Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty

2015-12-01

Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa

Tym, którzy tak bardzo boją się "islamizacji" wywołanej przybyciem muzułmanów  do katolickiej Polski, odpowiadam: świeckie państwo, praworządne i demokratyczne, jest najlepszym zabezpieczeniem przed dominacją religii. Każdej religii. Zwolennikom świeckiego państwa, którzy słusznie oburzają się na destrukcyjny wpływ Kościoła katolickiego na polskie państwo i społeczeństwo a jednocześnie okazują godną uznania otwartość i tolerancję wobec mających przybyć do Polski muzułmanów, przypominam: nikt jeszcze nie dowiódł, że syryjscy czy jemeńscy muzułmanie mają więcej szacunku do świeckiego państwa i demokracji niż polscy katolicy.  Do integracji muzułmanów trzeba się tak przygotować, by przekonać katolickich islamofobów, że najlepszym lekarstwem na ich obawy jest demokratyczne, świeckie państwo. Zwolennicy takiego państwa powinni zrozumieć, że jest to zadanie rownież dla nich.


W tym tekście  mowa jest o islamie, a nie o islamizmie, o muzułmanach, a nie o powołującej się na Koran i Proroka salafickiej sekcie samobójców i zabójców. Mowa bardziej na wszelki wypadek, nie dlatego, że nagle przyjęcie imigrantów i uchodźców wyznających islam zmieni zauważalnie religijną mapę Polski. Nie zmieni, bo spodziewamy się garstki osób. Na razie zagrożeniem w Polsce nie są jeszcze islamiści, tylko faszyści z ONR, rasiści organizujący islamofobiczne manifestacje.

O islamie trzeba mówić bo Polska - na szczęście! - nie pozostanie na zawsze monoetnicznym, zamkniętym społeczeństwem. W dzisiejszym świecie to po prostu niemożliwe. A do życia w społeczeństwie zróżnicowanym i otwartym też trzeba się przygotować. Na razie przygotowania widzę jedynie po stronie neofaszystów: odbywają się, jak ostatnio we Wrocławiu, pod hasłami „Polska tylko dla Polaków”, „Bez islamu Wielka Polska”, „Wielka Polska katolicka”. Zwolennicy demokracji i świeckiego państwa nie powinni im pozwolić  na zdominowanie debaty. Udawanie, że tematu nie ma, to nie jest dobra strategia.

Ten tekst nie jest o Polakach muzułmanach, którzy -  tak jak rzymscy katolicy, prawosławni, unici albo luteranie - stanowią od wieków część polskiego społeczeństwa. Dotyczy natomiast koniecznej refleksji nad obywatelską i społeczną integracją praktykujących muzułmanów, którzy członkami polskiego społeczeństwa dopiero mają się stać. Tym bardziej, że notoryczne naruszanie zasady świeckości państwa w Polsce może uczynić tę integrację trudniejszą.

Obywatel wobec demokratycznego państwa

Z jednej strony islam jest jeden, niepodzielny a muzułmanie tworzą światową wspólnotę (ummę) ludzi żyjących zgodnie z nakazami Koranu i tradycji Proroka. Z drugiej strony, pomijając już nawet różne nurty islamu (w rozumieniu doktryny, jak w chrześcijaństwie), jest oczywiste, że muzułmanie przybywając z różnych państw i kontynentów, mając zróżnicowane wykształcenie i pochodzenie społeczne, mogą mieć odmienny stosunek do islamu jako takiego, do praktyk religijnych i do funkcjonowania religii w państwie. Tak jak stosunkiem do chrześcijaństwa i do religii mogą różnić się między sobą chrześcijanie. Dlatego kwestią zasadniczą jest postawa obywatela wobec demokratycznego państwa, a nie jego wyznaniowa przynależność.

Dawno temu głównym (choć nigdy jedynym) spoiwem Europy było zachodnie chrześcijaństwo. Dziś tym spoiwem jest parlamentarna demokracja. Nie przyjmują tego do wiadomości europejscy faszyści, którym europejskość kojarzy się przede wszystkim z białym kolorem skóry i chrześcijaństwem, a  nie z wartościami, które stanowią fundament Unii Europejskiej.

Dla ateisty i agnostyka, dla katolika, prawosławnego, hinduisty czy sunnity, który uznaje zasady parlamentarnej demokracji za swoje, świeckie państwo jest naturalnym środowiskiem, w którym może swobodnie realizować swoje wyobrażenie transcendencji. Inaczej jest w przypadku przeciwnika liberalnej demokracji. Jego wrogość do tych wartości i rozwiązań ustrojowych bywa uwarunkowana religijnie lub ideologicznie. Fundamentalizm religijny (a nie religia), który staje się politycznym postulatem i skrajny nacjonalizm (a nie patriotyzm) stanowią zagrożenie dla demokracji i wolności.

Islam to nie islamizm, muzułmanie - to nie islamiści

Identyfikowanie islamizmu z islamem, integrystycznej sekty z całą muzułmańską wspólnotą, i fundamentalistycznych oprawców z tymi, którzy uciekają przed nimi do Europy to albo ignorancja albo cyniczne wykorzystywanie ignorancji innych. Jedno i drugie podszyte jest zwykłym rasizmem.

Skrajna prawica nie przypadkiem przedstawia muzułmanów jako monolit. Ignorancja ludzi im w tym pomaga: przekonanie, że muzułmanin to Arab a Arab to muzułmanin jest dość powszechne. Podsycane islamofobią (która z powodzeniem zastąpiła dziś w katalogu populistycznych nienawiści antysemityzm) postrzeganie każdego muzułmanina jak potencjalnego terrorysty idzie w parze z traktowaniem wyznawców islamu jak wspólnoty etnicznej.

Język szowinizmu, który od wieków był iskrą zapalną większości europejskich wojen, wraca dziś by opisać stosunki Francuzów, Polaków, Austriaków czy Węgrów z muzułmanami tak, jakby chodziło o konflikt narodowy. Ludzie, którzy nie myślą w kategoriach państwa i społeczeństwa, tylko narodu jako wspólnoty etnicznej, i dla których obywatelstwo to narodowość, a narodowość jest sprzężona z religią narodu, nie mogą pojąć, dlaczego Hollande mówił po paryskich zamachach, że Francuzi mordowali Francuzów. I dlaczego, skoro tak, wysyła bombowce nad Syrię.

Świeckie państwo a wzrost liczby praktykujących


Laicka Francja, gdzie obowiązuje zakaz "ostentacyjnego manifestowania przynależności religijnej" i ani uczeń w szkole publicznej ani urzędnik w urzędzie państwowym nie może pojawić się w stroju wskazującym na wyznanie, Belgia, gdzie obowiązują podobne zasady, czy Wielka Brytania, kraj z państwową religią i swobodniejszym podejściem do laickości, stały się domem dla setek tysięcy imigrantów wyznających różne religie. W polskiej sytuacji mowy nie ma o tak licznej mniejszości religijnej, bo kilka tysięcy muzułmanów, których gotowi ewentualnie bylibyśmy wpuścić w ramach unijnych kwot, to kropla w morzu.

