Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty

2015-09-03

Państwo PiS jest nie z tej Europy (8) Cała wstecz, cała w bok: damy radę!

Przeczytaj i zgadnij o kim mowa. Bądź gotów, bo jutro to oni będą gospodarzami twojego domu. 


Dialog, konsensus i negocjacja postrzegane jako objawy słabości w polityce, podział łupów jako główny mechanizm powyborczego przejmowania władzy  w państwie; przeciwnicy polityczni - tylko wewnątrz własnej partii, poza partią - to wrogowie do unicestwienia; służba partyjna zamiast cywilnej w administracji rządowej.

Państwo rozumiane jako przestrzeń władzy, terytorium do podboju i przejęcia na własność; władza jako prawo do wywłaszczenia  i upokorzenia pokonanego wroga. 

Moralność Kalego we wszystkich wymiarach życia publicznego.

Centralizacja i nacjonalizacje, protekcjonizm; poświęcenie rozwoju gospodarczego na rzecz wyborczego koniunkturalizmu.

Sprawiedliwość społeczna - jak każda inna, rozumiana jako obowiązek wyznaczenia i ukarania winnego; prawo talionu - podpowiadane przez instynkt rozumienie wymiaru sprawiedliwości.

Referendalno-sondażowy populizm jako ersatz demokracji legitymizującej rządy autorytarne; budowa wspólnoty nacjonalistycznej zamiast obywatelskiej, opartej na wiktymizacji oraz desygnowaniu wrogów wewnętrznych i zewnętrznych; nieustanne dzielenie ludzi na naszych i na wrogów.

Muzealnictwo i zinstrumentalizowany historycyzm jako wiodący motyw myślenia o przyszłości; zawłaszczenie symboliki przeszłości postrzeganej jako legitymacja upoważniająca do zdobycia i sprawowania władzy; programowe i ostentacyjne wstecznictwo, niesłusznie uważane przez niektórych za formę myśli konserwatywnej.

Ograniczenie wolności obywatelskich; katolicki szariat lepszy od każdego systemu wartości opartego na prawach indywidualnych; przekonanie, że jednostka poza kuratelą państwa, Kościoła lub rodziny jest i zagrożona i źródłem zagrożenia; do szkoły lepiej ją wysłać później, na emeryturę - wcześniej.

Instynktowna niechęć do mniejszości, kult większości i dominacji; solidarność ze słabszymi i potrzebującymi bardziej demonstrowana niż odczuwana, podporządkowana kryterium bliskości etnicznej i religijnej.

Rozdwojenie tożsamości objawiające się, z jednej strony, samodestrukcyjnym kompleksem słabszego, hamującym zdolność rozwoju i wzmacniającym instynkt przetrwania, a z drugiej strony poczuciem moralnej wyższości rozbudzającej u ofiary oczekiwanie zadośćuczynienia.

W polityce zagranicznej pieniackie pozerstwo zamiast dyplomacji; kształtowanie relacji międzynarodowych w atmosferze walki o przetrwanie we wrogim z zasady otoczeniu zamiast działania na rzecz budowy pozytywnej wspólnoty interesów; budowanie sojuszy tylko w odniesieniu do wspólnego wroga; antyeuropejskość i prowincjonalizm; defiladowa militaryzacja na wzór rosyjski zamiast unowocześniania armii. 

Mimo manifestowanej szowinistycznej antyrosyjskości naturalny pociąg do putinizmu, do wartości najbliższego geograficznie Wschodu zamiast Zachodu, nawet w pojmowaniu chrześcijaństwa.

Tak wygląda przepis na państwo partii PiS. Ten tekst, po długiej przerwie, zamyka cykl "Państwo PiS jest nie z tej Europy", którego celem było przedstawienie jak daleko od cywilizacji zachodnio-europejskiej chce zepchnąć Polskę Jarosław Kaczyński. W poprzednich artykułach koncentrowałem się na tym, co kojarzy się z Unią Europejską, opierałem się na bezpośrednich odniesieniach do integracji europejskiej w takich dziedzinach jak fundusze unijne, energetyka, klimat, rolnictwo, waluta euro, polityka zagraniczna i prawo UE.  Ale żadne z tych europejskich odniesień i żadna deklaracja na temat UE wypowiadana przez pisowskich harcowników nie  ukazuje tak wyraźnie antyeuropejskości PiS  jak ich praktyka i koncepcja polskiego państwa. Stosunek PiS do Polski silniej ich antyeuropejskość unaocznia, niż stosunek wobec UE.

