Trzydzieści tysięcy londyńczyków wyszło na ulice, bo nie chcą żeby Zjednoczone Królestwo wystąpiło z Unii Europejskiej. Czy wsród protestujących jest wielu takich, którzy 23 czerwca nie wzięli udziału w referendum w przekonaniu, że Brexit zwyciężyć nie może? Jeśli tak, to czy ich głos mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę zwolenników pozostania w Unii? Pytania ciekawe, ale dziś już bez znaczenia. Szkoda Londyńczyków, szkoda Szkotów i północnych Irlandczyków. Ale na krok w tył już za późno. Wielka Brytania, dla dobra integracji europejskiej, musi Unię opuścić.
Unia doszła do ściany. Dzięki Brytyjczykom, albo z winy Brytyjczyków, integracja znalazła się w miejscu, w którym trudno sobie wyobrazić współistnienie na obecnych zasadach tych, którzy chcą Unię wzmacniać z tymi, którzy chcą ją ograniczyć do minimum. Co znaczy wzmacniać, co znaczy ograniczać wymaga oczywiście zdefiniowania. Nie będzie łatwo, bo nie są to bynajmniej jedynie techniczne spory. Ale zacząć trzeba od uświadomienia sobie tej najbardziej oczywistej linii podziału: kto chce do przodu, kto w tył.
Unia dwóch prędkości
O tym, że taki podział istnieje, wiadomo przynajmniej od czasu traktatu z Maastricht. Traktat amsterdamski wprowadził mechanizm wzmocnionej współpracy sankcjonując możliwość integracji w różnym tempie, choć jedynie w odniesieniu do konkretnych projektów. Poważny kryzys nastąpił w momencie prac nad Konstytucją dla UE, postrzeganą przez przeciwników postępu integracji jako krok w kierunku federacji. Wielkie rozszerzenie w 2004 roku nie odbyłoby się, gdyby sporu na chwilę nie wyciszono. Ale wyciszenie go nie zakończyło. Przeciwnie: ci, którzy uważali, że rozszerzenie osłabi tempo integracji jednocześnie nadmiernie podnosząc jego koszty utwierdzili się w przekonaniu, że Unia różnych prędkości, integracja w "kręgach koncentrycznych" z centralnym, "twardym jądrem" skupiającym państwa chętne i gospodarczo zdolne do utrzymania tempa, jest koniecznością.
Najpierw twarde jądro oznaczało tak zwane państwa założycielskie. Kryterium historyczne uzupełniono szybko kryterium przenależności do strefy euro. Ale zaczął się kryzys finansowy, który strefę euro wystawił na ciężką próbę. Podział na nowe i stare kraje członkowskie też nie był już tak oczywisty, w głównej mierze dzięki prointegracyjnej postawie Polski, której pozycja w Unii rosła za rządów Tuska w imponującym tempie (w odróżnieniu od Słowacji, Czech czy Węgier), ale i dlatego, że aż siedem z dziesięciu państw, które przystąpiły do UE w 2004 roku przyjęły euro.
Dziś reformowanie Unii w celu zachowania dorobku integracji i dalszych postępów rozumiane jest przede wszystkim jako reforma w granicach strefy euro, uzupełniająca monetarny wymiar Eurolandu wymiarem politycznym i budżetowym. Odżyła też argumentacja historyczna: założycielska szóstka zadeklarowała dziś gotowość i chęć wzięcia na siebie odpowiedzialności za ratowanie Unii. Czemu szóstka, z eurosceptyczną Holandia w komplecie? Bo jak nie oni, to kto: przecież nie będą ratować Unii z Kaczyńskim i Orbànem; z kolei niemiecko-francuskie tradycyjne koło zamachowe integracji nie dość, że dawno już utraciło dynamikę z czasów Kohla i Mitteranda, to jeszcze u wielu może w obecnym kontekście nie budzić zaufania.
Puszka Camerona i protesty pod unijną flagą
Referenda w Holandi i we Francji w 2005 roku, przegrane przez zwolenników integracji europejskiej, były tak naprawdę opóźnionym protestem przeciw rozszerzeniu UE i okazją dla konsolidacji lewicowych i prawicowych tendencji suwerenistycznych. To były przedbiegi. Można do nich zaliczyć też referenda w Irlandii, Danii, kolejne w Holandii, spadek poparcia dla integracji w Szwecji. Ale dopiero referendum w Wielkiej Brytanii wywołało wstrząs wywracający wszystko do góry nogami. Nigdy bowiem wcześniej, w kolejnych referendach, wyborach i politycznych zawirowaniach nikt nie postawił pytania o wystąpienie z Unii. Dziś się to stało. Dopiero Cameron, niczym Pandora, otworzył puszkę nieszczęść, ale już wcześniej wielu pracowicie ją wypełniało. I bynajmniej nie wszyscy byli Brytyjczykami.
Dziś mieszkańcy Londynu i innych wielkich miast, Szkoci i Irlandczycy chcieliby puszkę na nowo zatrzasnąć. Rozumiem przerażenie: na transparentach powypisywali obronę miejsc pracy, systemu zdrowotnego i praw socjalnych, szacunek dla mniejszości, a nawet spóźnione wyznania miłości do Unii Europejskiej. Popieram demokratyczny odruch wyjścia w proteście na ulicę w obronie rozumu, racji stanu i odpowiedzialności, przeciw korumpowaniu demokracji populizmem, krótkowzrocznym partyjnym interesem i zwyczajnym kłamstwem.
To oczywiste, że protest odbywa się pod unijną flagą (kilka było, nie za dużo, ale w Londynie trudno kupić). W Warszawie społeczeństwo obywatelskie też demonstruje pod unijną flagą, bo stała się ona dla wielu symbolem wolności i praworządności, amuletem odstraszającym zmory nacjonalizmu i ksenofobii. W Londynie, jak w Warszawie czy Budapeszcie, eurofobia jest sztandarem populizmu. Ale niestety, drodzy Brytyjczycy, mleko się wylało, za późno. Bo jeśli wierzyć greckim mitom, raz otwartej puszki Pandory zatrzaskiwać nie wolno, by nie uwięzić na zawsze umieszczonej na jej dnie nadziei.
Historyczna rola Wielkiej Brytanii
Wielka Brytania zawsze miała kłopot z kontynentem. A odkąd rozpoczęła się integracja europejską miała kłopot z integracją (tu więcej na temat najdłuższego i zakończonego porażką rozszerzenia Europy). Dziś sama siebie doprowadziła do takiego poziomu eurofobii, że jej pozostanie w UE byłoby dla integracji destrukcyjne (tu więcej o zagrożeniach pozostania Wielkiej Brytanii w UE). Dokąd Wielka Brytania pozostawała państwem członkowskim, eurosceptyczne rządy innych, mniejszych państw mogły się wygodnie ukrywać za jej plecami. Dziś to Cameron powiedział im: "sprawdzam". Jarosław Kaczyński musi teraz składać deklaracje prounijności, niewiarygodne i bezsensowne, bo wygłaszane nacjonalistycznym językiem. Trudno, przyszedł moment, kiedy trzeba się będzie opowiedzieć.
Przeciąganie procesu występowania Wielkiej Brytanii z Unii oznaczałoby wydłużanie ponad wytrzymałość okresu niedomówień i niejasności, zarówno prawnej jak i politycznej. Pozwoliłoby to na zachowanie pozorów stabilności na rynku tylko na krótką metę, przygotowująć znacznie poważniejszy wstrząs w bliskiej przyszłość. Dlatego trzeba ten okres skrócić na ile się da i negocjować z Londynem tak, by zachować integralność Unii na ile to możliwe (tu więcej o wyzwaniach negocjacji). Pozostanie Wielkiej w Brytanii w Unii doprowadziłoby do erozji integracji. Jej odejście stwarza szansę trudnych, ale niezbędnych dla uratowania Unii przegrupowań i przewartościowań.
Przed zwycięstwem zwolenników Brexitu można się jeszcze było łudzić. Teraz okres złudzeń się skończył: Wielka Brytania nie może Unii wzmocnić, może ją jedynie wysadzić od środka. Sama też zresztą może się wysadzić: Szkotom i północnym Irlandczykom życzę jak najlepiej, niech zaczną prawne i polityczne starania o pozostanie w Unii jak najszybciej i jak najbardziej zdecydowanie. Ale choćby nie wiem jak cynicznie to zabrzmiało, ratowanie jedności i stabilności Wielkiej Brytanii kosztem integracji europejskiej nie leży w interesie żadnego członka Unii i nie leży w interesie Europy jako takiej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cameron David. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cameron David. Pokaż wszystkie posty
2016-07-03
2016-06-22
Brexit: z Brytyjczykami trzeba twardo
Po naszej stronie kanału La Manche mamy jakieś wyobrażenie tego, co się wydarzy, gdyby Wielka Brytania wystąpiła z Unii Europejskiej. Na listę konsekwencji, do niedawna wypełnionej przepowiedniami wieszczącymi grozę, coraz częściej trafiają przewidywania pozwalające zachować umiarkowany optymizm: końca świata nie będzie. Czy jednak nie za mało zastanawiamy się nad tym, co będzie, jeśli po raz kolejny Brytyjczycy postanowią jednak zostać częścią "superpaństwa"? Przekonanie, że w tym przypadku nie wydarzy się nic, jest złudne. Dobrego wyjścia z tej gry nie ma.
Lektura brytyjskich gazet podczas kampanii referendalnej u każdego zwolennika integracji europejskiej może wywołać zawrót głowy. To, że do druku tekstów na temat UE tamtejsze tabloidy (Sun, Daily-Express, Daily Mail), oficjalne organy prasowe obozu Leave, używają nie farby drukarskiej, ale smoły piekielnej wszyscy zdążyli przywyknąć. Czym większa bzdura, czym bardziej absurdalne kłamstwo, tym większa szansa, że przebije się do lokalnej opinii publicznej. Wszystkie zbierane przez lata euromity (kiedys poświęciłem im specjalną zakładkę), nawet te najgłupsze i tysiące razy prostowane, wylały się w referendalnej debacie.
Mniejsze zło
Jest jednak charakterystyczne, że również w obozie Remain mało jest pozytywnych myśli i jakiegokolwiek projektu na przyszłość. Nawet lektura takich gazet jak Guardian, Independent czy Daily Mirror (bulwarówka, która mówi o sobie "inteligentny tabloid"), które popierają kampanię na rzecz pozostania w UE, dowodzi, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje żelazna zasada: każda deklaracja na rzecz pozostania w UE musi zaczynać się od preambuły "wiem co prawda, że Unii daleko do doskonałości, ale ...". Jakby wręcz nie wypadało, z obawy przed utratą wiarygodności, mówić o zaletach członkostwa bez "ale".
Cameron, który referendalny cyrk rozpętał, stoi na straconej pozycji, bo trudno mu nagle zostać euroentuzjastą po tym, jak przez kilka lat wytrwale sicigał się z nacjonalistami w krytyce wszystkiego co "brukselskie". Jedyne, co mu zostało, to nawoływać do wyboru "mniejszego zła". Zwolennikom Remain z Partii Pracy niby powinno być łatwiej, bo nie oni to referendum wymyślili. Ale w UK po prostu nie da się o integracji europejskiej mówić pozytywnie.
W obu obozach dominuje język strachu. Strachu przed konsekwencjami: w obozie Leave, przed konsekwencjami zostania w UE, w obozie Remain - wyjścia z niej. Dziesiątki lat Europe-bashing i EU-bashing w debacie publicznej uformowało umysły opinii publicznej w taki sposób, że Unię można tu co najwyżej postrzegać jak mniejsze zło. Czy obecność w Unii państwa, które pozostaje w niej ze strachu i wbrew sobie rzeczywiście jest atutem dla integracji europejskiej? Wątpię.
Eksplozja emocji
Brytyjczycy niemal od zawsze mieli z kontynentem problem: fobia, ale i fascynacja (tutaj więcej na temat historycznych zaszłości). By pojąć niuanse referendalnej debaty na temat "in/out" warto pewnie wiedzieć, że tego samego terminu używają Brytyjczycy, gdy mówią o seksie, o czym niedawno, w genialny jak zwykle sposób, przypomniał John Oliver (tutaj nagranie - bardzo polecam). Ich relacja wobec Europy to zagadnienie dla psychoanalityka.
Brytyjczycy potrafią wspaniale debatować. Wczorajsza bitwa na słowa między obozem In i obozem Out, transmitowana przez BBC, była o wiele bardziej wciągająca niż wszystkie trzy mecze Euro 2016 rozegrane tego samego dnia. Na przykład soczysty retoryczny pojedynek między kolegami z tej samej partii, Borisem Johnsonem (pro- Out) i Theresą May (pro-In). Delicje. Johnson chyba już wyczerpał całą swoją eurofobiczną emfazę, może przekonać tylko przekonanych. May, Szkotka, była o niebo bardziej racjonalna i merytoryczna. Jest szansa, że to jej argumenty, a nie kłamstwa Johnsona, trafią do wciąż niezdecydowanych, którzy zdecydują o wyniku jutrzejszego referendum. Ale ona też do niedawna zbijała kapitał polityczny na krytyce UE, na przykład w kwestii europejskiego nakazu aresztowania. Dziś ze swej roli wywiązuje się świetnie, czy jednak jest wiarygodna? Chodzi jej o to samo, co Johnsonowi: o zagarnięcie jak największej części masy upadłościowej w przypadku porażki Camerona. A ta jest możliwa nawet w przypadku zwycięstwa Remain.
Podziały w partii torysów są dziś prawdopodobnie silniejsze niż kiedykolwiek we współczesnej historii tego ugrupowania. Konieczność licytowania się z ksenofobami z UKIP i z partyjek jeszcze bardziej na prawo jest dla torysów z obozu Leave wyniszczająca. Co gorsza, dramatycznie pogłębia i tak już silne podziały w brytyjskim społeczeństwie. Labourzystów jednoczy rola opozycji, ale i tam występują podziały między zwolennikami linii wyznaczonej tej partii lata temu przez Tony'ego Blaira a tymi, którzy chcą od niej odejść, między zwolennikami "trzeciej drogi" i lewicowymi suwerenistami.
Tragicznym akordem symfonii emocji było kilka dni temu zabójstwo Jo Cox, posłanki Partii Pracy zaangażowanej w kampanię na rzecz pozostania w UE. Bez względu na wynik referendum, który poznamy w piątek rano, podziały w brytyjskim społeczeństwie pozostaną na długo. A ponieważ, przynajmniej pozornie, to stosunek do integracji europejskiej wytycza linie podziałów, brytyjskie narodowe kłótnie nie pozostaną bez wpływu na i tak kiepską atmosferę w Unii. Jest bardzo możliwe, że pozostanie tak bardzo podzielonej Wielkiej Brytanii w UE będzie dla integracji europejskiej jeszcze bardziej destrukcyjne niż Brexit.
Zreformować Unię
David Cameron wygrał wybory i został premierem w dużej mierze dlatego, że dotrzymał słowa: obiecał referendum w sprawie wyjścia z Unii i rzeczywiście je zorganizował. Pewnie już zrozumiał, że strzelił sobie w stopę. Za późno. Nadal głosi, że jego celem jest zreformowanie UE, a nie wychodzenie z niej. Ale mnożąc opt-outy i derogacje, nie biorąc udziału w kluczowych europejskich inicjatywach Wielka Brytania sama ustawiła się w pozycji outsidera. A to kiepska pozycja dla reformatora. Cameron twierdzi, że pozostanie w UE da Wielkiej Brytanii prawo nadania integracji europejskiej nowego kierunku, podczas gdy wyjście z Unii prawa tego ją pozbawi, niekoniecznie zdejmując od razu z Londynu wszelkie powinności wynikające z unijnych traktatów. Faktycznie.
Ale ramy reformy, do której Cameron wzywa, zostały przezornie zapisane w porozumieniu, które pod egidą Donalda Tuska zawarły z wyspiarzami pozostałe państwa członkowskie. Powiedzmy sobie szczerze: chodzi tam bardziej o potwierdzenia brytyjskiej pozycji outsidera, niż o spektakularną reformę Unii jako takiej. I całe szczęście, bo reformowanie Unii według brytyjskiego scenariusza to gorsze niż reformowanie Polski według scenariusza "dobrej zmiany".
