Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moralność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moralność. Pokaż wszystkie posty

2015-09-15

Niemieccy migranci a polskie autostrady, czyli o powinności i solidarności

To interesujące, jak wielu Polaków uważa, że europejska solidarność wymaga finansowania przez UE polskich autostrad i basenów, ale nie wymaga przyjmowania przybywających do UE migrantów. Żeby zjawisko to zrozumieć, trzeba się odwołać do sposobu rozumienia w Polsce dwóch koncepcji: powinności i solidarności.

Finansowanie z unijnego budżetu wydatków na infrastrukturę, która czyni życie Polaków wygodniejszym i tworzy miejsca pracy, to unijna powinność. Wygodniejsze i dostatniejsze życie to polska aspiracja, którą Unia ma spełnić. Tak przede wszystkim rozumiemy sens i cel integracji europejskiej i tak rozumianą - i docenianą - Unię Polacy popierają w sondażach. Na tej podstawie formułowany jest dyskusyjny wniosek, że Polacy są bardzo proeuropejscy. Jakby to na tym polegała europejskość.

Unijna solidarność

Unijny współudział w realizacji tych aspiracji wynika z zasad integracji europejskiej (solidarność na rzecz wyrównywania poziomów życia), unijnych mechanizmów (polityka spójności) i, oczywiście, z zasobów finansowych unijnego budżetu. Wiadomo, że gdy o finanse chodzi, jesteśmy w pierwszym rzędzie beneficjentami niemieckiej szczodrości, bo to najbogatszy kraj UE. Ale też dlatego, że to kraj geograficznie najbliższy, oczywisty kierunek polskich migracji - nie w obronie życia, nie za chlebem nawet, ale w celu podniesienia poziomu życia. Podnosząc poziom życia w Polsce Niemcy stosują więc logikę rozwiązywania problemu u źródeł, postulat nieustannie pojawiający się dziś w argumentacji tych, którzy w Polsce są przeciwni przyjmowaniu migrantów.

Jednak gdy mówimy o płynących do Polski funduszach, nie mówimy, że są niemieckie, tylko unijne. Dlatego doceniamy solidarność UE, ale rozumianą nie jako element kanonu wartości, tylko jako "mechanizm" (tak się zresztą czasem mówi: "mechanizm solidarności"). Co do Niemców, ich kontrybucję do unijnego budżetu traktujemy jako powinność: bogatszego wobec biedniejszego, ale też historycznie winnego wobec pokrzywdzonego.

Niemieccy imigranci

Inaczej z migrantami: o nich nie mówimy, że są unijni, tylko niemieccy. Ten zabieg retoryczny, wymyślony przez Viktora Orbána, padł w Polsce na podatny grunt: skoro problem jest niemiecki, a nie unijny, nie europejski, to nie ma mowy o europejskiej solidarności. Kamień spada z serca. Solidarność odzyskuje swój moralny wymiar, ale nie na poziomie europejskiej kultury politycznej i obywatelskiej, tylko w swym religijnym wcieleniu: episkopat wykazał się chrześcijańską miłością bliźniego. Jej realizację zrzucił na często niechętnie nastawionych do pomysłu proboszczów: parafie przyjmą migrantów. Ale których? Ilu? Kiedy? Jak ich przewieźć? Zarejestrować? Za jakie pieniądze? To sprawy ziemskie, którymi zajmować się nie musimy. Tu Bruksela kwot nie narzuci. Kamień spada z sera po raz drugi.

Skoro problem nie jest europejski, tylko niemiecki, to tematem chwili nie jest żadna solidarność (bo solidarni to oni mają być z nami), tylko powinność, a ta - z zasady - jest niemiecka. Nie ma powodu byśmy jako Polacy przyjmowali na siebie niemieckie powinności. Polska koncepcja powinności jest nierozerwalnie związana z winą. A to nie my jesteśmy winni.

