Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty

2015-03-21

Tuska Unia w wersji mini

Pisząc kilka dni temu o tym jak trudno Donaldowi Tuskowi odnaleźć się w Brukseli ("Ale się władowałem") nie spodziewałem się, że tak szybko były polski premier dostarczy kolejnego potwierdzenia tej diagnozy. Jest gorzej niż myślałem: Tusk nie tylko wciąż nie jest w stanie patrzeć na Unię od wewnątrz, poczuć się częścią jest struktur, on po prostu Unii Europejskiej nie czuje. Nie rozumie, że przestrzeganie zasady równowagi, głównie między małymi i największymi państwami, jest fundamentalne w zarządzaniu Unią.

Ostatni szczyt Rady Europejskiej nie był tak krótki jak poprzednie, którym przewodniczył Tusk. Wszystko wraca do normy, bo nie jesteśmy już na początku kadencji nowej Rady i nowej Komisji: porządek obrad się wydłuża, dyskutowane kwestie wymagają więcej czasu. To zrozumiałe. Nigdy nie uważałem, że krótsze zebrania są dowodem na sprawność prowadzenia obrad, że czym krócej, tym lepiej. Ale tym samym znika główny powód Tuska do dumy: nie będzie coraz krócej.

Tusk wprowadził więc nowe usprawnienie: w ostatni czwartek (19 marca 2015) na posiedzenie w sprawie Grecji zaprosił spośród państw członkowskich jedynie Niemcy i Francję. Na poprzednim posiedzeniu w lutym, grecki premier bardzo wyraźnie usłyszał: pieniądze dla Aten zostaną wypłacone pod warunkiem, że dostaniemy listę reform. Tsipras, który wygrał wybory dlatego, że przekonał greckich wyborców obietnicą nieustępliwości wobec "Brukseli", chciał grać na czasie i na opinii publicznej. Zamierzał doprowadzić do upolitycznienia debaty wprowadzając sytuację w Grecji do porządku obrad szczytu Rady Europejskiej. Ale mu się to nie udało i dobrze, bo dyskusja w gronie dwudziestu ośmiu państw byłaby jedynie teatrem jednego aktora: Tsiprasa. Nie doprowadziłaby do żadnej nowej decyzji. Tsipras, w marcu tak samo jak w lutym, wyjechał z Brukseli z przypomnieniem, że z zobowiązań trzeba się wywiązać.

Nikt nie ma pretensji to Tuska, że nie uległ Tspirasowi. Ale spotkanie powinno się odbyć w formacie Eurogrupy. Poza przedstawicielami kompetentnych w tej sprawie instytucji UE w posiedzeniu powinni wziąć udział przedstawiciele dziewiętnastu państw strefy euro. Zaproszenie tylko dwóch największych, Francji i Niemiec, to dowód politycznej nieodpowiedzialności i niezrozumienia unijnych mechanizmów. Każde potwierdzenie zabójczego dla integracji europejskiej stereotypu o dyrektoriacie rządzącym Unią jest poważnym błędem.

Tuskowi pewnie się wydawało, że skoro nie bardzo jest co negocjować, choć spotkać z Tsiprasem się trzeba, to ograniczenie liczby uczestników będzie usprawnieniem. Niestety: organizacyjny pragmatyzm Tuska jest objawem naiwności i braku obycia na poziomie międzynarodowym. Belgijski premier Charles Michel słusznie otwarcie zaprotestował w imieniu krajów Beneluksu. Sprawa ucichła, bo - niestety - coraz częściej patrzy się na Tuska, jak na ucznia z prowincji, któremu w dobrej stołecznej szkole ciężko, ale może się jeszcze podciągnie. Może faktycznie. Boję się jednak, że Tusk po prostu Unii nie czuje. Pewnych zachowań może się na błędach nauczyć, ale instynkt polityczny wyrobić w sobie trudno. A widocznie w jego najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto by mu w tym pomógł. Oby tylko jego tendencja do chowania się za Niemcy i Francję, bo tak wygodniej i prościej, nie okazała się stałą strategią sprawowania urzędu.

2013-11-22

Rekonstrukcja rządu a unijne zobowiązania

E. Bieńkowska, 16.09.2013                                ©UE
 Rekonstrukcja rządu przyniosła zasadniczą zmianę: superministerstwo rozwoju i infrastruktury stało się centrum grawitacji systemu zarządzania, dynamika układu zależna będzie od relacji między tym superministerstwem a osłabionym ministerstwem finansów. Rola premiera w ręcznym sterowaniu tą dwubiegunową konstrukcją będzie jeszcze silniejsza niż w poprzednim rozdaniu. To on wyznaczy punkt równowagi między tymi dwoma ministerstwami. A tym samym między sprawnym wydawaniem pieniędzy, w dużej mierze unijnych, a działaniami mającymi zdyscyplinować te wydatki tak, by nie dopuścić to nadmiernego wzrostu deficytu i długu publicznego. Będzie to miało zasadnicze znaczenie dla tempa i kierunku rozwoju Polski w najbliższym czasie, ale i dla realizacji naszych zobowiązań wobec UE.

Jak zwykle najtrudniejsze do zdefiniowania są przymiotniki. "Sprawne" wydawanie pieniędzy oznacza dochowanie unijnych procedur, ich wydatkowanie zgodnie z celami zapisanymi w finansowanych projektach, skutecznie zapewnienie dofinansowania funduszy unijnych pieniędzmi z krajowego budżetu. Ten techniczny i organizacyjny wymiar sprawności stanowi największy atut Elżbiety Bieńkowskiej. Bieńkowska wciąż podkreśla swoją technokratyczną orientację zarzeka się, że nie jest politykiem. Szkoda, bo wbrew coraz bardziej rozpowszechnionemu poglądowi nie jest źle, gdy polityką zajmują się politycy. Szkoda, bo sprawne wydawanie pieniędzy to również takie, które służy trwałemu wzrostowi gospodarczemu i tworzeniu miejsc pracy. W dziedzinie rozwoju, prawdziwego rozwoju, potrzeba politycznej wizji. Ale to nie jest zadanie dla pani superminister, jej rola była i pozostaje wykonawcza. Wizję ma mieć premier.

Jeżeli Donald Tusk taką wizję ma, to dobrze. Jednak "sprawne" wydawanie pieniędzy może znaczyć też spożytkowanie ich w taki sposób, by spektakularne inwestycje infrastrukturalne przyniosły szybki i widoczny efekt. Taki, który da się politycznie zdyskontować w czasie kampanii wyborczej. I tu widzę zagrożenie, bo bardzo rzadko udaje się przy takim podejściu pogodzić wydatki na beton z rozwojem przez wielkie "R". A przecież o to chodzi, by te trzy rodzaje sprawności dało się zrealizować jednocześnie. Presja kalendarza wyborczego i sondaży opinii mogą w tym przeszkodzić.

Mogą w tym przeszkodzić tym łatwiej, że superminister rozwoju regionalnego i infrastruktury nie ma przeciwwagi w postaci silnego ministra finansów. To prawda, że zbyt silny strażnik kasy, ortodoksyjny zwolennik zaciskania pasa stanowi zwykle przeszkodę w rozkręcaniu gospodarki. Czy jednak minister Szczurek będzie w stanie zrealizować program minimum i przynajmniej doprowadzić deficyt finansów publicznych do właściwego poziomu?