Owszem, państwa członkowskie zmarnowały kolejne okazje głębokiej reformy procesu integracji, do największego w swej historii rozszerzenia Unia przystąpiła nieprzygotowana. Owszem, daleko idące zmiany są potrzebne. Ale z pewnością nie te, i nie tak, jak widzi to Wielka Brytania. Nie powierza się remontu autostrady zażartemu przeciwnikowi motoryzacji, zwolennikowi alternatywnych dróg transportu. Paradoksalnie, to Brexit, a nie pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, może wymóc potrzebne reformy. Jest jednak mała szansa, że spodobają się one wszystkim. Pewnie najmniej tym, którzy stawiają na brytyjskiego konia w nadziei rozluźnienia europejskich więzów przy jednoczesnej woli utrzymania benefitów płynących z członkostwa. Jest jednak oczywiste, że reformowanie Unii z udziałem Brytyjczyków nie będzie służyło idei integracji europejskiej.
Zreformować Wielką Brytanię
Gdyby doszło do Brexitu, Brytyjczycy musieliby wreszcie przyznać, że bardziej niż o reformę Unii chodzi im o głębokie zmiany w Królestwie. Spór o Unię odsuwa jedynie w czasie odpowiedź na pytanie, jak miałyby one wyglądać. Kampania referendalna pozwoliła sformułować jedynie niektóre z oczekujących na rozwiązanie wyzwań. Wiele z nich jest całkowicie fałszywych (na przykład cytowana przez Johnsona suma kontrybucji, którą Wielka Brytania wpłaca tygodniowo do unijnego budżetu). Inne w ogóle nie dotyczą Unii (na przykład niektóre z przypisywanych Unii przepisów dotyczących prawa pracy czy ochrony zdrowia). Część jest związana z Unią, ale obciążanie Unii odpowiedzialnością za wszystkie brytyjskie niepowodzenia jest szczytem hipokryzji.
Dobrym przykładem jest problem migracji. Wszyscy widzieli zdjęcie Farage'a na tle plakatu ukazującego falę ciemnoskórych uchodźców. Ponoć to UE ponosi winę za atrakcyjność Europy jako kierunku emigracji. Jeżeli trzeba by wymienić tylko jedno państwo, które we współczesnej historii świata ponosi największą odpowiedzialność za arbitralne wyznaczanie granic, tworzenie i delegalizowanie państw, za kolonializm i taki a nie inny podział Bliskiego Wschodu, za emigrację setek tysięcy ludzi uciekających przed głodem, wojną i śmiercią, bez wahania wymieniłbym właśnie brytyjskie imperium. Obywatele Commonwelthu, z Indii, Pakistanu i innych części świata, przybywają do Wielkiej Brytanii z brytyjskimi paszportami (lub raczejdokumentami podróży).
Dla każdego, kto kiedykolwiek był w Londynie, dziwny może się wydawać strach deklarowany dziś strach przez "inwazją" ludzi o różnych kolorach skóry. Ale tu i ówdzie na brytyjskiej prowincji ten strach bardziej niż kiedykolwiek został podsycony ksenofobią i rasizmem, które napędzają kampanię referendalną niektórych członków UKIP-u i innych nacjonalistycznych ugrupowań. Imigracja kojarzy się też Brytyjczykom automatycznie z zagrożeniem terrorystycznym. Tak samo jest w większości państw europejskich. Ale mało które państwo europejskie ponosi porównywalną do brytyjskiej odpowiedzialność za wzrost tego zagrożenia. Ideologiczny terroryzm zaatakował w ostatnich dniach nie z tego kierunku zresztą, którego zwolennicy Brexitu tak się obawiali: Jo Cox została zamordowana przez skrajnie prawicowego eurofoba. Do katalogu brytyjskich strachów dołączył w konsekwencji jeszcze jednen: strach przed aktami przemocy dokonywanymi przez ksenofobiczną prawicę. To brytyjski problem: ani Remain ani Leave go nie rozwiążą.
Brytyjski sprzeciw wobec migrantów w Polsce kojarzy się zwykle z bliskowschodnimi uchodźcami. Błąd: leitmotiwem retoryki zwolenników wyjścia z UE jest zagrożenie ze strony imigrantów z Polski, Litwy czy Czech. Z punktu widzenia prawa unijnego chodzi o Europejczyków podejmujących pracę na terytorium jednolitego rynku zgodnie z zasadą swobody przepływu siły roboczej i kapitału. Ale nie tak to wygląda w ujęciu brexitowców. Dla nich "polski hydraulik" to ten bardziej kłopotliwy rodzaj imigranta. Bo wyposażony w unijny paszport nie może być ot tak sobie odesłany do domu ani pozbawiony przywilejów socjalnych i pracowniczych stworzonych dla posiadaczy paszportu Zjednoczonego Królestwa. Odstępstwa od unijnych reguł w tej dziedzinie są jednym z głównym punktów wynegocjowanego przez Camerona porozumienia z lutego tego roku.
Czy jednak rzeczywiście to Unia ponosi odpowiedzialność za setki tysięcy pracowników z Europy Środkowej i Wschodniej w Wielkiej Brytanii? Bardzo byliśmy wdzięczni Brytyjczykom, że tak pięknie, solidarnie się zachowali w momencie rozszerzenia Unii w 2004, gdy - w odróżnieniu od wielu innych unijnych państw - nie wystąpili o czasowe zwolnienie z obowiązku przestrzegania ujinych zasad wolnego przepływu ludzi. Nad Tamizę masowo ruszyli polscy elektrycy, kucharze, robotnicy. Mniej masowo eksperci od finansów, którym udało się zatrudnić w londyńskim City. Co się zmieniło od tego czasu? Zmieniła się koncepcja gospodarcza. Za czasów Blaira gospodarka otwarta, rynek pracy przyjmujący potrzebną siłę roboczą i wykwalifikowanych pracowników był elementem obowiązującego schematu. Dzisiaj schemat się zmienił. Wtedy podawaliśmy w Polsce Wielką Brytanie za przykład kraju, który nie skarży się na zbyt duże i przedwczesne rozszerzenie Unii. Dziś okazało się, że Wielka Brytania należy do grona państw, które uznały rozszerzenie zwane historycznym za historyczny błąd.
Seria kryzysów, które wstrząsnęły światem i Unią od 2008 tłumaczy oczywiście konieczność zmiany koncepcji rozwoju w tym czy innym państwie. Problem w tym, że brytyjscy zwolennicy wystąpienia z UE chcą narzucić innym państwom zmiany spełniające jeden podstawowy warunek: opłacalności dla Zjednoczonego Królestwa. Co więcej, chodzi o zmiany na przeczekanie, zanim sami Brytyjczycy zdobędą się na odwagę, by powiedzieć jak chcą zmienić swoje własne państwo. Zanim do tego dojdzie, Unia ma zgodzić się, by posłużyć za chłopca do bicia, który pozwoli rozładować wewnętrzne, brytyjskie spory. Przy czym z rozbrajającą szczerością wyspiarze przyznają: tak, tylko nasz interes jest ważny (ale jeszcze go nie zdefiniowaliśmy). Czy przyjęcie takich warunków pozostania Wielkiej Brytanii w Unii jest dobre dla integracji europejskiej? Bardzo to wątpliwe.
Dzień po
Wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii będzie bez wątpienia bardzo kosztowne i dla Unii i dla Wielkiej Brytanii. Kosztowne nie tylko finansowo, ale i politycznie. W wymiarze nie tylko makroekonomicznym, ale i mikroekonomicznym. Stracą przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa po obu stronach kanału. Przynajmniej niektóre. Inne pewnie zyskają. Nie sposób przewidzieć proporcje, ale byłoby naiwnością liczyć na przewagę zysków nad stratami. Ogólnie potencjał demograficzny, gospodarczy i dyplomatyczny UE po odejściu Wielkiej Brytanii ulegnie uszczupleniu. Ale jeżeli w perspektywie długoterminowej taka jest cena za uratowanie integracji europejskiej?
Efekt domina jako skutek Brexitu jest mało prawdopodobny. Domino ma to do siebie, że elementy tego samego kształtu i tej samej wagi spadają na siebie, a żaden z elementów europejskiej składanki nie jest porównywalny ze Zjednoczonym Królestwem. Podobnie jak Zjednoczone Królestwo, mimo porównań, które zdarzają się zwolennikom Brexitu, nie jest podobne do Norwegii ani Islandii. Brexit nie będzie oznaczać rozpadu UE, nawet jeżeli tendencje do opuszczenia UE mogą czasowo się wzmocnić w niektórych krajach. Bardziej prawdopodobne jest, że pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, wiążące się z realizacją zobowiązań zapisanych w porozumieniu z 18 lutego, skłoni inne państwa do wystąpienia o derogacje. Tak było wcześniej z brytyjskim rabatem wytargowanym przez Margaret Thatcher w 1984. O podobne "tymczasowe korekty" wystąpiły z powodzeniem Austria, Dania, Holandia, Niemcy i Szwecja.
Wyjście z Unii, gdyby w referendum wygrał Brexit, wymagałoby dwóch lat. Od innych państw członkowskich zależałoby, czy zechcą przyznać Brytyjczykom dodatkowy czas. Potem trzeba by negocjować stosunki między Wielką Brytanią, nie będącą już państwem członkowskim, a Unią. To kolejne dwa lata. Donald Tusk mówił o siedmiu latach bolesnych negocjacji. To dość luźne szacunki. Liczba ta nie znajduje potwierdzenia w traktacie, nie sposób też odwołać się do doświadczenia, bo żadne państwo nigdy z Unii nie występowało. Na razie tendencja jest taka, by w przypadku Brexitu negocjować z Brytyjczykami twardo. Dla przykładu. W rzeczywistości jednak przebieg negocjacji będzie zależał od państw członkowskich.
"Out is out"
Zapewnienie sobie przez Londyn spolegliwej postawy ze strony takich państw jak Polska czy Węgry, w których rządy sprawują obecnie eurosceptycy, mogłoby się okazać kosztowne dla brytyjskiego budżetu i politycznie ryzykowne dla Polski i Węgier, gdyby chciały podważyć wspólną unijną linię postępowania. Ale przeważyć mogą względy ideologiczne. Przynajmniej w przypadku PiS nie byłoby to zaskakujące, Orban wydaje się bardziej racjonalny. Ale Brytyjczycy mieliby też atuty negocjacyjne w rozmowach bilateralnych z takimi państwami jak na przykład Francja: powiązania gospodarcze są między nimi bardzo ścisłe, poza tym oba kraje zaangażowane są we współpracę militarną.
Żeby twarda i bezkompromisowa postawa negocjacyjna stała się faktem, trzeba by przejść do działania natychmiast. I taki jest plan: wspólne stanowisko 27 państw członkowskich wobec Londynu ma być przedmiotem decyzji na unijnym szczycie 28-29 czerwca. Spodziewane jest też wspólne stanowisko Niemiec i Francji. Gdyby do takiej sytuacji doszło rok temu, można by się spodziewać, że Polska odegra w tych rokowaniach ważną rolę. Pod rządami PiS, który w ciagu paru miesięcy zmarnotrawił europejski dorobek i szansę na zajęcie przez Polskę ważnego miejsca w nowej unijnej architekturze, nic takiego się nie stanie. Przeciwnie: każda inicjatywa zmierzająca do osłabienia dynamiki integracyjnej (a takiej postawy można spodziewać się po rządach PiS) przyspieszy materializację idei twardego jądra "prawdziwej" Unii, skupiającej w pierwszym rzędzie państwa strefy euro.
Szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker po raz kolejny zapowiedział, że nie będzie taryfy ulgowej dla Brytyjczyków: "out is out". Nie jest jednak jasne, jaką rolę będzie miała do odegrania Komisja. Również w tej sprawie decydujące mogą być konkluzje szczytu 28-29 czerwca. Na razie można sobie jedynie wyobrazić, że wychodzenie Wielkiej Brytanii z UE mogłoby się odbywać według scenariusza "rozszerzenia à rebours". Oznaczałoby to, że polityczne decyzje podejmują państwa członkowskie, w konsultacji z Parlamentem Europejskim, ale techniczne negocjacje prowadzi Komisja. Który z komisarzy miałby się tym zająć? Paradoksalnie, to komisarz do spraw rozszerzenia, Austriak Johannes Hahn, wydaje się najbardziej odpowiedni.
Zarówno w przypadku zwycięstwa Leave jak Remain konieczne będą negocjacje. I bez względu na wynik referendum, uległość wobec Wielkiej Brytanii miałaby opłakane skutki dla integracji europejskiej. Katastrofą zachodniej cywilizacji, wbrew temu co mówił Tusk, nie byłby Brexit. Katastrofą byłby koniec integracji.
Lektura brytyjskich gazet podczas kampanii referendalnej u każdego zwolennika integracji europejskiej może wywołać zawrót głowy. To, że do druku tekstów na temat UE tamtejsze tabloidy (Sun, Daily-Express, Daily Mail), oficjalne organy prasowe obozu Leave, używają nie farby drukarskiej, ale smoły piekielnej wszyscy zdążyli przywyknąć. Czym większa bzdura, czym bardziej absurdalne kłamstwo, tym większa szansa, że przebije się do lokalnej opinii publicznej. Wszystkie zbierane przez lata euromity (kiedys poświęciłem im specjalną zakładkę), nawet te najgłupsze i tysiące razy prostowane, wylały się w referendalnej debacie.
Mniejsze zło
Jest jednak charakterystyczne, że również w obozie Remain mało jest pozytywnych myśli i jakiegokolwiek projektu na przyszłość. Nawet lektura takich gazet jak Guardian, Independent czy Daily Mirror (bulwarówka, która mówi o sobie "inteligentny tabloid"), które popierają kampanię na rzecz pozostania w UE, dowodzi, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje żelazna zasada: każda deklaracja na rzecz pozostania w UE musi zaczynać się od preambuły "wiem co prawda, że Unii daleko do doskonałości, ale ...". Jakby wręcz nie wypadało, z obawy przed utratą wiarygodności, mówić o zaletach członkostwa bez "ale".
Cameron, który referendalny cyrk rozpętał, stoi na straconej pozycji, bo trudno mu nagle zostać euroentuzjastą po tym, jak przez kilka lat wytrwale sicigał się z nacjonalistami w krytyce wszystkiego co "brukselskie". Jedyne, co mu zostało, to nawoływać do wyboru "mniejszego zła". Zwolennikom Remain z Partii Pracy niby powinno być łatwiej, bo nie oni to referendum wymyślili. Ale w UK po prostu nie da się o integracji europejskiej mówić pozytywnie.
W obu obozach dominuje język strachu. Strachu przed konsekwencjami: w obozie Leave, przed konsekwencjami zostania w UE, w obozie Remain - wyjścia z niej. Dziesiątki lat Europe-bashing i EU-bashing w debacie publicznej uformowało umysły opinii publicznej w taki sposób, że Unię można tu co najwyżej postrzegać jak mniejsze zło. Czy obecność w Unii państwa, które pozostaje w niej ze strachu i wbrew sobie rzeczywiście jest atutem dla integracji europejskiej? Wątpię.
Eksplozja emocji
Brytyjczycy niemal od zawsze mieli z kontynentem problem: fobia, ale i fascynacja (tutaj więcej na temat historycznych zaszłości). By pojąć niuanse referendalnej debaty na temat "in/out" warto pewnie wiedzieć, że tego samego terminu używają Brytyjczycy, gdy mówią o seksie, o czym niedawno, w genialny jak zwykle sposób, przypomniał John Oliver (tutaj nagranie - bardzo polecam). Ich relacja wobec Europy to zagadnienie dla psychoanalityka.
Podziały w partii torysów są dziś prawdopodobnie silniejsze niż kiedykolwiek we współczesnej historii tego ugrupowania. Konieczność licytowania się z ksenofobami z UKIP i z partyjek jeszcze bardziej na prawo jest dla torysów z obozu Leave wyniszczająca. Co gorsza, dramatycznie pogłębia i tak już silne podziały w brytyjskim społeczeństwie. Labourzystów jednoczy rola opozycji, ale i tam występują podziały między zwolennikami linii wyznaczonej tej partii lata temu przez Tony'ego Blaira a tymi, którzy chcą od niej odejść, między zwolennikami "trzeciej drogi" i lewicowymi suwerenistami.
