Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACTA. Pokaż wszystkie posty

2013-07-15

Polska, wyspa elektronicznej wolności

Michał Boni, jeden z najmądrzejszych ludzi w ekipie rządzącej, jest, niestety kolejnym przykładem tego jak internet alienuje ludzi. Zakładam bowiem, że megalomania narodowa jakiej dał dziś wyraz w Gazecie Wyborczej jest wynikiem bezustannego gapienia się ministra cyfryzacji w ekran komputera i braku kontaktu z "realem".

Twierdzenie, że "jesteśmy jedynym krajem w Unii Europejskiej, który prowadzi otwartą debatę na temat ochrony danych osobowych" brzmi śmiesznie. W Niemczech, we Francji, w Wielkiej Brytanii i w krajach skandynawskich ta debata jest znacznie bardziej ożywiona i łatwiej znaleźć jej ślady w prasie. Minister pewnie ma rację krytykując polskie media, że polskiej debacie nie poświęcają uwagi. Czy nie jest jednak tak, że media tej debaty nie dostrzegły nie z wrodzonej tendencji do mówienia o bzdurach zamiast o rzeczach ważnych, tylko dlatego, że dostrzec ją trudno?

Megalomańskie oświadczenie brzmi dziwnie zwłaszcza w kontekście ważnej deklaracji Angeli Merkel domagającej się przyspieszenia prac nad reformą unijnych, archaicznych przepisów dotyczących ochrony prywatności i przepływu danych. Ich projekty, przygotowane przez Komisję Europejską, leżą w Radzie UE od roku. Być może zdecydowane poparcie Niemiec pozwoli przyspieszyć prace. Z wywiadu z Bonim dowiaduję się jednak, że Polska jest jedynym krajem zaangażowanych w sprawę, inne opowiadają się przeciw wspólnym unijnym przepisom. Tak było jeszcze kilka tygodni temu. Dziś sytuacja się zmieniła pod naciskiem opinii publicznej przebudzonej skandalem amerykańskiego "big brothera" PRISM i odkryciem, przy okazji, jego młodszego europejskiego rodzeństwa: brytyjskiej Tempory, francuskiego bezimiennego i "alegalnego" systemu szpiegowania obywateli, podobnego systemu przygotowywanego w Niemczech, szwedzkiej praktyki udostępniania danych swoich obywateli służbom specjalnym innych krajów, wzmacniania systemu podglądactwa ludzi w Holandii. 

Niedawna rezolucja Parlamentu Europejskiego  wymienia ciurkiem te budzące kontrowersje metody coraz szerszej i głębszej ingerencji państwa w prywatność obywateli. Na liście nie zabrakło też Polski, jako przykładu nadmiernych uprawnień tajnych służb w zakresie przechwytywania informacji. Czy polska publiczna debata, o której mówi minister Boni, dotyczy również tej kwestii? Obawiam się, że nie. Temat pojawia się, ale tak jak wszystkie inne, jako pożywka politykierskich przepychanek, bez prawdziwej troski o prawa indywidualne, o ludzkie prawo do prywatności, jako takie. Przyznajmy: pisowska opozycja krytykująca rząd za brak poszanowania wolności osobistych i rozpasanie tajniactwa nie może brzmieć wiarygodnie. Ale przecież na PiS opozycja się nie kończy.

W wywiadzie dla ARD Merkel sporo miejsca poświeciła konieczności sprecyzowania i kontroli przestrzegania zasad, na których prywatne firmy przekazują dane obywateli swoim partnerom handlowym i politycznym mocodawcom, jakie z tego procederu czerpią zyski i jaki użytek chcą z tych danych robić służby specjalne. Wywiad szeroko jest dziś komentowany w prasie brytyjskiej i irlandzkiej, a wiec w krajach, które dla Google'a i Facebooka są rajami podatkowymi. Martwi mnie, że zarówno w kwestii ochrony prywatności jak i podatkowej dezercji minister Boni wykazuje się tak dalece idącym zrozumieniem dla gigantów informatycznych zawłaszczających nasze dane. 