O. Rehn, komisarz dz. finansow, informuje, że Polska
nie wywiązała się z  zobowiązań. 
15.11.2013    ©UE
To kolejne pytanie ważne z powodu zobowiązań Polski wobec UE. Dopiero co (15 listopada) Komisja Europejska uznała, że Polska, objęta od 2009 roku "procedurą nadmiernego deficytu", nie wywiązała się z wcześniejszych zobowiązań. Komisja obeszła się z Polską nadzwyczaj łagodnie proponując przyznanie jej dodatkowego roku na obniżenie deficytu do poziomu 3% w 2014 i utrzymanie go w 2015. Teoretycznie miała do dyspozycji sankcję w postaci groźby zamrożenia funduszy strukturalnych. Tak postąpiono w ubiegłym toku z Węgrami. Fakt, że węgierski przypadek był inny. Prawda też, że ostatecznie groźba nie została zrealizowana, bo Komisji udało się skłonić Węgry do działania. Ale jeżeli Polsk
a i tym razem nie dotrzyma słowa, należy się spodziewać, że podobnej groźby nie uniknie. Dla Tuska byłby to nie tyle problem finansowy ile polityczny, natychmiast wykorzystany przez opozycję.

Rząd Tuska i jego nowy minister finansów mają czas do 15 kwietnia 2014 roku, by udowodnić Komisji i Radzie, że właściwe kroki zostały podjęte. To raptem pięć miesięcy. Krótko, by nadgonić opóźnienie, tym bardziej, że jednorazowe zbicie deficytu pieniędzmi z OFE, wymyślone przez Rostowskiego, nie będzie traktowane jako spełniający oczekiwania środek zaradczy. Tych pięć miesięcy może się jednak również okazać bardzo długim okresem, gdyby trzeba na ten czas odłożyć działania zjednujące elektorat. Najłatwiej sobie wyobrazić, że działania te oznaczałyby wydatki, nie do pogodzenia z obniżaniem deficytu. Takie opóźnienie w przedwyborczej taktyce, oznaczające oszczędności dla budżetu, może się okazać kosztowne politycznie, bo wybory do Parlamentu Europejskiego tuż tuż.

Nie od dziś odnoszę wrażenie, że prounijne zaangażowanie Tuska, tak wyraźne podczas polskiej prezydencji w 2011, wciąż słabnie. Unia bankowa, jednolity patent, dyrektywa antynikotynowa i oczywiście polityka klimatyczna - to zaledwie kilka przykładów odstąpienia przez Tuska z unijnego kierunku. Bo notowania sondażowe coraz gorsze, bo w partii rokosz za rokoszem, bo opozycja odnosi sukcesy w przekonywaniu wyborców, że w Polsce dzieje się bardzo źle. Tymczasem członkostwo w UE wymusza myślenie o przyszłości, długowzroczność, podejmowanie działań o trwałych skutkach,wymusza reformy. To często sprzeczne z taktyką wyborczą, z poszukiwanim sondażowej popularności, która narzuca krótkowzroczność, skupienie się na szybkim, spektakularnym efekcie, tak lubianą w Polsce postawę "jakoś to będzie". Najbliższe miesiące pokażą, jak Tusk poradzi sobie z tymi sprzecznościami.

2013-07-04

Pakiet klimatyczny czyli kto ukradł księżyc

Spór między Tuskiem i Kaczyńskim o to, kto popełnił zbrodnię stulecia godząc się na unijny pakiet klimatyczny, jest żałosny. Po pierwsze dlatego, że to żadna zbrodnia. Po drugie z tego powodu, że ten spór dowodzi braku odpowiedzialności politycznej obu stron, utrwala bowiem błędny kierunek debaty publicznej zamiast go zmieniać. Po trzecie, jest dowodem krótkowzroczności obu polityków i ich ugrupowań: z powodu wiążących dla Polski zobowiązań i priorytetowej pozycji polityki klimatycznej w UE każdy następny rząd będzie musiał sobie z pakietem klimatycznym poradzić.   

"Psze Pani, to on zaczął"

L.Kaczyński i D. Tusk w Brukseli        ©UE
Najpierw o odpowiedzialności. Pakiet klimatyczny to nie jest sprawa jednego podpisu, choć takie przekonanie można wysnuć na podstawie sporu, jaki przy okazji konkurencyjnych kongresów partyjnych wszczęły nawzajem  PiS i PO. Sprzeczka toczy się na poziomie piaskownicy. I jak to na podwórku: trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto zaczął. Najintensywniejszy okres rozmów, projektów i negocjacji, które doprowadziły do przyjęcia pakietu przypadł na rok 2007. Prezydentem był wtedy Lech Kaczyński, ale rozmowy na poziomie roboczym w ramach Rady UE prowadził rząd. Do listopada 2007 na jego czele stał Jarosław Kaczyński. To w marcu 2007 roku Rada Europejska (skupiająca szefów państw i rządów) przyjęła cele polityki klimatycznej zaproponowane przez Komisję Europejską. Wtedy też 27 państw poparło filozofię polityki klimatycznej, która obowiązuje do dzisiaj:  UE przejmuje przywództwo w światowej walce ze skutkami zmian klimatycznych, ustala cele wykraczające poza tzw. protokół z Kioto i gotowa jest przeprowadzić technologiczną i przemysłową rewolucję podporządkowaną tym celom nie oglądając się na resztę świata. Chodziło o redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz o plan działań na lata 2007-2009. Jego fundamentem było zobowiązanie znane jako 3 x 20. Polska, rządzona niepodzielnie przez braci Kaczyńskich poparła te założenia, choć mogła wtedy skorzystać z prawa weta. To one stały się podstawą pakietu ustawodawczego, który opracowała w styczniu 2008 Komisja Europejska. 

Negocjacje przybrały na sile i w marcu tego samego roku Rada Europejska przyjęła założenia pakietu oraz kalendarz działań. Wtedy premierem był już Donald Tusk. Prezydentem - nadal Lech Kaczyński. Ale w czasie prac rozmów w Radzie UE, na szczeblu ministrów i ambasadorów, to rząd a nie prezydent odgrywał rolę wiodącą. W grudniu 2008 Rada Europejska przyjęła wreszcie pakiet klimatyczny (w wersji osłabionej w porównaniu do planów Komisji). 

Lech Kaczyński brał w tej Radzie udział jako głowa państwa. Jego zaangażowanie w negocjacje na szczeblu Rady Europejskiej nie wynikało wprost z kompetencji konstytucyjnych, raczej z ambicji politycznych rozniecanych przez brata. Gdyby tym ambicjom nie uległ, nie negocjowałby pakietu, o którym pojęcie miał nikłe, a dziś jego brat mógłby mówić: "wina Tuska". Ale uległ. Prezydent złożył też wtedy w prasowym wywiadzie naiwną deklarcję o polskim (to znaczy swoim) ustępstwie wobec Angeli Merkel w zamian za jej poparcie polskiego stanowiska w sprawie systemu głosowania w Radzie. Stanowisko to, wyglądające na żart szalonego matematyka, nie miało szans powodzenia. Poza tym, decyzja podejmowana była w Radzie większością głosów (a nie jednomyślnie, jak w 2007). Ale mniejsza o to. Przypominam sobie, że polskie media pasjonowały się wtedy tym kto pierwszy: premier czy prezydent, usiądzie na krześle jako szef polskiej delegacji, a nie ich sporem na temat pakietu klimatycznego. Bo też takiego sporu przypomnieć sobie nie mogę. Proces ustawodawczy nie zakończył się na grudniowym szczycie UE. Swoje do powiedzenia, jako współustawodawca, miał też Parlament Europejski. Dyrektywy, decyzje i rozporządzenia tworzące pakiet lub uzupełniające go przyjmowane były w 2009 roku. Zdecydowanie nie była to więc kwestia jednego podpisu, którego złożenie zarzucają sobie nawzajem Tusk i Kaczyński.