Tragicznym akordem symfonii emocji było kilka dni temu zabójstwo Jo Cox, posłanki Partii Pracy zaangażowanej w kampanię na rzecz pozostania w UE. Bez względu na wynik referendum, który poznamy w piątek rano, podziały w brytyjskim społeczeństwie pozostaną na długo. A ponieważ, przynajmniej pozornie, to stosunek do integracji europejskiej wytycza linie podziałów, brytyjskie narodowe kłótnie nie pozostaną bez wpływu na i tak kiepską atmosferę w Unii. Jest bardzo możliwe, że pozostanie tak bardzo podzielonej Wielkiej Brytanii w UE będzie dla integracji europejskiej jeszcze bardziej destrukcyjne niż Brexit.
Zreformować Unię
David Cameron wygrał wybory i został premierem w dużej mierze dlatego, że dotrzymał słowa: obiecał referendum w sprawie wyjścia z Unii i rzeczywiście je zorganizował. Pewnie już zrozumiał, że strzelił sobie w stopę. Za późno. Nadal głosi, że jego celem jest zreformowanie UE, a nie wychodzenie z niej. Ale mnożąc opt-outy i derogacje, nie biorąc udziału w kluczowych europejskich inicjatywach Wielka Brytania sama ustawiła się w pozycji outsidera. A to kiepska pozycja dla reformatora. Cameron twierdzi, że pozostanie w UE da Wielkiej Brytanii prawo nadania integracji europejskiej nowego kierunku, podczas gdy wyjście z Unii prawa tego ją pozbawi, niekoniecznie zdejmując od razu z Londynu wszelkie powinności wynikające z unijnych traktatów. Faktycznie.
Ale ramy reformy, do której Cameron wzywa, zostały przezornie zapisane w porozumieniu, które pod egidą Donalda Tuska zawarły z wyspiarzami pozostałe państwa członkowskie. Powiedzmy sobie szczerze: chodzi tam bardziej o potwierdzenia brytyjskiej pozycji outsidera, niż o spektakularną reformę Unii jako takiej. I całe szczęście, bo reformowanie Unii według brytyjskiego scenariusza to gorsze niż reformowanie Polski według scenariusza "dobrej zmiany".
Owszem, państwa członkowskie zmarnowały kolejne okazje głębokiej reformy procesu integracji, do największego w swej historii rozszerzenia Unia przystąpiła nieprzygotowana. Owszem, daleko idące zmiany są potrzebne. Ale z pewnością nie te, i nie tak, jak widzi to Wielka Brytania. Nie powierza się remontu autostrady zażartemu przeciwnikowi motoryzacji, zwolennikowi alternatywnych dróg transportu. Paradoksalnie, to Brexit, a nie pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, może wymóc potrzebne reformy. Jest jednak mała szansa, że spodobają się one wszystkim. Pewnie najmniej tym, którzy stawiają na brytyjskiego konia w nadziei rozluźnienia europejskich więzów przy jednoczesnej woli utrzymania benefitów płynących z członkostwa. Jest jednak oczywiste, że reformowanie Unii z udziałem Brytyjczyków nie będzie służyło idei integracji europejskiej.
Zreformować Wielką Brytanię
Gdyby doszło do Brexitu, Brytyjczycy musieliby wreszcie przyznać, że bardziej niż o reformę Unii chodzi im o głębokie zmiany w Królestwie. Spór o Unię odsuwa jedynie w czasie odpowiedź na pytanie, jak miałyby one wyglądać. Kampania referendalna pozwoliła sformułować jedynie niektóre z oczekujących na rozwiązanie wyzwań. Wiele z nich jest całkowicie fałszywych (na przykład cytowana przez Johnsona suma kontrybucji, którą Wielka Brytania wpłaca tygodniowo do unijnego budżetu). Inne w ogóle nie dotyczą Unii (na przykład niektóre z przypisywanych Unii przepisów dotyczących prawa pracy czy ochrony zdrowia). Część jest związana z Unią, ale obciążanie Unii odpowiedzialnością za wszystkie brytyjskie niepowodzenia jest szczytem hipokryzji.
Dobrym przykładem jest problem migracji. Wszyscy widzieli zdjęcie Farage'a na tle plakatu ukazującego falę ciemnoskórych uchodźców. Ponoć to UE ponosi winę za atrakcyjność Europy jako kierunku emigracji. Jeżeli trzeba by wymienić tylko jedno państwo, które we współczesnej historii świata ponosi największą odpowiedzialność za arbitralne wyznaczanie granic, tworzenie i delegalizowanie państw, za kolonializm i taki a nie inny podział Bliskiego Wschodu, za emigrację setek tysięcy ludzi uciekających przed głodem, wojną i śmiercią, bez wahania wymieniłbym właśnie brytyjskie imperium. Obywatele Commonwelthu, z Indii, Pakistanu i innych części świata, przybywają do Wielkiej Brytanii z brytyjskimi paszportami (lub raczejdokumentami podróży).
Brytyjski sprzeciw wobec migrantów w Polsce kojarzy się zwykle z bliskowschodnimi uchodźcami. Błąd: leitmotiwem retoryki zwolenników wyjścia z UE jest zagrożenie ze strony imigrantów z Polski, Litwy czy Czech. Z punktu widzenia prawa unijnego chodzi o Europejczyków podejmujących pracę na terytorium jednolitego rynku zgodnie z zasadą swobody przepływu siły roboczej i kapitału. Ale nie tak to wygląda w ujęciu brexitowców. Dla nich "polski hydraulik" to ten bardziej kłopotliwy rodzaj imigranta. Bo wyposażony w unijny paszport nie może być ot tak sobie odesłany do domu ani pozbawiony przywilejów socjalnych i pracowniczych stworzonych dla posiadaczy paszportu Zjednoczonego Królestwa. Odstępstwa od unijnych reguł w tej dziedzinie są jednym z głównym punktów wynegocjowanego przez Camerona porozumienia z lutego tego roku.
Czy jednak rzeczywiście to Unia ponosi odpowiedzialność za setki tysięcy pracowników z Europy Środkowej i Wschodniej w Wielkiej Brytanii? Bardzo byliśmy wdzięczni Brytyjczykom, że tak pięknie, solidarnie się zachowali w momencie rozszerzenia Unii w 2004, gdy - w odróżnieniu od wielu innych unijnych państw - nie wystąpili o czasowe zwolnienie z obowiązku przestrzegania ujinych zasad wolnego przepływu ludzi. Nad Tamizę masowo ruszyli polscy elektrycy, kucharze, robotnicy. Mniej masowo eksperci od finansów, którym udało się zatrudnić w londyńskim City. Co się zmieniło od tego czasu? Zmieniła się koncepcja gospodarcza. Za czasów Blaira gospodarka otwarta, rynek pracy przyjmujący potrzebną siłę roboczą i wykwalifikowanych pracowników był elementem obowiązującego schematu. Dzisiaj schemat się zmienił. Wtedy podawaliśmy w Polsce Wielką Brytanie za przykład kraju, który nie skarży się na zbyt duże i przedwczesne rozszerzenie Unii. Dziś okazało się, że Wielka Brytania należy do grona państw, które uznały rozszerzenie zwane historycznym za historyczny błąd.
Seria kryzysów, które wstrząsnęły światem i Unią od 2008 tłumaczy oczywiście konieczność zmiany koncepcji rozwoju w tym czy innym państwie. Problem w tym, że brytyjscy zwolennicy wystąpienia z UE chcą narzucić innym państwom zmiany spełniające jeden podstawowy warunek: opłacalności dla Zjednoczonego Królestwa. Co więcej, chodzi o zmiany na przeczekanie, zanim sami Brytyjczycy zdobędą się na odwagę, by powiedzieć jak chcą zmienić swoje własne państwo. Zanim do tego dojdzie, Unia ma zgodzić się, by posłużyć za chłopca do bicia, który pozwoli rozładować wewnętrzne, brytyjskie spory. Przy czym z rozbrajającą szczerością wyspiarze przyznają: tak, tylko nasz interes jest ważny (ale jeszcze go nie zdefiniowaliśmy). Czy przyjęcie takich warunków pozostania Wielkiej Brytanii w Unii jest dobre dla integracji europejskiej? Bardzo to wątpliwe.
Dzień po
Wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii będzie bez wątpienia bardzo kosztowne i dla Unii i dla Wielkiej Brytanii. Kosztowne nie tylko finansowo, ale i politycznie. W wymiarze nie tylko makroekonomicznym, ale i mikroekonomicznym. Stracą przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa po obu stronach kanału. Przynajmniej niektóre. Inne pewnie zyskają. Nie sposób przewidzieć proporcje, ale byłoby naiwnością liczyć na przewagę zysków nad stratami. Ogólnie potencjał demograficzny, gospodarczy i dyplomatyczny UE po odejściu Wielkiej Brytanii ulegnie uszczupleniu. Ale jeżeli w perspektywie długoterminowej taka jest cena za uratowanie integracji europejskiej?
Efekt domina jako skutek Brexitu jest mało prawdopodobny. Domino ma to do siebie, że elementy tego samego kształtu i tej samej wagi spadają na siebie, a żaden z elementów europejskiej składanki nie jest porównywalny ze Zjednoczonym Królestwem. Podobnie jak Zjednoczone Królestwo, mimo porównań, które zdarzają się zwolennikom Brexitu, nie jest podobne do Norwegii ani Islandii. Brexit nie będzie oznaczać rozpadu UE, nawet jeżeli tendencje do opuszczenia UE mogą czasowo się wzmocnić w niektórych krajach. Bardziej prawdopodobne jest, że pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, wiążące się z realizacją zobowiązań zapisanych w porozumieniu z 18 lutego, skłoni inne państwa do wystąpienia o derogacje. Tak było wcześniej z brytyjskim rabatem wytargowanym przez Margaret Thatcher w 1984. O podobne "tymczasowe korekty" wystąpiły z powodzeniem Austria, Dania, Holandia, Niemcy i Szwecja.
Wyjście z Unii, gdyby w referendum wygrał Brexit, wymagałoby dwóch lat. Od innych państw członkowskich zależałoby, czy zechcą przyznać Brytyjczykom dodatkowy czas. Potem trzeba by negocjować stosunki między Wielką Brytanią, nie będącą już państwem członkowskim, a Unią. To kolejne dwa lata. Donald Tusk mówił o siedmiu latach bolesnych negocjacji. To dość luźne szacunki. Liczba ta nie znajduje potwierdzenia w traktacie, nie sposób też odwołać się do doświadczenia, bo żadne państwo nigdy z Unii nie występowało. Na razie tendencja jest taka, by w przypadku Brexitu negocjować z Brytyjczykami twardo. Dla przykładu. W rzeczywistości jednak przebieg negocjacji będzie zależał od państw członkowskich.
"Out is out"
Zapewnienie sobie przez Londyn spolegliwej postawy ze strony takich państw jak Polska czy Węgry, w których rządy sprawują obecnie eurosceptycy, mogłoby się okazać kosztowne dla brytyjskiego budżetu i politycznie ryzykowne dla Polski i Węgier, gdyby chciały podważyć wspólną unijną linię postępowania. Ale przeważyć mogą względy ideologiczne. Przynajmniej w przypadku PiS nie byłoby to zaskakujące, Orban wydaje się bardziej racjonalny. Ale Brytyjczycy mieliby też atuty negocjacyjne w rozmowach bilateralnych z takimi państwami jak na przykład Francja: powiązania gospodarcze są między nimi bardzo ścisłe, poza tym oba kraje zaangażowane są we współpracę militarną.
Żeby twarda i bezkompromisowa postawa negocjacyjna stała się faktem, trzeba by przejść do działania natychmiast. I taki jest plan: wspólne stanowisko 27 państw członkowskich wobec Londynu ma być przedmiotem decyzji na unijnym szczycie 28-29 czerwca. Spodziewane jest też wspólne stanowisko Niemiec i Francji. Gdyby do takiej sytuacji doszło rok temu, można by się spodziewać, że Polska odegra w tych rokowaniach ważną rolę. Pod rządami PiS, który w ciagu paru miesięcy zmarnotrawił europejski dorobek i szansę na zajęcie przez Polskę ważnego miejsca w nowej unijnej architekturze, nic takiego się nie stanie. Przeciwnie: każda inicjatywa zmierzająca do osłabienia dynamiki integracyjnej (a takiej postawy można spodziewać się po rządach PiS) przyspieszy materializację idei twardego jądra "prawdziwej" Unii, skupiającej w pierwszym rzędzie państwa strefy euro.
Szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker po raz kolejny zapowiedział, że nie będzie taryfy ulgowej dla Brytyjczyków: "out is out". Nie jest jednak jasne, jaką rolę będzie miała do odegrania Komisja. Również w tej sprawie decydujące mogą być konkluzje szczytu 28-29 czerwca. Na razie można sobie jedynie wyobrazić, że wychodzenie Wielkiej Brytanii z UE mogłoby się odbywać według scenariusza "rozszerzenia à rebours". Oznaczałoby to, że polityczne decyzje podejmują państwa członkowskie, w konsultacji z Parlamentem Europejskim, ale techniczne negocjacje prowadzi Komisja. Który z komisarzy miałby się tym zająć? Paradoksalnie, to komisarz do spraw rozszerzenia, Austriak Johannes Hahn, wydaje się najbardziej odpowiedni.
Zarówno w przypadku zwycięstwa Leave jak Remain konieczne będą negocjacje. I bez względu na wynik referendum, uległość wobec Wielkiej Brytanii miałaby opłakane skutki dla integracji europejskiej. Katastrofą zachodniej cywilizacji, wbrew temu co mówił Tusk, nie byłby Brexit. Katastrofą byłby koniec integracji.
2016-06-21
Najdłuższe rozszerzenie nowoczesnej Europy
Najdłuższe rozszerzenie Unii Europejskiej zaczęło się w 1961, gdy Unia jeszcze się tak nawet nie nazywała. Dwukrotnie zostało zablokowane francuskim wetem. W 1973 roku nastąpił jego kluczowy moment: Wielka Brytania przystąpiła wreszcie do Wspólnot. W 2016, za parę dni, jego historia może się formalnie zakończyć, jeśli Brytyjczycy zagłosują za wystąpieniem z UE. Jeśli zagłosują za pozostaniem, najdłuższe i najbardziej nieudane rozszerzenie przejdzie w fazę gnicia, wyniszczającego dla Unii.
Kiedy David Cameron rozpoczął swoje krótkowzroczne politykierskie gierki sam nie wierzył, że do Brexitu może dojść. Chodziło jedynie o przejęcie eurofobicznego (bo eurosceptyczny to cała reszta) elektoratu, który pozwalał dostać się do Parlamentu Europejskiego przedstawicielom nacjonalistycznego, postkolonialnego ugrupowania UKIP, z Nagelem Faragem na czele. Do Parlamentu Europejskiego, na eksport, bo w wyborach krajowych nie odgrywali specjalnego znaczenia. Do czasu. Kiedy popracie sondażowe w brytyjskich wyborach zaczęło im rosnąć kosztem torysów, Cameron się wystraszył, że utraci tekę premiera i przywództwo w partii konserwatywnej i postanowił być bardziej eurofobiczny, niż UKIP.
Rozpętał nacjonalistyczną kampanię. Bezskutecznie starał się nad nią zapanować nawołując Brytyjczyków do pozostania w Unii i stając na czele obozu Remain. Dziś znów jest przerażony, bo zwycięstwo obozu Leave może oznaczać jego własną polityczną porażkę i prawdopodobnie utratę teki premiera. Czy gra warta była świeczki? Za późno, by pluć sobie w brodę. Torysi, których chciał zjednoczyć, są dziś podzieleni bardziej niż kiedykolwiek. Nie jest przesadą określenie tych podziałów mianem wewnątrzpartyjnej wojny domowej. Jeśli przegra referendum, będzie mógł tylko odejść.
Na to liczy mer Londynu Borys Johnson, z tej samej co Cameron partii, nawołujący do głosowania przeciw pozostaniu w UE, gracz jeszcze bardziej cyniczny niż Cameron, który marzy tylko o jednym: zostać kalifem w miejsce kalifa. Na pytanie dziennikarzy o spodziewany wynik liczbowy referendum szczerze odpowiedział, że dla niego ważna w tym referendum jest tylko jedna liczba: "10", od 10 Downing Street, adresu siedziby premiera. Europa nie po raz pierwszy zresztą wyznacza linię podziału wewnątrz partii konserwatywnej. Za swój głęboki eurosceptycyzm odsunięciem od władzy w partii zapłaciła też kiedyś Mragaret Thatcher, bo w tamtych czasach nurt proeuropejski (a raczej przekonany o zaletach wspólnego rynku) był w jej otoczeniu dominujący.