Zwiększenie liczby wierzących nie musi stanowić zagrożenia dla świeckiego państwa, bo świeckie państwo nie polega na tym, że żyją tam sami ateiści, tylko na przestrzeganiu rozdziału państwa od Kościoła; na tym, że państwo jest wspólnotą obywateli a nie wyznawców takiej czy innej religii; na poszanowaniu przez państwo wolności religijnej obywateli, również tych nie wyznających żadnej religii, a przez członków wspólnot religijnych i filozoficznych nadrzędności państwowego porządku prawnego: w szkole, urzędach, instytucjach kultury.

A jednak - bez względu na religię - pojawienie się osób, które całkiem zwyczajnie, niekoniecznie ostentacyjnie, manifestują strojem swą religijną przynależność, nie zawsze widzą problem w przenikaniu się życia państwowego z religijnym rytuałem, oddają się publicznie religijnym praktykom, lub zaopatrują się w żywność głównie w sklepach przestrzegających religijnych nakazów może stanowić wyzwanie dla świeckiego, demokratycznego państwa.

A tym bardziej dla państwa takiego jak polskie, które nie tylko nie jest świeckie, ale w którym potrzeba świeckości państwa nie jest w społeczeństwie rozpowszechniona. W Polsce nawet  antyklerykalizm niekoniecznie musi odzwierciedlać rzeczywiste poparcie dla świeckiego państwa. Często oznacza jedynie wrogość wobec wobec rozpanoszonej kościelnej instytucji.

Polska, państwo nieświeckie

Żyjemy w społeczeństwie bardzo konserwatywnym, w państwie jeszcze nie wyznaniowym, ale w którym religia odgrywa rolę trudną do pogodzenia z demokracją i konstytucją a kościelna hierarchia jak diabeł święconej wody boi się każdego objawu modernizacji, nawet zadekretowanej przez papieża. Właśnie dlatego przybycie tradycjonalistycznie podchodzących do religii wyznawców islamu nie jest bez znaczenia. Dla obrońców idei świeckiego państwa nawet ta mała grupa zasługuje na większą niż dotychczas uwagę. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowymi rządami idea rozdziału państwa od Kościoła, wartości laickie i liberalna, parlamentarna demokracja znów są wystawione na ciężką próbę.

Dzwony rozbrzmiewające na całe miasto, procesje, polityczne kaznodziejstwo, krzyże w urzędach i szkołach, przymusowe de facto lekcje religii finansowane przez państwo, anachroniczna zasada prawna pozwalająca sądzić za obrazę uczuć religijnych (czemu tylko religijnych?) i stanowiąca usankcjonowanie religijnej cenzury, brak tolerancji wobec niewierzących, etnograficzny wymiar religii skutkujący społecznym przymusem udziału w rytuałach i wyboru stylu życia, próby przeniesienia do prawa cywilnego zasad kościelnych, często fundamentalistycznych i godzących w prawa jednostki, święcenie publicznych budynków z udziałem władz państwowych, że o egzorcyzmach odprawianych w parlamencie przez partię rządzącą nie wspomnę  - oto bardzo skrótowy opis realiów „świeckiego” państwa w Polsce.

Jeśli równość obywateli jest w państwie zasadą konstytucyjną, to warto zapytać, jak w tej sytuacji państwo odpowie na postulat swobodnego praktykowania kultu przez muzułmanów. Nie można wykluczyć, że przybywający z Syrii czy Iraku muzułmanie mogą wyobrażać sobie inaczej niż polscy Tatarzy codzienne praktyki religijne.  Gdyby się to komuś nie podobało, to z góry ostrzegam: argument świeckości państwa nie zabrzmi wiarygodnie.

Dialog (świeckiego) państwa ze związkami wyznaniowymi

Państwa świeckie nie eliminują wspólnot religijnych ani filozoficznych, tylko prowadzą z nimi dialog. Religijnych lub filozoficznych: właśnie tak. Bo jeżeli przyjąć, że grupa obywateli buduje wspólną tożsamość w oparciu o wspólny pogląd na transcendencję, to wiara w istnienie Boga i manifestowanie tego przekonania przez rytuały jest tak samo istotna jak przekonanie, że Boga nie ma i że człowiek jest punktem odniesienia. Skoro jednak mowa o islamie, skupmy się na religiach.

Dialog wymaga oczywiście dwóch stron, państwo musi mieć partnera. Regulowanie stosunków państwo-Kościół wygląda inaczej, gdy mowa o  hierarchicznych, zinstytucjonalizowanych religiach, takich jak wyznania chrześcijańskie, a inaczej, gdy takiej zinstytucjonalizowanej struktury nie ma, jak w przypadku sunnitów. Szyici mają zinstytucjonalizowaną hierarchię, u jej szczytu znajdują się ajatollahowie, ale o współpracy państwa z takimi strukturami raczej trudno mówić. Jak duży może to być problem pokazują przykłady Austrii czy Francji.

Islamiści to zagrożenie dla muzułmanów

We Francji, żeby państwo miało jakiegoś partnera do dialogu, powołano do życia sztuczny twór mający reprezentować muzułmanów,  przez część z nich nie uznawany za przedstawiciela. Problemem nie byli ci wyznawcy islamu, którzy - tak jak większość chrześcijan - uważają, że religia jest ich prywatną sprawą, ale ci, którzy traktują islam jak wspólnotę polityczną. To oni służą za przykład potwierdzający tezy skrajnej prawicy i oni stanowią największe wyzwanie dla świeckiego, demokratycznego państwa. Ta płaszczyzna dialogu, sztuczna ze względu na specyfikę islamu, nie pozwoliła we Francji na neutralizację radykalnych integrystów, którzy o żadnym dialogu nie chcą słyszeć.

Pamietajmy, że stanowią oni zagrożenie rownież dla samych muzułmanów i to po trzykroć: po pierwsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego, w podobny sposób jak dla innych obywateli; po drugie, ponieważ ich systemowe działania na rzecz radykalizacji młodych i polityczne wpływy są destrukcyjne dla funkcjonowania społeczności wyznaniowej jako całości; po trzecie dlatego, że działania tej garstki fanatyków stanowią pretekst do napiętnowania wszystkich wyznawców islamu. Takie manifestacje jak ta w Poznaniu, gdzie polscy muzułmanie maszerowali pod hasłem "Nie w naszym imieniu" by zaprotestować przeciw probie zawłaszczeniu islamu przez dżihadystów, odbywają się w calej Europie.