Patriotyzm klimatyczny

W szowinistycznym dyskursie PiS pakiet klimatyczny przedstawiany jest jako zamach na Polskę. Jak zwykle zamachów na Polskę dokonują Niemcy. Nic dziwnego, że w patriotycznej dyplomacji wysokiego lotu (bardzo przepraszam za ironię), jaką uprawiał Lech Kaczyński, nazwisko Merkel musiało się pojawić. Nic dziwnego też, że dziś PiS zarzeka się, że z pakietem klimatycznym nie miał nic wspólnego. Jest jednak jasne, że polska delegacja rządowo-prezydencka rzeczywiście poparła pakiet w imię unijnej lojalności i odpowiedzialności, a więc na sposób niemiecki, a nie powodowana ekologiczną wrażliwością, która jest motorem działania krajów skandynawskich. Ortodoksyjne stanowisko tych ostatnich zostało zresztą osłabione przez koalicję Polski i krajów bałtyckich (które w tej rozgrywce okazały się bardziej częścią wschodu Europy, energetycznie i przemysłowo zapóźnionego, niż jej północnej, proekologicznej flanki). Osłabienie to jednak powiodło się przy poparciu Niemiec, środowiskowo wrażliwych, to prawda, ale jednak na pierwszym miejscu stawiających swój wielki, enrgochłonny przemysł, między innymi samochodowy. Do dziś zresztą największym opononentem duńskiej komisarz do spraw klimatu jest w Komisji Europejskiej niemiecki komisarz do spraw energii. 

Poza retoryką antypolskiej zmowy, dyskusja na temat pakietu klimatycznego zdominowana jest w Polsce przez węgiel. I to węgiel bardziej jako największy skarb narodowy, bogactwo "tej ziemi", niż jako element energetyki wyokoemisyjnej i kopalnych źródeł energii. Czasem, zwłaszcza wsłuchując się w to, co mówi PiS i pisopodobni, można odnieść wrażenie, że w negocjacje na temat pakietu klimatycznego powinien zostać włączony IPN, a może nawet, kto wie, Muzeum Powstania Warszawskiego, tak często pojawia się wystąpieniach Kaczyńskiego wątek krzywd doznanych przez naród polski. Każdy jest patriotą na swój sposób. Nie w tym jednak rzecz. Swoiście pojęty patriotyzm zaważył już kiedyś na stanowisku Lecha Kaczyńskiego w sprawie pakietu klimatycznego. Również dziś jest podstawą pisowskiej argumentacji. I tak jak wtedy niczego w ten sposób się nie wynegocjuje, bo do nikogo spoza Polski te argumenty nie trafiają. Mają zastosowanie wyłącznie jako retoryka na użytek lokalnego elektoratu. Dramatycznie patriotyczna oprawa, paradoksalnie, szkodzi Polsce, a nie pomaga. Tak jak zaszkodziła wtedy, w 2007 roku, gdy można jeszcze było uzyskać dla Polski, której sytuacja energetyczna faktycznie jest specjalna, więcej, niż uzyskano (bo jednak coś uzyskać się dało, nawet jeśli trudno to uznać za wyłącznie polskie zwycięstwo: firmy energetyczne dostały większość uprawnień do emisji CO2 za darmo, obecnie to aż 80 proc. uprawnień). Zamiast jednak gubić się w narodowej emfazie, trzeba dokładnie pakietowi klimatycznemu się przyjrzeć. Zamiast przywoływać jak zaklęcie potencjalne weto, którego Lech Kaczyński nie zastosował wtedy, gdy jeszcze było to możliwe i którego dziś już użyć nie można, trzeba zobaczyć, jak skutecznie i z korzyścią dla Polski powiedzieć "tak". Inaczej mówiąc, jak najlepiej wykorzystać pakiet klimatyczny. Bo sztuka funkcjonowania w UE polega na przemyślanym powiedzeniu "tak", a nie na bezproduktywnym domaganiu się prawa do mówienia "nie" za każdym razem, gdy coś się zawaliło. Szkoda, że obecny rząd uległ retoryce PiS.

Komu opłaca się pakiet klimatyczny

Pakiet klimatyczny to nie tylko redukcja emisji CO2 kosztem polskiego węgla. Poza redukcją emisji gazów cieplarnianych (nie tylko dwutlenku węgla), pakiet dotyczy też zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii oraz bardziej efektywnego zużycia energii. Efektywność zużycia energii przez polskie firmy jest dwukrotnie gorsza niż średnia unijna. Z dymem, w atmosferę, ulatuje w Polsce nie tylko dwutelenek węgla, ale dużo pieniędzy. Polskie budownictwo, zwłaszcza to z czasów PRL, jest niesamowicie enegochłonne. Unijne normy można wypełniać nie tylko bez szkody, ale zyskiem dla budżetu państwa i portfeli mieszkańców. Oczywiście, że wymaga to inwestycji. Są na to unijne pieniądze. Oczywiście, że wymaga to technologii. To wielka szansa dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw, możliwość poczynienia oszczędności i zwiększenia konkurencyjności. Chętnie posłuchałbym sporu PO i PiS jak z tych szans skorzystać. Jak powiedzieć pakietowi klimatycznemu "tak" z korzyścią dla ludzi i polskiej gospodarki. W wystąpieniu Kaczyńskiego na kongresie PiS coś o nowych technologiach było. Ale jak zwykle w formie zarzutu wobec Tuska. Zarzutu pewnie uzasadnionego. Co z tego, skoro niemal cała reszta wypowiedzi Kaczyńskiego spycha nie tylko polską gospodarkę, ale Polskę w ogóle w anachroniczną czasoprzestrzeń. 

Realizacja zapisanych na papierze norm i celów wymaga jak najbardziej fizycznych instrumentów: nowoczesnych systemów grzewczych, pomp, "inteligentnych" liczników poboru energii, technologii do pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych (na przykład z wody i wiatru), jej przekazywania i magazynowania (na przykład z wykorzystaniem nośników wodorowych). Tego rodzaju produkty stanowią 10% duńskiego eksportu. Niemcom opłaca się sprowadzać i przetwarzać polskie odpady, bo w Polsce nie było do niedawna systemu ich pozyskiwania, a obowiązek segregacji został dopiero wprowadzony.  Nie zauważyłem, żeby techniczny rząd PiS podjął programową debatę z rządem PO-PSL jak skorzystać na pakiecie klimatycznym i jak pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, by podjęły technologiczne i rynkowe wyzwania. 

Na energii słonecznej krocie zarabiają dziś Chińczycy. Zarabiają głównie w Europie, bo pakiet klimatyczny zmusza państwa UE do większego niż kiedyś wykorzystania tego trwonionego zbyt długo źródła energii. Europejczycy kupują więc masowo panele słoneczne i dopiero niedawno zorientowali się, że niemal wszystkie są made in China. Doprowadziło to najpoważniejszego od lat sporu handlowego między Chinami i UE, który rozsztrzygnięcie znajdzie pewnie w wyniku arbitrażu i decyzji Międzynarodowej Organizacji Handlu. Europa oskarża Chiny o stosowanie cen dumpingowych. Słusznie. Ale Chińczycy wygrywają w konkurencji z niemieckimi czy francuskimi przedsiębiorstwami dzięki niskim kosztom pracy. Dlaczego w tej konkurencji zabrakło polskich przedsiębiorstw? Obawiam się, że po nieuchronnej przegranej Chin zabraknie ich również w najbliższej przyszłości, mimo, że koszt wyprodukowania paneli będzie w Polsce nadal niższy niż w Niemczech i we Francji, a zapotrzebowanie na nie będzie wzrastać. 