Dziś ziszcza się obawa, która w styczniu 2014 popchnęła mnie do opublikowania pierwszego rozdziału: PiS przejmuje państwo. Najpierw prezydent, Andrzej Duda, który już po pierwszych tygodniach sprawowania urzędu prezydenta okazał się być jedynie narzędziem w ręku swego prezesa, wykonawcą poleceń i zaleceń, bez krztyny niezależności nawet w dziedzinie savoir-vivre'u.  Za chwilę powstanie rząd PiS. 

Andrzej Duda składa przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym
W swym pierwszym prezydenckim orędziu Andrzej Duda wyraził poglądże "najważniejszym oczekiwaniem Polaków jest byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę, taką, jaka powstała w latach Solidarności". Przez chwilę mogło się wydawaćże jest to też jego własne oczekiwanie i że jako głowa państwa chce na to oczekiwanie odpowiedzieć. Jego odpowiedź widzieliśmy kilka dni temu w Gdańsku. A potem na Westerplatte. Nie dajmy się zwieść jego słowom, gdy używa terminu solidarność. Ani w odniesieniu do Polski, ani w odniesieniu do Europy. Solidarność to koncept nie do pogodzenia z pisowskim światopoglądem. Solidarność, której PiS jest piewcą to tylko politykierski artefakt, gadżet, którym rzuca sie komuś w twarz. 

Przeciwnicy PiS mówią, że rządy tego ugrupowania cofną Polskę w rozwoju, nie tylko gospodarczym, ale i cywilizacyjnym. Ale przecież nie ma powrotu. Wstecznictwo PiS nie popchnie Polski w tył, tylko w bok, bo przestrzeni i czasu, w których Jarosław Kaczyński chciałby funkcjonować już nie ma. Ale w bok się da.  

W bok, to znaczy poza nawias, bo nie ma przecież Europy, do której Polska pisowska mogłaby się przesunąć. Nie wierzę, by Kaczyńskiemu, we współpracy z Viktorem Orbánem, udało się taką alternatywną Europę zbudować. Bo oni nie budują. I nie współpracują. W tym przypadku - na szczęście.

Państwo PiS, które zbliża się wielkimi krokami, jest państwem z innej Europy. Europy, której nie ma. Co zrobić by Polacy, manifestujący swą "proeuropejskość" w kolejnych badaniach opinii publicznej, nie oddali władzy w ręce antyeuropejczyków? Pewnie nic się zrobić nie da. Polacy lubią uczyć się na własnych błędach, a potem za bolesne skutki tej nauki oskarżać wszystkich na około. To taki masochizm, ale ponury, bez uczucia satysfakcji. Taki wschodni masochizm. 

2013-07-04

Pakiet klimatyczny czyli kto ukradł księżyc

Spór między Tuskiem i Kaczyńskim o to, kto popełnił zbrodnię stulecia godząc się na unijny pakiet klimatyczny, jest żałosny. Po pierwsze dlatego, że to żadna zbrodnia. Po drugie z tego powodu, że ten spór dowodzi braku odpowiedzialności politycznej obu stron, utrwala bowiem błędny kierunek debaty publicznej zamiast go zmieniać. Po trzecie, jest dowodem krótkowzroczności obu polityków i ich ugrupowań: z powodu wiążących dla Polski zobowiązań i priorytetowej pozycji polityki klimatycznej w UE każdy następny rząd będzie musiał sobie z pakietem klimatycznym poradzić.   