W wywiadzie nie zabrakło oczywiście odwołania do ACTA. Krótkiego, ale jak zwykle okraszonego hodowanym przez ministra stereotypem, wedle którego Polska dała Komisji Europejskiej nauczkę w dziedzinie transparencji. Bo ponoć Komisja (a czasem słyszę, że "UE") ukrywała przed ludźmi umowę, którą Polska odważnie ujawniła. Prawda jest taka, że projekt ACTA był dostępny na stronie Komisji od lat. A Polska, jako kraj członkowski UE, nie tylko umowę miała, ale nawet współdecydowała w sprawie określenia mandatu negocjacyjnego Komisji. Dokładnie tak, jak ostatnio w sprawie mandatu na negocjacje handlowe z USA. Kto zabronił polskiemu rządowi wywieszenia projektu umowy ACTA na wszystkich płotach? Nikt i nic, poza odwieczną praktyką międzynarodowych negocjacji: ich przebieg nie jest sprawa publiczną. Jeżeli ktoś się w wyniku afery z ACTA czegoś nauczył, to na pewno polski rząd. Mówię to bez ironii i z błyskiem pochwały w oku. Nauczył się, że debata się przydaje. Nie wystarczy jednak ogłosić, że debata jest, żeby była. To po pierwsze. Po drugie, niestety tak jak w przypadku ACTA, w Polsce ochrona wolności w intrenecie najczęściej oznacza wolność niepłacenia za muzykę, filmy i książki. Rzadko dotyczy wolności obywatelskich, prawa jednostki do prywatności. Indywidualny użytkownik Facebooka, który co pięć minut aktualizuje swój liczący tysiące wpisów życiorys, dokonuje pewnego wyboru. Ale również on powinien mieć pewność, że informacje na jego temat trafiają do tych odbiorców, których sobie sam wybrał. Państwo, na mocy przepisów krajowych i unijnych, powinno mu to zagwarantować, bo chodzi przecież o prawo fundamentalne. Społeczność Facebooka, użytkownicy Google'a, podskakując przeciw ACTA, powinni pewnie wykazać się większą troską również o tak pojęte prawa indywidualne. Nie sądzę, żeby ucierpiał na tym rynek, generujący miejsca pracy i obroty firm, o co martwi się Boni. Na pewno zyskałaby na tym demokracja. A ministrowi Boniemu życzę nieugiętej postawy w obronie tych wartości na forum Rady.

2012-07-06

ACTA: to jeszcze nie koniec

Ostateczną śmierć ACTA (umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi) ogłoszono hucznie i radośnie 4 lipca, po odrzuceniu przez Parlament europejski projektu ratyfikacji. Do umowy w jej obecnym kształcie powrotu nie ma. Ale niekoniecznie oznacza to koniec historii.

Przypomnijmy, że nieszczęsna umowa najpierw została zaakceptowana przez wszystkie 27 państw UE w grudniu ubiegłego roku. Ale już parę tygodni później, w styczniu 2012, tylko 22 przedstawicieli unijnych rządów złożyło pod nią podpis podczas ceremonii w Tokio. Zrobił to między innymi polski rząd, który jednak pod medialną presją obrońców wolnego internetu (w znaczeniu: bez ograniczeń, nie chodzi o prędkość łącza) ogłosił wstrzymanie krajowego procesu ratyfikacji. Podobnie postąpiło kilka innych rządów. Parlament Europejski, który – tak jak wszystkie rządy zresztą – był od dawna w posiadaniu całej dokumentacji, dość nagle otworzył oczy i uszy na protesty przeciwników ACTA. Umowa była odrzucana w kolejnych komisjach parlamentarnych, aż wreszcie, 4 lipca, Parlament przekreślił możliwość ratyfikacji dokumentu przez UE. A bez UE ACTA nie ma racji bytu: na 39 państw sygnatariuszy (wśród nich USA, Japonia, Kanada) 27 to członkowie UE.