Polska przyzwoitość

Czy jest też związana z przyzwoitością? Tak, ale z jej specyficzną odmianą. Zdefiniowała ją jasno Halina Bortnowska w audycji Stefana Bratkowskiego "Z Boku", nazywając ją przyzwoitością obłudy, przyzwoitością Dulskiej i Tartuffe'a, w odróżnieniu od przyzwoitości jako wierności samemu sobie, opisywanej przez Josepha Conrada. Ilustracją przyzwoitości obłudy jest niedawny sondaż, w którym 53 % Polaków uznało, że powinniśmy przyjmowć uchodźców, ale większość spośród nich gotowa jest przyjąć liczbę jak najmniejszą, symboliczną, kilkaset osób. Kilkaset osób przyjmiemy. Żeby już nie gadali.



2015-09-14

Polityka u podstaw

"Nikt nam nie będzie narzucał przyjmowania imigrantów, bo to nie jest żadne rozwiązanie. Problem trzeba rozwiązać u źródła" - powiadają niektórzy politycy, na przykład prezydent RP. Zawsze ceniłem pozytywistyczny postulat pracy u podstaw. Ale wypowiadanie takich mądrości w sytuacji, gdy każdego dnia do granic UE docierają dziesiątki tysięcy uchodźców należałoby uznać za kolejną ilustrację narodowego porzekadła: "mądry Polak po szkodzie". Należałoby, gdyby przyjąć, że sprawa w ogóle nas dotyczy. A zdaje się, że mędrcy, którzy taką pseudopozytywistyczną retoryką się posługują, do odpowiedzialności za szkodę się nie poczuwają.

Precz z kolonializmem


Polacy w Iraku. Działanie u źródła? by MON /Wikimedia Commons 
Skoro nie my naszkodziliśmy, nie nam ponosić konsekwencje - to myśl przewodnia polskiej argumentacji przeciw przyjmowaniu migrantów. Na czym polega szkoda, której winni są inni? W wielu występuje ona odsłonach. Po pierwsze, kolonializm. Polska nie miała kolonii, Polacy się na nich nie wzbogacili, nie muszą więc przyjmować migrantów z poczucia winy. Argument w swym anachronizmie dość idiotyczny: ci ludzie nie uciekają do Europy przed kolonializmem. Ani w wyniku wojen kolonialnych. To nie są lata pięćdziesiąte ani sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Z litości pominę wątek żalu, jaki odczuwają piewcy kolonialnej argumentacji, że Polska nigdy kolonii nie miała (choć chciała, ale jej nie dali!). Chyba, żeby - nie bez racji - uznać za politykę kolonialną działalność Rzeczpospolitej na kresach wschodnich. Co ciekawe, Polska gotowość (deklarowana przynajmniej) do przyjmowania Ukraińców nie bierze się z kolonialnego poczucia winny, tylko ze słowiańsko-chrześcijańskiej solidarności. Bez sensu jest też odwoływanie się do wojen krzyżowych. Chyba, że za taką uznać inwazję Stanów Zjednoczonych na Irak. Tylko, że Polska była częścią zmontowanej wtedy antyirackiej koalicji.

Polacy-katolicy

Po drugie, "multi-kulti". Bo to ponoć wyśmiewana przez nacjonalistyczną prawicę moda na wieloetniczność i wielokulturowość sprawia, że tacy Niemcy czy Francuzi (ale przede wszystkim Niemcy) czują się w obowiązku przyjmowania migrantów. Taki hipstersko-hipisowski kaprys, nic więcej. Bo sobie wbili do łbów, że chcą mieć na ulicach kolorowo. Ich wybór, ale nam niech tej mody nie narzucają, bo ona polska nie jest. Polak lubi jak jest biało, czysto etnicznie, jednonarodowo czyli polsko, i chrześcijańsko. Tak się przyzwyczaił, taka jałtańska spuścizna. Kiedyś naszą tradycję wyrażała Wanda, co nie chciała Niemca, potem polski szlachcic, co bił bisurmanina. Z powodu Unii Europejskiej i pobieranych stamtąd funduszy musieliśmy się czasowo zgodzić na Niemca, ale niech nam Niemiec nie każe wpuszczać jakichś tuchajbejów. Logika zgodna oczywiście ze światopoglądem różnych Semków czy innych Terlikowskich, ale nie z rzeczywistością: Niemcy nie wpuszczają migrantów z powodów estetycznych tylko etycznych, nie z uległości modzie tylko z moralności. Wpuszczają ich, bo tam, skąd migranci przybywają, jest terror, wojna i głód.