"Psze Pani, to on zaczął"

L.Kaczyński i D. Tusk w Brukseli        ©UE
Najpierw o odpowiedzialności. Pakiet klimatyczny to nie jest sprawa jednego podpisu, choć takie przekonanie można wysnuć na podstawie sporu, jaki przy okazji konkurencyjnych kongresów partyjnych wszczęły nawzajem  PiS i PO. Sprzeczka toczy się na poziomie piaskownicy. I jak to na podwórku: trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto zaczął. Najintensywniejszy okres rozmów, projektów i negocjacji, które doprowadziły do przyjęcia pakietu przypadł na rok 2007. Prezydentem był wtedy Lech Kaczyński, ale rozmowy na poziomie roboczym w ramach Rady UE prowadził rząd. Do listopada 2007 na jego czele stał Jarosław Kaczyński. To w marcu 2007 roku Rada Europejska (skupiająca szefów państw i rządów) przyjęła cele polityki klimatycznej zaproponowane przez Komisję Europejską. Wtedy też 27 państw poparło filozofię polityki klimatycznej, która obowiązuje do dzisiaj:  UE przejmuje przywództwo w światowej walce ze skutkami zmian klimatycznych, ustala cele wykraczające poza tzw. protokół z Kioto i gotowa jest przeprowadzić technologiczną i przemysłową rewolucję podporządkowaną tym celom nie oglądając się na resztę świata. Chodziło o redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz o plan działań na lata 2007-2009. Jego fundamentem było zobowiązanie znane jako 3 x 20. Polska, rządzona niepodzielnie przez braci Kaczyńskich poparła te założenia, choć mogła wtedy skorzystać z prawa weta. To one stały się podstawą pakietu ustawodawczego, który opracowała w styczniu 2008 Komisja Europejska. 

Negocjacje przybrały na sile i w marcu tego samego roku Rada Europejska przyjęła założenia pakietu oraz kalendarz działań. Wtedy premierem był już Donald Tusk. Prezydentem - nadal Lech Kaczyński. Ale w czasie prac rozmów w Radzie UE, na szczeblu ministrów i ambasadorów, to rząd a nie prezydent odgrywał rolę wiodącą. W grudniu 2008 Rada Europejska przyjęła wreszcie pakiet klimatyczny (w wersji osłabionej w porównaniu do planów Komisji). 

Lech Kaczyński brał w tej Radzie udział jako głowa państwa. Jego zaangażowanie w negocjacje na szczeblu Rady Europejskiej nie wynikało wprost z kompetencji konstytucyjnych, raczej z ambicji politycznych rozniecanych przez brata. Gdyby tym ambicjom nie uległ, nie negocjowałby pakietu, o którym pojęcie miał nikłe, a dziś jego brat mógłby mówić: "wina Tuska". Ale uległ. Prezydent złożył też wtedy w prasowym wywiadzie naiwną deklarcję o polskim (to znaczy swoim) ustępstwie wobec Angeli Merkel w zamian za jej poparcie polskiego stanowiska w sprawie systemu głosowania w Radzie. Stanowisko to, wyglądające na żart szalonego matematyka, nie miało szans powodzenia. Poza tym, decyzja podejmowana była w Radzie większością głosów (a nie jednomyślnie, jak w 2007). Ale mniejsza o to. Przypominam sobie, że polskie media pasjonowały się wtedy tym kto pierwszy: premier czy prezydent, usiądzie na krześle jako szef polskiej delegacji, a nie ich sporem na temat pakietu klimatycznego. Bo też takiego sporu przypomnieć sobie nie mogę. Proces ustawodawczy nie zakończył się na grudniowym szczycie UE. Swoje do powiedzenia, jako współustawodawca, miał też Parlament Europejski. Dyrektywy, decyzje i rozporządzenia tworzące pakiet lub uzupełniające go przyjmowane były w 2009 roku. Zdecydowanie nie była to więc kwestia jednego podpisu, którego złożenie zarzucają sobie nawzajem Tusk i Kaczyński.