Polskie uwęglenie 

Polska broni węgla, bo ma go dużo. Słyszę, że ograniczenie jego zużycia zmniejszy polską niezależność energetyczną. Rzadziej jednak słychać, że  Polska węgiel importuje. Własnego nie starcza. Często jest droższy. Import węgla od 2006 roku wzrasta, a państwo dopłaca do węgla wydobytego w Polsce.  Oszczędności? Niezależność energetyczna? Absurd. Na pewno korzysta na tym systemie lobby węglowe. Politykom na pewno łatwiej bronić narodową skamienielinę - dosłownie i w przenośni - niż pomyśleć jak dostosować przemysł do potrzeb jutra, niż prowadzić nowoczesną politykę przemysłową i energetyczną. Zależność energetyczna całej UE rośnie, a nie maleje. Dziś 60% gazu i ropy pochodzi z importu. Jeżeli obecna tendencja nie zostanie zastopowana, to w krótkim czasie zależność może sięgnąć 80%. UE musi zmniejszyć uzależnienie od importu kopalnych źródeł energii jak najszybciej. Cała UE, również Polska. Węgiel nie jest odpowiedzią, nawet jeżeli na krótszą metę w UE i na dłuższą w Polsce jego wykorzystanie zostanie utrzymane, a w czasie kryzysu - okresu sprzyjającego polityce krótkowzrocznej - nawet wzrasta. 

Dwóch budrysów

Nie zarzucam nikomu w Polsce braku entuzjazmu wobec uijnej polityki klimatycznej. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zdrowomyślący mógł uznać, że w ciągu parunastu lat polska gospodarka zastąpi węgiel innymi źródłami energii. Nie wierzę w przeprowadzenie rewolucji przemysłowej w krótkim czasie. Ale traktowanie pakietu klimatycznego jako dopustu bożego, sprzeczka o to, kto bardziej zawinił nie blokując tej zasadniczej dla UE polityki, brak jakiejkolwiek refleksji na temat korzyści, jakie pakiet powinien Polsce przyjąć i rzetelnej pracy na rzecz reform, które brałyby w pełni pod uwagę zobowiązania Polski wynikające z pakietu uważam za gospodarczy, polityczny, dyplomatyczny i patriotyczny kretynizm. Najnowsza pyskówka między Tuskiem a Kaczyńskim w tej sprawie utrwala kierunek debaty publicznej, który nie pozwala zwiększyć poziomu wiedzy ludzi na temat unijnej, a więc również polskiej polityki klimatycznej; cementuje stereotypy, zamiast zwiększyć racjonalność debaty; utrudnia uzyskanie społecznego poparcia dla działań, które pozwoliłyby Polsce skorzystać na pakiecie klimatycznym; wiąże ręce każdemu kolejnemu rządowi, który będzie musiał polityce klimatycznej UE się podporządkować, czy mu się to podoba czy nie. 

Bo polityka klimatyczna Unii to nie jest jakiś tam pakiet. To jest wybór kierunku rozwoju całej wspólnoty na długie lata. Ma on zasadniczy wpływ na politykę przemysłową we wszystkich jej wymiarach, na rolnictwo i jego finansowanie, na badania i innowacje, na rynek wewnętrzny i swobodny przepływ towarów, na politykę energetyczną, transport, infrastrukturę (a tym samym na fundusze europejskie współfinansujące inwestycje infrastrukturalne), na handel zagraniczny, na politykę współpracy z państwami rozwijającymi się. Politycy, którzy nie chcą lub nie potrafią tego zrozumieć i wytłumaczyć społeczeństwu ponoszą wielką odpowiedzialność. Dziś spór o pakiet klimatyczny między Tuskiem a Kaczyńskim to spór między dwoma niezbyt miłymi budrysami, którym skradziono księżyc.


2013-03-26

Polacy nie lubią innowacji

Z wielkim rozbawieniem czytam tu i ówdzie, Twittera nie wyłączając, jaką pasję u eurosceptycznej prawicy wywołał coroczny raport Komisji Europejskiej poświęcony innowacyjności w państwach członkowskich. Każda uwaga na ten temat jest zarzutem skierowanym wobec rządu Tuska. To jego wina, że Polska jest wymieniona wśród najgorszych, na samym końcu rankingu. Czwarta od końca! Tylko Bułgaria, Rumunia i Łotwa są gorsze. I nie dość, że na samym końcu, to jeszcze się pogorszyło w ciągu roku.

Wyniki państw członkowskich UE w dziedzinie innowacji                    Źródło: Tablica wyników innowacyjności, Komisja Europejska
Gdybym nie znał polskiej rzeczywistości i skupił się na reakcjach jakie budzi opublikowana dziś "tablica wyników" mógłbym pomyśleć, że poparcie dla innowacyjności jest w Polsce masowe. Niestety, dzień publikacji tego raportu to chyba jedyny w ciągu roku, kiedy takie wrażenie można odnieść. Podczas dyskusji na temat rocznego budżetu UE, wieloletniego budżetu UE, przeróżnych unijnych programów i inicjatyw, podczas każdej bez wyjątku dyskusji o pieniądzach unijnych panuje w Polsce konsensus idiotyzmu i krótkowzroczności: cała Polska broni się jak może przed marnowaniem pieniędzy na jakieś brukselskie dyrdymały, na tę nikomu niepotrzebną innowacyjność. Rząd wracając z Brukseli dumnie i radośnie oznajmia ile pieniędzy udało mu się ocalić przed utopieniem w jakichś mrzonkach. Gdy się nie udało, wstydzi się przyznać do oczywistej przecież porażki. Tłumaczy w Brukseli polską "specyfikę". Tylko naukowcy i profesorowie protestują przeciw tej anty-innowacyjnej postawie, piszą listy otwarte, ale kto by ich słuchał, kto by czytał skoro reszta narodu się cieszy: będzie kasa na asfalt, będą pieniążki na remoncik, na naprawę, na załatanie dziury, na stadiony i boiska, parki rekreacyjne i akwaparki. Z czego zapłacimy za ich utrzymanie i remonty? To problem na jutro. Jak trwale będą stworzone w ten sposób miejsca pracy? Będziemy myśleć, jak przyjdzie czas. Czy tworzymy w ten sposób coś, możemy wyeksportować, co jest nasza intelektualna wartością?  A dajcie już spokój z tym intelektem.

Przekonanie, że konkurencyjna gospodarka potrzebuje innowacji nie może się jakoś w Polsce przebić. Przejawem nowoczesności jest autostrada. Postęp to słowo podejrzane. A badania naukowe i innowacyjność w gospodarce, to luksus dla innych, nie dla nas. To pułapka, którą zakładają na nas, biedaków-swojaków, Niemcy i Skandynawowie, ci, których stać na patenty i inne ceregiele, ci którzy już maja drogi i stadiony i którzy nie mają zrozumienia dla naszej potrzeby mienia. Eurosceptyczna prawica używa tego unijnego parcia na innowacyjność jako przykładu naszej odmienności i ich (tych z Berlina i z Brukseli) niezrozumienia naszych potrzeb. Eurofobiczne strony pełne są dowodów jak łatwo Unia trwoni pieniądze (nasze pieniądze, potencjalnie) na absurdalne badania (tutaj kilka przykładów) i jak uparcia zmusza nas do topienia pieniędzy w czymś, czego nie potrzebujemy, ale co się pewnie przyda Niemcom.

Dlatego to właśnie krytyka Tuska, że słabo  wypadliśmy w raporcie, płynąca ze strony eurosceptyków bawi mnie najbardziej. Bo przecież te zarzuty (słuszne!) nie są wyrazem ich poparcia dla promowanej w UE innowacyjności w gospodarce, tylko chorą satysfakcją, że coś się Tuskowi nie udało. Takim samym głosem oburzenia i ironicznym uśmiechem ci sami ludzie kwitują każdą dziurę w drodze i opóźnienie w budowie metra. Tak samo zareagowaliby, gdyby Tusk na nowoczesny sposób myślenia o gospodarce się przestawił i rzeczywiście zaczął innowacyjność promować, z unijnego prikazu rzecz jasna. To oczywiście hipoteza, bo nic takiej zmiany w jego polityce nie zapowiada.