Większość głosowała przeciw, ale aż 165 posłów sie wstrzymało.
Komisja Europejska, do ostatniej chwili broniąca ratyfikacji, postanowiła już w lutym oddać sprawę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.  Była to reakcja na petycję przeciwników ACTA podpisaną przez prawie trzy miliony ludzi. Umowie zarzucono niezgodność z traktatami i z unijnymi zasadami poszanowania podstawowych swobód obywatelskich. Komisja starała się namówić Parlament, by wstrzymał się z decyzją do  orzeczenia Trybunał, ale europosłowie postanowili głosować. Jeśli wierzyć komisarzowi do spraw handlu, Belgowi Karelowi De Gucht, Komisja będzie wytrwale czekała na wyrok bez względu na wynik głosowania, bo skoro przeciwnicy ACTA dostrzegli naruszenie podstawowych swobód demokratycznych, w tym wolności słowa, to zarzutów tych nie można pozostawić nierozstrzygniętych. Brzmi to logicznie, ale Komisja – ciało kolegialne – nie podjęła jeszcze decyzji. A Trybunał, jak zwykle w takiej sytuacji, zapewne zapyta Komisji, czy nadal chce, by sprawa była rozpatrywana, skoro problem praktycznie się rozwiązał: po co zastanawiać się, czy umowa, która i tak nie wejdzie w życie była zgodna z zasadami UE czy nie?

Jeżeli Komisja sprawy z Trybunału nie wycofa, a sędziowie uznają, że ACTA żadnych praw ani zasad gwarantowanych traktatami nie narusza, to głosowanie w europosłów będzie miało nieco inny sens. Po pierwsze, żeby być konsekwentnym, Parlament powinien się wtedy domagać rewizji całego unijnego prawodawstwa dotyczącego ochrony własności intelektualnej i praw autorskich, bo ACTA nie była przecież rozszerzeniem ani nowelizacja tego prawa, tylko jego realizacją. Oznacza to, że europosłowie głosowali nie tyle przeciw niezgodnej z unijnym prawem umowie, ile przeciw obowiązującym w UE przepisom.

Po drugie, ACTA od tego co prawda nie ożyje, ale zmienią się warunki prawne, w jakich powstanie nowy projekt. Bo co do tego, że takowy powstanie, nie ma wątpliwości. De Gucht zapewnia, że UE nie ma planu "B" i to pewnie prawda. Czy jednak nie maja go Amerykanie, inicjatorzy i najwięksi orędownicy ACTA? O przygotowaniach do nowej umowy mówi się już przecież od pewnego czasu („Plan B”). 

2012-04-18

ACTA: będzie plan B?

Protest przeciwko  porozumieniu ACTA zakończy się pewnie wielkim zwycięstwem, zwycięstwem internetowego populizmu. Nie, nie popieram ACTA, ale w odróżnieniu od wielu oponentów tego porozumienia przeczytałem je i wiem, że ich zarzuty dotyczą koncepcji praw autorskich, koncepcji własności intelektualnej w ogóle, a nie tego akurat dokumentu. Zwycięstwo będzie polegało na tym, że Parlament Europejski to porozumienie odrzuci. Gdyby nie masowe protesty, europosłowie nie odczytaliby ACTA w sposób tak krytyczny, jak pewnie odczytają. A bez akceptacji Parlamentu porozumienie nie będzie mogło w UE obowiązywać. Bez udziału UE natomiast porozumienie nie będzie miało większego sensu.



Komisja Europejska zapytała Europejski Trybunał Sprawiedliwości, czy porozumienie ACTA jest zgodne z unijnymi traktatami UE i z Kartą Praw Podstawowych (której nota bene Polska, najsilniej protestujący przeciw ACTA  kraj, wciąż nie podpisała). Komisarz ds. handlu De Gucht wezwał Parlament Europejski by z głosowaniem nad ACTA poczekał na ocenę Trybunału, ale Parlament wypowie się prawdopodobnie wcześniej, co stworzy absurdalną z prawnego punktu widzenia sytuację, bo Trybunał będzie musiał oceniac porozumienie, które i tak w wyniku  parlamentarnego weta straci rację bytu. 



USA, które są inicjatorem porozumienia ACTA, zdają sobie sprawę, że z dokumentu w obecnym brzmieniu trzeba będzie prawdopodobnie zrezygnować. Dlatego, wraz z  kilkoma innymi państwami, którym na ACTA szczególnie zależy (np. Francji) przygotowały już ponoć ACTA bis, które zamierzają przedstawić swoim najważniejszym partnerom na zbliżającym sie szczycie G8 (Francja, Japonia, Kanada, Niemcy, Rosja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Włochy). Szczyt odbędzie się 18-19 maja w Camp David, w miejscu niedostępnym praktycznie dla publiczności. I o to chodzi: publicznością szczytu byliby bowiem, jak zwykle, altermondialiści i, jak nigdy dotychczas, przeciwnicy porozumienia ACTA, obrońcy "wolnego internetu".  Po co to komu? Gdyby szczyt odbył się w Chicago, jak pierwotnie planowano, do protestujących przeciw obowiązującemu obecnie na świecie porządkowi dołączyliby niechybnie przeciwnicy NATO, bo spotkanie przywódców państw należących do Sojuszu miało się odbyć w tym samym czasie i miejscu. Amerykańska administracja chciała tego uniknąć.  Do mediów wyciekł jednak przygotowany na G8  dokument roboczy poświęcony ochronie praw intelektualnych. Dla wielu przeciwników ACTA jest to szkic planu B, zarys porozumienia ACTA bis.