Patriotyzm klimatyczny

W szowinistycznym dyskursie PiS pakiet klimatyczny przedstawiany jest jako zamach na Polskę. Jak zwykle zamachów na Polskę dokonują Niemcy. Nic dziwnego, że w patriotycznej dyplomacji wysokiego lotu (bardzo przepraszam za ironię), jaką uprawiał Lech Kaczyński, nazwisko Merkel musiało się pojawić. Nic dziwnego też, że dziś PiS zarzeka się, że z pakietem klimatycznym nie miał nic wspólnego. Jest jednak jasne, że polska delegacja rządowo-prezydencka rzeczywiście poparła pakiet w imię unijnej lojalności i odpowiedzialności, a więc na sposób niemiecki, a nie powodowana ekologiczną wrażliwością, która jest motorem działania krajów skandynawskich. Ortodoksyjne stanowisko tych ostatnich zostało zresztą osłabione przez koalicję Polski i krajów bałtyckich (które w tej rozgrywce okazały się bardziej częścią wschodu Europy, energetycznie i przemysłowo zapóźnionego, niż jej północnej, proekologicznej flanki). Osłabienie to jednak powiodło się przy poparciu Niemiec, środowiskowo wrażliwych, to prawda, ale jednak na pierwszym miejscu stawiających swój wielki, enrgochłonny przemysł, między innymi samochodowy. Do dziś zresztą największym opononentem duńskiej komisarz do spraw klimatu jest w Komisji Europejskiej niemiecki komisarz do spraw energii. 

Poza retoryką antypolskiej zmowy, dyskusja na temat pakietu klimatycznego zdominowana jest w Polsce przez węgiel. I to węgiel bardziej jako największy skarb narodowy, bogactwo "tej ziemi", niż jako element energetyki wyokoemisyjnej i kopalnych źródeł energii. Czasem, zwłaszcza wsłuchując się w to, co mówi PiS i pisopodobni, można odnieść wrażenie, że w negocjacje na temat pakietu klimatycznego powinien zostać włączony IPN, a może nawet, kto wie, Muzeum Powstania Warszawskiego, tak często pojawia się wystąpieniach Kaczyńskiego wątek krzywd doznanych przez naród polski. Każdy jest patriotą na swój sposób. Nie w tym jednak rzecz. Swoiście pojęty patriotyzm zaważył już kiedyś na stanowisku Lecha Kaczyńskiego w sprawie pakietu klimatycznego. Również dziś jest podstawą pisowskiej argumentacji. I tak jak wtedy niczego w ten sposób się nie wynegocjuje, bo do nikogo spoza Polski te argumenty nie trafiają. Mają zastosowanie wyłącznie jako retoryka na użytek lokalnego elektoratu. Dramatycznie patriotyczna oprawa, paradoksalnie, szkodzi Polsce, a nie pomaga. Tak jak zaszkodziła wtedy, w 2007 roku, gdy można jeszcze było uzyskać dla Polski, której sytuacja energetyczna faktycznie jest specjalna, więcej, niż uzyskano (bo jednak coś uzyskać się dało, nawet jeśli trudno to uznać za wyłącznie polskie zwycięstwo: firmy energetyczne dostały większość uprawnień do emisji CO2 za darmo, obecnie to aż 80 proc. uprawnień). Zamiast jednak gubić się w narodowej emfazie, trzeba dokładnie pakietowi klimatycznemu się przyjrzeć. Zamiast przywoływać jak zaklęcie potencjalne weto, którego Lech Kaczyński nie zastosował wtedy, gdy jeszcze było to możliwe i którego dziś już użyć nie można, trzeba zobaczyć, jak skutecznie i z korzyścią dla Polski powiedzieć "tak". Inaczej mówiąc, jak najlepiej wykorzystać pakiet klimatyczny. Bo sztuka funkcjonowania w UE polega na przemyślanym powiedzeniu "tak", a nie na bezproduktywnym domaganiu się prawa do mówienia "nie" za każdym razem, gdy coś się zawaliło. Szkoda, że obecny rząd uległ retoryce PiS.