Zatrzasnąć drzwi przed integryzmem, nie przed muzułmanami

Zarówno we Francji jak i w Austrii funkcjonują  meczety, których rola wykracza  poza miejsce kultu (gromadzą się wokół nich wyznaniowe organizacje samopomocy lub krzewienia kultury), znajdujące się pod bezpośrednią kontrolą obcych państw, Algierii, Arabii Saudyjskiej lub Kataru.  Do czegoś podobnego dopuszczać nie wolno.  Austria przygotowuje właśnie projekt przepisów zakazujących finansowanie z zagranicy, a Koran ukaże się wreszcie w wersji "zestandaryzowanej" po niemiecku (obecnie dominują fundamentalistyczne wersje niemieckojęzyczne przywożone z krajów Zatoki Perskiej).

Ale jeżeli świeckie państwo nie finansuje budowy świątyń (w Polsce niby też nie, ale w praktyce różnie to bywa), a jednocześnie uznaje prawo wierzących do wspólnego praktykowania kultu religijnego, to czy powinno zakazać darowizn z zagranicy? To jedna z kwestii, nad którą w Polsce warto się zastanowić, bo być może rozwiązania prawne nie są adekwatne do zmieniającej się sytuacji. Ich dostosowanie jest jednym z kluczowych warunków udanej integracji przybywających do Polski praktykujących muzułmanów. Nie wolno pozwolić na instytucjonalizacją fanatyzmu i integryzmu.

Fanatycy o chłopięcych twarzach 

Mamy w Europie europejski islam: muzułmanów zadomowionych w Europie, często od dziesięcioleci. Połowa francuskich muzułmanów (których liczbę szacuje się na 4 miliony) jest niepraktykująca, większość nie ma problemu z funkcjonowaniem w demokratycznym państwie, które na dodatek świeckość ma zapisaną w konstytucji (podobnie jak Turcja), prowadzących taki sam styl życia jak inni obywatele.

Ale w latach dziewięćdziesiątych polityczna i finansowa ofensywa Arabii Saudyjskiej doprowadziła do szybkiej zmiany. Statystycznie może niezbyt imponującej (liczbę potencjalnie niebezpiecznych, tak zwanych "zradykalizowanych" aktywistów na terenie Unii Europejskiej francuski wywiad ocenia na 30 tysięcy osób), ale wizualnie jak najbardziej: kobiety w hidżabach i nikabach, czasem całe w czerni, brodaci mężczyźni w tradycyjnych strojach z innej epoki, rygorystyczna praktyka religijna, wyznawanie szariatu - ta ostentacja to była nowość, którą przywieźli ze sobą do Europy zindoktrynowany studenci powracający z Arabii Saudyjskiej. To oni zasili szeregi salafistów, fundamentalistycznego odłamu szyizmu.

Również wśród salafistów jest podział na adeptów tradycjonalistycznego, ale niegroźnego kwietyzmu i radykalnego takfiryzmu, którego wyznawcy patrzą na innych muzułmanów jak na zdrajców nauki proroka. To prawda, że chłopięce twarze zamachowców z Paryża, nie przywodzą na myśl salfistów. Ale to właśnie w salafickich meczetach (jest ich we Francji 90) dochodzi do radykalizacji wyznawców. I nie jest przypadkiem, że na przykład w Lyonie właśnie meczet tego odłamu został po zamachach w Paryżu zamknięty.

Tych zagrożeń nie można wyolbrzymiać. Ale udawanie, że ich nie ma, to oddanie terenu skrajnej prawicy, która skorzysta z okazji wrzucenia wszystkich muzułmanów do jednej szuflady z napisem "terroryzm". By jednak z takimi zagrożeniami sobie radzić, trzeba systematycznie przeciwstawiać się każdemu religijnemu fanatyzmowi, katolickiemu również.

Islam to również wyzwanie polityczne 

Dla Polski wchłonięcie tej garstki muzułmańskich uchodźców nie będzie problemem, jeśli tylko właściwie się do niego przygotować. Trzeba umieć dostrzec liczne zalety przyjazdu imigrantów. Trzeba też podjąć właściwe decyzje dotyczące miejsca i warunków osiedlenia przybyszów: liczba nieznacząca w dużym ośrodku, może okazać się istotna w małej gminie. Zarówno doświadczenia integracyjne innych państw UE jak i unijne fundusze mogą zostać dobrze wykorzystane tylko przez tych, którzy mają odwagę tego wyzwania nie przemilczeć.

Ale przecież chodzi nie tylko o wyzwania logistyczne i finansowe. Nie wolno chować głowy w piasek: islam, ze względu na swą specyfikę, to również wyzwanie polityczne. Inaczej niż chrześcijaństwo, będące  elementem zachodniej cywilizacji, islam nie był w stanie sam siebie zakwestionować, zreformować i przemienić. Reformacyjny ruch Nahda w XIX wieku nie odnowił islamu, trwałym jego śladem okazał się właściwie tylko nacjonalizm arabski, głównie w Egipcie. Islam nie miał nigdy potrzeby stawiać czoła wyzwaniu jakim dla chrześcijaństwa było Oświecenie (z którym zresztą polski katolicyzm, a nawet szerzej – polskie społeczeństwo – ma problem do dzisiaj). Inaczej też niż w chrześcijańskich państwach Zachodu potoczyła się w świecie islamu historia relacji państwo a wspólnota religijna, prawny porządek świecki a prawo religijne.

Świeckość i demokracja przeciw islamistom i islamofobom

Plakat "Dni Świeckości", Kraków, 25-27.09.2015 
Zwolennik świeckiego państwa, jaki by nie był jego stosunek do religii, nie stanie po stronie islamofobów przerażonych możliwym napływem do Polski wyznawców innej religii niż quasi państwowy katolicyzm.

Trzeba jednak zachowywać się konsekwentnie: jeżeli jest się przeciwnikiem dominacji religii nad demokracją, religijnego obskurantyzmu, archaicznego modelu społecznego konserwowanego przez religie, religijnie uzasadnionej dominacji mężczyzny nad kobietą, jeżeli jest się zwolennikiem świeckiego państwa, to nie można pomijać milczeniem konsekwencji przybycia do Europy tysięcy muzułmanów. Zdecydowana większość z nich przybywa do Europy po to między innymi, by korzystać z gwarantowanej tu wolności, również religijnej, i równości obywateli wobec prawa. Zarówno radykalni islamiści jak lokalna skrajna prawica katolicka chce im to uniemożliwić.

Dziś, w kontekście kryzysu imigracji, najważniejszym zadaniem dla obrońców świeckości państwa jest tak przygotować i zrealizować integrację muzułmanów by przekonać katolickich islamofobów, że najlepszym lekarstwem na ich obawy jest demokratyczne, świeckie państwo.


Na podobny temat na tym blogu: "To oni są przeciwko nam"

Interesujący tekst: Piotr Kieżun, "Tahar Ben Jelloun i inni muzułmanie" na portalu Kultura Liberalna

2015-06-25

Grecy idą w zaparte

Szczyt ostatniej szansy, który właśnie trwa, nie miał przynieść ostatecznego rozwiązania greckiego kryzysu zadłużenia, bo na takie nie ma w tej chwili szans. Miał zapewnić Grecji kolejną kroplówkę, do czasu, aż wydarzy się coś, co pozwoli stwierdzić, że pacjent przeszedł ze stanu krytycznego w stan stabilny.