Można się oczywiście zastanawiać, jak zwolennicy "wolnego internetu" zareagują na próbę reaktywacji, czy też przemalowania znienawidzonego porozumienia: pojada do Camp David, zetrą się z policją, dadzą czadu? Ale naprawdę ważne pytanie brzmi inaczej: czy obrońcy wolnego internetu porozumieją się co do nowej koncepcji wolności, co do nowego jej wymiaru; czy będą bronic wolności również na przekór praktykom wielkich korporacji, takich jak Google, śledzących każdy krok użytkownika internetu, monopolizujących dostępne w sieci usługi? Prościej pewnie jest w białej masce protestować przeciw porozumieniu, które jest emanacją, a nie źródłem systemu obrony własności intelektualnej; które jest jego kodyfikacją na poziomie międzynarodowym, ale na pewno nie rozwinięciem; które utrwala archaiczny i niesprawiedliwy system z czasów, gdy o dylematach doby internetu nie śniło sie filozofom, ale na pewno go nie tworzy.

2012-04-04

Powrót Pomarańczowej Alternatywy

Plakat "Pomarańczowej Alternatywy", 1987. © Wikimedia Commons

Przypomniałem sobie po raz kolejny Pomarańczową Alternatywę, gdy widziałem podskakujących na ulicach przeciwników porozumienia ACTA. I ich białe maski Anonymousa.  Czy jednak chodziło o to samo? Pozornie tak, bo znowu poszło o obronę wolności. W obu przypadkach obserwowaliśmy przełamanie marazmu społeczeństwa. Absurd posłużył ponownie za broń. Ale coś mi jednak mówi , że sklonowanie krasnoludka się nie powiodło. Podobieństwa były pozorne. I wolność i walka o nią też były całkiem inne.

Dziś Łotysze sadzą kwiaty w dziurach drogowych. Polakom nie trzeba tłumaczyć dlaczego: kłopoty i poczucie humoru podobne. Łotysze domagają się od państwa skuteczności i gospodarności, domagają się minimalnej wygody i maja do tego prawo. Pewnie, że sprawa to mniej wzniosła niż wolność. Ale znowu konkluzja ta sama: z władzą na poważnie nie można. Mimo wszystkich różnic, trudno nie dostrzec podobieństw między wszystkimi tymi happeningami. Są wyrazem bezsilności. Przepaści między rządzącymi i społeczeństwem. Za czasów Pomarańczowej Alternatywy władza była narzucona, biła pałą i wsadzała do więzienia niepokornych, ale obojętni, niezaangażowani - tak jak i dziś mieli święty spokój. Teraz jest demokracja, na Łotwie i w Polsce, a kwiaty w drogowych dziurach i białe maski na twarzach przeciwników ACTA wyrażają protest przeciw demokratycznie wybranej przedstawicielskiej władzy. Co się stało?

Mrożek, mistrz absurdu, powiedział kiedyś, że totalitaryzm już się skompromitował. Teraz czas na demokrację. Kiedyś można było powiedzieć, że kompromitacja totalitaryzmu była kompromitacją władzy. Czy dziś to samo można by powiedzieć o demokracji? Przestrzegałbym przed tym. Bo kompromitacja demokracji byłaby kompromitacją już nie władzy, ale nas wszystkich. I jeszcze jedna zasadnicza różnica: obojętna większość, nierozumny tłum wolnych obywateli swoim niezaangażowaniem umacniał totalitaryzm; ale demokrację - osłabia. Humor i śmiech jako wyraz indywidualnej wolności godzą w autorytaryzm. Zawsze. Ale w demokracji mistrzom absurdu i gwiazdom kabaretu jest trudniej. Śmiech brzmi banalnie, bo wolno się śmiać (w Polsce: ze wszystkiego, z wyjątkiem katolickich symboli), nie musi on być maską wolności bo wolność nie potrzebuje maski (nawet maski Anonymousa, teatralnego atrybutu). A jednak okazuje się skuteczny jako nośnik newsowej prowokacji. By zaistnieć, potrzebuje kamery. I jeżeli rzeczywiście demokracja w swojej ewolucji doszła do stadium, w którym mechanizm ten staje się najskuteczniejszą formą wpływania zaangażowanych obywateli na decyzje władz, skuteczniejszym niż wybory, to rzeczywiście z demokracją jest niedobrze.