Komu opłaca się pakiet klimatyczny

Pakiet klimatyczny to nie tylko redukcja emisji CO2 kosztem polskiego węgla. Poza redukcją emisji gazów cieplarnianych (nie tylko dwutlenku węgla), pakiet dotyczy też zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii oraz bardziej efektywnego zużycia energii. Efektywność zużycia energii przez polskie firmy jest dwukrotnie gorsza niż średnia unijna. Z dymem, w atmosferę, ulatuje w Polsce nie tylko dwutelenek węgla, ale dużo pieniędzy. Polskie budownictwo, zwłaszcza to z czasów PRL, jest niesamowicie enegochłonne. Unijne normy można wypełniać nie tylko bez szkody, ale zyskiem dla budżetu państwa i portfeli mieszkańców. Oczywiście, że wymaga to inwestycji. Są na to unijne pieniądze. Oczywiście, że wymaga to technologii. To wielka szansa dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw, możliwość poczynienia oszczędności i zwiększenia konkurencyjności. Chętnie posłuchałbym sporu PO i PiS jak z tych szans skorzystać. Jak powiedzieć pakietowi klimatycznemu "tak" z korzyścią dla ludzi i polskiej gospodarki. W wystąpieniu Kaczyńskiego na kongresie PiS coś o nowych technologiach było. Ale jak zwykle w formie zarzutu wobec Tuska. Zarzutu pewnie uzasadnionego. Co z tego, skoro niemal cała reszta wypowiedzi Kaczyńskiego spycha nie tylko polską gospodarkę, ale Polskę w ogóle w anachroniczną czasoprzestrzeń. 

Realizacja zapisanych na papierze norm i celów wymaga jak najbardziej fizycznych instrumentów: nowoczesnych systemów grzewczych, pomp, "inteligentnych" liczników poboru energii, technologii do pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych (na przykład z wody i wiatru), jej przekazywania i magazynowania (na przykład z wykorzystaniem nośników wodorowych). Tego rodzaju produkty stanowią 10% duńskiego eksportu. Niemcom opłaca się sprowadzać i przetwarzać polskie odpady, bo w Polsce nie było do niedawna systemu ich pozyskiwania, a obowiązek segregacji został dopiero wprowadzony.  Nie zauważyłem, żeby techniczny rząd PiS podjął programową debatę z rządem PO-PSL jak skorzystać na pakiecie klimatycznym i jak pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, by podjęły technologiczne i rynkowe wyzwania. 

Na energii słonecznej krocie zarabiają dziś Chińczycy. Zarabiają głównie w Europie, bo pakiet klimatyczny zmusza państwa UE do większego niż kiedyś wykorzystania tego trwonionego zbyt długo źródła energii. Europejczycy kupują więc masowo panele słoneczne i dopiero niedawno zorientowali się, że niemal wszystkie są made in China. Doprowadziło to najpoważniejszego od lat sporu handlowego między Chinami i UE, który rozsztrzygnięcie znajdzie pewnie w wyniku arbitrażu i decyzji Międzynarodowej Organizacji Handlu. Europa oskarża Chiny o stosowanie cen dumpingowych. Słusznie. Ale Chińczycy wygrywają w konkurencji z niemieckimi czy francuskimi przedsiębiorstwami dzięki niskim kosztom pracy. Dlaczego w tej konkurencji zabrakło polskich przedsiębiorstw? Obawiam się, że po nieuchronnej przegranej Chin zabraknie ich również w najbliższej przyszłości, mimo, że koszt wyprodukowania paneli będzie w Polsce nadal niższy niż w Niemczech i we Francji, a zapotrzebowanie na nie będzie wzrastać. 

Polskie uwęglenie 

Polska broni węgla, bo ma go dużo. Słyszę, że ograniczenie jego zużycia zmniejszy polską niezależność energetyczną. Rzadziej jednak słychać, że  Polska węgiel importuje. Własnego nie starcza. Często jest droższy. Import węgla od 2006 roku wzrasta, a państwo dopłaca do węgla wydobytego w Polsce.  Oszczędności? Niezależność energetyczna? Absurd. Na pewno korzysta na tym systemie lobby węglowe. Politykom na pewno łatwiej bronić narodową skamienielinę - dosłownie i w przenośni - niż pomyśleć jak dostosować przemysł do potrzeb jutra, niż prowadzić nowoczesną politykę przemysłową i energetyczną. Zależność energetyczna całej UE rośnie, a nie maleje. Dziś 60% gazu i ropy pochodzi z importu. Jeżeli obecna tendencja nie zostanie zastopowana, to w krótkim czasie zależność może sięgnąć 80%. UE musi zmniejszyć uzależnienie od importu kopalnych źródeł energii jak najszybciej. Cała UE, również Polska. Węgiel nie jest odpowiedzią, nawet jeżeli na krótszą metę w UE i na dłuższą w Polsce jego wykorzystanie zostanie utrzymane, a w czasie kryzysu - okresu sprzyjającego polityce krótkowzrocznej - nawet wzrasta. 

