wieloletnim budżecie. Nie wspomniał o brytyjskim rabacie, haraczu, na który składają się inne państwa, żeby wynagrodzić Brytyjczykom zbyt małe korzyści czerpane ze Wspólnej Polityki Rolnej i koszty wynikające z rozszerzenia UE. 

Czytałem dziś internetowe posty i tweety polskich wielbicieli Camerona, zasiadających w tym samym co on klubie w Parlamencie Europejskim, członków PJN i PiS. Wydają się bardziej przywiązani do idei narodu, niż do konkretnego narodu, własnego konkretnie. Jest bezsporne, że dla państwa o potencjale Polski silna Komisja Europejska i Parlament są gwarancją wpływu na sprawy europejskie. To zaskakujące, bo ci sami ludzie nieustannie straszą nas dominacją w UE państw większych, bogatszych i silniejszych. Nie tylko Niemcy czy Francja, ale i Wielka Brytania należy do tej grupy. Z jednej strony, popierając model współpracy (bo już nie integracji) europejskiej proponowany przez Camerona popierają zasadę, że każdy kraj robi tylko to, co mu się opłaca. Popierają zasadę egoizmu narodowego i mechanizm koniunkturalnej solidarności egoizmów jak jedyną formę współpracy. Z drugiej jednak wykazują się brakiem konsekwencji, bo Polska, jako słabszy uczestnik takiej formy współpracy, będzie zawsze na straconej pozycji. Gdzież więc obrona polskiego egoizmu? Gdzie w tym polski interes? Utopijny nacjonalizm (Thatcher przestrzegała przed utopiami!) polskich zwolenników Camerona bierze górę nad pragmatyzmem (zalecanym przez Camerona). 

Panowie z PJN i PiS: nie kochacie Unii Europejskiej - wasza sprawa, nie wierzycie w integrację europejską - wasz wybór. Ale bądźcie konsekwentni: popierając Camerona, róbcie tak jak on, bądźcie pragmatykami troszczącymi się tylko o interes własnego kraju. Nie bójcie się, że zaczniecie wtedy popierać silną UE wbrew Cameronowi. Dziś popieracie interesy Wielkiej Brytanii zdefiniowane przez człowieka, który na eurofobii chce budować swój sukces wyborczy. Pamiętajcie, że w Europie Camerona za politykę spójności Polska będzie musiała zapłacić sama. Po co to Wielkiej Brytanii? Za współpracę z Ukrainą też. Cameron może co najwyżej współpracować z ukraińskim rynkiem, nie z Ukrainą, bo po co Wielkiej Brytanii polski Commonwealth? Ale wtedy Polska może konkurencji nie wytrzymać. Partnerstwo Wschodnie? Każdy kraj będzie miał swoje własne partnerstwo. Zgody na taką Europę chce Cameron. Nie leży to w polskim interesie. 

2012-11-23

Przyjaciele spierają się z obrońcami

W oczekiwaniu na newsa, przed szczytem UE. Bruksela 22.11.2012
W Brukseli trwa szczyt UE. Delegacje zjeżdżały się przez cały dzień. Toczyły sie pertraktacje. Ale oficjalnie zaczęło się późnym wieczorem od kolacji i od ogłoszenia przez przewodniczącego Rady Europejskiej Van Rompuya znanych wszystkim propozycji wieloletniego ram budżetowych na lata 2014-2020. Tych, które nikogo nie satysfakcjonują. "Przyjaciele spójności" (czyli tak naprawdę cudzej kasy) toczą twardy spór z "obrońcami lepszego wydatkowania" (czyli de facto obrońcami swojej kasy). Gdyby wśród przywódców państw członkowskich  było więcej przyjaciół i obrońców Europy, skorzystaliby wszyscy, a pieniądze wydawane by były racjonalnie i solidarnie, wydatkowanie na politykę spójności i wszystkie inne polityki byłoby lepsze. I chociaż intencje wszyscy mają takie same, to retoryka "przyjaciół spójności", krajów które w większości do UE wstąpiły niedawno, lepiej oddaje fundamentalne zasady, na których od początku opierała się integracja europejska: bogatsi powinni wyłożyć pieniądze na biedniejszych, bo taka solidarność opłaca się wszystkim: wyrównując stopniowo poziom dobrobytu doprowadzi większych dochodów ze wspólnego rynku, jest gwarancją stabilności. Może pokolenie, które wiedziało to samo z siebie już wymarło, a ci, którzy dziś rządzą, nie mieli się jak tej prawdy nauczyć?