My, solidarni

Po trzecie, solidarność. My, Polacy, nikomu nie musimy udowadniać solidarności. Nikt nam naszej solidarności ewaluować nie będzie, bo my jesteśmy solidarności depozytariuszami. Jak Etiopczycy arki Przymierza. Co więcej, jest ona duchowa. Jako kraj na dorobku, biedny, w ruinie - nie możemy jej wyrażać materialnie. Prawdopodobnie nigdy w przewidywalnej perspektywie nie będziemy mogli, bo zawsze będziemy biedniejsi niż Niemcy. Niemcy, jako bogacze, muszą się opodatkować (przede wszystkim na naszą rzecz), my nie musimy. Oburzenie wywołały słowa Junckera, który wypominając Polakom (nie tylko Polakom) brak solidarności, przypomniał solidarność, której sami doznali: 20 milionów liczy Polska emigracja, mówił. Oczom i uszom nie wierzyłem, gdy docierał do mnie bezmózgowiem naznaczony argument, że ci emigranci to krzywda nam wyrządzona przez innych, a tym samym przez innych częściowo choćby wynagrodzona, z czego naturalnie żadne dla nas obowiązki wynikać nie mogą.

Zwalczanie problemu u źródeł

Ale wróćmy do pracy u podstaw. Zweryfikujmy tę ambicję konstruktywnego sprzeciwu. Czekam na moment, w którym spragniony międzynarodowej aktywności prezydent Andrzej Duda przedstawi swą strategię walki z przyczynami kryzysu migracyjnego. Wraz z nowym rządem, bo obecnego najwyraźniej nie uznaje. Działanie u źródła problemu ma sprawić, że ludzie będą woleli w soich krajach zostać, niż z nich wyjeżdżać i że organizowanie migracji nie będzie lukratywnym źródłem dochodu dla przestępców. Jestem przekonany, że taka strategia będzie zawierała przynajmniej następujące zobowiązania:


  1. Polska stanie się orędownikiem zwiększenia wydatków z unijnego budżetu na pomoc dla krajów rozwijających się, również kosztem wydatków na unijną politykę spójności, której jest głównym beneficjentem;
  2. będzie logistycznie i finansowo wspierać kraje rozwijające się z własnego budżetu, w oparciu o umowy dwustronne, tak jak czyni to wiele państw członkowskich UE;
  3. stanie się orędownikiem dalekowzrocznej polityki klimatycznej, bo zmiany klimatu są w dużej mierze odpowiedzialne za brak dostępu do wody pitnej i za susze niszczące uprawy - główne przyczyny większości konfliktów zbrojnych w Afryce;
  4. będzie walczyć z protekcjonizmem Unii Europejskiej w dziedzinie rolnictwa, który czyni rolnictwo krajów rozwiajających się nieopłacalnym, również za cenę ograniczenia unijnych dopłat do polskiego rolnictwa;
  5. będzie wspierać inicjatywy międzynarodowe, które skłonią Stany Zjednoczone do rezygnacji z protekcjonistycznej polityki w sektorze rolnym;
  6. zaangażuje się w wojnę w Syrii i szerzej, w działania przeciw tzw. "państwu islamskiemu" - na polu militarnym i dyplomatycznym, również wykorzystując nasze wyjątkowe relacje z Waszyngtonem (w końcu to amerykańskie działania przeciw państwu islamskiemu, a wcześniej inwazja na Irak z naszym udziałem, są w dużej mierze odpowiedzialne za exodus uchodźców);
  7. stworzy strategię angażowania się zbrojnie, finansowo, logistycznie i politycznie w konflikty międzynarodowe, bo sytuacja w Syrii to nie jedyna przyczyna fali uchodźców, uchodźcy pochodzą też na przykład z Erytrei);
  8. aktywnie włączy się w walkę z zorganizowanymi, przestępczymi siatkami passerów zarabiających fortuny na nielegalnym przerzucie migrantów do Europy;
  9. będzie aktywnie działać w ramach UE na rzecz nowelizacji konwencji dublińskiej i reformy systemu Schengen.
Zamiast 10. punktu, kilka uwag na temat Ukrainy. Rozwiązywanie problemów u źródeł wymaga też bliższej geograficznie perspektywy, tym bardziej, że naszą niechęć do przyjmowania przybywających dziś do UE uchodźców tłumaczymy koniecznością przygotowania się na - nieuchronną ponoć -masową migrację z Ukrainy. Skoro tak, to czy rozpoczęto już budowę infrastruktury niezbędnej do ich przyjęcia? Opracowano plan zatrudnienia poszukujących pracy, edukacji dla dzieci niemówiących po polsku? Za czyje pieniądze będziemy przyjmować "naszych", prawosławnych i unickich migrantów, których wolimy od muzułmańskich: za swoje czy też wystąpimy o pomoc unijną? I wreszcie: co z tymi potencjalnymi Ukraińcami, którzy - choć tak podobno pożądani - zamiast  pozostać w Polsce będą chcieli wyjechać do wyżej rozwiniętych i bogatszych krajów, tak jak wszyscy inni migranci, bez względu na przyczynę migracji?




2014-01-22

UE powinna finansować zapłodnienie wewnątrzustrojowe

Jaroslaw Kaczyński, bardzo ostatnio aktywny na niwie europejskiej, proponuje zmianę traktatu UE. Chce, by UE uzyskała nową kompetencję, a wiec podstawę prawną, pozwalającą jej na prowadzenie polityki prorodzinnej. To prawdziwa rewolucja. Po pierwsze dlatego, że każda zmiana traktatu UE to rewolucja. Po drugie z tego powodu, że kompetencje UE w dziedzinie polityki socjalnej są bardzo ograniczone, to domena państw członkowskich (UE nie może na przykład wypłacać zasiłków dla bezrobotnych), a polityka prorodzinna musiałaby stanowić część tej polityki. Po trzecie dlatego, że dotychczas sam Kaczyński, tak jak jego partia i szerzej rozumiane konserwatywno-narodowe środowisko, był przeciwny ingerencji UE w kwestie światopoglądowe. A przecież polityka prorodzinna musi się odwołać do jakiego modelu rodziny, ten zaś jest przedmiotem światopoglądu.

Kaczyński podkreśla znaczenie demografii i dlatego proponuje wprowadzenie wspólnej polityki prorodzinnej. Wpływ demografii na stan UE to temat nienowy, podnoszony wielokrotnie w kontekście polityki zatrudnienia ludzi starszych i młodzieży, wieku emerytalnego i polityki imigracyjnej. Ale apel do UE o prowadzenie polityki prorodzinnej to nowość. Zdaniem Prezesa zasiłek powinien wynosić w Polsce 500 złotych i być w większości sfinansowany z budżetu UE. Bruksela powinna dać po 100 euro na każde dziecko w wielodzietnej rodzinie, dzięki czemu będzie więcej wielodzietnych rodzin (Newsweek 20/01/2014). Na politykę prorodzinną UE trafiałby - jak proponuje PiS - 1 proc. PKB krajów członkowskich. Cytuje za Gazetą Wyborczą i za innymi mediami, ale nie wiem, czy mogę im wierzyć, bo jeśli rzeczywiście Kaczyński cos takiego powiedział, to znaczy, że nie wie, iż cały budżet UE to 1 proc. rocznego PKB państw członkowskich. A czy można takich rzeczy nie wiedzieć? A jeśli można, to może Kaczyński nie wie też, ze jego propozycja oznacza zmianę traktatu?