Dwóch budrysów

Nie zarzucam nikomu w Polsce braku entuzjazmu wobec uijnej polityki klimatycznej. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zdrowomyślący mógł uznać, że w ciągu parunastu lat polska gospodarka zastąpi węgiel innymi źródłami energii. Nie wierzę w przeprowadzenie rewolucji przemysłowej w krótkim czasie. Ale traktowanie pakietu klimatycznego jako dopustu bożego, sprzeczka o to, kto bardziej zawinił nie blokując tej zasadniczej dla UE polityki, brak jakiejkolwiek refleksji na temat korzyści, jakie pakiet powinien Polsce przyjąć i rzetelnej pracy na rzecz reform, które brałyby w pełni pod uwagę zobowiązania Polski wynikające z pakietu uważam za gospodarczy, polityczny, dyplomatyczny i patriotyczny kretynizm. Najnowsza pyskówka między Tuskiem a Kaczyńskim w tej sprawie utrwala kierunek debaty publicznej, który nie pozwala zwiększyć poziomu wiedzy ludzi na temat unijnej, a więc również polskiej polityki klimatycznej; cementuje stereotypy, zamiast zwiększyć racjonalność debaty; utrudnia uzyskanie społecznego poparcia dla działań, które pozwoliłyby Polsce skorzystać na pakiecie klimatycznym; wiąże ręce każdemu kolejnemu rządowi, który będzie musiał polityce klimatycznej UE się podporządkować, czy mu się to podoba czy nie. 

Bo polityka klimatyczna Unii to nie jest jakiś tam pakiet. To jest wybór kierunku rozwoju całej wspólnoty na długie lata. Ma on zasadniczy wpływ na politykę przemysłową we wszystkich jej wymiarach, na rolnictwo i jego finansowanie, na badania i innowacje, na rynek wewnętrzny i swobodny przepływ towarów, na politykę energetyczną, transport, infrastrukturę (a tym samym na fundusze europejskie współfinansujące inwestycje infrastrukturalne), na handel zagraniczny, na politykę współpracy z państwami rozwijającymi się. Politycy, którzy nie chcą lub nie potrafią tego zrozumieć i wytłumaczyć społeczeństwu ponoszą wielką odpowiedzialność. Dziś spór o pakiet klimatyczny między Tuskiem a Kaczyńskim to spór między dwoma niezbyt miłymi budrysami, którym skradziono księżyc.


2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

2012-05-15

Adam Bielan patrzy 150 lat w bok

W Gazecie Wyborczej (15 maja 2012) wywiad z Adamem Bielanem, zafascynowanym amerykańskimi kampaniami wyborczymi. Jako amerykańskie, nie mogą nie fascynować, to w Polsce oczywistość, bo nic nie jest bardziej fascynujące dla większości Polaków niż Ameryka, kochana miłością pięknie naiwną, jak ta, którą Ignacy Rzecki darzył Francję Napoleona Bonaparte.
Bielan fascynuje się jako polityk i specjalista od PR jednocześnie. Powiedzmy sobie szczerze: każdy, kto zajmuje się marketingiem politycznym jest zainteresowany amerykańskimi wyborami. Ich rozmachem, siłą działania blichtru, stopniem zaangażowania zaangażowanej mniejszości i poziomem niezrozumienia stojącej z boku większości; sprawczą siłą pieniądza; witalną siłą amerykańskiej demokracji, tak innej od europejskich demokracji.