NB. Tyle o innowacyjności. Troska o stan polskiej nauki to temat pokrewny, o którym pisałem niedawno. O stanie wiedzy naukowej Polaków można przeczytać tutaj

2013-03-18

Na Cyprze (nie) okradają biedaków

Żeby wszystko było jasne od pierwszego zdania: nie, nie uważam, żeby zabieranie ludziom pieniędzy z kont było w porządku; tak, myślę, że przynajmniej tych drobnych ciułaczy lepiej byłoby oszczędzić. A jednak nie oznacza to, że mi po drodze z tabunem konserwatystów-patriotów, oburzonych i  niepokornych, którzy łzami współczucia wyrażają swoją solidarność z biednymi Cypryjczykami a pomrukiwaniem oburzenia - potępienie wobec podłej, okradającej ludzi Brukseli. Śledząc wymianę tweetów między patriotami-eurofobami, mam zresztą wrażenie, że wszystko im się miesza, a najbardziej łzy z uśmieszkiem. Uśmieszkiem satysfakcji, że można sobie na Unii poużywać i "lemingi" nastraszyć, że też im kiedyś władza (w ich przypadku: Tusk), konta okradnie. Tusk i Eurogrupa, Bruksela i MFW,  Dijssebloem i EBC, cypryjski rząd, prezydent i wszyscy komisarze (tak, nawet ten od administracji i ten od rybołówstwa, poczytajcie Warzechę, naprawdę) - wszyscy są winni. Winny, jak zwykle w populiźmie, jest "establishment". Czyli Bruksela. Ufff… Bruksela się rozleci.

Otóż nie, nic się nie rozleci. Okazuje się, że "Bruksela" jest zdolna do innowacji. Brawo. Okaże się już niedługo, że błędem byłoby powtórzenie na Cyprze scenariusza greckiego, bo Cypr nigdy nie byłby w stanie spłacić zadłużenia, gdyby UE udzieliła mu większej pożyczki, a jego gospodarka nie podniosłaby się w dającej się przewidzieć przyszłości. Krytycy przyjętego w sobotę rozwiązania z równym zapałem rzuciliby się do krytyki każdego innego rozwiązania, z greckim na czele, nie bez cienia racji krzycząc wtedy, że Cypr został pozbawiony suwerenności. Tymczasem w sobotę decyzję o obłożeniu kont obywateli jednorazowym podatkiem podjął suwerenny rząd cypryjski. Być może we wtorek parlament suwerennego Cypru tej decyzji nie poprze. Może uzna, że mniej zasobne konta, na przykład te poniżej 25 tysięcy euro trzeba wyłączyć z tego nadzwyczajnego obowiązku podatkowego. Tak czy owak, gdzieś brakujące pieniądze trzeba będzie znaleźć.

A. Merkel i N. Anastasiades, Szczyt EPL, styczeń 2013      ©CE2013
I tu jest pies pogrzebany. Cypryjski rząd dlatego chciał - wbrew opinii przedstawicieli Komisji Europejskiej i niektórych członków Eurogrupy - obciążyć posiadaczy drobnych oszczędności, żeby nie obciążać za bardzo posiadaczy większych fortun. Pewnie niektórzy odkryli temat dopiero w ten weekend, ale opcja sięgnięcia po depozyty bankowe była dyskutowana od wielu tygodni. Cypryjskie władze ostrzegały, że to zahamuje napływ inwestycji, bo zmniejszy wiarygodność banków cypryjskich. W sobotę, z tego samego powodu, rząd Cypru stawał na głowie żeby nie przekroczyć liczby dwucyfrowej. Psychologiczna granica ponoć. Dlatego największe depozyty obciążone są podatkiem 9,9%. 12 czy 13% - co pozwoliłoby ulgowo potraktować mniej zasobnych posiadaczy kont - nie wchodziło w rachubę. Rosjanom te 9,9% też się nie podoba. Rosjanom - bo to oni, za przyzwoleniem władz Cypru, zamienili tamtejsze banki w pralnię brudnych pieniędzy. Aż dziw, że patriotyczno-konserwatywni oburzeni, zwykle antyrosyjscy, nie chcą tego dostrzec. Pewnie dlatego, że fobie antyeuropejskie i antyniemiecki przedkładają ponad fobie antyrosyjskie.

Co do najbiedniejszych Cypryjczyków, to powiedzmy sobie szczerze: dawno już przejedli swoje oszczędności, bo wymógł to na nich kryzys. W nich podatek nie uderzy. To tyle na pocieszenie naszych patriotycznych janosików i innych wielbicieli Jakuba Szeli. Czy należy podzielać obawy cypryjskiego rządu, że system bankowy straci zaufanie zagranicznych inwestorów? Po części na pewno tak. Włosi do dziś pamiętają, jak socjalistyczny premier Amato obłożył podatkiem depozyty w 1992. A było to tylko 0,6%. Nic w porównaniu do podatku cypryjskiego. Wtedy wystarczyło, bo chodziło o zupełnie inną sytuację. A przede wszystkim Włochy to wielki kraj. No właśnie, parę słów o wielkości kraju.

Wielkość kraju, wielkość i struktura systemu finansowego mają znaczenie. Przykład Islandii, która chciała być małą Szwajcarią, bankowym rajem, tak jak Cypr: w wyniku kryzysu sektora finansowego pół miliona depozytów na kontach zagranicznych filii islandzkich banków zostało zablokowanych (inaczej niż na Cyprze, gdzie tyko krajowe depozyty i tylko do środy są zablokowane). Pół miliona depozytów w państewku liczącym 320 tysięcy mieszkańców! Islandia to nie Cypr, ale warto o niej wspomnieć, bo to przypadek, którego eurofoby nie lubią: Islandia nie ma euro, nie jest nawet członkiem UE. To nie "Bruksela" blokowała tam depozyty. Ale tak jak na Cyprze, mikrogospodarka oparta na usługach finansowych nie była w stanie poradzić sobie, gdy system finansowy stał się niewypłacalny. Na Cyprze tej sytuacji uniknięto. Dzięki specjalnemu podatkowi od depozytów, ale przede wszystkim dzięki 10 miliardom euro pożyczki od innych państw Eurolandu. Tak, to jest wyraz europejskiej solidarności.

Eurogrupa zrzuci się na 10 miliardów wsparcia dla cypryjskiej gospodarki, której wartość to 0,2% unijnego PKB. Której PKB jest pięć razy mniejsze niż mające zostać opodatkowane depozyty bankowe. Depozyty w bardzo dużym stopniu dość niejasnego pochodzenia. Ale przyciągające inwestorów rajskim oprocentowaniem, do 7%! Oprocentowaniem wynikającym z ryzykowanych inwestycji w greckie produkty finansowe. Bardzo ryzykowne, jak się potem okazało, skoro stały się przyczyną 50% strat poniesionych przez cypryjskie banki. Strat wartych 10 miliardów euro, w państwie liczącym ponad połowę mniej mieszkańców niż Warszawa. Rosjanie Rosjanami, ale Cypryjczycy sami uwierzyli, że mogą sporo zarobić w sposób, którego wysoki stopień ryzyka został już przeanalizowany i opisany tysiące razy odkąd zaczął się globalny kryzys finansowy. Naiwność? Jeśli tak, to po części nagrodzona: rzeczywiście sporo zarobili. Dziś oddadzą niewielką stosunkowo część zysku, by dołożyć się do ratowania swojego państwa. Trudno to nazwać grabieżą biedaków i rozbojem w biały dzień.

2013-03-13

O patriotyzmie, czyli kto che Polsce zrobić dobrze

Jeśli wierzyć w to, co napisali we "Wprost", Konrada Szymańskiego, europosła z PiS, oburza, że "Parlament Europejski odrzuca kompromis w sprawie wieloletniego budżetu z powodów, które nie mają nic wspólnego z interesami Polski". Tak, to rzeczywiście oburzające, że interes Polski nie jest tym kryterium, którym kieruje się Parlament Europejski w przyjmowanych przez siebie rezolucjach. Co gorsza, postępuje tak nie tylko Parlament, ale cała Unia Europejska. Skandal, po prostu skandal.