W chwili, kiedy o tym piszę, nic jednak nie zapowiada nawet tak mało ambitnego finału rozmów między unijnymi ministrami finansów, przedstawicielami Grecji i wierzycielami.

Wczoraj rozmowy skończyły się niczym i to w rekordowo krótkim czasie (mówiono o najkrótszym w historii szczycie strefy euro). Noc i pół dnia nie przyniosły jednak rozwiązania i dziś o 13.00 Eurogrupa miała znów na stole dwa rozbieżne stanowiska: Greków i ich wierzycieli.


Sytuacja jest patowa, bo Grecy oczekują prezentu i nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że będzie to ostatnie kieszonkowe. Nie będzie. Unia ma odłożone pieniądze dla Greków, ale ministrowie finansów potrzebują pretekstu, by politycznie uzasadnić utopienie w Grecji kolejnych miliardów euro, a Grecy im tego pretekstu dać nie chcą. Niektórzy, jak Francuzi, są bardziej szczodrzy (rozrzutni?). Inni, jak Hiszpanie czy Portugalczycy, którzy na warunki kredytowe się zgodzili i dziś wychodzą z kryzysu, są bardziej nieustępliwi, bo trudniej im przyjdzie uzasadnienie po powrocie do kraju spolegliwości wobec Greków, skoro sami zaakceptowali trudniejsze warunki. Wierzyciele (banki, MFW, ale i ministrowie) chcą gwarancji, że Grecja będzie w stanie spłacać pożyczki, i to nie tylko nowymi pożyczkami.

Jednocześnie, nawet jeśli dojdzie dziś do jakiegoś porozumienia, to grecki parlament będzie je jeszcze musiał ratyfikować. Tam zaś większość stanowi koalicja, która wygrała wybory obiecując ludziom koniec wyrzeczeń i nieustępliwość wobec "Brukseli". Na nowe wyrzeczenia, zwłaszcza w dziedzinie rent i emerytur, się nie zgodzi, a wtedy wynik wielodniowych negocjacji okaże się nic nie wart.





2014-02-01

Państwo PiS jest nie z tej Europy (5) Polityka zagraniczna: nasza miedza, nasz płot

Z polityką zagraniczną sprawa jest prosta: suwerenne państwo prowadzi ją w celu obrony swoich interesów na arenie międzynarodowej. Jak jednak te interesy definiować? Co oznacza "zagranica"? A "międzynarodowość"? Lepiej bronić interesów samotnie czy może we współpracy z innymi państwami? A jeśli bronić, to przed kim? Nie znalazłem spójnej doktryny polityki zagranicznej PiS. Ale w wypowiedziach guru tego ugrupowania można znaleźć odpowiedzi na tak postawione pytania.

Radosław Sikorski i Catherine Ashton, 
Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, 30.09.2011

Z czysto poznawczego punktu widzenia mają one pewną zaletę: zbudowana na ich podstawie koncepcja polityki zagranicznej ma charakter ponadczasowy. Nie ulega koniunkturze. Nie poddaje się historii. Jest tak samo aktualna przed kongresem wiedeńskim jak i po, kres traktatu wersalskiego nie wywarł na nią wpływu, Jałta potwierdziła jej słuszność, a takie drobiazgi jak upadek muru berlińskiego, powstanie UE i przystąpienie Polski do UE czy globalizacja w ogóle nie muszą być brane pod uwagę. Wszak opiera się ona na prostej zasadzie, fundamentalnej dla koncepcji świata i społeczeństwa wyznawanej przez Jarosława Kaczyńskiego: człowiek człowiekowi wilkiem, państwo państwu wrogiem, autarchia celem ostatecznym, współpraca międzynarodowa - tylko z niemożności osiągniecia celu ostatecznego od razu.

Dyplomacja nie dalej niż za miedzę

Wspólna unijna dyplomacja jest w powijakach. Owszem, jest Wysoki Przedstawiciel, ale do statusu unijnego ministra spraw zagranicznych mu daleko. Każdy krok w tym kierunku jest krokiem w stronę federacji. Kaczyński jest oczywiście federacji przeciwny, ale nie przypominam sobie, aby uznał funkcję sprawowaną przez Catherine Ashton za zagrożenie dla polskiej suwerenności. Może to być wynikiem zapomnienia; a może też jego milczenie w tej sprawie to dowód, że nie traktuje zbyt poważnie tego "wysokiego przedstawicielstwa". Pewnie by się to zmieniło, gdyby następcą Ashton został Radek Sikorski, bo panowie – odkąd zerwali polityczny alians – bardzo się nie lubią. A Kaczyński, jak wiadomo, ma do polityki podejście bardzo osobiste.

Na razie, w sprawach zasadniczych, państwa członkowskie same prowadzą swoją dyplomację i w wielu sprawach nie ma wspólnego unijnego stanowiska. Dotyczy to na przykład stosunku wobec sytuacji palestyńskich terytoriów okupowanych przez Izrael albo uznania niepodległości Kosowa. Choć skądinąd Kosowo akurat jest przykładem skutecznej unijnej mediacji. Podobnie jak  Iran, gdzie niespodziewany postęp negocjacji w sprawie technologii nuklearnej jest niewątpliwym sukcesem Catherine Ashton.  Unia podejmuje wspólne działania wobec sytuacji w Syrii, albo tak zwanej "arabskiej wiosny", ale to wciąż wyjątki, działania mają przede wszystkim wymiar polityczny i humanitarny. Tam, gdzie - jak w Mali albo w Republice Środkowoafrykańskiej - trzeba użyć siły, Unia okazuje się nieskuteczna. Ale z kolei w dziedzinie spraw konsularnych jest lepiej, bo każdy posiadacz unijnego paszportu może zgłosić się po pomoc do dowolnej ambasady państwa członkowskiego UE w kraju trzecim, jeżeli jego państwo nie ma tam placówki dyplomatycznej. Wszystkie te kwestie nie budzą większego zainteresowania Jarosława Kaczyńskiego nie tylko z powodu ich ograniczonego znaczenia, ale przede wszystkim dlatego, że jego wyobraźnia polityczna tak daleko nie sięga.

Kaczyński nie przejmuje się unijną dyplomacją, jego wybór. Niestety, nie dostrzega też, że dzięki Unii Polska ma zagwarantowane miejsce przy stołach negocjacyjnych, do których – z powodu swojego politycznego i gospodarczego potencjału – nie miałaby w pojedynkę dostępu. Dotyczy to nie tylko mediacji w Syrii albo na innych terenach dotkniętych konfliktami, a przecież warto tam być. Chodzi też o negocjacje handlowe z Koreą, USA czy Kanadą. Tak, handel międzynarodowy to też sprawy zagraniczne. W zakres spraw zagranicznych UE, negocjowanych z innymi częściami świata, wchodzi też energia i polityka klimatyczna, ale w tej dziedzinie wzrok Kaczyńskiego nie sięga poza polsko-rosyjsko-niemiecki trójkąt obaw i sprzeczności, Prezes nie ma pomysłu na wykorzystanie możliwości  jakie stwarza wymiar unijny. Dojście PiS do władzy oznacza odebranie Polsce szansy na skorzystanie z atutów, jakie średniemu co do wielkości, i peryferyjnemu gospodarczo i politycznie państwu daje na arenie światowej członkostwo w UE. A atutów tych, w miarę nieuchronnego poszerzenia pola działania unijnej dyplomacji i wzrostu jej znaczenia, będzie przybywać.