Polityk, któremu nie przeszkadza, że pierwszym i zasadniczym argumentem, decydującym o tym, kto będzie kandydatem w wyborach i kto je wygra, są pieniądze, tak jak dzieje się to w USA, nie budzi mojego zaufania. Nie chodzi o jego poglądy polityczne i partyjną przynależność. Chodzi o jego stosunek do demokracji. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że plecie co plecie nie ze złej woli, tylko dlatego, że demokracji nie zna i nie czuje. W kraju, w którym demokracja się dopiero krystalizuje, jest to szczególnie niebezpieczne. To co może być normą w USA, nie z zawsze może nią być w Europie. Inna tradycja. Inne wartości. I nie poprawia wizerunku Bielana w moich oczach fakt, że w swych neofickich fascynacjach nie jest odosobniony, ani w Polsce ani poza jej granicami.

©Kadmos-Europa
Adam Bielan fascynuje się też amerykańskimi wyborami jako pijarowiec amator. Amator, ale renomowany. Odkąd w duecie z Michałem Kamińskim został uznany za głównego architekta zwycięstwa PiS i Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w 2005 roku, awansował na spin doktora PiSu. I tak już zostało, mimo zmiany barw partyjnych. Bielan nie jest wyjątkiem wśród osób zajmujących się komunikowaniem, bardzo wielu uznanych speców od marketingu politycznego i reklamy nie ma w tej dziedzinie wyksztalcenia (sam jest niedoszłym absolwentem stosunków międzynarodowych), uczy się w działaniu, z niezłym wynikiem. Jak jest z Bielanem – nie wiem. Zastanawiam się, czy wybory 2005 i, będąca po części jego zasługą, cudowna i chwilowa przemiana Jarosława Kaczyńskiego w odpowiedzialnego polityka w ostatniej kampanii prezydenckiej to wystarczające dokonania, by uznać jego mistrzowskie uprawnienia w spinowaniu. Jego żałosne zachowanie w sporze z Teresą Torańską, próby powstrzymania publikacji wywiadu, zaprzeczają domniemaniu profesjonalizmu. Pozwalają natomiast zrozumieć bezkrytyczny zachwyt amerykańskimi wyborami. Wielu samouków w końcu czuje, że potrzeba im szkoły. Byle tylko dobrze ją wybrali. Wątpię, by dla kogoś z tak kiepskim przygotowaniem teoretycznym jak jego i - w sumie – z dość powierzchownym doświadczeniem w praktykowaniu demokracji, Stany Zjednoczone były najlepszą szkołą. Za duże. Zbyt odległe. Nie do ogarnięcia. Pozostaje sympatyczny w swej prostocie zachwyt.

Nic dziwnego, że znajduję tu następujące opinie Bielana: "kampanie amerykańskie tak bardzo wyprzedzają wszystkie inne […], że trudno w ogóle o porównania." Mniejsza o to czy, Bielanowi porównywać łatwo, czy nie łatwo. Ale co to znaczy: "wyprzedzają"? To znaczy, że francuskie, brytyjskie czy niemieckie sposoby prowadzenia kampanii są archaiczne? Chyba tak, bo obserwując USA, Adam Bielan myśli, że "zagląda w przyszłość". Mam nadzieję, że się bardzo myli. Mam nadzieję, że myli się też twierdząc, że "odstęp między kampaniami amerykańskimi a polskimi się skraca". Więcej baloników w narodowych barwach? Większa kasa? I jeszcze większa? Adam Bielan daje pozytywny przykład: "Janusz Palikot to czysty PR". Gdybym był Palikotem, nie byłbym komplementem zachwycony.  Czysty PR –przyszłość demokracji w Polsce. Tak ją widzi Adam Bielan patrząc na USA.

Zafascynowanym Ameryką radziłbym sięgnąć do starej książki Stefana Bratkowskiego "Oddalający się kontynent" (PIW, 1980). Odległa epoka. Ale tyle aktualnych spostrzezen. A przede wszystkim to, że Europa i Ameryka są sobie bliskie i odległe zarazem. Nie wszystko co interesujące, nadaje się do przeszczepu. Najważniejsze zaś jest motto tej książki: "Ameryka jest nie tyle 15 lat przed Europą, ile 150 lat w bok". 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...