Wyspa
Wielu tłumaczy inność Brytyjczyków ich wyspiarską naturą. Jakby słynna formuła, prowokująca banalnością, od której rozpoczął jeden ze swych wykładów francuski socjologa i historyk, André Siegfried: "Anglia jest wyspą", starczała za całą odpowiedź. Ale czyż nie ma w Europie innych wysp? Nie mniej niż wyspiarstwo o postawie Brytyjczyków wobec reszty świata dcyduje wciąż żywe wspomnienie cesarstwa. Może to małostkowe, ale nie będę im współczuł, gdy się przebudzą. Obama próbował im powiedzieć, że ich cesarstwa nie ma, i że liczą się dla Waszyngtonu przede wszystkim jako część postimperialnej Europy. Śmiertelnie się na niego obrazili.
Niewątpliwe uzasadnione jest twierdzenie, że naprawdę ważny podział przebiega nad Tamizą nie między lewicą a prawicą, ale między zwolennikami otwarcia i współpracy z kontynentem a tymi, którzy na kontynent patrzą z nieposkromioną nieufnością. Ci drudzy są dziś w natarciu. Nie po raz pierwszy, choć nie zawsze wywodzili się z partii konserwatywnej. Kiedyś to Partia Pracy była liderem obozu eurosceptycznego (to znaczy przeciwnego wspólnemu rynkowi).
Niezmienność
Gdy w 1946 roku Churchil wzywał do zjednoczenia Europy, nie myślał bynajmniej o uczestnictwie swego kraju w tym przedsięwzięciu. Zjednoczone Królestwo miało Commonwelth, po co mu jakaś Europa? Chyba, że jako rynek zbytu. Wielu Brytyjczyków myśli tymi kategoriami do dziś. Z apelu Churchila narodziła się międzynarodowa Rada Europy, ale uważanie go za ojca założyciela ponadnarodowej Unii Europejskiej to daleko idące nadużycie.
Kiedy powstawała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, Wielka Brytania została zaproszona do udziału, ale nie była zainteresowana. Nigdy nie zrozumiem, czemu nie przystąpili - mówił jeden z głównych architektów integracji europejskiej Jean Monnet. Tłumaczył to sobie zmitologizowanym ponad miarę zwycięstwem Brytyjczyków w czasie II wojny światowej, iluzją, że można utrzymać stan posiadania, bez konieczności zmiany, dostosowania się do nowej koniunktury. Pewnie Monnet miał rację: Brytyjczycy, zapominając o tysiącach Europejczyków, żołnierzach z czternastu krajów, wśród nich Czechach i Polakach, którzy obronili wyspę przed niemiecką inwazją, uwierzyli, że nikogo nie potrzebują. I to przekonanie, utrwalone mitem Bitwy o Anglię, przetrwało do dzisiaj.
Podobnie jak przekonanie, niezmienne od czasów normandzkiego najazdu w 1066, że wyspy trzeba bronić przed obcym podbojem. To od tego czasu liczyć należy zacieśnienie związków Anglii (wcześniej w skandynawskiej sferze wpływów) z Europą i schizofreniczny stosunek Anglików do kontynentu, mentalnie dzielący wyspiarzy na dwa wrogie obozy. Tak, powiązanie Anglii z Europą jest wynikiem inwazji. Kojarzy się z podporządkowaniem obcemu. Anglicy patrzą na kontynent z pełnym nieufności zauroczeniem. Anglia jest emocjonalnie przywiązana do Europy również w dobrym znaczeniu tego słowa. Anglicy po prostu kochają Europę inaczej.
Rynek
Po nieudanej próbie zabezpieczenia swoich interesów poprzez utworzenie konkurencyjnej wobec Wspólnoty Europejskiej organizacji wolnego handlu EFTA, w 1961 roku wystąpili o przystąpienie do wspólnego europejskiego rynku. De Gaulle, dwukrotnie blokując wejście Wielkiej Brytanii do Wspólnot, twierdził, że wyspiarze są "z gruntu wrodzy" idei jednoczenia kontynentu. Niewątpliwie miał rację. Ale też Brytyjczycy nie wierzyli, że integracja europejska może przybrać polityczne formy, naprawdę myśleli, że na jednolitym rynku się skończy. Mają dziś trochę rację, gdy twierdzą: nie na taką Europę się umawialiśmy. Należy jednak od razu dodać, że umawiali się sami ze sobą: nikt im nie obiecywał, że dynamika integracji europejskiej zostanie poddporządkowana wyspiarskim stanom świadomości.
Gdy po traktacie z Maastricht Unia Europejska odsłoniła swe nie tylko merkantylne, ale i polityczne oblicze, nie mogła być już postrzegana przez Brytyjczyków tylko jako EFTA w wersji turbo. Małżeństwo z rozsądku zaczęło się kruszyć zanim zostało skonsumowane. "Superpaństwo", któremu Margaret Thatcher wydarła "brytyjski rabat", swoisty haracz za obecność, stało się ulubionym chłopcem do bicia brytyjskich tabloidów, coraz większej części klasy politycznej, i wreszcie wyrosłych z niebytu nacjonalistycznych partii kanapowych, takich jak UKIP, których jedyną raison d'être była i jest eurofobia.
Oswojenie
W możliwość rozpadu małżeństwa z rozsądku uwierzyć trudno tak długo, jak wierzy się w rozsądek. Dlatego niewielu dawało na początku szansę powodzenia zwolennikom Brexitu. Wynegocjowane w lutym porozumienie, choć nie było dla Camerona zwycięstwem, jakiego się spodziewał, miało mu pozwolić na skuteczne sprzedanie w kampanii referendalnej opowieści o Unii "reformowanej" przez mężnych synów Albionu. Unii zaś miało zapewnić utrzymanie w swoich szeregach niesfornego, ale stanowiącego 16% unijnego PKB państwa członkowskiego, drugiej gospodarki UE i jednego z głównych centrów finansowych świata.
Wiara w rozsądek zniknęła, gdy na dłużej utrwalił się trend wskazujący na stabilna przewagę zwolenników wyjścia z UE. Z jednej strony rozpoczęły się dramatyczne apele do Brytyjczyków, by jednak zostali, dowody miłości, i graniczące z histerią (rzadkie, na szczęście) skowyty, jak choćby opinia Donalda Tuska, że wyjściemWielkiej Brytanii z Unii oznaczać będzie koniec zachodniej cywilizacji.
Świadomość, że do Brexitu jednak może dojść, zaczęła wzrastać. Eksperci zaczęli się z nią oswajać. Rynki i instytucje unijne, bez rozgłosu, przygotowały plany awaryjne. I jak zwykle w konfrontacji z nieuchronną rzeczywistością zaczęto, po cichu, szukać dobrych stron złej koniunktury. Bo w gruncie rzeczy czy nie lepiej wreszcie położyć kres nieustannym brytyjskim fochom i zakończyć najdłuższe rozszerzenie nowoczesnej Europy? Czy, faktycznie, nie lepiej nauczyć się żyć bez Brytyjczyków, niż w nieskończoność przedłużać rozpad pożycia?
Na podobny temat
Kiedy David Cameron rozpoczął swoje krótkowzroczne politykierskie gierki sam nie wierzył, że do Brexitu może dojść. Chodziło jedynie o przejęcie eurofobicznego (bo eurosceptyczny to cała reszta) elektoratu, który pozwalał dostać się do Parlamentu Europejskiego przedstawicielom nacjonalistycznego, postkolonialnego ugrupowania UKIP, z Nagelem Faragem na czele. Do Parlamentu Europejskiego, na eksport, bo w wyborach krajowych nie odgrywali specjalnego znaczenia. Do czasu. Kiedy popracie sondażowe w brytyjskich wyborach zaczęło im rosnąć kosztem torysów, Cameron się wystraszył, że utraci tekę premiera i przywództwo w partii konserwatywnej i postanowił być bardziej eurofobiczny, niż UKIP.
Rozpętał nacjonalistyczną kampanię. Bezskutecznie starał się nad nią zapanować nawołując Brytyjczyków do pozostania w Unii i stając na czele obozu Remain. Dziś znów jest przerażony, bo zwycięstwo obozu Leave może oznaczać jego własną polityczną porażkę i prawdopodobnie utratę teki premiera. Czy gra warta była świeczki? Za późno, by pluć sobie w brodę. Torysi, których chciał zjednoczyć, są dziś podzieleni bardziej niż kiedykolwiek. Nie jest przesadą określenie tych podziałów mianem wewnątrzpartyjnej wojny domowej. Jeśli przegra referendum, będzie mógł tylko odejść.
Na to liczy mer Londynu Borys Johnson, z tej samej co Cameron partii, nawołujący do głosowania przeciw pozostaniu w UE, gracz jeszcze bardziej cyniczny niż Cameron, który marzy tylko o jednym: zostać kalifem w miejsce kalifa. Na pytanie dziennikarzy o spodziewany wynik liczbowy referendum szczerze odpowiedział, że dla niego ważna w tym referendum jest tylko jedna liczba: "10", od 10 Downing Street, adresu siedziby premiera. Europa nie po raz pierwszy zresztą wyznacza linię podziału wewnątrz partii konserwatywnej. Za swój głęboki eurosceptycyzm odsunięciem od władzy w partii zapłaciła też kiedyś Mragaret Thatcher, bo w tamtych czasach nurt proeuropejski (a raczej przekonany o zaletach wspólnego rynku) był w jej otoczeniu dominujący.
Wyspa
Wielu tłumaczy inność Brytyjczyków ich wyspiarską naturą. Jakby słynna formuła, prowokująca banalnością, od której rozpoczął jeden ze swych wykładów francuski socjologa i historyk, André Siegfried: "Anglia jest wyspą", starczała za całą odpowiedź. Ale czyż nie ma w Europie innych wysp? Nie mniej niż wyspiarstwo o postawie Brytyjczyków wobec reszty świata dcyduje wciąż żywe wspomnienie cesarstwa. Może to małostkowe, ale nie będę im współczuł, gdy się przebudzą. Obama próbował im powiedzieć, że ich cesarstwa nie ma, i że liczą się dla Waszyngtonu przede wszystkim jako część postimperialnej Europy. Śmiertelnie się na niego obrazili.
Niewątpliwe uzasadnione jest twierdzenie, że naprawdę ważny podział przebiega nad Tamizą nie między lewicą a prawicą, ale między zwolennikami otwarcia i współpracy z kontynentem a tymi, którzy na kontynent patrzą z nieposkromioną nieufnością. Ci drudzy są dziś w natarciu. Nie po raz pierwszy, choć nie zawsze wywodzili się z partii konserwatywnej. Kiedyś to Partia Pracy była liderem obozu eurosceptycznego (to znaczy przeciwnego wspólnemu rynkowi).
Niezmienność
Gdy w 1946 roku Churchil wzywał do zjednoczenia Europy, nie myślał bynajmniej o uczestnictwie swego kraju w tym przedsięwzięciu. Zjednoczone Królestwo miało Commonwelth, po co mu jakaś Europa? Chyba, że jako rynek zbytu. Wielu Brytyjczyków myśli tymi kategoriami do dziś. Z apelu Churchila narodziła się międzynarodowa Rada Europy, ale uważanie go za ojca założyciela ponadnarodowej Unii Europejskiej to daleko idące nadużycie.
![]() |
| Wilhelm Zdobywca, Tkanina z Bayeux,
by Myrabella
|
Podobnie jak przekonanie, niezmienne od czasów normandzkiego najazdu w 1066, że wyspy trzeba bronić przed obcym podbojem. To od tego czasu liczyć należy zacieśnienie związków Anglii (wcześniej w skandynawskiej sferze wpływów) z Europą i schizofreniczny stosunek Anglików do kontynentu, mentalnie dzielący wyspiarzy na dwa wrogie obozy. Tak, powiązanie Anglii z Europą jest wynikiem inwazji. Kojarzy się z podporządkowaniem obcemu. Anglicy patrzą na kontynent z pełnym nieufności zauroczeniem. Anglia jest emocjonalnie przywiązana do Europy również w dobrym znaczeniu tego słowa. Anglicy po prostu kochają Europę inaczej.
Rynek
Po nieudanej próbie zabezpieczenia swoich interesów poprzez utworzenie konkurencyjnej wobec Wspólnoty Europejskiej organizacji wolnego handlu EFTA, w 1961 roku wystąpili o przystąpienie do wspólnego europejskiego rynku. De Gaulle, dwukrotnie blokując wejście Wielkiej Brytanii do Wspólnot, twierdził, że wyspiarze są "z gruntu wrodzy" idei jednoczenia kontynentu. Niewątpliwie miał rację. Ale też Brytyjczycy nie wierzyli, że integracja europejska może przybrać polityczne formy, naprawdę myśleli, że na jednolitym rynku się skończy. Mają dziś trochę rację, gdy twierdzą: nie na taką Europę się umawialiśmy. Należy jednak od razu dodać, że umawiali się sami ze sobą: nikt im nie obiecywał, że dynamika integracji europejskiej zostanie poddporządkowana wyspiarskim stanom świadomości.
Gdy po traktacie z Maastricht Unia Europejska odsłoniła swe nie tylko merkantylne, ale i polityczne oblicze, nie mogła być już postrzegana przez Brytyjczyków tylko jako EFTA w wersji turbo. Małżeństwo z rozsądku zaczęło się kruszyć zanim zostało skonsumowane. "Superpaństwo", któremu Margaret Thatcher wydarła "brytyjski rabat", swoisty haracz za obecność, stało się ulubionym chłopcem do bicia brytyjskich tabloidów, coraz większej części klasy politycznej, i wreszcie wyrosłych z niebytu nacjonalistycznych partii kanapowych, takich jak UKIP, których jedyną raison d'être była i jest eurofobia.
Oswojenie
W możliwość rozpadu małżeństwa z rozsądku uwierzyć trudno tak długo, jak wierzy się w rozsądek. Dlatego niewielu dawało na początku szansę powodzenia zwolennikom Brexitu. Wynegocjowane w lutym porozumienie, choć nie było dla Camerona zwycięstwem, jakiego się spodziewał, miało mu pozwolić na skuteczne sprzedanie w kampanii referendalnej opowieści o Unii "reformowanej" przez mężnych synów Albionu. Unii zaś miało zapewnić utrzymanie w swoich szeregach niesfornego, ale stanowiącego 16% unijnego PKB państwa członkowskiego, drugiej gospodarki UE i jednego z głównych centrów finansowych świata.
Wiara w rozsądek zniknęła, gdy na dłużej utrwalił się trend wskazujący na stabilna przewagę zwolenników wyjścia z UE. Z jednej strony rozpoczęły się dramatyczne apele do Brytyjczyków, by jednak zostali, dowody miłości, i graniczące z histerią (rzadkie, na szczęście) skowyty, jak choćby opinia Donalda Tuska, że wyjściemWielkiej Brytanii z Unii oznaczać będzie koniec zachodniej cywilizacji.
Świadomość, że do Brexitu jednak może dojść, zaczęła wzrastać. Eksperci zaczęli się z nią oswajać. Rynki i instytucje unijne, bez rozgłosu, przygotowały plany awaryjne. I jak zwykle w konfrontacji z nieuchronną rzeczywistością zaczęto, po cichu, szukać dobrych stron złej koniunktury. Bo w gruncie rzeczy czy nie lepiej wreszcie położyć kres nieustannym brytyjskim fochom i zakończyć najdłuższe rozszerzenie nowoczesnej Europy? Czy, faktycznie, nie lepiej nauczyć się żyć bez Brytyjczyków, niż w nieskończoność przedłużać rozpad pożycia?
Na podobny temat
Przychodzi Cameron do Szydło, a Szydło też... (10.12.2015)
O czym zapomniał Cameron i jego polscy wielbiciele (24.01.2013)
Cameron-Europejczyk i Algieria (18.01.2013)
Cameron i lampa Alladyna (15.01.2013)
Za budżetem, kupą Mości Panowie! (17.11.2012)
Oraz: przemówienia Winstona Churchilla, Margaret Thatcher, Jona Majora, Tony'ego Blaira i Davida Camerona można przeczytać w całości (po angielsku) w zakładce Lektury.