Na co UE wydaje pieniądze ze wspólnego budżetu? Obejrzyj klip w zakładce Lektury.

2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

2012-09-23

Unia jak rtęć


Logika integracji w strefie euro niczym nie różni się od tej, która od samego początku jest silą napędową całej Unii: każdy krok do przodu pociąga za sobą kolejne kroki, a gdy postęp jest na tyle duży, by stanowił istotną dla całego projektu zmianę jakościową, sankcjonuje się go poprzez reformę instytucji. Powstaje przyczółek do następnego etapu. Propozycje, które przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy przedstawił 12 września nie są jednak zgodne z tą logika.

Strefa euro idzie w bok

Kryzys wymógł na członkach strefy euro przyspieszenie sprzeczne z zasadą postępujemy wolniutko, ale pewnie. Sprawił, że niezbędna integracja eurolandu jest – z perspektywy ewolucji UE jako całości – krokiem nie tylko w przód, ale przede wszystkim w bok.  Dotychczas konsolidacja grupy państw wokół jakiegoś projektu miała charakter testu, służyła budowaniu przyczółku i pomostu, który wcześniej czy później pozwalał innym krajom do projektu dołączyć. Wolniej, ale tą samą drogą.

Propozycje, które na wniosek państw strefy euro przedstawił Herman Van Rompuy, gdyby miały zostać zrealizowane, stanowiłyby zbyt duży przeskok, by państwa spoza eurolandu mogły do czoła peletonu dołączyć jak zwykle. Jeżeli rytm i sposób integracji w ramach strefy euro są inne niż kiedykolwiek w unijnej historii, to sposób na pozostanie w grze, którego użyją państwa spoza euro, też musi być nowy. Niestety brak na razie pomysłu, jak temu wyzwaniu stawić czoła. Również w Polsce, największym, poza Wielką Brytanią, państwie spoza strefy euro, odgrywającym na dodatek szczególną rolę w regionie.

Polska jak we mgle: ani razem ani osobno

Polska zamierza  przystąpić do paktu budżetowego (zwanego z angielska fiskalnym choć z podatkami nie ma nic wspólnego) tylko po to, by siedzieć przy stole i nie wypaść z gry.  Mimo tego, że będąc poza strefą euro nie będzie miała ani tych samych obowiązków ani, tym bardziej, tego samego wpływu na podejmowane przy stole decyzje co państwa eurolandu. Jest za tym logika. Problem w tym, że projekty, w których Polska mogłaby na takich zasadach uczestniczyć są coraz liczniejsze.  Ilość przechodzi w jakość, wyjątek staje się regułą i będzie tak długo dopóty dopóki nie wejdziemy do strefy euro.  Ponieważ nie nastąpi to z dnia na dzień, dystans dzielący nas od integrujących się coraz silniej członków eurolandu będzie się powiększał. Istnieje ryzyko, że zostaniemy nie tylko w tyle, ale w innym wymiarze integracji.  Oświadczenie Rostowskiego, że Polska nie przystąpi do unii bankowej, ze wspólnym nadzorem finansowym sprawowanym przez Europejski Bank Centralny to nie tyle brak konsekwencji w działaniu, ile dowód, że Polska co prawda widzi niebezpieczeństwo, ale zupełnie nie wie jak mu zaradzić. Nikt zresztą nie wie.

Stefa euro jest skazana na dalszą integrację

Obrażanie się na strefę euro i brukselskie propozycje (będą dyskutowane na październikowym szczycie UE) nie ma sensu. Nikt nikomu nie robi na złość. Strefa euro rzeczywiście musi się za siebie wziąć, silniej zintegrować. Propozycje wzmocnienia unii gospodarczo-walutowej, nad którymi mają debatować państwa członkowskie, dotyczyć będą czterech obszarów: finanse publiczne, budżet, polityka gospodarcza, kontrola demokratyczna.