2012-03-01

Podwójne standardy

Viktor Orbán                    ©Wikimedia commons 
Parę dni temu The Wall Street Journal zarzucił UE stosowanie podwójnych standardów, innych wobec państw małych, innych wobec państw dużych. Przyznaję, artykułu nie czytałem, znam tylko fragmenty z prasy czeskiej (od Klausa) i węgierskiej (od Orbana). W obu krajach artykuł wzbudził wielki entuzjazm i szeroko był cytowany, bo wreszcie ktoś z zewnątrz niesprawiedliwość zauważył. Teza jest taka, że gdyby Węgry były ważniejsze (tzn. bogatsze, większe, ze "starej Unii"), to by się Komisja na krytykę nie poważyła. Tymczasem prawda jest taka, że jeśli za ową niesprawiedliwość przyjąć wszczęte przez Komisję procedury naruszenia przez Budapeszt unijnego prawa, to Węgry wcale najgorzej nie wypadają w statystykach na tle innych państw, mniejszych i większych. Ciekawe też, że gdy Komisja ostro skrytykowała Francję za okólnik dotyczący Romów nikt (no, może poza Francuzami) nie krzyczał, że to podwójne standardy (mimo, że sytuacja Romów w niejednym europejskim kraju jest jednak gorsza niż we Francji, na przykład w Rumunii albo na Słowacji).

O stosowaniu podwójnych standardów czyta się regularnie i nie tylko w odniesieniu do UE. A czasem się nie czyta, choć nie wiadomo dlaczego. Gazety donoszą dziś o nowej polityce ochrony prywatności wprowadzonej przez Google'a. Google od chwili rozwinięcia skrzydeł i wprowadzenia szeregu usług, jak Gmail na przykład, nieustannie zwiększa ochronę prywatności swoich użytkowników i powoli dochodzi do tak ścisłej ochrony, że owej prywatności coraz trudniej się doszukać. Wszystko to oczywiście dla naszej wygody, bo po co mamy sami dokonywać wyborów i selekcji, po co mamy tracić czas na jakiekolwiek decyzje: Google zrobi to za nas. Wystarczy, że lepiej nas pozna. Pozna nas lepiej, niż my sami się znamy i spakuje w logarytm.

To niezwykłe, że działania Google'a nie budzą niepokoju internautów podskakujących tysiącami na ulicach i placach w obronie wolności i prywatności zagrożonej przez ACTA. Ktoś powie, że to kwestia zaufania. Rządy, instytucje, międzynarodowe organizacje go nie mają, roztrwoniły przez lata, obywatele przestali szanować oficjalne, reprezentujące ich struktury. Skąd jednak bierze się zaufanie do prywatnych firm, których liczona w bilionach wartość jest wartością naszych kliknięć, naszych spojrzeń na ekran, naszej zawłaszczonej prywatności? Nie wiadomo. Brak zaufania tłumaczy stosunek ludzi do rządów. Naiwność tłumaczy ich stosunek do Google'a i innych jemu podobnych.