Unia, czyli zagranica

Kaczyński nie dlatego jest antyeuropejski, że nie zgadza się z takim czy innym dominującym w UE poglądem: na wojnę w Syrii, na gotowość Ukrainy do członkostwa w UE, na niepodległość Kosowa, na relacje z Rosją, tylko dlatego, że taki twór jak Unia Europejska, taki polityczny i gospodarczy proces jak integracja europejska w ogóle nie mieszczą się w jego koncepcji świata. Coś takiego nie miało prawa powstać, a jeżeli już, to tylko jako przepoczwarzona po raz kolejny struktura dominacji silniejszych nad słabą choć moralnie wielką Polską. W rozumieniu prezesa PiS Unia Europejska nie jest żadną nową formą współdziałania partnerów realizujących wspólne cele. Jest zagranicą. A członkostwo Polski w UE zmierzającej do federacji niesie ze sobą zagrożenie rozdwojeniem polskiej tożsamości: nie można być na zewnątrz i wewnątrz jednocześnie. Trzeba wybrać.

Dlatego dla Kaczyńskiego zwolennicy integracji europejskiej to piąta kolumna, to wewnętrzne siły dążące do oddania silniejszym polskiej suwerenności w zamian za osobiste korzyści. Z tej perspektywy przynależność Polski do UE to nic innego jak konieczny na krótką metę element polityki zagranicznej a nie udział w jakiejś tam integracji. Kaczyński nie wzywa wprost do wyjścia z UE z dwóch powodów: bo wie, że poziom nacjonalizmu nie osiągnął jeszcze w Polsce takiego poziomu, by wyborcy takiemu postulatowi przyklasnęli (choć koniunkturalna promocja NOP, Młodzieży Wszechpolskiej czy innego narodowego kibolstwa może kiedyś zaowocować wzrostem poparcia dla takich tendencji); oraz dlatego, że słaba Polska, "na dorobku", jak prezes lubi powtarzać, może lisią metodą coś uszczknąć z bogactw, których obcy, często na polskiej krzywdzie, się dorobili. Tak, Unia jest dobra dla Polski, jak w czerwcu 2013 przyznał rzecznik PiS Adam Hofman. Ale tylko do czasu, gdy Polska też się dorobi. I bez ustępstw, bez kompromisów. Niezależna polityka wobec UE, polityka zagraniczna "nie na kolanach", ma polegać na jasnym postawieniu sprawy: należymy do tego klubu, bo nam się coś od was należy, ale nie godzimy się na żadne wspólne ustalenia, żadne wspólne reguły. A jeśli już się na nie zgodzimy, bo akurat nam się to opłaca, to zawsze możemy się wycofać. Każdy, kto oddaje głos na Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie powinien zastanowić się nad skutecznością tak prowadzonej polityki.

Piastowie i Jagiellonowie

Jarosław Kaczyński widzi dzisiejszą Polskę, jako element świata, w którym od wieków zachodzą te same procesy, a wyzwania pozostają niezmienne. W tym świecie Unia Europejska jest bytem tymczasowym, bagatelą dziejów, trwałym natomiast punktem odniesienia są Niemcy i Rosja, odwieczni wrogowie, i Stany Zjednoczone, jedyny sojusznik we wrogim świecie, na tyle potężny, że bezdyskusyjny, choć daleki. Ponieważ największym zagrożeniem dla Polski jest odbudowanie osi rosyjsko-niemieckiej, polityka zagraniczna Polski według PiS powinna mieć dwa cele: po pierwsze, nie dopuścić do sojuszu Moskwy i Berlina; po drugie, stać się liderem dla tych państw, mniejszych i słabszych, dla których taki sojusz też byłby zagrożeniem. Wybór właściwej strategii zwycięskiego przetrwania w tak zdefiniowanym środowisku międzynarodowym to wybór między polityką piastowską i jagiellońską. Jarosław Kaczyński jest zdecydowanym zwolennikiem polityki prowadzonej przez Jagiellonów.

Czy ktokolwiek zdrowo myślący sugerowałby dziś Francji by zdecydowała, którą politykę zagraniczną prowadzić: Kapetyngów czy Burbonów? Nonsens. Niedawno Cezary Michalski naśmiewał się w "Polityce", że "oczekiwanie od współczesnego polskiego państwa prowadzenia "jagiellońskiej polityki wschodniej" jest tak realistyczne, jak oczekiwanie od dzisiejszej Austrii, żeby prowadziła politykę zagraniczną Habsburgów". Faktycznie, zabawne.

Ale główna partia opozycyjna w Polsce tak właśnie na te kwestie patrzy. PiS-owskim myślicielom należy jednak oddać sprawiedliwość: to nie oni spopularyzowali dylemat piastowsko-jagielloński, ale obecny minister spraw zagranicznych, Radek Sikorski (w odróżnieniu od Kaczyńskiego jest zwolennikiem doktryny piastowskiej). Sikorski, który nie stroni od budzących kontrowersje porównań i uproszczeń, posłużył się jednak tym rozróżnieniem jak figurą retoryczną, w przemówieniu. Kaczyński natomiast oparł na niej swoją koncepcję polityki zagranicznej. Uwaga Michalskiego staje się mniej śmieszna, gdy Austrię zastąpi się Niemcami (wszak Habsburgowie to dynastia niemiecka). Z punktu widzenia Kaczyńskiego dzisiejsze Niemcy realizują politykę Habsburgów: jest to polityka dominacji w Europie. Unia Europejska jest dziś pokojowym narzędziem tej polityki, tak jak niegdyś śluby dynastyczne. Wszak to cesarz Maksymilian I zasłynął z dewizy: „Bella gerant alii, tu, felix Austria, nube” czyli "Inni niech wojny prowadzą, a ty, Austrio szczęśliwa, poślubiaj". Gdy wypowiadał te słowa, Polska była potężna, a Habsburgowie byli głównymi konkurentami Jagiellonów.

Prawda, że to nęcąca analogia? Wystarczy przyjąć, że na początku XXI wieku polityka imperialna z wieku XVI nadal decyduje o kształcie świata (czyli Europy), że – jednocześnie - obowiązuje model państwa narodowego stworzony w wieku XIX, i że w XX wieku nie pojawiło nic takiego jak integracja europejska a doktryna polityki zagranicznej PiS od razu wydaje się możliwa do przyjęcia. Tyle tylko, że założenia te są błędne. Aż szkoda, bo tak ładnie się to wszystko układa w jedną całość.