Zapomoga to jedyny element postulowanej unijnej polityki prorodzinnej wymieniony przez prezesa PiS. Ale polityka nie może ograniczać się do zapomogi, to jasne. Jak miałaby ona wyglądać? Zastanawiam się dlaczego UE, promująca przecież dotychczas - zdaniem środowisk bliskich Kaczyńskiemu -patologiczny model rodziny, oparty na "totalitarnej ideologii gender", przyzwalająca na aborcje, na in vitro i na małżeństwa gejowskie, powinna się teraz zająć polityką prorodzinną. Kaczyński wyobraża sobie pewnie, że koncepcja rodziny, która dla niego jest oczywistą oczywistością, będzie stanowić kościec unijnej polityki prorodzinnej, ponieważ to on zgłosił pomysł jako pierwszy.

Jako obrońca myśli politycznej swego Wielkiego Brata ma prawo poczuwać się do obowiązku obrony polityki prorodzinnej opartej na takich zasadach jak ta, "że rodzina to małżeństwo jednej kobiety z jednym mężczyzną i jako taka jest podstawą cywilizacji chrześcijańskiej /…/ i tylko w takiej rodzinie mogą rodzić się dzieci i tam może być "prowadzone wychowanie" (Lech Kaczyński podczas VIII Zjazdu Gnieźnieńskiego pod hasłem "Rodzina nadzieją Europy" w marcu 2010 roku). Jarosław Kaczyński domaga się zapisu tej zasady w konstytucji: "Rodzina jako związek kobiety i mężczyzny jest afirmowana przez państwo. Inne związki powinny być jedynie tolerowane". Elementem polityki prorodzinnej PiS są też projekty ustaw zakazujących stosowania in vitro i postulujących karanie osób nieprzestrzegających zakazu więzieniem. "Chodzi o wyraźne powiedzenie, że in vitro jest niedopuszczalne – mówi Kaczyński. To jest kwestia światopoglądowa. Nasza partia reprezentuje w większości światopogląd katolicki i jeżeli ktoś go reprezentuje, to tak musi do tego podchodzić" (Rzeczpospolita, 27/06/2013). UE nie powinna finansować in vitro, bo "in vitro to aborcja" (Fakt, 23/10/2010). Sprawa jest więc jasna: skoro "praktyki zapłodnienia pozaustrojowego" są niedopuszczalne, to UE, w ramach wspólnej polityki prorodzinnej powinna finansować zapłodnienie wewnątrzustrojowe.



2013-08-07

Prostytucja, narkotyki, kreatywna księgowość: narodziny euromitu

©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa
Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipcu, przez kilka dni, dla części polskich mediów unijnym tematem numer jeden był plan ratowania podupadłych finansów UE dochodami z prostytucji, przemytu i handlu narkotykami. Brudna kasa szarej strefy miałaby być uwzględniana w wysokości PKB już od przyszłego roku, mocą nowych unijnych przepisów. Kreatywna księgowość eurokratów spotkała się ze słuszną krytyką kolektywu redaktorów z Dziennika Gazety Prawnej, a następnie z Super Expressu, innego organu zaangażowanego w krzewienie nagiej prawdy i bezlitosne obnażanie absurdów życia publicznego. Czujności redaktorów nie uszedł też wymiar moralny unijnych zamiarów: wykryli pełzającą groźbę legalizacji prostytucji i narkobiznesu, a kto wie, może również dziecięcej pornografii i handlu żywym towarem. Radio i telewizja szybko podchwyciły temat. Wiadomość, że mowa o propozycji, której nie ma, zatrzymała co prawda narastającą dyskusję, ale mit się narodził i żyje własnym życiem. Jestem pewien, że jeszcze po kliku latach nieraz na niego natrafimy w politycznej argumentacji i dziennikarskich dywagacjach.