2012-02-03

Tusk zawiesza ratyfikację ACTA, żeby nie było wątpliwości

Manifestacja przeciw ACTA                       Wikimedia Commons
Donald Tusk ogłosił dziś, że zawiesza proces ratyfikacji umowy ACTA, którą kilka dni temu na jego polecenie podpisał polski ambasador w Tokio (rząd podpisał, ale żeby jego podpis nabrał mocy, powinien przedłożyć umowę sejmowi, a potem jeszcze uzyskać podpis prezydenta).  Bo wtedy jeszcze nie było jasne, że nic nie jest jasne, a dziś już to wiadomo. Konsultacje miały niewystarczający zasięg, przyznał Tusk, a co gorsza były niereprezentatywne, bo objęły głównie jedną stronę sporu: twórców i wydawców, którzy popierają zaostrzenie ochrony własności intelektualnej.  Przyznał też, że wcześniej patrzył na sprawę tak, jakbyśmy nadal tkwili w XX wieku. A nie tkwimy! Obiecał  na dodatek przegląd całego polskiego prawa tak, żeby polskie przepisy uwzględniały zmianę epoki i prawa obywatelskie, a również promowanie, na forum europejskim i międzynarodowym, nowego spojrzenia na rzeczywistość. Premier przejrzał i proszę jaka zmiana, jaki zapal.  Ale jednocześnie oświadczył, że sam wobec ACTA szczególnych obaw nie ma. Czyli robi to dla innych, bo uznaje ich prawo do obaw i wątpliwości. 

Co ciekawe, cała ta nagła przemiana nastąpiła tego samego dnia, w którym prezes Trybunału Konstytucyjnego, prof. Andrzej Rzepliński oświadczył, że nie dostrzega w ACTA zagrożenia dla praw i wolności osobistych i nie uważa, żeby stosowanie tej umowy groziło polskim internautom masowym szpiegowaniem. 

2012-01-29

"Ręce przecz od internetu!"

Manifestacja przeciw HADOPI, Paryż, maj 2009 Wikimedia Commons
Debata na temat SOPA i PIPA w USA zaważyły na debacie o ACTA, tak jak kiedyś we Francji, gdy protesty dotyczyły tamtejszej ustawy i specjalnie powołanego urzędu, HADOPI (Haute Autorité pour la diffusion des œuvres et la protection des droits sur internet).  Francuski spór (bynajmniej niezakończony) odbił się szerokim echem poza granicami Francji i nie pozostał bez wpływu na debatę w sprawie tzw. pakietu telekomunikacyjnego Unii Europejskiej. Polityczny rykoszet, bo związek między nowelizacją unijnych regulacji a HADOPI był niewielki. Co nie przeszkodziło obrońcom wolnego internetu w automatycznym przeniesieniu oskarżeń pod adresem HADOPI do debaty w sprawie pakietu telekomunikacyjnego. Tak jak dziś zarzuty (uzasadnione) pod wpływem SOPA i PIPA przenoszone są do debaty na temat ACTA. Sam jestem przeciwnikiem podpisania i ratyfikacji ACTA z wielu powodów, ale akurat nie tych, które najczęściej przez przeciwników tej międzynarodowej umowy są podnoszone.  Czy mimo różnic między HADOPI i unijnym pakietem telekomunikacyjnym  ACTA, SOPA i PIPA istnieje jakiś wspólny mianownik, który tłumaczyłby ferowanie tych samych oskarżeń bez względu na specyfikę poszczególnym umów, ustaw i nowelizacji? Tak, jest nim hasło: "Ręce przecz od internetu!" Bo internet ma być obszarem absolutnej wolności, co by ona nie miała oznaczać. 

Wojna o ACTA, wojna domowa

W sporze o ACTA dwie rzeczy zwracają moją uwagę. Po pierwsze, że udział zainteresowanych środowisk, opinii publicznej i mediów jest w Polsce niewspółmiernie większy niż w jakimkolwiek innym kraju. Owszem, na przykład w Stanach Zjednoczonych kwestie będące w centrum tej debaty też są żywo dyskutowane.  Te kwestie to dopuszczalny zakres kontroli życia obywateli w jego internetowym wymiarze przez instytucję (przez państwo, przez operatora z nakazu państwa, przez jakąkolwiek administrację), kwestia rynkowej wartości i ceny własności intelektualnej w ogóle i na poszczególnych etapach dystrybucji, oraz ochrony własności intelektualnej jako takiej przed podróbkami. Tyle, że tam spór i bunt wybuchły w reakcji na dwie amerykańskie ustawy: Stop Online Piracy Act (SOPA) i Protect IP Act (PIPA), a nie o ACTA.  W Polsce, o ile mi wiadomo takiej ustawy nie ma. Przynajmniej na razie.