Nasza bliska zagranica

W odróżnieniu od polityki zagranicznej Jagiellonów, jednej z głównych europejskich dynastii, Polityka jagiellońska PiS to polityka regionalna, wyłącznie wschodnia. Zachód ogranicza się do złych Niemiec i dobrych, choć odległych Stanów Zjednoczonych. Jagiellonowie myśleli w kategoriach zakresu władzy i wpływów w centralnej części świata. PiS myśli w kategoriach bliskiej zagranicy. Polityka jagiellońska w tym wydaniu to odrzucenie sojuszu z Niemcami (na nim opierała się polityka piastowska) i otwarta konkurencja z Rosją o wpływy w Europie środkowej i wschodniej. Nasza strefa bezpieczeństwa i jednocześnie wpływu to, w myśl tej doktryny, państwa postsowieckie, zarówno te, które przystąpiły z nami do UE w 2004 (bez Malty i Cypru) jak i byłe republiki radzieckie: Armenia, Białoruś, Ukraina, Gruzja, Mołdawia.

Te ostatnie mają uznać naszą wyższość i otrzymać w zamian opiekę. PiS proponuje im rodzaj sojuszu, który Polska Bolesława Chrobrego zawarła z Niemcami. Zakłada, że będą wobec Polski prowadzić politykę… piastowską. Nasza opieka ma polegać na tym, że będziemy domagać się z Unii Europejskiej (to znaczy z Niemiec, zgodnie z pisowską wizją UE) finansowego i politycznego wsparcia. Zgodnie z tą zasadą Jarosław Kaczyński i inni zwolennicy tego punktu widzenia hojnie... domagają się od Unii większej szczodrości wobec Ukrainy. Chcą, żeby Unia przebiła Rosję w przetargu, którego przedmiotem jest Ukraina, ale tak, żeby to Polska mogła wręczyć w Kijowie kopertę. Kwestie demokracji i więźniów politycznych, sprawa Tymoszenko i szalejącej korupcji to drobiazgi, o których nie należy wspominać, bo nie mieszczą się w doktrynie wschodniej polityki jagiellońskiej, którą chciałby realizować PiS. Nie wątpię, że Janukowycz z takiej polityki byłby bardzo zadowolony. Nie martwiłby się nią też Putin, bo sam ma podobną wizję świata: nie do pogodzenia z systemem wartości Unii Europejskiej, ale zbieżną z poglądami Jarosława Kaczyńskiego. Jedna i druga nie z tej epoki. Tę zbieżność łatwo było zresztą dostrzec w skandalicznej propozycji Kaczyńskiego, by rozpocząć z Rosją pertraktacje o przyszłość Ukrainy, ale bez udziału Ukrainy. W imieniu UE miałyby je prowadzić Polska i Szwecja. Dzisiaj, zwłaszcza w świetle wydarzeń ostatnich tygodni,  taki pomysł poraża intelektualnie swym archaizmem i polityczną niestosownością, ale co by było, gdyby kiedyś  Kaczyński, już jako premier, rzeczywiście zgłosił ją na forum międzynarodowym?

Europejczycy w Kijowie

Na razie wódz PiS zadowolił się podróżą na Majdan. Pewnie mu się wydawało, że poleciał do Kijowa tak, jak jego zmarły brat do Tbilisi. Siła symbolu. Eurosceptyk, nierozumiejący integracji europejskiej, wzywał Ukraińców by przystąpili do Unii. Oczywiście dla dobra Polski. Paweł Śpiewak entuzjastycznie odniósł się do tej kijowskiej wyprawy: "Kaczyński ma wyobraźnię polityczną również w skali międzynarodowej. Zupełnie zaskoczył tym Platformę." Zaskoczył?  Wątpię. Za każdym razem, gdy coś się działo na Ukrainie, albo na Białorusi, polscy politycy (nie tylko z PiS) wsiadali w samochód, pociąg, samolot, by pokazać w świetle jupiterów, że są, i że są pierwsi. Było klawo pojechać do Mińska, gdy z góry było wiadomo, że ich tam nie wpuszczą. I rzeczywiście: robili potem konferencję prasową, jak to ich zatrzymano na granicy. Z Kijowem Kaczyńskiemu się tak nie poszczęściło, bo Janukowycz to nie Łukaszenka. Gdzie w tym wyobraźnia polityczna dostrzeżona przez Śpiewaka? Pomysł Kaczyńskiego, by swą wizytę sprzedać jako dowód politycznego zaangażowania i odwagi, i próba szantażu politycznego wobec Tuska i Sikorskiego, którzy nie pojechali do Kijowa, wolę traktować jako populistyczną retorykę niż jako zapowiedz sposobu prowadzenia dyplomacji przez premiera Kaczyńskiego i jego rząd. Ale jeżeli Śpiewak ma rację? Jeśli to wizja i zapowiedź? Ciekawe, że odmiennie do peregrynacji Kaczyńskiego odniósł się inny jego (jak sam przyznaje) zwolennik i wyborca, ks. Isakowicz-Zaleski. Jego zdaniem Prezes popełnił "tragiczny błąd" uwiarygodniając ukraińskich nacjonalistów, gdy ochoczo wykrzykiwał na Majdanie ich zawołanie: "Sława Ukrainie, herojam sława". Całkowity brak orientacji w sprawach ukraińskich nie jest w jego oczach usprawiedliwieniem dla polityka, który po raz kolejny chce zostać premierem. 

Styczniowa podróż do Kijowa czterech pisowskich muszkieterów: Czarneckiego, Hofmana, Lipińskiego i Zaręby, odbyła się według podobnego scenariusza. Pojechać, dać się sfotografować, udzielić wywiadu, a przede wszystkim, jak Czarnecki na Twitterze, żeby zapytać: "A gdzie jest Protasiewicz?". W Kijowie dobrze jest wystąpić pod flagą unijną, co też ochoczo czwórka z PiS uczyniła, wygłaszając jednocześnie kilka gładkich formułek na temat europejskich standardów i wartości. Z rozbawieniem śledziłem dyskusje w tej sprawie na forach polskich prawicowych portali: hipokryzja polityków, którzy w Polsce podobnych deklaracji by nie wygłaszali, bo tu bardziej opłaca się zamanifestować sceptycyzm wobec europejskich standardów i wartości, nie uszła uwadze dyskutantów. Grupka śmiesznych facetów, znanych w Polsce z krytyki wszystkiego, co unijne, pojechała na Ukrainę by przed kamerą polskiej telewizji głosić dobrą unijną nowinę. Tak, to ci sami ludzie, którzy w Polsce szukają politycznych sojuszników wśród narodowców i kiboli. Bliżej by im było do ukraińskich nacjonalistów, głosicieli kozactwa i miłośników Bandery, antypolskich i antyrosyjskich jednocześnie, też obecnych na kijowskim Majdanie. Ale na delegacji woleli wystąpić pod egidą Parlamentu Europejskiego, w którym Ryszard Czarnecki jest postacią marginalną i egzotyczną, ale który daje pisowskiej delegacji prawo do używania unijnego emblematu, bo PiS jest członkiem ECR, frakcji parlamentarnej co prawda niszowej i eurosceptycznej, ale kto to wie w Kijowie. Wszystko to na kilka dni przed wizytą w Kijowie szefowej unijnej dyplomacji, w dniu wizyty komisarza do spraw rozszerzenia, dzień po kategorycznej rozmowie Barroso z Janukowyczem, w kontekście dyplomatycznych działań unijnych rządów z polskim na czele (choć jeszcze przed ukraińskim tournée Tuska po europejskich stolicach) i z dala od oficjalnych delegacji. Przypomina się przypowieść o żabie u kowala.