Dziennikarstwo bez progów ostrożnościowych

Kiedyś uczono, że przed podaniem publicznie informacji dziennikarz powinien sprawdzić ją w przynajmniej dwóch źródłach. Większość dziennikarzy uważała tę zasadę za świętą. Był to miernik profesjonalizmu i gwarancja wiarygodności. Dziś ten "próg ostrożnościowy", jeśli odwołać się do modnego ostatnio terminu, jest coraz częściej uznawany w dziennikarstwie za zbędny. Można, jak się okazuje, spekulować na temat propozycji, której nie ma, zapowiadać głosem odkrywcy nowość, która zdążyła się zestarzeć, pisać o skutkach przepisów, których się nie widziało na oczy. Zwłaszcza, jeżeli pisze się o Unii Europejskiej, bo w tej dziedzinie można strzelić najgorszą bzdurę zupełnie bezkarnie. Temat niby techniczny, specjalistyczny, a jednak wywoła zainteresowanie, jeśli tylko nudne fakty ukryje się w miazmatach sensacji, słusznie licząc na ludzką naiwność i ignorancję. Unijne instytucje zwykle nie reagują, bo pewnie nie są nawet w stanie wyłapać wszystkiego, co w 28 krajach się wypisuje. O dziwo, tym razem Komisja Europejska nawet zareagowała i opublikowała sprostowanie.

Doniesienia polskiej prasy, które zaczęły się od publikacji w Dzienniku Gazecie Prawnej, jakoby przygnieciona kryzysem UE chciała sztucznie napompować PKB stosując kreatywną księgowość są idiotyczne. Ponoć od 2014 państwa UE będą musiały w swych statystykach ujmować szarą strefę obliczając PKB. Tymczasem chodzi o nowelizację starego rozporządzenia, obowiązującego od lat dziewięćdziesiątych, a nie o nowe przepisy. Funkcjonującego rozporządzenia, a nie dopiero budzącej zaskoczenie i kontrowersje propozycji. Szara strefa, w tym prostytucja, wliczana jest w UE do PKB od dwudziestu lat. A nowelizacja ogranicza się do techniki zbierania danych i metod statystycznych, nie wprowadza nowych przepisów dotyczących szarej (ani jakiejkolwiek innej) strefy. Nie ma służyć zawyżaniu PKB państw członkowskich, dotyczy statystki i "rachunków narodowych i krajowych", odnoszących się do PKB, ale znacznie bardziej szacunkowych niż wyliczony co do złotówki PKB.

Znowelizowane metody statystyczne nie zostały wymyślone przez "brukselskich biurokratów" tylko przez ONZ, a UE jedynie dostosowała do stosowanych na świecie oenzetowskich standardów swoje przepisy. To techniczne dostosowanie nie napompuje więc PKB państwa członkowskich, nie wpłynie na stosunek długu publicznego do PKB ani na wysokość skaładki wpłacanej przez państwa członkowskie UE do unijnego budżetu. Polski GUS być może zmieni swój sposób kalkulacji PKB wliczając do niego dziedziny szarej lub czarnej strefy, których wcześniej nie wliczał, ale nie wynika to z nowych obowiązków narzuconych przez Brukselę.