Warszawska manifestacja przeciw ACTA, 27.01.2012
Dlaczego więc akurat w Polsce, a nie gdzie indziej, spór jest tak zażarty? Może nie ma innego tematu, który byłby w stanie wszystkich zelektryzować. Może rzeczywiście, mimo, że Polska pozostaje w ogonie państw rozwiniętych, jeśli chodzi o dostęp do internetu, wszyscy czują, że internet ich dotyczy. Może obrońcy "otwartego internetu" w Polsce mają silniejsze niż gdziekolwiek indziej struktury (do niedawna pozostające w ukryciu). Może wreszcie głód kultury (kina, muzyki, literatury) jest w Polsce silniejszy niż w innych częściach świata a możliwość zapłacenia za dostęp do niej - mniejsza.  Może Polacy bardziej niż inni świadomi są cywilizacyjnej przemiany, której dokonuje internet? Jeśli tak, to brawo.  Przyznam, że nie mam odpowiedzi na pytanie dlaczego wojna o ACTA pozostaje w Polsce wojną domową. Rodzinną wręcz kłótnią, w której kwestia międzynarodowego znaczenia obecności polskiego podpisu pod tą międzynarodową umową wydaje się kwestią drugorzędną. Tak jakby brak podpisu załatwiał sprawę.

Druga interesująca kwestia, to etap debaty na temat internetu. Etap wstępny, jak się okazuje. Bo z jednej strony można mieć wrażenie, że spór toczy się między generacją sprzed ery internetu (to inicjatorzy i obrońcy ACTA) a generacją dzieci internetu, obrońców powszechnej internetowej wolności.  Przy czym wiek uczestników batalii nie ma tu oczywiście zasadniczego znaczenia. Podstawą rozróżnienia jest poziom świadomości zmiany cywilizacyjnej, która się dzięki internetowi i przez internet dokonuje.  Z drugiej jednak widać, że obie strony odwołują się do tych samych zasad i wartości, używają tych samych słów i terminów. A jeżeli rzeczywiście dokonuje się na naszych oczach cywilizacyjna przemiana, to "dzieci internetu" powinny na nowo zdefiniować zarówno wielkie pryncypia i podstawowe prawa, takie jak wolność, otwartość, kultura i mniej górnolotne, ale naturalnie pojawiające nieustannie się w tym sporze terminy takie jak wartość rynkowa, sprzedaż, użytkownik, zysk, dostęp do dóbr kultury, obrót. 

Nie wygra się z anachronicznym światem, posługując się językiem tego świata. Wszystkie rewolucje dokonywały się w dużej mierze poprzez język i internetowa rewolucja też się tak będzie musiała dokonać. Na razie, to nie ten etap. Spór toczy się w obrębie tej samej cywilizacji sprzed ery internetu, tej samej anachronicznej rzeczywistości, której zwolennicy i przeciwnicy ACTA są częścią. Pierwsi nie wiedzą lub wiedzieć nie chcą, że bronią anachronizmu. Drudzy wzywają do walki z anachronizmem, ale nie są w stanie wyjść ideologicznie, intelektualnie i mentalnie poza jego obręb.  W jednym stali domu... 

2012-01-23

ACTA po polsku

Zanim zdecydujesz, kto ma rację, przeczytaj: ACTA po polsku w zakładce "Lektury". I nie martw się, że nie wszystko wydaje ci się jasne, nawet jeśli jesteś prawnikiem. Bo to cecha charakterystyczna tego dokumentu: swoją rację mogą udowodnić na jego podstawie ci, którzy chcą jego podpisania (ma nastąpić w najbliższy  czwartek) i będą bronić jego ratyfikacji (data nieznana, pewnie na początku lata), jak i ci, którzy są umowie przeciwni.

Pierwsi bez trudu ułożą listę wszystkiego, czego w umowie nie ma, przekonując, że oskarżenia są bezpodstawane. Drudzy wykrzyczą wszystko to, co mogłoby być, bo tekst pozostawia wiele otwartych furtek.

I choć trudno byłoby znaleźć tam zapisy o karach, sankcjach, odcinaniu dostępu do internetu, którymi straszą ortodoksi wolnego internetu, tacy jak Anonymous, to trzeba przyznać, że zamierzona niejednoznaczność przepisów pozostawia spore pole do popisu tym, którzy zechcą przycisnąć śrubę i wolność internetu ograniczyć. Jeśli nie dziś, to jutro.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...