Nie chodzi o to, że politycy opozycji nie powinni jeździć do Kijowa. Przeciwnie: czym więcej unijnych polityków będzie w sprawie Ukrainy aktywnych, czym więcej ich pojawi się na miejscu, tym lepiej dla demokracji i praw człowieka. To bardzo ważne dla Ukraińców, którzy w ich imieniu protestują od paru miesięcy na Euromajdanie. Są jednak granice hipokryzji, których nie wolno przekraczać, jeżeli nie chce się sprawy, o którą oni walczą, skompromitować.  Dla Euromajdanu Europa znaczy coś bardzo konkretnego. Francuska Libération (okładka na zdjęciu obok), gdy przywołuje wartości demokracji, pluralizmu, państwa prawa, otwartości i tolerancji, mówi prawdę: tam ludzie giną za Europę. I nawet jeżeli komuś ich wizja Europy może się wydać naiwna, to jest to piękna i wzniosła naiwność, w odróżnieniu od pisowskiej hipokryzji, która jest żałosna. Jest jednak w tej hipokryzji metoda i cel: jest ona instrumentem polityki wewnętrznej. To kolejna, niebezpieczna cecha koncepcji spraw zagranicznych praktykowanej przez PiS: jeśli jest w państwie jedna dziedzina, która powinna być przedmiotem narodowego konsensusu i ciągłości, to są to właśnie stosunki międzynarodowe, a tę zasadę PiS łamie nieustannie. Bez względu na to, czy jest się w opozycji czy u władzy, igranie z tą zasadą jest niebezpieczne dla państwa, jest dowodem nieodpowiedzialności. Ale dla PiS każdy sposób na wywołanie politycznego kryzysu jest dobry, i każda metoda prowadząca do pogłębienia podziałów w społeczeństwie jest warta zastosowania, bo kreowanie i sycenie antagonizmów to instrument dojścia do władzy. A nic nie jest ważniejsze. Dlaczego dyplomacja miałaby być wyjątkiem w tej strategi?

Koncepcja polityki zagranicznej, która wyłania się z działań i deklaracji przywódcy PiS i jego sierżantów jest takim samym instrumentem walki o władzę w państwie jak każdy inny. I na tym polega pragmatyzm tej koncepcji.  Jeśli jednak wyjść poza ten lokalny i koniunkturalny wymiar, a w dziedzinie stosunków międzynarodowych wydaje się to uzasadnione, to okaże się, że koncepcja ta tak zupełnie nie bierze pod uwagę zmian, które zaszły na świecie w ostatnich sześćdziesięciu latach, że z powodzeniem można by ją uznać za political fiction. Z tym jednak zastrzeżeniem, że literacka political fiction zwykle odsyła do przyszłości, podczas gdy pisowskie myślenie o stosunkach zagranicznych zastygło w otchłani historii. Rzecz nie w tym czy zgadzamy się z takim czy innym osądem danego zdarzenia lub z propozycją rozwiązania konkretnego problemu, czy podzielamy narodowe sympatie i antypatie i czy odnajdujemy się w tych czy innych stereotypach, ale w tym, że pomysł Jarosława Kaczyńskiego na politykę zagraniczną ma się nijak do rzeczywistości, w której żyjemy. To objaw obsesyjnego nacjonalizmu w formie, która przetrwała tylko w rezerwatach myśli politycznej. To nawrót niebezpiecznej choroby, która uodporniła się na szczepionkę czasu. To idee i praktyka niebezpieczne dla Polski.

Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014


2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

2012-09-25

Austria ma swojego Tymińskiego

Franck Stronach Źródło: Wikimedia Commons
Kto jeszcze pamięta Stana Tymińskiego, który w wyborach prezydenckich w 1990 wyeliminował Tadeusza Mazowieckiego i stanął do pojedynku z Lechem Walesą? Urodzony w Polsce biznesmen z Kanady, założyciel partii X, właściciel czarnej teczki z papierami na każdego nieźle wtedy namieszał w polskiej rzeczywistości. Jak podaje Financial Times (24/09/2012) kanadyjski  biznesmen znowu wraca do starej ojczyzny by założyć partię i wygrać wybory na jesieni przyszłego roku. Ale tym razem to Austriak. Nazywa się Frank Stronach. I wraca do Austrii.

Głównym punktem jego programu jest wyprowadzenie Austrii ze strefy euro. To na tej obietnicy zamierza zbić kapitał polityczny na jesieni 2013. Wychodzi mu nieźle, bo ostatnie badania pokazują, że 10% austriackich wyborców chciałoby na niego zagłosować. Opozycja wobec wspólnej unijnej waluty pozwoliła już odnieść sukces ugrupowaniom opierającym na tym punkcie swój program polityczny w Holandii i Finlandii.

Tyle, że Stronach nie ma politycznego ugrupowania, co w wyborach do parlamentu jest pewnym mankamentem. Nie ma, ale już tworzy. Partia nie ma na razie nazwy ani programu (poza poglądami samego lidera), ani nawet strony internetowej. Ale zaplecze w elektoracie jest, bo według ostatniego sondażu Eurobarometru już 30% Austriaków opowiada się przeciw euro, skoro ma ono oznaczać obowiązek kredytowania upadających gospodarek, takich jak grecka. Poza powrotem do narodowej waluty Stronach proponuje też podatek liniowy, wprowadzenie prawnej bariery  uniemożliwiającej nadmierne zadłużenie państwa (to propozycja z paktu budżetowego, wiec nie wszystkie propozycje Stronacha idą wbrew unijnemu nurtowi) i zwolnienie podatkowe dla firm, które reinwestują zyski w Austrii. Zdaniem niektórych ekonomistów wszystkie te postulaty razem wzięte są nie do zrealizowania. Stromach, z pozoru bliski różnym prawicowym i eurofobicznym partiom jest jednak od nich inny. Nie ma na przykład w jego deklaracjach śladu rasistowskiej i antyimigranckiej retoryki.

Osiemdziesięcioletni dziś Stronach opuścił Austrię, gdy miał 22 lata i dorobił sie fortuny na handlu częściami zamiennymi do samochodów. Zdaniem niektórych komentatorów w austriackiej prasie nie wszystko co można powiedzieć na temat jego majątku jest oczywiste.