Jak zrobić news

Recepta na news jest prosta. Po pierwsze, news musi być interesujący, przyciągać uwagę. Co przyciąga uwagę, wiedzą tabloidy: obyczajowość (na przykład prostytucja, seks), sprawy kryminalne i przestępczość (na przykład narkotyki, przemyt), oszustwa (na przykład kreatywna księgowość, fałszowanie danych), ujawnienie tajemnicy (nowe przepisy miały wejść w życie niepostrzeżenie, ale bystry dziennikarz to wykrył), polityczna manipulacja (Rostowski znowu kręci). Nieważne o co rzeczywiście chodzi, ważne, żeby "chodziło" w mediach. Metodyka, statystyka, wskaźniki oceny, standardy księgowe, "porównywalność rachunków", "nowelizacja zintegrowanego systemu" to nie są rzeczy, które kogokolwiek zaintereusją. Ale legalizacja prostytucji - tak! To jest news. I myli się, kto myśli, że ten przepis na produkcję newsa jest zarezerwowany dla tabloidów. Tak było przed tabloidyzacją. Po drugie, choć informacja nie musi być prawdziwa, to musi zawierać ziarno prawdy. To jeden z dwóch sposobów na wiarygodność. Słowa (prostytucja, narkotyki) może wyrwane z kontekstu, ale są. Mniejsza o kontekst. Przepisy może nie nowe, może nie z tej dziedziny, ale istnieją. Mniejsza o szczegóły. GUS coś wprowadza, prostytucję chce liczyć, przemyt szacować, zawsze można powiedzieć, że na prikaz Brukseli. Bruksela istnieje, GUS istnieje, mniejsza o związki przyczynowo-skutkowe. Ziarno prawdy to również szczepionka, która uchroni przed wirusem sprostowań.

Po trzecie, news, jak sama nazwa wskazuje, musi być nowy. Wystarczy więc przemilczeć, że sprawa jest znana od dwudziestu lat. Jeżeli ktoś o sprawie już wspominał, nie trzeba się tym przejmować. Na ponad dwa lata przed GDP, tamat poruszył Puls Biznesu. Ale to było dawno, poza tym liczy się siła przebicia, czyli nakład: GDP to jednak waga średnia, PB to waga kogucia. Po czwarte, to oczywiste, sprawa jest może i znana, ale tylko tym, którzy się na tym znają. A oni mogliby wszystko popsuć. Lepiej więc ich pominąć. Nie znalazłem ani jednego artykułu mówiącego o nowej propozycji Komisji Europejskiej, który cytowałby przedstawicieli Komisji Europejskiej. I ani jednego, który przywołując nowe przepisy Rady i Parlamentu, przedstawiałby stanowisko tych instytucji. Sprostowanie Komisja zamieściła po polsku na swojej stronie internetowej, ale wśród mediów zajmujących się tematem nie znalazłem takich, które by się do niego odniosły. Pewnie z obawy, że powstałby niepotrzebny szum w krystalicznie czystym przekazie. I z szacunku dla zasady, że ignorancja odbiorców jest punktem wyjścia w procesie fabrykacji newsa i gwarancją powodzenia przedsięwzięcia.

Po piąte, poważna gazeta musi przedstawiać poważne argumenty. Dlatego zawsze warto zaprosić ekspertów. Rzucić im temat. Zapytać o zdanie. Ekspert, który powie: "nie znam przepisów, o których mowa więc nie będę się wypowiadał", to nie tylko biały kruk, to przede wszystkim ekspert zbędny. Ekspert użyteczny to taki, który temat podłapie w locie i się wypowie. Na każdy temat. Unia legalizuje prostytucję? Następnym krokiem może być legalizacja pedofilii i handlu żywym towarem? Bruksela każe nadmuchać PKB wliczając do niego handel narkotykami? Rostowski szczęśliwy, że eurokraci pozwolą mu ubarwić dochodami z przemytu wyniki gospodarcze? Jest Pan/ Pani za czy przeciw? Czy to dobra droga? Zaproszeni eksperci mają opinie w każdej z tych spraw. A ponieważ pan redaktor zadaje mu pytanie na temat "sprawy", to nie wypada przypuszczać, że sprawa nie istnieje. Tym bardziej, że inni eksperci też się wypowiadają. A skoro jest dyskusja, jest sprawa. "Grono ekspertów" to drugi, obok "ziarna prawdy", kluczowy sposób na uwiarygodnienia newsa. W artykułach, które czytałem, tylko jeden ekspert, bodajże przedstawiciel GUS, uznał za absurdalne twierdzenie, że uwzględniane prostytucji w statystykach prowadzi do legalizacji prostytucji.