2016-01-06
Przyjdzie Unia i wyrówna
W środę 13 stycznia unijni komisarze będą omawiać sytuację w Polsce. Tydzień później, 19 stycznia, o praworządności w naszym kraju debatować będzie na sesji plenarnej Parlament Europejski. Dzień wcześniej do Brukseli udaje się prezydent Duda. Europejska i światowa prasa coraz częściej analizuje stan polskiej demokracji. KOD i opozycja prodemokratyczna patrzy z nadzieją na kontrolne działania UE i nacisk międzynarodowej opinii publicznej. W kraju, gdzie znajomość polityki międzynarodowej jest tak ograniczona, że nawet szef MSZ nie wie, że jest dyplomatą, emfaza w opisie sytuacji zaczyna być nużąca. Kilka słów wyjaśnienia.
W reakcji na zainteresowanie Europy i świata sytuacją w Polsce, PiS przestrzega "obcych" przed ingerowaniem w wewnętrzne sprawy kraju, którym niepodzielnie rządzi. Znamy tę reakcję z czasów PRL i z innych reżymów autorytarnych: Białorusi czy Korei Północnej. Zwracając się do polskiej opinii publicznej politycy PiS rozbudzają ksenofobiczne i germanofobiczne nastroje. Tych, którzy chcąc powstrzymać demontaż demokracji w Polsce, organizują protesty w kraju i wypatrują odsieczy z zagranicy, oskarżają o zdradę narodową.
W święto Trzech Króli faktyczny przywódca państwa, Jarosław Kaczyński, spotyka się z Viktorem Orbànem, który jak mało kto jest wprawiony w bojach z europejską opinią publiczną i z krytyką działań swego rządu formułowaną w Brukseli, Strasburgu czy Waszyngtonie. Niewątpliwie chodzi o tak zwaną "wymianę dobrych praktyk" w demontowaniu demokracji i dezintegracji Europy (rozmowa odbyła się przeddzień spotkania Orbàn - Cameron).
Próby tłumaczenia stanowiska polskich władz podjęte przez ministra Waszczykowskiego obrodziły jedynie zabawnymi cytatami, ośmieszającymi polski rząd i pokazującymi, że państwo PiS jest z innego świata, z innej czasoprzestrzeni, z innej, nieistniejącej (jeszcze?) Europy. Co do jednego PiS jednak już się przekonał: założenie, że wymierzony przeciw demokracji i praworządności blitzkrieg da się zrealizować niepostrzeżenie, okazało się blędne, bo zarówno w Polsce jak i w Europie pojawili się ludzie i instytucje, którzy postanowili się działaniom PiS przeciwstawić. Warto jednak zrozumieć, jak ten sprzeciw na europejskiej arenie działa. Choćby po to, żeby uniknąć rozczarowań.
Komisja Europejska poruszy temat
W niedzielę 3 stycznia rzeczniczka Komisji Europejskiej zapowiedziała, że kwestia Polski zostanie omówiona na posiedzeniu 13 stycznia oraz, że oznacza to rozpoczęcie procedury zwanej "działaniami UE na rzecz umacniania praworządności". W prasie zinterpretowano tę zapowiedź jako zastosowanie w stosunku do Polski artykułu 7. traktatu, zwanego "opcją nuklearną". Przewiduje on możliwość nałożenia sankcji na kraj systematycznie naruszający zasady praworządności. Najcięższą sankcją jest pozbawienie takiego kraju prawa głosu w Radzie UE. Ale skoro o sankcjach mowa, to w prasie pojawiły się też dywagacje na temat pozbawienia Polski funduszy unijnych.
Jednak nieco później Komisja zmieniła stanowisko, tłumacząc, że chodzi tylko "debatę orientacyjną", a nie o rozpoczęcie "procedury". Wyjaśniła, że wiceprzewodniczący Komisji Timmermans wysłał do polskich władz pismo z prośbą o wyjaśnienie wątpliwości, jakie budzą w Brukseli niektóre poczynania rządzącej większości parlamentarnej, i że nie może wszczynać żadnych procedur przed otrzymaniem odpowiedzi. A więc: czekamy.
Kilka słów wyjaśnienia. Po pierwsze, ta zmiana stanowiska Komisji odzwierciedla wewnętrzne podziały w unijnej egzekutywie. Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o ciało kolegialne. Są w Komisji takie osoby, które szczerze wierzą, że praworządność i demokracja to fundamenty Unii i trzeba ich bronić. Ale zdarzają się komisarze, którzy nie mają tak jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. A na przykład Węgier Tibor Navracsics, człowiek Orbàna, ma zdanie przeciwne, co oczywiste. Poza przekonaniami, jest też kwestia taktyki. Komisarze wiedzą, że uprawnienia pozwalające instytucjom UE na przeciwdziałanie demontażowi demokracji w państwach członkowskich są bardzo ograniczone. Czy warto spieszyć się z wykonywaniem gestów, o których z góry wiadomo, że mogą okazać się symboliczne?
Takie wątpliwości ma na przykład pierwszy wiceprzewodniczący Komisji, Timmermans. Podobnie jak kilku innych komisarzy uważa, że działania wobec Węgier nie przyniosły zamierzonego skutku (myślę, że się myli: na tyle, ile mogły, skutek przyniosły: Budapeszt, ale również Bułgaria, Słowacja, Rumunia czy Francja musiały wycofać się z działań uznanych w Brukseli za sprzeczne z unijnymi wartościami). Z kolei szara eminencja Komisji, szef gabinetu Junckera, Martin Selmayr, jest przeciwnego zdania. Uważa, że działania wobec Węgier przyniosłyby lepsze efekty, gdyby były bardziej zdecydowane i dlatego wobec władz w Warszawie trzeba być twardym od samego początku.
Po drugie, Komisja nie ma w Polsce, w odróżnieniu od Węgier, oczywistego interlokutora. Tam szefem jest premier. Kto jest szefem w Polsce? Jak rozmawiać z tym, kto o wszystkim decyduje, choć nie pełni żadnej państwowej funkcji? Orbàn miał (i ma) oddanego sobie ambasadora w Brukseli. Jaki jest mandat polskiego ambasadora? Czy go zaraz nie odwołają? Za czasów Barroso, gdy spór z Orbànem sięgał zenitu, Komisja wiedziała też, kto jest jego przedstawicielem w Parlamencie Europejskim. A w przypadku Polski: Czarnecki? Śmiech na sali. Są pretendenci, ale nikt nie ma mandatu.
"Debata" w Komisji Europejskiej, uruchomienie "procedury" i perspektywa "sankcji"
I wreszcie, kilka słów o "debacie" i o "procedurze". W najbliższą środę sytuacja w Polsce będzie jednym z punktów porządku dnia cotygodniowego posiedzenia 28 komisarzy. Jednym z punktów. Cotygodniowego. Nie chodzi więc o żadną wielką, publiczną "debatę" w znaczeniu parlamentarnym. Ma ona być orientacyjna i, faktycznie, ma pomóc komisarzom w zorientowaniu się w sytuacji oraz przedyskutowaniu taktyki. Poprzez kolejne inicjatywy i oświadczenia PiS robi wszystko, pewnie nieświadomie, żeby wygrała wizja Selmayra. Ale to oznacza jedynie, że rozpocznie się "procedura". Przyjęte w 2014 roku "ramy działań na rzecz" są niczym innym, jak kodyfikacją działań przećwiczonych wcześniej z Orbànem: współpraca z Radą Europy, wymiana korespondencji, celem wyjaśnienia wątpliwości.
Korespondencja już właściwie zaczęła krążyć i zgodnie z taktyką wypracowaną wcześniej przez Orbàna, polskie władze grają na zwłokę. Dość idiotycznie, bo z jednej strony krytykują Komisję, że opiera zarzuty na "doniesieniach prasowych", z drugiej zwlekają z udzieleniem wyjaśnień. Jednocześnie na monity z Brukseli reagują publicznie groteskowymi stwierdzeniami niektórych swych przedstawicieli, że niby Timmermans nie ma mandatu, by domagać się wyjaśnień od "demokratycznie wybranego rządu". Wszczęcie "procedury" nie oznacza bynajmniej automatycznego przejścia do działań opisanych w artykule 7. traktatu. Zwane są one "opcją nuklearną" nie tyle z powodu niszczącej siły rażenia, ile z trudności jej zastosowania. Komisja (podobnie jak Parlament) może tę procedurę zainicjować, ale w praktyce głównym rozgrywającym są państwa członkowskie: Rada UE i Rada Europejska. A one niechętnie patrzą na nakładanie sankcji przez unijne instytucje na któreś z państw. Po pierwsze dlatego, że mają złe wspomnienia z czasów, gdy podobną procedurę zamierzano zastosować przeciw Austrii. Po drugie dla zasady: a gdyby nam się kiedyś coś takiego wydarzyło?
Komisja ma jednak inne sposoby działania. Głównym jest trzystopniowa procedura wszczynana przeciw państwu członkowskiemu w przypadku naruszenia konkretnych zapisów traktatowych i aktów prawa wtórnego: dyrektyw i rozporządzeń. Procedura taka może doprowadzić państwo członkowskie przed unijny Trybunał Sprawiedliwości. Tyle, że to droga technicznie skomplikowana, długa, wymagająca wyszukiwania kruczków prawnych. Nakładanie sankcji w postaci zamrożenia funduszy strukturalnych wchodzi w grę w kwestiach gospodarczych, a nie konstytucyjno-politycznych.
Debata w Parlamencie Europejskim
Parlament miał debatować już w grudniu, ale Schetyna i Petru przekonali swych unijnych partnerów, że jest za wcześnie (przeczytaj). Okazało się jednak, że sama groźba debaty PiSu nie powstrzymała i w tej sytuacji debatę zorganizować trzeba. Debata w Parlamencie może ograniczyć się do krótkich wystąpień liderów klubów politycznych. Ale może być dłuższa: wtedy do jednominutowych wystąpień będą mieli prawo inni posłowie. Na początku debaty wypowie się Rada. Gdyby Radzie przewodniczył nadal Luksemburg, moglibyśmy się spodziewać ostrego wystąpienia. Ale zaczęła się prezydencja holenderska. Wystąpienie będzie raczej stonowane. Komisja przedstawi niewątpliwie to, co ustali 13 stycznia.
Debata może skończyć się przyjęciem rezolucji nielegislacyjnej (czyli prawnie niewiążącej). Ale na razie nie jest to przewidziane. Gdyby do tego miało dojść, rezolucja będzie prawdopodobnie głosowana dopiero na kolejnej sesji, w pierwszym tygodniu lutego. Od PiS będzie zależało, czy w międzyczasie doprowadzi kolejnymi decyzjami do zaognienia sytuacji czy nie. Podczas debaty i w późniejszej rezolucji (do której prędzej czy później dojdzie) posłowie będą oczywiście wzywać Komisję do zastosowania artykułu 7. wiedząc, jak jest to trudne i przemilczając fakt, że i Parlament mógłby zarządać od Rady zainicjowania wynikającej z tego artykułu procedury, gdyby udało się uzyskać odpowiednią wiekszość.
Debata za dwa tygodnie i kolejne debaty w sprawie Polski, będą się odbywały w innej atmosferze niż te dotyczące wcześniej Węgier. Polska jest ważniejszym graczem niż Węgry. FIDESZ, partia Orbàna, jest członkiem największej grupy politycznej w Parlamencie, konserwatywnej EPL, która skutecznie neutralizowała zbyt dramatyczne zapisy w kolejnych rezolucjach. Nie tylko na temat Węgier zresztą, również, swego czasu, dotyczące Berslusconiego, innego członka EPL. Ale PiS jest członkiem mniejszej grupy: eurosceptycznego EKR. Ma przeciw sobie dużą część EPL, socjalistów z S&D, liberałów z ALDE, Zielonych. Potępienie PiS może więc być donieślejsze niż potępienie FIDESZu. Z drugiej jednak strony nigdy jeszcze liczba eurofobów, eurosceptyków, suwerenistów i nacjonalistów nie była w Parlamencie tak duża. Głosy broniące PiS też mogą być liczne.
Wizyta Dudy w Brukseli
To najmniej istotne wydarzenie w kontekście europejskiej debaty o Polsce. Duda jedzie do Brukseli przeddzień debaty w Parlamencie, ale do Strasburga się nie wybiera. Orbàn robił to kilkakrotnie, ale Duda nie jest politykiem tego formatu. Brak mu odwagi, doświadczenia i, najwyraźniej, mandatu od Prezesa. Prezydent będzie w Brukseli kilka dni po dyskusji w Komisji Europejskiej, ale spotkania z Junckerem nie ma w jego programie. Spotyka się z Tuskiem, szefem Rady Europejskiej. Ale to gest obliczony głównie na polską opinię publiczną: wiadomo, po której stronie jestem, ale z Tuskiem się spotkam, a co tam. To wydarzenie na miarę oddania na aukcję WOŚP roweru: wiadomo, że bliżej mi do Radia Maryja, ale co tam, mam gest. Ludzki pan.
Duda pojedzie też do Mons, europejskiej kwatery NATO. To główny pretekst wizyty w Belgii przed zbliżającym się szczytem Paktu w Warszawie. Niewątpliwie przyciągnie tym uwagę polskich mediów, ale czy odciągnie ich uwagę od tego, co następnego dnia będzie się działo w Strasburgu? Wątpię, choć pewnie taki był cel zorganizowania wizyty akurat teraz.
Spór o Europę
Niska ranga wizyty Dudy w Brukseli, ograniczone pole manewru Komisji i trudności w zastosowaniu wobec Polski artykułu 7. traktatu upuszczają nieco powietrza z nadmuchanego ponad miarę medialnego balonu, którym dziennikarze chcą zwrócić uwagę opinii publicznej na wielką mobilizację Europy w sprawie Polski. Co jednak nie zmienia faktu, że ta mobilizacja jest i będzie przybierać na sile. Obrady w Komisji poświęcone Polsce, nawet niezakończone spektakularnymi decyzjami, są znaczące: tak, Polska pod władzami PiS stanowi dla demokratycznej Europy problem. Debata w Parlamencie, nawet jeśli jej owocem nie może być prawnie wiążąca decyzja adresowana do polskich władz ma znaczenie, bo jej konkluzją będzie zaniepokojenie stanem praworządności i demokracji w Polsce. To ważne. Odbije się to niestety na wizerunku Polski w mediach, w opinii publicznej, w decyzjach podejmowanych przez inwestorów, turystów, a nawet pielgrzymów wybierających się na Światowe Dni Młodzieży (katolicy mogą równie mocno kochać Boga i demokrację, naprawdę).
Ale Unia Europejska nie może milczeć, nawet gdyby miała tysiąc innych trosk: migrację, terroryzm, wojnę w Syrii i Iraku, napięcia między Arabią Saudyjską a Iranem, kryzys ukraiński, trudne relacje z Rosją, próby nuklearne w Korei Północnej, zbliżające się wybory w USA i wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych w wielu państwach UE. Nie może, bo chodzi o fundamenty, na których powstała, a które w sposób systemowy i w niespotykanym dotąd zakresie są w Polsce podważane przez antyeuropejskie władze o zapędach autorytarnych. Nie może, bo chodzi o zasadniczy spór między obrońcami Europy opartej na wartościach będących podstawą i motorem integracji europejskiej a orędownikami Europy alternatywnej, opartej na nacjonalizmie, europejskiej dezintegracji i a-liberalnej demokraturze, takimi jak Orbàn i Kaczyński.
W reakcji na zainteresowanie Europy i świata sytuacją w Polsce, PiS przestrzega "obcych" przed ingerowaniem w wewnętrzne sprawy kraju, którym niepodzielnie rządzi. Znamy tę reakcję z czasów PRL i z innych reżymów autorytarnych: Białorusi czy Korei Północnej. Zwracając się do polskiej opinii publicznej politycy PiS rozbudzają ksenofobiczne i germanofobiczne nastroje. Tych, którzy chcąc powstrzymać demontaż demokracji w Polsce, organizują protesty w kraju i wypatrują odsieczy z zagranicy, oskarżają o zdradę narodową.
W święto Trzech Króli faktyczny przywódca państwa, Jarosław Kaczyński, spotyka się z Viktorem Orbànem, który jak mało kto jest wprawiony w bojach z europejską opinią publiczną i z krytyką działań swego rządu formułowaną w Brukseli, Strasburgu czy Waszyngtonie. Niewątpliwie chodzi o tak zwaną "wymianę dobrych praktyk" w demontowaniu demokracji i dezintegracji Europy (rozmowa odbyła się przeddzień spotkania Orbàn - Cameron).