Patriotyzm intuicyjny czyli bezmyślny

Szymański komentuje dzisiejsze głosowanie w Strasburgu. Ale logika, której ten komentarz jest wyrazem, jest znacznie bardziej uniwersalna. Opiera się na niej swoista koncepcja pisowskiego patriotyzmu: cały świat ma nam robić dobrze. Zawsze. Jak nie robi, to jest zły. Przy czym czynione Polsce dobro i zło musi się mieścić w definicji polskiego interesu, która pisowskim politykom wydaje się najwłaściwsza. Nie ma jasnej wykładni. Ale jest intuicja. Intuicja podpowiada, że na ogół chcą nam robić źle, a nie dobrze. Trzeba więc wykazać się rewolucyjną czujnością. Rewolucja jest naturalnie narodowo-konserwatywna. Jeśli nie anty-europejska, to przynajmniej a-europejska. Wobec UE musimy zachować szczególną czujność. My, to znaczy ci, którzy myślą tak jak PiS. Nie. Nie myślą, tylko oceniają tak jak PiS: nieustannie i wszystko i zwykle negatywnie. Ocena opiera się na intuicji, dotyczy czyhającego zagrożenia i nie potrzebuje żadnej myśli. Dlatego właśnie człowiek skądinąd inteligentny, taki jak Konrad Szymański, może pleść takie bzdury, jak ta zacytowana przez tygodnik "Wprost". Granica między głupotą a cynizmem zostaje zatarta. 

Problem kształtu

Zgodnie z zapowiedziami liderów najważniejszych klubów parlamentarnych, europosłowie odrzucili dzisiaj wynegocjowany w Radzie Europejskiej projekt wieloletniego budżetu UE. Trudno mówić o wielkim zaskoczeniu. Przyjęta przez Parlament rezolucja jest znacznie bardziej koncyliacyjna, niż wcześniejsze deklaracje wygłaszane przez posłów. Wyraźnie stwierdza, że Parlament nie godzi się na budżet "w takim kształcie". Ale jeśli się ten kształt trochę zmieni, to się zgodzi. W Polsce doniesienia i polityczne przepychanki dotyczyły i dotyczą oczywiście liczb. Parlamentarna rezolucja nie dotyczy jednak liczb, więc wynegocjowane przez Tuska miliardy (dość umowne, powiedzmy szczerze) pozostaną nietknięte. Oczywiście, Parlament chciałby - i słusznie - żeby ten budżet pozwolił realizować polityczne i gospodarcze cele, które przywódcy państw członkowskich zapisują w politykach, programach i strategiach. Parlament krytykował budżet napisany przez tępego księgowego. Albo przez polityka populistę. Budżet, w którym zabraknie pieniędzy na badania, naukę, nowe technologie informacyjne i rzeczywiście paneuropejską infrastrukturę. 

Nasza chata z kraja

W ostateczności jednak posłowie nie przekuli tej krytyki w konkretne zapisy. Stawiają przed Radą zadania raczej księgowej natury. Domagają się przede wszystkim elastyczności budżetu. W praktyce pozwoliłaby ona pozostawiać we wspólnym skarbcu pieniądze niewydane na jakiś cel i przekazywać je na realizację innego celu, gdzie finansów zabraknie. Niby żadna filozofia, ale jednak: teraz te pieniądze wracają do państw członkowskich. Nie wszystkich: do tych, które wpłacają więcej niż dostają. Polska do nich nie należy. Jeśli więc poprawka Parlamentu zostanie przyjęta przez Radę, to Polska na pewno na tym nie straci, a zyskać może. Tak czy owak zachowa tuskowe miliardy. PO nie chciała w imię dość niepewnego zysku narażać z trudem wynegocjowanego budżetu na nową turę unijnych negocjacji. Niepewnego zysku dla Polski, bo dla Unii jako całości zysk jest oczywisty. Mówiąc słowami Szymańskiego, europosłowie z Platformy głosowali w zgodzie z Polskim interesem rozumianym jako interes przeciwstawny do wszystkich innych interesów, z interesem UE jako takiej na czele. Wiadomo: nasza chata z kraja.

Cameron broni dopłat do polskiego rolnictwa

Parlament głosował też nad reformą wspólnej polityki rolnej. Polityki od dawna krytykowanej za swą antyrynkowość, za nieuzasadnione uprzywilejowanie jednej grupy zawodowej, za niepojętą rozrzutność i za wiele innych rzeczy. Gdy jednak czytam tekst kolejnego posła PiS (kiedyś PSL), Janusza Wojciechowskiego ("Nasz Dziennik"), odnoszę wrażenie, że cała reforma WPR dotyczyła tylko jednego zagadnienia: wysokości dopłat bezpośrednich dla polskich rolników. Z artykułu dowiadujemy się, że polski rząd wynegocjował za mało, mniej niż "Parlament Europejski chce dać polskim rolnikom". Chce dać! A oni nie biorą. Dlaczego? Bo nie lubią polskiej wsi. Na szczęście PiS lubi. I dlatego Parlament poddał się przemożnemu wpływowi klubu politycznego EKR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), do którego PiS dumnie przynależy. Zagłosował tak, by wynik głosowania miał wiele wspólnego z interesami Polski, że znowu użyję formuły Szymańskiego. 

Wołowina, konina, EKR

Głupota i cynizm, bez wątpienia, ale trudno mi powiedzieć w jakich proporcjach. Przy czym mówiąc głupota nie myślę oczywiście o pośle, który kocha polską wieś, tylko o jego przekonaniu, że zwraca się do kompletnych idiotów. Współczuję czytelnikom Naszego Dziennika, zwłaszcza tym ze wsi, bo poseł Wojciechowski podważa siłę ich intelektu podwójnie. Oto jaki w sposób. Po pierwsze, porównywanie warunków negocjacyjnych w Radzie Europejskiej, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze, do handlu poprawkami, jaki odbywa się w Parlamencie, jest niedorzeczne. Parlament zawsze jest bardziej szczodry niż szefowie rządów i ich ministrowie a posłowie zawsze mają szerszy margines negocjacyjny. We wszystkim. Przedstawianie tego mechanizmu jako zasługi PiS to bezczelność. Po drugie, twierdzenie, że udało się więcej wyszarpnąć (komu?) na rolnictwo dzięki poparciu partii Camerona (PiS należy do tego samego klubu w europarlamencie), to prowokacja. Jeżeli Tusk wynegocjował w Radzie mniej, niż Wojciechowski w Parlamencie to między innymi dlatego, że w Radzie trzeba się było zmierzyć z Cameronem: najbardziej zajadłym wrogiem wspólnego budżetu, wspólnej polityki rolnej i jakichkolwiek dopłat do rolnictwa. Chciał Polsce zrobić dobrze, bo kocha PiS, tak jak PiS kocha polską wieś? Po trzecie, przekonywać kogokolwiek, że EKR na cokolwiek w europarlamencie wpłynął to jak sprzedawać wołowinę z konia. EKR ma znaczenie marginalne. I całe szczęście, bo eurosceptycyzm to najniższy stopień nacjonalistycznej i populistycznej eurofobii wyznawanej przez partie, które skupia: PiS, torysów, ODS. 