Jak wyhodować mit

W dzisiejszej Rzeczpospolitej Hubert Janiszewski powraca do sprawy (dzięki niemu sam się nią zainteresowałem) chyba niepomny, że dyskusja wybuchła parę tygodni temu, i że wszystko co pisze, już napisano. To dowodzi, że sprawa żyje już własnym życiem i że nowy euromit właśnie się narodził. Janiszewski nie bez dumy wspomina, że sam kiedyś proponował legalizację prostytucji. Czyli prekursor. Śmiało dopatruje się w propozycji Komisji Europejskiej opóźnionej reakcji na swoją inicjatywę. Czyli mentor. Euromentor. Janiszewski jest ekonomistą, a nie statystykiem. Zgodnie ze swoim emploi, pisze o "kolejnych sztuczkach księgowych" i bezlitośnie demaskuje "nader wyraźny cel" tej "propozycji Komisji": podnieść PKB, zmniejszyć stosunek długu do PKB. Czyli ekspert. Gdyby był muzykologiem, biologiem albo fizykiem jądrowym też by się pewnie podjął zadania. I pewnie trudniej byłoby o ekspertyzę. Ale ekonomista potrafi wszystko, bo ekonomia to wszystko. Szacuje nawet, ile legalizacja prostytucji przez Ministerstwo Finansów (sic!) może dać przychodu. Poważnie.

Niedawno Ryszard Czarnecki, poseł do Parlamentu Europejskiego, zorganizował w Warszawie, w polskim sejmie, konferencję prasową na temat "kontrowersyjnej propozycji UE legalizacji dochodów z prostytucji i narkomanii". Pochwalił się tym przedsięwzięciem na Twitterze. Nadal można tę krotochwilę obejrzeć sobie na stronie sejmu. Dziennikarze mogli nie doczytać, ulec pokusie łatwego newsa. Ktoś mógł ich też podpuścić. Felietonistę Rzeczpospolitej poniosło. Dumny status eksperta od wszystkiego uderzył do głowy. No i te upały: człowiek się nie kontroluje, każą pisać to pisze.

Z europosłem Czarneckim sprawa ma się inaczej. Bo tajemnicza propozycja Komisji Europejskiej nie jest żadną propozycją, tylko obowiązującym prawem. Chodzi o rozporządzenie Rady i Parlamentu Europejskiego. Europoseł nie musiał czerpać swej wiedzy z prasy. Powinien ją czerpać z dokumentów, w końcu prace trwały wiele miesięcy. Nie zauważył? Powinien dokumenty czytać ze zrozumieniem. Nie zrozumiał? A potem ze zrozumieniem głosować. I głosował, ale pewnie bez zrozumienia, skoro parę miesięcy później, najwyraźniej pod wpływem doniesień prasowych, wygaduje takie monumentalne brednie. Głosowanie, w którym europoseł Czarnecki wziął udział, odbyło się w marcu. Na stronie internetowej jasno widać kto podpisał listę obecności w czasie głosowania (Czarnecki podpisał) i jaki tekst przyjęto. Można sobie nawet przeczytać pochlebne opinie na temat rozporządzenia wygłoszone przez przedstawicielkę klubu parlamentarnego, do którego należy poseł Czarnecki. Nie można natomiast znaleźć negatywnych opinii Czarneckiego, bo nie brał udziału w dyskusji. W jednym ma Czarnecki rację: to sprawa moralności. Moralności i etyki.

PS. W zakładce Euromity jest już nowy euromit: o legalizowaniu przez UE prostytucji, narkotyków i o kreatywnej księgowości.
Napisane w BlogsyNapisane w Blogsy

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...