Próby tłumaczenia stanowiska polskich władz podjęte przez ministra Waszczykowskiego obrodziły jedynie zabawnymi cytatami, ośmieszającymi polski rząd i pokazującymi, że państwo PiS jest z innego świata, z innej czasoprzestrzeni, z innej, nieistniejącej (jeszcze?) Europy. Co do jednego PiS jednak już się przekonał: założenie, że wymierzony przeciw demokracji i praworządności blitzkrieg da się zrealizować niepostrzeżenie, okazało się blędne, bo zarówno w Polsce jak i w Europie pojawili się ludzie i instytucje, którzy postanowili się działaniom PiS przeciwstawić. Warto jednak zrozumieć, jak ten sprzeciw na europejskiej arenie działa. Choćby po to, żeby uniknąć rozczarowań.
Komisja Europejska poruszy temat
W niedzielę 3 stycznia rzeczniczka Komisji Europejskiej zapowiedziała, że kwestia Polski zostanie omówiona na posiedzeniu 13 stycznia oraz, że oznacza to rozpoczęcie procedury zwanej "działaniami UE na rzecz umacniania praworządności". W prasie zinterpretowano tę zapowiedź jako zastosowanie w stosunku do Polski artykułu 7. traktatu, zwanego "opcją nuklearną". Przewiduje on możliwość nałożenia sankcji na kraj systematycznie naruszający zasady praworządności. Najcięższą sankcją jest pozbawienie takiego kraju prawa głosu w Radzie UE. Ale skoro o sankcjach mowa, to w prasie pojawiły się też dywagacje na temat pozbawienia Polski funduszy unijnych.
Jednak nieco później Komisja zmieniła stanowisko, tłumacząc, że chodzi tylko "debatę orientacyjną", a nie o rozpoczęcie "procedury". Wyjaśniła, że wiceprzewodniczący Komisji Timmermans wysłał do polskich władz pismo z prośbą o wyjaśnienie wątpliwości, jakie budzą w Brukseli niektóre poczynania rządzącej większości parlamentarnej, i że nie może wszczynać żadnych procedur przed otrzymaniem odpowiedzi. A więc: czekamy.
Kilka słów wyjaśnienia. Po pierwsze, ta zmiana stanowiska Komisji odzwierciedla wewnętrzne podziały w unijnej egzekutywie. Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o ciało kolegialne. Są w Komisji takie osoby, które szczerze wierzą, że praworządność i demokracja to fundamenty Unii i trzeba ich bronić. Ale zdarzają się komisarze, którzy nie mają tak jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. A na przykład Węgier Tibor Navracsics, człowiek Orbàna, ma zdanie przeciwne, co oczywiste. Poza przekonaniami, jest też kwestia taktyki. Komisarze wiedzą, że uprawnienia pozwalające instytucjom UE na przeciwdziałanie demontażowi demokracji w państwach członkowskich są bardzo ograniczone. Czy warto spieszyć się z wykonywaniem gestów, o których z góry wiadomo, że mogą okazać się symboliczne?
Takie wątpliwości ma na przykład pierwszy wiceprzewodniczący Komisji, Timmermans. Podobnie jak kilku innych komisarzy uważa, że działania wobec Węgier nie przyniosły zamierzonego skutku (myślę, że się myli: na tyle, ile mogły, skutek przyniosły: Budapeszt, ale również Bułgaria, Słowacja, Rumunia czy Francja musiały wycofać się z działań uznanych w Brukseli za sprzeczne z unijnymi wartościami). Z kolei szara eminencja Komisji, szef gabinetu Junckera, Martin Selmayr, jest przeciwnego zdania. Uważa, że działania wobec Węgier przyniosłyby lepsze efekty, gdyby były bardziej zdecydowane i dlatego wobec władz w Warszawie trzeba być twardym od samego początku.
Po drugie, Komisja nie ma w Polsce, w odróżnieniu od Węgier, oczywistego interlokutora. Tam szefem jest premier. Kto jest szefem w Polsce? Jak rozmawiać z tym, kto o wszystkim decyduje, choć nie pełni żadnej państwowej funkcji? Orbàn miał (i ma) oddanego sobie ambasadora w Brukseli. Jaki jest mandat polskiego ambasadora? Czy go zaraz nie odwołają? Za czasów Barroso, gdy spór z Orbànem sięgał zenitu, Komisja wiedziała też, kto jest jego przedstawicielem w Parlamencie Europejskim. A w przypadku Polski: Czarnecki? Śmiech na sali. Są pretendenci, ale nikt nie ma mandatu.
"Debata" w Komisji Europejskiej, uruchomienie "procedury" i perspektywa "sankcji"
I wreszcie, kilka słów o "debacie" i o "procedurze". W najbliższą środę sytuacja w Polsce będzie jednym z punktów porządku dnia cotygodniowego posiedzenia 28 komisarzy. Jednym z punktów. Cotygodniowego. Nie chodzi więc o żadną wielką, publiczną "debatę" w znaczeniu parlamentarnym. Ma ona być orientacyjna i, faktycznie, ma pomóc komisarzom w zorientowaniu się w sytuacji oraz przedyskutowaniu taktyki. Poprzez kolejne inicjatywy i oświadczenia PiS robi wszystko, pewnie nieświadomie, żeby wygrała wizja Selmayra. Ale to oznacza jedynie, że rozpocznie się "procedura". Przyjęte w 2014 roku "ramy działań na rzecz" są niczym innym, jak kodyfikacją działań przećwiczonych wcześniej z Orbànem: współpraca z Radą Europy, wymiana korespondencji, celem wyjaśnienia wątpliwości.
Korespondencja już właściwie zaczęła krążyć i zgodnie z taktyką wypracowaną wcześniej przez Orbàna, polskie władze grają na zwłokę. Dość idiotycznie, bo z jednej strony krytykują Komisję, że opiera zarzuty na "doniesieniach prasowych", z drugiej zwlekają z udzieleniem wyjaśnień. Jednocześnie na monity z Brukseli reagują publicznie groteskowymi stwierdzeniami niektórych swych przedstawicieli, że niby Timmermans nie ma mandatu, by domagać się wyjaśnień od "demokratycznie wybranego rządu". Wszczęcie "procedury" nie oznacza bynajmniej automatycznego przejścia do działań opisanych w artykule 7. traktatu. Zwane są one "opcją nuklearną" nie tyle z powodu niszczącej siły rażenia, ile z trudności jej zastosowania. Komisja (podobnie jak Parlament) może tę procedurę zainicjować, ale w praktyce głównym rozgrywającym są państwa członkowskie: Rada UE i Rada Europejska. A one niechętnie patrzą na nakładanie sankcji przez unijne instytucje na któreś z państw. Po pierwsze dlatego, że mają złe wspomnienia z czasów, gdy podobną procedurę zamierzano zastosować przeciw Austrii. Po drugie dla zasady: a gdyby nam się kiedyś coś takiego wydarzyło?
Komisja ma jednak inne sposoby działania. Głównym jest trzystopniowa procedura wszczynana przeciw państwu członkowskiemu w przypadku naruszenia konkretnych zapisów traktatowych i aktów prawa wtórnego: dyrektyw i rozporządzeń. Procedura taka może doprowadzić państwo członkowskie przed unijny Trybunał Sprawiedliwości. Tyle, że to droga technicznie skomplikowana, długa, wymagająca wyszukiwania kruczków prawnych. Nakładanie sankcji w postaci zamrożenia funduszy strukturalnych wchodzi w grę w kwestiach gospodarczych, a nie konstytucyjno-politycznych.
Debata w Parlamencie Europejskim
Parlament miał debatować już w grudniu, ale Schetyna i Petru przekonali swych unijnych partnerów, że jest za wcześnie (przeczytaj). Okazało się jednak, że sama groźba debaty PiSu nie powstrzymała i w tej sytuacji debatę zorganizować trzeba. Debata w Parlamencie może ograniczyć się do krótkich wystąpień liderów klubów politycznych. Ale może być dłuższa: wtedy do jednominutowych wystąpień będą mieli prawo inni posłowie. Na początku debaty wypowie się Rada. Gdyby Radzie przewodniczył nadal Luksemburg, moglibyśmy się spodziewać ostrego wystąpienia. Ale zaczęła się prezydencja holenderska. Wystąpienie będzie raczej stonowane. Komisja przedstawi niewątpliwie to, co ustali 13 stycznia.
Debata może skończyć się przyjęciem rezolucji nielegislacyjnej (czyli prawnie niewiążącej). Ale na razie nie jest to przewidziane. Gdyby do tego miało dojść, rezolucja będzie prawdopodobnie głosowana dopiero na kolejnej sesji, w pierwszym tygodniu lutego. Od PiS będzie zależało, czy w międzyczasie doprowadzi kolejnymi decyzjami do zaognienia sytuacji czy nie. Podczas debaty i w późniejszej rezolucji (do której prędzej czy później dojdzie) posłowie będą oczywiście wzywać Komisję do zastosowania artykułu 7. wiedząc, jak jest to trudne i przemilczając fakt, że i Parlament mógłby zarządać od Rady zainicjowania wynikającej z tego artykułu procedury, gdyby udało się uzyskać odpowiednią wiekszość.
Debata za dwa tygodnie i kolejne debaty w sprawie Polski, będą się odbywały w innej atmosferze niż te dotyczące wcześniej Węgier. Polska jest ważniejszym graczem niż Węgry. FIDESZ, partia Orbàna, jest członkiem największej grupy politycznej w Parlamencie, konserwatywnej EPL, która skutecznie neutralizowała zbyt dramatyczne zapisy w kolejnych rezolucjach. Nie tylko na temat Węgier zresztą, również, swego czasu, dotyczące Berslusconiego, innego członka EPL. Ale PiS jest członkiem mniejszej grupy: eurosceptycznego EKR. Ma przeciw sobie dużą część EPL, socjalistów z S&D, liberałów z ALDE, Zielonych. Potępienie PiS może więc być donieślejsze niż potępienie FIDESZu. Z drugiej jednak strony nigdy jeszcze liczba eurofobów, eurosceptyków, suwerenistów i nacjonalistów nie była w Parlamencie tak duża. Głosy broniące PiS też mogą być liczne.
Wizyta Dudy w Brukseli
To najmniej istotne wydarzenie w kontekście europejskiej debaty o Polsce. Duda jedzie do Brukseli przeddzień debaty w Parlamencie, ale do Strasburga się nie wybiera. Orbàn robił to kilkakrotnie, ale Duda nie jest politykiem tego formatu. Brak mu odwagi, doświadczenia i, najwyraźniej, mandatu od Prezesa. Prezydent będzie w Brukseli kilka dni po dyskusji w Komisji Europejskiej, ale spotkania z Junckerem nie ma w jego programie. Spotyka się z Tuskiem, szefem Rady Europejskiej. Ale to gest obliczony głównie na polską opinię publiczną: wiadomo, po której stronie jestem, ale z Tuskiem się spotkam, a co tam. To wydarzenie na miarę oddania na aukcję WOŚP roweru: wiadomo, że bliżej mi do Radia Maryja, ale co tam, mam gest. Ludzki pan.
Duda pojedzie też do Mons, europejskiej kwatery NATO. To główny pretekst wizyty w Belgii przed zbliżającym się szczytem Paktu w Warszawie. Niewątpliwie przyciągnie tym uwagę polskich mediów, ale czy odciągnie ich uwagę od tego, co następnego dnia będzie się działo w Strasburgu? Wątpię, choć pewnie taki był cel zorganizowania wizyty akurat teraz.
Spór o Europę
Niska ranga wizyty Dudy w Brukseli, ograniczone pole manewru Komisji i trudności w zastosowaniu wobec Polski artykułu 7. traktatu upuszczają nieco powietrza z nadmuchanego ponad miarę medialnego balonu, którym dziennikarze chcą zwrócić uwagę opinii publicznej na wielką mobilizację Europy w sprawie Polski. Co jednak nie zmienia faktu, że ta mobilizacja jest i będzie przybierać na sile. Obrady w Komisji poświęcone Polsce, nawet niezakończone spektakularnymi decyzjami, są znaczące: tak, Polska pod władzami PiS stanowi dla demokratycznej Europy problem. Debata w Parlamencie, nawet jeśli jej owocem nie może być prawnie wiążąca decyzja adresowana do polskich władz ma znaczenie, bo jej konkluzją będzie zaniepokojenie stanem praworządności i demokracji w Polsce. To ważne. Odbije się to niestety na wizerunku Polski w mediach, w opinii publicznej, w decyzjach podejmowanych przez inwestorów, turystów, a nawet pielgrzymów wybierających się na Światowe Dni Młodzieży (katolicy mogą równie mocno kochać Boga i demokrację, naprawdę).
Ale Unia Europejska nie może milczeć, nawet gdyby miała tysiąc innych trosk: migrację, terroryzm, wojnę w Syrii i Iraku, napięcia między Arabią Saudyjską a Iranem, kryzys ukraiński, trudne relacje z Rosją, próby nuklearne w Korei Północnej, zbliżające się wybory w USA i wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych w wielu państwach UE. Nie może, bo chodzi o fundamenty, na których powstała, a które w sposób systemowy i w niespotykanym dotąd zakresie są w Polsce podważane przez antyeuropejskie władze o zapędach autorytarnych. Nie może, bo chodzi o zasadniczy spór między obrońcami Europy opartej na wartościach będących podstawą i motorem integracji europejskiej a orędownikami Europy alternatywnej, opartej na nacjonalizmie, europejskiej dezintegracji i a-liberalnej demokraturze, takimi jak Orbàn i Kaczyński.
2015-12-10
Przychodzi Cameron do Szydło, a Szydło też...
Cameron, premier kraju spoza kontynentalnej Europy, przyjechał do Szydło, premier kraju spoza demokratycznej Europy, w nadziei, że znajdzie tu poparcie w demontowaniu Unii i wygaszaniu integracji europejskiej. Polska premier bardzo by chciała, ale nie bardzo sobie może na to pozwolić. To przekleństwo pochodzić z kraju zbyt biednego, by realizować swe pragnienia i idee.
PiS i brtyjscy torysi należą na szczeblu europejskim do tego samego, konserwatywnego i euroceptycznego ugrupowania politycznego: EKR. David Cameron wie, że eurosceptycyzm obecnych władz polskich jest silniejszy niż jego własny. PiS jest więcej niż "euroceptyczny", on jest antyeuropejski: cywilizacyjnie, kulturowo i światopoglądowo. Cameron miał więc prawo liczyć na większe zrozumienie w kwestii sabotażu integracji europejskiej, niż podczas swej poprzedniej wizyty w Warszawie, gdy rozmawiał z Ewą Kopacz.
PO należy na poziomie unijnym do konserwatywnego i proeuropejskiego ugrupowania EPL. Brytyjscy torysi też należeli kiedyś do EPL. Wystąpili z niego, gdy Cameron uznał, że aby utrzymać pozycję polityczną musi wygrać z eurofobicznym, nacjonalistycznym UKIP-em. A ponieważ UKIP to partia jednotematyczna, to jedynym polem walki o rząd brytyjskich dusz, na którym mógł stanąć do konkurencji z liderem eurofobów, kabaretowym Nigelem Faragem, była krytyka Unii Europejskiej. Cameron strasznie się na tej taktyce przejechał. UKIP okazał się znacznie słabszym zawodnikiem, niż się Cameronowi wydawało. Ale było już za późno: chcąc przebić eurofobów, obiecał eurosceptycznym rodakom referendum w sprawie wystąpienia z UE.
Dziś Camron jest zakładnikiem tej obietnicy i z trudem udaje mu się żeglować po falach rozpętanej przez siebie eurofobii. Nie panuje już nad opinią publiczną. W kraju, zamiast pogrążyć UKIP, utrzymał go przy życiu. Londyńskie City bardzo się obawia spadku znaczenia i zdystansowania przez Frankfurt, gdyby rzeczywiście Londyn wziął z Brukselą rozwód. Cameronowi z trudem też przychodzi wmawianie przedsiębiorcom, że można utrzmać wszystkie korzyści jednolitego rynku mimo wystąpienia z UE. Cameron doprowadził do politycznej marginalizacji Wielkiej Brytanii w Unii. Z zaskoczeniem zaczął dostrzegać, że jego światowa pozycja też się osłabiła, bo Wielka Brytania jest ważna dla USA, Chin czy Rosji jako członek UE, mniej jako wolny strzelec.