Równanie do pułapu, którego nie ma

Po czwarte wreszcie, głoszenie, że dzięki akcji PiS i EKR w Parlamencie coraz bliżej do wyrównania dopłat bezpośrednich to jakaś paranoja. Paranoja z pięcioletnią tradycją, chwali się Wojciechowski. Jeżeli polscy rolnicy dostaną więcej pieniędzy, to będzie im bliżej do osiągnięcia pewnego finansowego pułapu, faktycznie. Ale co to za pułap? Poziom dopłat zależy od szeregu warunków. Są one inne w każdym kraju. I dlatego w UE nie ma i nigdy nie było jednego pułapu dopłat do rolnictwa. W każdym z 27 (wkrótce 28) krajów te dopłaty są inne. Sugerowanie, że dopłaty, które dostają polscy rolnicy sytuują się poniżej unijnego pułapu i że PiS walczy o zniwelowanie tej różnicy to już nawet nie jest demagogia, tylko zwykłe kłamstwo. Fakt, że dopłaty bezpośrednie hamują rozwój polskiej wsi (choć walnie przyczyniają się do wzrostu zamożności większości gospodarzy) to inna kwestia. Ale istotna, choć z tekstu Wojciechowskiego to nie wynika. Zmiana tego stanu rzeczy to jeden z powodów planowanej reformy archaicznej WPR. Czy jednak nie są to powody, które "nie mają nic wspólnego z interesami Polski"? Zobaczymy. EKR czuwa. 

2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

2012-10-24

Ciekawe trzy tygodnie

Nic się nie dzieje, a jeśli już, to nic nowego: to pierwsze co usłyszałem od znajomych po trzech tygodniach nieobecności, z dala od gazet, telewizji, komputera i internetu, z dala od tego bloga. W Europie jesteśmy zaszczepieni na wydarzenia, zblazowani do maksimum. Po odświeżającej nieobecności człowiek więcej chyba dostrzega,  bo przez te trzy tygodnie wydarzyło się co nie miara. Moim zdaniem.

Pokojowa nagroda Nobla dla UE - to ma być nic? Nagroda zasłużona. Zaskoczenie największe w samej Unii oczywiscie. Jak zawsze, kiedy ktoś doceni historyczne, niepowtarzalne znaczenie integracji europejskiej. Dostrzeże jej pozytywny wpływ i to nie tylko na samą Europę. Na świat w ogóle. 
Dymisja komisarza do spraw zdrowia Johna Dalli - czyli afera Rywina w brukselskiej scenerii. Na co dzień sie to jednak nie zdarza. A rozwój wypadków pokazuje, że jest się czemu przyglądać. Do tego szczyt Rady Europejskiej. Sam w sobie - rutyna, fakt. Ale spory wokół budżetu na lata 2014-2020 weszły właśnie w decydującą fazę, a pojedynek na noże między Merkel i Cameronem interesujący. Jeszcze ciekawsze jest kibicowanie Tuska, niepisanego szefa  grupy "przyjaciół spójności", Niemcom i zdecydowany sprzeciw wobec egoistycznej postawie Wielkiej Brytanii. Moda na brytyjski sposób integracji, czyli dezintegracji europejskiej, choć bezmyślna,  dobrze się w Polsce utrwaliła i milo patrzeć, że mija. Choć szkoda, że tylko ze względu na kasę. 

A w Polsce też ciekawie. Drugie exposé Tuska - nudne jak flaki z olejem, językowo też bez elegancji i polotu, owszem. Ale było! I jak się chce, to perełki można w nim znaleźć.  Na przykład fragment, w którym w jednym zdaniu premier wspomina o prezydencji (nie mówiąc jakiej) i o Euro 2012, mówiąc, że była to największa w historii Polski impreza. "To" to znaczy co? Dwa w jednym. I wreszcie stadionowa hańba narodowa - nawet egipska prasa o tym pisała, nikt organizatorów nie oszczędził. Oczywiste skojarzenie z Titanikiem: też najnowocześniejszy na świecie i też zatonął. Ale kłopoty z decyzją w sprawie dachu stadionu mniej mnie jednak rozbawiły, niż decyzja rządu i premiera, by się wypowiedzieć w sprawie trawy, drenażu i rozsuwanego dachu. Tak, wiele się przez te trzy tygodnie wydarzylo. 

2012-09-24

Stan nauki polskiej to problem cywilizacyjny


Wikimedia commons

Od czasu do czasu troska o stan polskiej nauki staje się modnym tematem artykułów prasowych. Dzieje się tak wówczas, gdy okazuje się, że mogliśmy z Unii dostać więcej pieniędzy niż dostaliśmy. Ostatnio stało się tak, gdy wśród 536 młodych, obiecujących naukowców, którzy otrzymają łącznie 800 mln euro na projekty badawcze znalazł się tylko jeden polski naukowiec. Po opłakaniu strat, nauka wraca na swoje miejsce w hierarchii tematów interesujących i ważnych. Miejsce bardzo odległe. Jeśli się pojawia, to zwykle w ten sam sposób: w wywiadzie lub artykule autorstwa tego czy innego polityka zmartwionego naciskami "brukselskiej biurokracji", która chce w Polakach wzbudzić naukowy zapał. Na siłę, mocą finansowego dyktatu, i wbrew polskim interesom, bo przecież polski interes to budowanie dróg i mostów, a nie badania naukowe. Argumentacja ta bynajmniej nie jest wyłączną domeną eurosceptyków. Nie, w tej kwestii panuje w Polsce szeroki konsensus.

Nauka czy autostrady

Nawet Donald Tusk, uznany podczas polskiej prezydencji w Radzie UE za wzór proeuropejskiego polityka, uważa badania naukowe za sprawę drugorzędną. W 2010 roku napisał list do Hermana Van Rompuya, José Manuela Barrosa i José Luisa Rodrigueza Zapatero (Hiszpanii przewodniczyła wówczas UE) przekonując, że priorytetem unijnej gospodarki powinny być miliardowe inwestycje w drogi, koleje i sieć teleinformatyczną, a nie inwestycje w badania naukowe i wiedzę. To stanowisko nie zmieniło się do dziś. W swoim projekcie wieloletnich ram finansowych dla UE (2014-2020) Komisja Europejska uwzględniła ten postulat proponując wygospodarowanie na ten cel 50 mld (instrument budżetowy "Łącząc Europę").

Ale propozycja Komisji jest efektem innego niż dominujący w Polsce sposobu myślenia: nauka i badania nie są alternatywą dla inwestycji infrastrukturalnych, jedno musi iść w parze z drugim. Co więcej, nauka i badania są warunkiem rozwoju, również w zakresie infrastruktury. Stanowisko to jest też zgodne ze strategią stymulowania wzrostu gospodarczego Europa 2020 opierającej się na trzech priorytetach: rozwój gospodarki opartej na wiedzy i innowacjach, gospodarki niskoemisyjnej, gospodarki stawiającej na wysoki poziom zatrudnienia.

Nowoczesność: ciągnik zamiast konia

Jeden z artykułów z ostatnich dni (Gazeta Wyborcza, 14/09/2012) zaczynał się od pytania: skąd się bierze mizeria polskiej nauki? Uczestnicy debaty dostarczyli wielu odpowiedzi. Wśród nich, raczej między wierszami niż sformułowaną wprost, wyczytać można odpowiedź najważniejszą: w Polsce badania i nauka to kwestia drugorzędna, a wydatki na nie stanowią wymuszona przez UE alternatywę wobec jedynego ważnego celu: twardej infrastruktury. Jestem jak najdalszy od twierdzenia, że infrastruktura jest nieważna. Polska potrzebuje wyższego poziomu inwestycji w infrastrukturę niż kraje wyżej rozwinięte nie tylko dlatego, że musi opóźnienie w rozwoju nadgonić, ale też po to, by nie dopuścić do szybkiego wzrostu bezrobocia. To jasne, że potrzeby Polski w tym zakresie są inne niż krajów, które w nowoczesna infrastrukturę inwestowały od dziesiątków lat. Również wtedy, gdy była ona motorem świadomego dążenia do nowoczesności. Dzisiaj już nie jest. Dzisiaj świat jest gdzie indziej. A Polska, w której cywilizacyjnie nawet koncepcja nowoczesności jest odmienna od niemieckiej czy francuskiej, razem z nim. Czy chcemy tego, czy nie. Zastąpić konia ciągnikiem, zwykłą asfaltówkę autostradą, to już było. Zapóźnień z lat siedemdziesiątych nie nadrobimy logiką modernizacji z lat siedemdziesiątych.