Stworzenie specjalnego parlamentu dla państw strefy euro to propozycja dotycząca tego ostatniego obszaru. Wątpliwa, bo od dawna wiadomo, że  nie chodzi o instytucje, mechanizmy, procedury. Że nie tu należy szukać odpowiedzi na problem tak zwanego deficytu demokratycznego. Na dzień przed ogłoszeniem propozycji Van Rompuya, Barroso wprost powiedział w Parlamencie Europejskim: Unia ma jedną i Komisję i jeden Parlament i więcej nie potrzebuje. Mnożenie bytów nie rozwiąże żadnego problemu. W sferze finansów, Van Rompuy skupił się na znanym już pomyśle uwspólnotowienia długu publicznego strefy euro. Wspólne obligacje nie podobają się Niemcom, ale pomysł wydaje się mieć sens. Niewątpliwie jednak zwiększa dystans między państwami ze strefy euro i spoza niej. System ten miałby tez iść w parze ze ściślejszą  koordynacją budżetów państw strefy euro. Krok dalej to wspólny urząd skarbowy, a przede wszystkim budżet centralny dla strefy euro. W kuluarach dyplomaci spoza strefy euro, w tym z Polski, krytykują ten pomysł nazywając ten budżet „socjalnym”. Poniekąd słusznie, miałby on między innymi stanowić zabezpieczenie dla takich krajów, które – ze względu na ich obecna sytuacje – stanowiłyby spore zagrożenie dla uwspólnotowienie długu publicznego, jak na przykład Włochy. Zabezpieczenie również socjalne.

Są Włoszech strefy biedy, które nie załapują się na istniejące w UE mechanizmy wyrównywania szans: fundusze strukturalne, spójności, dostosowania do globalizacji globalizacyjne, bo nie spełniają kryteriów strukturalnych lub poziomu życia.
Co z nimi zrobić?  To nie tylko kwestia socjalna, ale i polityczna. Potrzeba gestu, który pozwoliłby ludziom przełknąć niezbędne, ale drastyczne cięcia budżetowe, które najboleśniej odczuwają najbiedniejsi: ci bez rezerw finansowych, zgromadzonego bogactwa, żyjący z dnia na dzień, wydający większa część swego dochodu na codzienne potrzeby: jedzenie, dojazd do pracy, wizytę u lekarza, szkołę dla dzieci.

Unijna spójność rzeczywiście zagrożona

Jednocześnie prawdą jest też, że regiony biedne objęte polityka spójności, głównie w nowych państwach członkowskich, takich jak Polska,  mogą ucierpieć, gdy powstanie budżet strefy euro. Tu też chodzi nie tylko o wymiar socjalny. To wymiar rozwojowy jest najważniejszy, i to w odniesieniu do całej UE a nie jedynie do najbardziej zapóźnionych regionów:  dążenie do spójności UE poprzez wyrównywanie poziomów życia i stopnia rozwoju to fundamentalna zasada działania UE, element jej racji bytu i tajemnica jej sukcesu . Jest tez wymiar polityczny:  poparcie dla integracji w dużej mierze zależy od zasobności portfela. Argument, że bez UE byłoby gorzej nie przekonuje. Co by było, a nie jest nie pisze się w wyborczy rejestr.

Tylko większy budżet ogólny UE może zapobiec fragmentacji

Unia Europejska, największy rynek świata i jeden z najbogatszych regionów na świecie boryka się dziś z dylematami budżetowymi znanymi głównie wielodzietnym rodzinom cierpiących biedę: kupić dziecku na zimę buty czy kurtkę.

Jedyne wyjście to zwiększyć budżet ogólny UE i stworzyć w jego ramach instrumenty finansowe pomyślane tak, by  centralny budżet strefy euro, wyłączony z budżetu ogólnego, nie był potrzebny.  Do tego powinna dążyć Polska i inne państwa, którym zależy na utrzymaniu dynamiki integracji w UE i zapobiegnięciu jej fragmentacji: znaleźć sposoby na zaspokojenie specyficznych potrzeb w ramach wspólnych i niepodzielnych mechanizmów, instytucji i polityk.  Tak powstały przecież fundusze strukturalne, tak finansowana jest WPR i polityka rybacka, zgodnie z ta logika utworzono fundusz dostosowania do globalizacji. Skoro metoda jest znana, to gdzie jest problem? Główna bariera jest natury psychologicznej, nie finansowej: zastosowanie tego rozwiązania wymaga zwiększenia poziomu zobowiązań finansowych zapisanych we wspólnym wieloletnim planie wydatków UE na lata 2014-2020. To zły moment, by tego punktu widzenia bronić. Ale też moment może ostatni zanim UE rozpryśnie się jak kropelki rtęci z rozbitego termometru. Jak to wszystko potem pozbierać, nie wiadomo. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...