Beacie Szydło też pewnie rozum podpowiada, wbrew podszeptom serca, że przynależność do Unii dodaje znaczenia: na wizytę Camerona kazała wyciągnąć z szafy unijne flagi. Słusznie, bo w końcu gdyby Polska nie była w Unii nie byłaby dla Camerona żadnym partnerem. Liczy się tylko dlatego, że może negocjować i głosować w Radzie. Pod unijnym proporcem Szydło zapewniała Camerona o swym poparciu dla jego "reformowania" Unii, niewątpliwie szczerze i ze znajomością rzeczy. W końcu podobnie jak Cameron chce "zreformować" integrację europejską, PiS "reformuje" w Polsce demokrację: pozbawiając ją fundamentów i instrumentalizując dla swoich potrzeb.
Ale poza niechęcią rządzących do Unii Polskę i Wielką Brytanię wszystko dzieli. Brytyjczy do unijnego budżetu płacą, my z niego czerpiemy. My chcemy przedłużenia sankcji wobec Rosji, oni niekoniecznie. My oczekujemy od Unii, że politycznie zablokuje Nordstream, oni, że się nie będzie mieszała do czysto gospodarczych decyzji. Dla nas priorytetem pozostaje Ukraina i Wschód, dla nich ISIS, Syria, Irak i terroryzm. Eurosceptycyzm torysów, w odróżnieniu od eurosceptyzyzmu PiS, nie idzie w parze z pogardą dla demokracji, przeciwnie: antykonstytucyjne działania obecnej sejmowej większości nie znajdą w Londynie uznania, tak jak nie znalazły działania Orbana. Pole wspólnych interesów jest wąziutkie: pisowski rząd ma nadzieje, że Cameron poprze wzmocnienie wschodniej flanki NATO. I to Cameron obiecał, co go kosztuje poprzeć? To bez większego znaczenia. Nie obiecał natomiast, że spełni drugi postulat Warszawy: utrzymanie obecnych zasad wypłacania zasiłków na Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Bo to go kosztuje. Szydło, jeśli już podliczyła koszty budżetowe zrealizowania obietnicy "500 złotych na dziecko" i koszty polityczne jej niezrealizowania, powinna wiedzieć, że Cameron też umie liczyć.
Nawet gdyby Polska miała zasoby finansowe Wielkiej Brytanii to, podobnie jak Cameron, pisowski rząd musiałby się mocno zastanowić, czy go stać na wyjście z UE. Gdyby uznał, że tak, mógłby wspólnie z Orbànem budować swoją alternatywną Europę byłych demoludów. Można by ją nawet budować z Londynem, gdyby Wielka Brytania rzeczywiście wystapiła z UE. Ale za dużo tego gdyby. Za dużo niezniszczalnych nadziei, sprzecznych interesów i kosztownych do spełnienia postulatów. PiS może sobie pozwolić na Budapeszt w Warszawie. Ale Londynu z Budapesztem nawet w Warszawie pogodzić się nie da. Eurofobia łączy, ale nie wystarcza. Bo jest ta cholerna demokracja.
Na podobne tematy:
"Unia dobra, ale dla Szkotów" (11/11/2012)
"Państwo PiS jest nie z tej Europy (7) Udział Polski w
konstruowaniu UE: żeby się za bardzo nie zintegrowali"
(08/02/2014)
2014-08-27
Kto do Brukseli: trzy scenariusze dla PO
![]() |
| Sala obrad Rady Europejskiej z pustym krzesłem przewodniczącego |
Polska ma poważnych kandydatów na oba stanowiska, co już samo w sobie jest ewenementem. Jakie są ich rzeczywiste szanse nie wie dziś chyba nikt. Ale zgłoszenie do udziału w wyścigu nie pozostaje bez konsekwencji dla uczestników. Patrząc z polskiej perspektywy, nominacje na te dwa kluczowe stanowiska będą miały zasadniczy wpływ na sytuację w kraju i na notowania PO, i to bez względu na to, kto w ostatecznym rozrachunku pokieruje Radą Europejską i sprawami zagranicznymi.
Porządek obrad tego nadzwyczajnego szczytu UE, którego zasadniczym celem miało być obsadzenie obu najważniejszych stanowisk oraz podział tek w nowej Komisji, bardzo się skomplikował. Instytucjonalno-kadrowa część się zawęziła do wyznaczenia następców Van Rompuya i Ashton. Jeśli się uda, to już będzie duży krok do przodu, a nad komisarzami można się będzie jeszcze pozastanawiać, biorąc również pod uwagę znane oczekiwania Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie lista spraw do omówienia wydłużyła się w wyniku sytuacji międzynarodowej: Ukraina, strefa Gazy, Irak, Syria, Libia nie mogą przecież być zbyte milczeniem. Siłą rzeczy skrzyżują się rozbieżne priorytety i interesy. Kwestie instytucjonalne, personalne i międzynarodowe zostaną powiązane w pakiety negocjacyjne. Łatwo nie będzie. W tej mgławicy trudnych do przewidzenia wydarzeń można jednak, dla porządku, zarysować trzy scenariusze interesujące z polskiego i europejskiego punktu widzenia.
Scenariusz pierwszy: włoska kandydatka na szefa dyplomacji, Federica Mogherini, odpada pod naciskiem państw oskarżających ją o prorosyjskość, następcą Lady Ashton zostaje Radosław Sikorski. W tej sytuacji kandydatura Tuska na szefa Rady Europejskiej staje się bezprzedmiotowa, Tusk zostaje w kraju. To najlepszy scenariusz dla Polski, ale i dla PO, bo gwarantuje stabilność polityczną i przynajmniej w jakimś stopniu rozmywa perspektywę wyborczego zwycięstwa PiS. Jednocześnie objęcie teki wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa przez polityka z tak zwanych "nowych krajów" eliminuje z "krótkiej listy" kandydatury Bułgarki Georgijewej i Łotysza Dombrovskisa. Rosną wtedy szanse Dunki Helle'y Thorning Schmidt i Irlandczyka Endy Kenny'ego.
Scenariusz drugi: zarezerwowane dla socjalistów stanowisko wysokiego przedstawiciela dostaje Włoszka, Tusk zostaje przewodniczącym Rady Europejskiej. Sikorski, zgłoszony jako polski kandydat na komisarza tylko po to, by objąć tekę spraw zagranicznych (wysoki przedstawiciel jest jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji) wypada z gry. Kandydatem na komisarza zostaje Danuta Hübner. Dzięki temu Jean-Claude Juncker ma w składzie Komisji dodatkową kobietę, co zwiększa szanse na uzyskanie niezbędnego poparcia Parlamentu (na razie Parlament przygotowuje się do odrzucenia en bloc zespołu kandydatów na komisarzy, bo w obecnym kształcie nie spełnia on wymogu parytetu kobiety-mężczyźni). Z tego powodu kandydatura Rostowskiego na członka Komisji, mimo preferencji Tuska, odpada na rzecz kandydatury Hübner.
Z zewnątrz taki rozwój wypadków wyglądałby na prestiżowy sukces Tuska jako polityka i sukces Polski, jako państwa. Ale poza prestiżem, to kiepski scenariusz i dla Polski i dla PO. Mogherini na czele unijnej dyplomacji zostałaby odebrana w Polsce jako porażka negocjacyjna rządu PO. Na dodatek, Tusk zostałby niechybnie oskarżony o świadome poświęcenie interesu Polski dla osobistej kariery. Platforma bez Tuska raczej by się nie wzmocniła. Krytyka opozycji, że Tusk uciekł z tonącego okrętu łatwo znalazłaby posłuch w opinii publicznej, która chętniej wierzy, wbrew faktom, że sytuacja Polski jest katastrofalna, niż że kraj rozwija się szybciej niż kiedykolwiek. To jeszcze bardziej obniżyłoby sondażowe notowania Platformy i przyczyniło się do jej wyborczej porażki. Wybory wygrałoby PiS, a to najgorsze co Polsce może się przydarzyć.
To również ryzykowny scenariusz dla Europy. Nie wiem czy Tusk ma format międzynarodowego polityka i czy bycie politykiem sprawnym i utalentowanym wystarczy by skutecznie działać na unijnej arenie. Nieznajomość francuskiego i kiepska znajomość angielskiego to poważny problem. Niewiadomo też ile czasu potrzebowałby Tusk, by rozwinąć skrzydła nie mogąc liczyć na żadne partyjne zaplecze, działając w zupełnie innym kontekście niż ten, który poznał jako premier. Ale nawet gdyby Tusk miał się okazać najlepszym z możliwych szefem Rady Europejskiej, to najpoważniejsze niebezpieczeństwo kryje się gdzie indziej: Polska pod rządami PiS stałaby się dla UE jeszcze większym problemem niż Węgry. Orban jest antyunijny i antyzachodni, ale ma zmysł pragmatyczny. PiS i jego prezes mają zmysł oszołomski. A w sytuacji, gdy Tusk byłby szefem Rady Europejskiej, Unia stałaby się nieustannym celem ataków pisowskiego rządu. (Na temat "europejskiej" polityki PiS zob też: "Państwo PiS jest nie z tej Europy")
Rozpatrując ten scenariusz czuję się jednak w obowiązku przypomnieć, że sam Tusk nadal twierdzi, że schedą po Van Rompuyu nie jest zainteresowany. Mimo ekscytacji polskich mediów, które dziś piszą o poparciu Camerona dla kandydatury Tuska, tak jak parę miesięcy temu rozpisywały się o poparciu Merkel. Czyżby "nie chcem ale muszem"?
Scenariusz trzeci: Sikorski nie staje na czele dyplomacji UE, innej teki objąć nie chce lub nie może, polskim komisarzem zostaje Rostowski, Bielecki albo Hübner. Tusk nie przejmuje pałeczki od Van Rompuya, zostaje w kraju, szefem Rady Europejskiej zostaje przedstawiciel Bałtów albo Dunka. Zostaje to naturalnie odebrane jako spektakularna porażka premiera i jego formacji na scenie europejskiej. Notowania PO lecą w dół, PiS szybuje w sondażach. Gdyby Mogherini, a nie Georgijewa, została w tej sytuacji wysokim przedstawicielem UE ds. polityki zagranicznej, klęska byłaby totalna. Nawet uzyskanie przez Polskę ważnej teki w Komisji Europejskiej, na przykład energii lub rynku wewnętrznego, nawet stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji przyznane jako zadośćuczynienie mogłoby okazać się w oczach opozycji i opinii publicznej zbyt skromną rekompensatą. Gdyby na dodatek warunkiem uzyskania takiego stanowiska było wyznaczenie na komisarza Danuty Hübner, stracilibyśmy cenionego i doświadczonego szefa komisji parlamentarnej. Zastąpiłby ją inny Polak z PO, ale jest wątpliwe, by dało się znaleźć kogoś równie cenionego.
Po wygranych wyborach rząd PiS byłby antyunijny, nieustannie krytykowałby włoską szefową unijnej dyplomacji. Poparcie dla UE obniżyłoby się w Polsce nie tylko z powodu antyeuropejskiej retoryki rządu, ale też w reakcji na uczucie porażki narodowej: w Europie nas nie szanują, nie chcieli Tuska, nie chcieli Sikorskiego, a prorosyjska Włoszka negocjuje z Putinem rozwiązanie ukraińskiego konfliktu.
Oczywiście inne warianty są możliwe. I naturalnie nie można wykluczyć, że stanie się cud i w międzyczasie pojawi się na scenie politycznej nowa formacja centrowa (Balcerowicza?) zdolna do wyborczego zwycięstwa nad PiS i przejęcia rządów po Platformie. Na razie jednak sytuacja jest jaka jest i dlatego z niecierpliwością czekam sobotnie decyzje (jeżeli uda się dojść do porozumienia).
2014-02-08
Państwo PiS jest nie z tej Europy (7) Udział Polski w konstruowaniu UE: żeby się za bardzo nie zintegrowali
W swym przemówieniu programowym wygłoszonym w Sosnowcu w 2013 roku, Jaroslaw Kaczyński zapowiedział, że pod jego rządami Polska włączy się w poszukiwania nowego modelu organizacyjnego UE. To ważna deklaracja, z której dowiadujemy się, że takie poszukiwania trwają, że Polska w nich nie uczestniczy oraz, że się do nich włączy, kiedy PiS dojdzie do władzy.
Deklaracja ta zachęca też do pytań. Po pierwsze, jak się włączy zważywszy na dość specyficzną koncepcję współpracy Prezesa Kaczyńskiego z partnerami unijnymi i jego niechęć, a nawet niezdolność do kompromisu? Po drugie, jak Prezes ocenia stan wyjściowy przyszłych zmian, czyli obecny model organizacyjny UE? Na to pytanie udzieliłem już poniekąd odpowiedzi w poprzednich artykułach cyklu poświęconego programowi europejskiemu PiS: nie jest to ocena specjalnie pozytywna. I wreszcie po trzecie, jak Unia Europejska powinna zdaniem Prezesa wyglądać w przyszłości, jak widzi on ewolucję integracji europejskiej? Bo przecież model organizacyjny nie jest celem samym w sobie: ma służyć realizacji celów.
Federacji mówimy "nie"
Model organizacyjny to termin dość techniczny. Co konkretnie Jarosław Kaczyński ma na myśli, nie wiadomo. Rzeczywiście trwają spory o to, jak bardzo UE powinna być zintegrowana: czy mamy zachować status quo, cofnąć się w integracji w stronę struktury bardziej międzyrządowej, oddając niektóre ponadnarodowe kompetencje państwom członkowskim, czy też – przeciwnie – zmierzać w stronę federacji. Wszystkie te opcje dotyczą ustroju UE i raczej wykraczają poza minimalistyczne rozważania na temat "modelu organizacyjnego". Jest jednak jasne, że Kaczyński jest przeciwny federacyjnym ciągotom, opowiada się za wzmocnieniem wymiaru międzyrządowego UE, więc de facto za krokiem w tył. W czerwcu 2013 w Sosnowcu zapowiedział, że PiS "zdecydowanie będzie odrzucać propozycje federalistyczne skazujące Polskę na wieczną peryferyzację i bycie rezerwuarem taniej siły roboczej. Bez własnego ośrodka dyspozycyjnego o suwerennym charakterze, a więc bez suwerennego państwa, nie jesteśmy w stanie tej sytuacji zmienić." Kaczyński nie przyjmuje do wiadomości zasady dzielenia suwerenności, fundamentalnej dla integracji europejskiej: albo się jest suwerennym, albo nie, nie ma nic pośredniego jego zdaniem.
Nie sposób jednak nie zauważyć, że unia bankowa, wzmocnienie koordynacji gospodarczej i budżetowej, zacieśnienie więzów gospodarczych i politycznych między członkami strefy euro, to wszystko procesy o charakterze federacyjnym. Konieczność walki z kryzysem bardzo te procesy przyspieszyła. PiS jest tego świadom. Dlatego 3 czerwca 2013 rzecznik partii, Adam Hofman, powiedział (cytat za Gazetą Wyborczą): "Unia Europejska jest rzeczą dla Polski bardzo dobrą pod jednym warunkiem: że nie będzie się zmieniać w stronę federacji, czyli jednego superpaństwa. Trzeba UE mocno zmienić, mamy sporo zastrzeżeń do kierunku, w którym ona podąża. Oficjalne stanowisko PiS zakłada, że odpowiedzią na kryzys nie powinna być zwiększona integracja w Europie, lecz refleksja o tym, co powinno wracać czy też zostać w państwach narodowych".
Suwerenny margines
PiS, nawet w przypadku wygrania wyborów w Polsce, nie będzie oczywiście w stanie doprowadzić do zatrzymania dalszej integracji UE. Będzie ona postępowała przynajmniej w strefie euro. PiS jest przeciwny przystąpieniu Polski do euro. Państwa, które będą chciały w procesie integracji uczestniczyć, będą musiały w strefie euro pozostać (a nie słychać, aby ktoś zamierzał wychodzić) albo do nie przystąpić (tak, jak właśnie zrobiła to Łotwa, za rok zrobi Litwa, i jak chce w nieco dalszej przyszłości zrobić Tusk). Wyłączając Polskę z udziału w tych federalistycznych formach integracji, Kaczyński wyłączy ją z głównego nurtu, usytuuje poza centrum UE, w którym zapadają decyzje, i które jest motorem dalszej integracji. To z kolei, w przypadku dojścia PiS do władzy, może się oczywiście udać. Wówczas nawet dla wyborców PiS stanie się jasne, że obrona "suwerenności" w rozumieniu Kaczyńskiego oznaczać będzie de facto całkowitą marginalizację Polski.