Niemiec chce nas wyzyskać

Niektórzy naukowcy skarżą się, że brak w Polsce atmosfery i środowiska (również infrastrukturalnego) koniecznych dla rozwoju badań i nauki. A jak ma być, skoro nawet dla rządu jest to kwestia drugorzędna? W Polsce każda zachęta UE, by inwestować (tak, inwestować!) w naukę i badania jest postrzegana jak pułapka. Kryje się za tym paranoiczne, eurofobiczne przekonanie, że Polska jest otoczona silniejszymi od niej wrogami (Niemcy), którzy chcą zatrzymać transfery środków z Zachodu na Wschód, promować lepiej rozwinięte regiony UE kosztem gorzej rozwiniętych, budować rynek dla "zachodniego" przemysłu.

Gdy takie rzeczy wypisuje Konrad Szymański (na przykład tutaj), to nie można się dziwić, bo to są jego poglądy, nie tylko na UE, ale w ogóle na otaczający świat. Emocjonalne zaangażowanie i ideologia każą mu abstrahować od podstawowych, świetnie mu znanych zasad, na których nie od wczoraj, ale od początku, opiera się idea i praktyka integracji europejskiej. Jedną z nich jest wyrównywanie a nie różnicowanie poziomów rozwoju. Zdaniem Szymańskiego i innych polityków pisowskich lub pisopodobnych, w świecie, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem, jest to zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Kwestia wiary. Ale dlaczego na podobnym stanowisku stoją politycy prezentujący się, jako orędownicy nowoczesności i europejskości? Może po prostu ich nowoczesność i proeuropejskość są zbyt świeżej daty, niezakorzenione, nie w pełni uświadomione. Może krótki staż w UE nie wystarczył, zatrzeć podział Wschód-Zachód, głęboką świadomość prowincjonalności i niezdolność do spojrzenia na siebie samych jako części świata, a nie tylko konkurenta dla sąsiada zza miedzy.

Oczywiście, że jest co negocjować

UE ma prostą zasadę funkcjonowania: wpłacamy do wspólnego budżetu pieniądze na realizację tych celów, które wspólnie chcemy osiągnąć. W praktyce okazuje się, że nie wszędzie te cele są identyczne a ich realizowanie nie wszędzie wymaga zaangażowania takich samych – w procentowej relacji do PKB – nakładów. Chodzi o to, by finansowe instrumenty zostały skonstruowane tak, by dać wszystkim równe szanse. Tego powinny dotyczyć twarde negocjacje, który polski rząd prowadzi ze swoimi partnerami. Podważanie oczywistości, jaką jest konieczność modernizacji i innowacyjności, konieczność badań i nauki by UE pozostała konkurencyjna w świecie jest pozbawione sensu.

Zamiast tego, należy stworzyć warunki do jak najpełniejszego wykorzystania środków, które UE na ten cel przeznacza. Dla dobra polskiej nauki, ale przede wszystkim po to, by Polska nie pozostała jeszcze bardziej w tyle. By dotrzymać kroku chińskiej i amerykańskiej konkurencji, UE potrzebuje odpowiedniej liczby naukowców. Zatrzymanie naukowców i ich rodzin na miejscu i przyciągniecie ich spoza UE wymaga nakładów. Dobrze, by chcieli i mogli żyć i pracować również w Polsce. Przekonanie, że wystarczy, gdy będą w Londynie, Paryżu i Madrycie, byle tylko Bruksela pozwoliła nam betonować dwupasmówki i radośnie mknąć po szosach, prowadzi donikąd.

Oczywiście, że to się opłaca

Dystansu do nowoczesnego świata nie mierzy się dziś kilometrami autostrad. To, że polskie lokomotywy i pociągi produkowane przez Pesę i Newag sprzedają się dziś w Europie i w świecie jest lepszą miarą postępu. Nie byłoby go, gdyby nie nakłady na innowacyjność. To ona, nie tylko cena, stanowi dziś o konkurencyjności przedsiębiorstwa. To prawda, że jakość polskich torów nie pozwala na puszczenie nimi szybkich, nowoczesnych pociągów. Infrastruktura? Nie: jakość i innowacyjność. Nowoczesność. Wielomiesięczne negocjacje, w których polski rząd chciał wynegocjować z Komisją Europejską zgodę na łatanie dziur, zamiast na rzeczywistą modernizację kolei, a potem przekazanie "zaoszczędzonych" pieniędzy na autostrady to szczyt absurdu. Nie przypadkiem podaję ten przykład: nauka, badania, innowacyjność to nie alternatywa dla inwestycji infrastrukturalnych, ale warunek nadania tym inwestycjom sensu. Do wykorzystania jest wielki potencjał. Zamiast zastanawiać się czy są zmiany klimatyczne i bronić gospodarki wysokoemisyjnej, opartej na węglu, lepiej umiejętnie wykorzystać środki, które UE przeznacza na "zazielenienie" gospodarki. Chińczycy, kraj spoza UE, którzy nie są wielbicielami unijnej polityki klimatycznej, ale potrafili wykorzystać wynikający z tej polityki popyt na panele słoneczne i stali się ich największym eksporterem na świecie. Wymagało to jednak inwestycji w badania.

Polska jest wielkim orędownikiem wspólnego rynku. I przeciwnikiem Europy dwóch prędkości. Słusznie. Akceptując jednak strategię Europa 2020 a jednocześnie domagając się dla siebie pieniędzy na drogi zamiast na naukę i badania, zapomina, że wspólny rynek i spójność europejska nie będą miały racji bytu, gdy w jednej części Europy będzie powstawał coraz nowocześniejszy, bardziej specjalistyczny przemysł, zdolny do konkurencji ze światem, a w drugiej – powstawać będą drogi dojazdowe z peryferii do centrum. Dynamika gospodarcza mająca za jedyne źródło inwestycje infrastrukturalne jest krótkookresowa. W dłuższej perspektywie nie wystarczy, by uniknąć pozostania po stronie zapóźnionych i niedorozwiniętych.

Polska sama stawia się poza limesem

Mała aktywność na polu nauki to kwestia braku tradycji, napisała jedna z uczestniczek debaty o polskiej nauce. To prawda. Chwilowe przebudzenie, prowadzące do uchwalenia nowego prawa czy powołania nowej instytucji nic nie zmieni; nie zmieni tradycji myślenia o państwie, świadomości zdefiniowanego w prawie celu ani umiejętności patrzenia w przyszłość. Dotyczy to nie tylko nauki i badań. To samo tyczy się służby cywilnej (żadna ekipa w postkomunistycznej Polsce nie zniszczyła jej tak skutecznie jak PO, ani PiS, ani SLD), ochrony środowiska (jest rozporządzenie dotyczące niskiej emisji spalin, ale Ministerstwo Skarbu nie bierze go pod uwagę, gdy leasinguje samochody służbowe), socjalnych powinności państwa (Gowin, recenzując tzw. Exposé Kaczyńskiego, uznał, że najlepiej je zdyskredytuje nazywając je "socjalnym" – w czasach, gdy rośnie bezrobocie i poszerza się obszar biedy!). Polska jest cywilizacyjnie w innym nurcie niż nurt dominujący w nowoczesnej, europejskiej demokracji. Nauka nie jest jedyną ofiarą tego stanu świadomości. Polska sama stawia się poza limesem i nie widać niestety żadnej siły politycznej ani intelektualnego zaplecza, które byłyby w stanie nadać nowy bieg polskiej rzeczywistości.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...