2012-09-20

Jak zakazać psucia demokracji w demokratycznych państwach


Eurodeputowani domagają się sankcji wobec Węgier, styczeń 2012
Stan demokracji na Węgrzech i w Rumunii budził i budzi sporo obaw wśród polityków, mediów i opinii publicznej w UE a poza Unią. Wypowiadały się w tej sprawie unijne instytucje, Parlament i Komisja Europejska. W ogniu krytyki znalazła się przez jakiś czas Francja. Bułgaria też bywa wytykana palcami. Wszystko wygląda na to, że po raz drugi w dziejach UE na listę demokracji problematycznych dopisana zostanie Austria.

Jak popsuć demokrację

Na Węgrzech chodzi o zagrożenia wywołane lub usankcjonowane zmianą Konstytucji i powodzią nowych ustaw i rozporządzeń przewracających do góry nogami porządek prawny tego państwa oraz o rolę premiera Orbána. Francja, za czasów Sarkozy'ego, miała problem ze swym stosunkiem wobec Romów z Rumunii i Bułgarii i wcale nie jest pewne, czy został on rozwiązany. Włochy, za rządów Berlusconiego, regularnie oskarżane były o nieprzestrzeganie zasad demokratycznego państwa prawa w wielu dziedzinach, miedzy innymi sądownictwa i wolności mediów, jak obecnie Węgry. Rumunia została ostatnio przywołana do porządku z powodu konfliktu u szczytów władzy, między premierem Pontą a prezydentem Basescu. Wszystko w atmosferze trudnej do wykorzenienia korupcji. Powszechna korupcja, zarówno w sferze gospodarki jak i życia politycznego, jest też problemem Bułgarii. We wszystkich tych krajach sytuacja jest odmienna, a czynniki postrzegane jako zagrożenie demokracji  bardzo zróżnicowane. Ale to właśnie obawy o stan demokracji stanowią wspólny mianownik wszystkich tych przypadków.

Jak napisać instrukcję ratowania demokracji

Dotyczy to również Austrii. I to nie po raz pierwszy. Poprzednio chodziło jednak o coś innego. Do koalicyjnego rządu weszła w 2000 roku skrajnie prawicowa ÖVP-FPÖ łamiąc niepisaną zasadę obowiązującą w Unii (wcześniej EWG), że skrajnej prawicy do rządu się nie zaprasza (zasada ta, co ciekawe, nie obejmowała skrajnej lewicy – to wynik hierarchii zagrożeń przyjętej po II wojnie światowej). Gdy wcześniej, w 1984 roku, Silvio Berlusconi wpuścił do rządu Alleanza Nazionale Europa zamarła. Ale w przypadku Austrii nie było już efektu zaskoczenia i Europa postanowiła się postawić. Brak jednak było traktatowych kompetencji, które pozwoliłyby podjąć skuteczne działania podważające, było nie było, demokratyczne decyzje podejmowane w suwerennym państwie. Skończyło się na chwilowym ostracyzmie, pustych gestach, zostało poczucie bezsilności. 

Dlatego od czasu traktatu Nicejskiego (ulubionego traktatu PiS), Unia wyposażyła się w odpowiednie przepisy (artykuł 7. Traktatu o UE). Daje on państwom członkowskim możliwość nacisku na kraj, który dopuszcza się pogwałcenia zasad demokracji i europejskiego systemu wartości (opisanego w artykule 2. Traktatu o UE). Ale jego zastosowanie jest tak skomplikowane, że procedura przewidziana w traktacie nigdy nie została nawet rozpoczęta. Choć propozycje takie pojawiały się kilkakrotnie, na przykład wobec Polski, za czasów rządu koalicji PiS, LPR i Samoobrony a ostatnio wobec Węgier pod rządami Viktora Orbána i wobec Rumunii.

Jak naprawić demokrację w praktyce

Problem dostrzegł w swoim orędziu o staniu UE Barroso: "Potrzebujemy lepiej rozwiniętego wachlarza instrumentów – nie wystarczy już wybór między miękką władzą politycznej perswazji a radykalnym rozwiązaniem z art. 7 Traktatu." Pięknie. Od tego, czy potrzebie tej uda się sprostać przy pisaniu nowego traktatu, zależeć będzie poniekąd prawdziwość innego stwierdzenia tego samego autora: "W demokracji nie ma problemów politycznych, dla których nie dałoby się znaleźć politycznego rozwiązania." Na razie na tytułowe pytanie nie ma odpowiedzi.

Austriacka demokracja przeżarta korupcją


Werner Faymann                                      Wikimedia commons
Przed austriackim parlamentem wrze. Setki manifestantów protestują przeciw naciskom rządu kanclerza Wernera Faymanna na ekspercką komisję śledczą powołaną do zbadania korupcyjnych powiazań świata biznesu i polityki. Komisja postanowiła przesłuchać samego kanclerza, który posadzony jest o aktywne uczestnictwo w korupcyjnych praktykach na najwyższym szczeblu, ale została zmuszona do usunięcia go z listy świadków. Jednocześnie trwają prace organów śledczych. Kilka dni (18 września) temu przewodniczący komisji śledczej podał się do dymisji by zaprotestować przeciw naciskom. Komisja w nowym składzie ma przedstawić wyniki swoich prac 16 października.

Zakres i poziom korupcji jest porażający. Zarówno w wymiarze finansowym jak i ze względu na  pozycje osób w nią uwikłanych, poczynając od samego kanclerza.  Austriacy z wypiekami na twarzy od wielu tygodni śledzili postępy prac komisji. Protesty i coraz silniejsze obawy o stan austriackiej demokracji pojawiły się w niefortunnym dla koalicyjnego rządu OVP (centroprawica) i SPÖ (socjaldemokraci) momencie, na rok przed wyborami (wrzesień 2013). Bardzo wątpliwe, żeby partia Faymanna, SPÖ, zdołała z tej opresji wyjść obronna ręką. Faymann wyklucza możliwość wcześniejszych wyborów. Euroceptyczna skrajna prawica zaciera ręcę w nadziei na powtórzenie sukcesu Haidera z 2000 roku.

Oskarżenia dotyczą korupcji i nadużyć w państwowych kolejach austriackich ÖBB i w agncji do spraw autostrad Asfinag (Feymann był ministrem transportu w 2008 roku), w sektorze komunikacji (Telekom Austria wciąż jest częściowo własnością państwa), w prywatyzacjach przeprowadzanych w 2004 roku w sektorze budownictwa socjalnego i przetargów na sieć telefonii ratunkowej. Sprawa sięga poza granic Austrii bo dotyczy na przykład ofert zakupu składanych przez Austria Telekom w państwach Europy Środkowo-Wschodniej i sprzedaży austriackiego obywatelstwa bogatym Rosjanom.

W lutym tego roku Eurobarometr przeprowadził badania, w których 80% Austriaków przyznało, że korupcja była jednym z najważniejszych problemów w ich kraju. To 61% więcej niż w 2009.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...