Co, poza czysto politycznym, wymiarem, przyniesie marginalne usytuowanie Polski w UE? Konsekwencje będą poważne. Po pierwsze, dla samej Unii. Wiadomo, że strefa euro będzie miała swój własny budżet. Nie wiadomo, jak będzie się on miał do budżetu ogólnego UE. Jest jasne, że taka zmiana wymaga podstawy prawnej, ale nie jest jasne, jak ani kiedy dojdzie do zmiany traktatu UE. I czy w ogóle dojdzie, bo bardziej możliwy jest traktat międzyrządowy (na zmianę traktatu musiałyby się zgodzić wszystkie państwa członkowskie). Mimo tych wszystkich niewiadomych, jest pewne, że decyzje dotyczące rozdysponowania środków unijnych nie będą takie same bez udziału Polski jak z jej udziałem, bo Polska to znaczący kraj. PiS i jego liderzy nie rozumieją jak bardzo wzrosła pozycja naszego kraju w UE, a jeśli rozumieją, to nie przyjmują tego do wiadomości, nie mieści się to bowiem w ich koncepcji relacji miedzy państwami, jest też sprzeczne z ich postrzeganiem procesu integracji europejskiej. W przypadku rządów Kaczyńskiego, jeżeli zrealizuje on swój program wyłączenia Polski z głównego nurtu integracji, należy się przygotować na nieobecność naszego kraju przy głównym stole negocjacyjnym i przyspieszoną alienację Polski. Ale dzięki temu strefa euro będzie mogła się zintegrować nawet szybciej.
Po drugie, Polska niewątpliwie ucierpi na swojej marginalizacji budżetowo. Do 2020 roku środki z UE mamy zagwarantowane. Po 2020 natomiast fundusze UE tak czy owak nie będą już mogły płynąć do Polski tak szerokim jak obecnie nurtem. Nie zmienia to faktu, że nadrobienie zapóźnień rozwojowych potrwa jeszcze długie lata. To, jak będzie wyglądał unijny budżet i jaki będzie udział Warszawy w decyzjach kluczowych dla kształtu unijnej awangardy będzie nadal miało zasadnicze znaczenie dla rozwoju Polski. Nie wierzę, by Kaczyńskiemu udało się przekonać państwa głównego nurtu integracji do szczodrości wobec outsidera argumentem zadośćuczynienia za "zdradę jałtańską".
Sojusz idei, konkurencja patriotyzmów
Tym bardziej trudno oczekiwać, by PiS mógł oczekiwać szczodrości od Wielkiej Brytanii. Anty-imigrancka histeria, która zapanowała nad Tamizą, niewolna od antypolskich deklaracji, wyklucza takie oczekiwania. Pozostający tam u władzy torysi to nie tylko sojusznicy PiS z tego samego klubu politycznego w Parlamencie Europejskim (ECR), ale i ideowi pobratymcy. Przynajmniej pozornie. Pisałem o tym już wielokrotnie, wiec tym razem bardzo krótko. Z jednej strony z ECR i brytyjskimi torysami PiS łączą poglądy polityczne: eurosceptycyzm (mniej ekstremalny jednak niż w przypadku skrajnie prawicowej Partii Niepodległości UKIP), suwerenizm, pociąg do autarchii, nieufność wobec wszystkiego, co na zewnątrz (Unii Europejskiej, sąsiadów).
Z drugiej strony, paradoksalnie, zarzewiem konfliktu między PiS i torysami jest patriotyzm. W jednym i drugim przypadku jego fundamentem jest narodowy egoizm. Nie od dziś wiadomo, że trudno zbudować sojusz egoizmów, dlatego też, na szczęście, nacjonalistom nie udaje się stworzyć trwalej ponadnarodowej struktury. Jednym z głównych elementów patriotyzmu PiS jest zasada, że cały świat ma nam robić dobrze, bo nam się należy. Tymczasem patriotyzm brytyjskich torysów opiera się na zasadzie: niczego od nikogo nie potrzebujemy, dlatego nic nikomu nie jesteśmy winni. Patrioci z PiS, intuicyjnie eurosceptyczni, oczekują od Unii Europejskiej funduszy spójności, dopłat rolniczych, poszanowania swobody i przemieszczania się pracowników. Eurosceptyczny patriotyzm torysów każe im odrzucać wszystkie te elementy integracji europejskiej.
Być wewnątrz i na zewnątrz jednocześnie
Eurosceptycyzm zapędził brytyjski rząd w ślepą uliczkę referendum w sprawie ewentualnego wyjścia z UE. To on jest motorem stanowiska Wielkiej Brytanii w kluczowych dla UE sprawach. Kanclerz skarbu George Osborn w wystąpieniu na forum eurosceptycznego think tanku Open Europe (15 stycznia 204) zapowiedział, że Wielka Brytania zgodzi się na dalszą integrację strefy euro pod warunkiem, że nie będzie to oznaczało marginalizacji państw pozostających Eurolandem. Na pozór to dobra wiadomość dla PiS, bo nie będzie odosobniony. W praktyce jednak to mrzonki. Przekonanie, że Wielka Brytania mogłaby mieć w tej sprawie wiele do powiedzenia jest pozbawione podstaw. We wszystkich innych kwestiach (rynek wewnętrzny, polityka obronna, koordynacja gospodarcza) Londyn opowiada się za modelem "Europe à la carte" i za międzyrządowym (a nie wspólnotowym) mechanizmem wzmocnionej współpracy. Opowiada się tak konsekwentnie i skutecznie, że sam wpadł we własną pułapkę: pozbawił się wpływu na najważniejsze decyzje.
W tę samą w pułapkę PiS chce wepchnąć Polskę żywiąc naiwne przekonanie, że przynajmniej uda się pozostać w komitywie z Londynem. Zaskakujący brak konsekwencji w przypadku partii, która swą politykę buduje na nieufności, a w relacjach z UE kieruje się pamięcią o "zdradzie jałtańskiej". Nie sądzę, żeby Kaczyński nie był tej sprzeczności świadomy. Chodzi raczej o retorykę: polska opinia publiczna boi się izolacji Polski, trzeba więc ja uspokoić zapewnieniami o sojuszu z Londynem. "Głupi naród to kupi", jak mawiał Jacek Kurski w czasach członkostwa w PiS. Ale podobnie należy rozumieć deklaracje Osborna i Camerona o utrzymaniu się w głównym nurcie UE mimo antyunijnej postawy: to retoryka pod adresem brytyjskich przedsiębiorców i londyńskiego City przerażonych perspektywą wyjścia Wielkie Brytanii z UE.
Cameron może sobie wyobrażać, że uda mu się zachować profity płynące z przynależności do wspólnego rynku UE i jednocześnie uwolnić od wszelkich unijnych zobowiązań. Na jakiej podstawie podobne wyobrażenia podtrzymuje w sobie Kaczyński – nie mam pojęcia. Czyżby liczył, że uda się Polsce pozostać w jakiejś nowej EFTA, niedorozwiniętą namiastką UE, pod wodzą Londynu? A może na zasadach równości Warszawy (pod rządami PiS) i Londynu? Że na obrzeżach UE będzie funkcjonowała grupa dziewiętnastowiecznie suwerennych państw, której najbiedniejsi członkowie, ci "na dorobku", będą finansowani przez sfederalizowaną UE? Bo chyba nie liczy na pieniądze z Londynu. I chyba pamięta, że w tej samej grupie może znaleźć się inny konkurent na dorobku, Węgry, które pod rządami Viktora Orbána też pozostają uczestnikiem aliansu hamulcowych integracji europejskiej.
Ciekawe też, jak Kaczyński wyobraża sobie pozycję Polski w duecie z Wielką Brytanią, skoro jest przekonany, że – poza bogactwem, którego kraj na dorobku jeszcze nie ma - to demografia decyduje o znaczeniu państwa. W debacie na temat traktatu lizbońskiego i sposobu głosowania w Radzie, broniąc zasady "pierwiastka kwadratowego" (sen szalonego arytmetyka…) Kaczyński oświadczył: "Domagamy się tylko tego, by nam oddano to, co nam zabrano. Gdyby Polska nie przeżyła lat 1939–1945, byłaby dzisiaj, jeśli odwołać się do kryterium demograficznego, państwem 66-milionowym" (wypowiedź dla Sygnałów Dnia z 22 czerwca 2007). System głosowania też powinien być rekompensatą dla Polski pozostającej na, demograficznym tym razem, dorobku. Ten postulat to kolejna wskazówka, jak Kaczyński wyobraża sobie swój udział w kształtowaniu przyszłego "modelu organizacyjnego" UE.
Pomysł na Unię zbudowany na sprzecznościach
Kaczyński jest krytycznie nastawiony do UE, która jego zdaniem za dużo żąda od Polski w zamian za to, co daje, a daje za mało. Czy da się tak zreformować Unię, by usatysfakcjonowała Prezesa? Każda reforma UE jest wynikiem kompromisu między członkami UE, możliwego, bo więcej je łączy niż dzieli. Ale zdolność Prezesa do przekonania kogokolwiek w UE do swojej wizji jest niewielka: nie ma nic do zaoferowania (odpowiedzią na straszenie wetem jest traktat międzyrządowy), kompromisem się brzydzi, negocjacje jest w stanie prowadzić tylko z pozycji siły (której nie ma), a jego główny sojusznik w Parlamencie Europejskim (torysi) promuje model funkcjonowania i organizacji UE nie do pogodzenia z wyborczymi obietnicami i priorytetami PiS.
Kaczyński ma wobec UE oczekiwania, których spełnieniu służą silne ponadnarodowe instytucje i stosowanie metody wspólnotowej, ale jednocześnie – tak jak jego brytyjscy sojusznicy - odrzuca wszystko, co ponadnarodowe i preferuje metodę międzyrządową. Kaczyńskiemu obecna UE się zdecydowanie nie podoba, ale w ostateczności woli zachować status quo niż przystać na dalszą integrację. Jego zdaniem każdy krok w stronę federacji jest niebezpieczny, ale postulowany powrót do sytuacji sprzed traktatu lizbońskiego to propozycja podróży w czasie: jest nie do zrealizowania.
Działania, które w polityce europejskiej zapowiada Kaczyński, mają ponoć uchronić Polskę przed marginalizacją. Ale w rzeczywistości to ich podjęcie doprowadzi do błyskawicznego zepchnięcia Polski na margines. Mieliśmy już tego próbkę za rządów braci Kaczyńskich. Wbrew deklarowanym intencjom Prezesa, skażą Polskę "na wieczną peryferyzację i bycie rezerwuarem taniej siły roboczej". Kaczyński jest zagorzałym przeciwnikiem Tuska. Jego opozycja nie jest natury politycznej, tylko paroksyzmowej. Tuska można krytykować za wiele rzeczy. Ale jednego nie sposób mu odmówić: to za jego rządów Polska zajęła w UE miejsce, jakiego nie miała na poziomie międzynarodowym przez wieki. To nie tylko jego osobista zasługa, to wynik ewolucji kraju, która zaczęła przynosić najbardziej widoczne efekty za jego kadencji. Ale bez jego zaangażowania i sposobu wykorzystania forum, jakim była polska prezydencja w Radzie UE, bez umiejętności zdobycia zaufania Niemiec, Komisji Europejskiej, a nawet Francji, nie udałoby się wydobyć Polski tak szybko i skutecznie z zapaści dyplomatycznej, którą spowodowały rządy PiS. I w tej sytuacji Kaczyński chce bronić Polski przed marginalizacją? Pusty śmiech. Jego dzisiejsze pomysły doprowadziłyby nie tylko do dyplomatycznej, ale też gospodarczej izolacji Polski.
Poglądy na państwo głoszone przez PiS sytuują to ugrupowanie w nurcie lewicowych suwerenistów, obrońców "Europy socjalnej": duże wydatki socjalne i centralna dystrybucja środków budżetowych; podejrzliwość wobec przedsiębiorców i przekonanie, że pieniądz rodzi korupcję; nieufność wobec bogatych i tendencje do obrony interesów biedniejszych obywateli metodą Robin Hooda; centralizm państwowy; program nacjonalizacji gospodarki; keynesizm w dziedzinie walki z bezrobociem; patriotyzm gospodarczy; emocjonalna krytyka liberalizmu. Jednocześnie jednak głównego sojusznika w planowaniu przyszłego kształtu UE upatruje w liberalnej Wielkiej Brytanii.
Integracja europejska tak bardzo nie mieści się Kaczyńskiemu w głowie, że mówiąc o UE grzęźnie w sprzecznościach, które czynią jego europejski program absurdalnym. Tak naprawdę, nie jest w stanie zadowolić ani tych, którzy integracji europejskiej nie lubią, ani jej zwolenników. Mówiąc o zwolennikach, nie mam na myśli tak zwanych euroentuzjastów, bo tu sprawa wydaje się jasna. Ale nawet ci, którzy popierają członkostwo Polski w UE i jednocześnie głosują na PiS, bo chcą Unii państw narodowych, nie mają na co liczyć: PiS pod przewodnictwem Kaczyńskiego nie jest w stanie wpływać na kształt UE. Oferta, jaką Kaczyński ma dla eurosceptyków, nic nie jest warta, bo jego eurosceptycyzm prowadzi donikąd: Kaczyński nie jest w stanie sformułować pozytywnego programu, rzeczowej alternatywy, która dodałaby wiarygodności postawie "Unia tak, ale inaczej". Bo też jego stosunek do integracji europejskiej jest bardziej emocjonalny niż intelektualny. Momentami nadaje to wiecowej ostrości jego poglądom, ale ta emocjonalna więź strachu, agresji i nieufności to za mało, by pociągnął za sobą nawet elementy najbardziej skrajne, szowinistyczne, eurofobiczne. Rozumie, że jest skazany na polityczny flirt z nimi (tak jak kiedyś z LPR, z Samoobroną), ale - przyznajmy uczciwie - to nie jego towarzystwo. Kibicuje ich poczynaniom na Marszu Niepodległości w Warszawie, ale sam jedzie maszerować do Krakowa. Niegdysiejszy uczeń i wyznawca Prezesa a dziś jego zażarty oponent, Michał Kamiński, powiedział niedawno w wywiadzie z Moniką Olejnik, że Kaczyński "poszukuje wyborców, takich emocji, jakie wyraża pani Pawłowicz". Jeżeli rzeczywiście poszukuje, to i tu może go spotkać rozczarowanie: dla eurofobów i nacjonalistów wciąż jest zbyt mało radykalny.
Z deklaracji Kaczyńskiego wyłania się plan udziału w dyskusji na temat przyszłego "modelu organizacyjnego UE" ograniczony do jednego prostego zaklęcia: żeby się tylko za bardzo nie zintegrowali. Gdy próbuje tłumaczyć, o co mu chodzi i jakie byłyby konsekwencje jego działań dla Polski, ginie w retoryce pełnej sprzeczności i niekonsekwencji. Retoryce miałkiej i mało atrakcyjnej. Przegrywa ona w konkurencji ze stylem posłanki Krystyny Pawłowicz, która mówi wprost: "Jestem z gruntu przeciwna Unii Europejskiej. Czekam i modlę się, żeby to się po prostu samo rozwaliło" (wywiad dla Rzeczpospolitej z 1 czerwca 2013, w którym deklaruje też, że jej stanowisko w tej sprawie aprobuje prezes Kaczyński). Pawłowicz jest wyrazista i konsekwentna, gdy wspomina o "unijnej szmacie" (wywiad dla Super Expressu, 10 grudnia 2013), a zapewnienia kolejnych rzeczników PiS (Adama Hoffmana w czerwcu 2013 i Andrzeja Dudy w grudniu), że posłanka Pawłowicz nie stanowi głównego nurtu PiS nie zmienia faktu, iż to jej wypowiedzi nadają ton dyskursowi PiS o Unii Europejskiej. To one zostaną zapamiętane i w tych kategoriach o UE myśleć będą wyborcy PiS oddając na te partie glos w najbliższych wyborach. Pod tym względem Michał Kamiński ma rację: "to ona wyraża jądro PiS!"
Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014
1) Fundusze strukturalne: niech Unia się nie miesza, niech płaci - 15.01.2014
2) Energia i klimat: ich klimat, nasz węgiel – 17.01.2014
4) Złotówka: suwerenna tarcza antykryzysowa – 29.01.2014
5) Polityka zagraniczna: nasza miedza, nasz płot – 01.02.2014
6) W Polsce tylko polskie prawo – 05.02.2014
8) Cała wstecz, cała w bok: damy radę! - 03.09.2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.
Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...
-
To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Oneci...
-
©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipc...
-
Fot. Wikimedia Commons Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka...







