Przejdź do głównej zawartości

Cameron i lampa Alladyna


D. Cameron w Davos, Szwajcaria, 2010
W najbliższy piątek, 18 stycznia, Cameron ogłosi jak wyobraża sobie specjalny status swojego kraju w Unii Europejskiej. Długo oczekiwane przemówienie wygłosi w Holandii, nie w Londynie, bo adresowane jest bardziej do rządów i opinii publicznej państw członkowskich niż do samych Brytyjczyków. Ma to być ponoć lista wyłączeń spod obowiązujących w UE zasad i przepisów oraz katalog specjalnych przywilejów przyznanych Wielkiej Brytanii w zamian za jej pozostanie w UE. Jeśli ta prognoza się sprawdzi, to na pewno nie należy tego wystąpienia traktować jak "propozycji nie do odrzucenia". Jej odrzucenie jest jak najbardziej wskazane i bardziej niż prawdopodobne. Cameron o tym wie i przeżywa trudny okres w swej karierze. Współczuć mu jednak nie należy, bo sam – ze szkodą dla wszystkich – postawił się pod ścianą.

Miejsce Wielkiej Brytanii

Piątkowe wystąpienie, którego wysłuchają zagraniczni dyplomaci i dziennikarze, to kolejna próba odwleczenia momentu, w którym będzie musiał wprost powiedzieć Brytyjczykom czy zorganizuje im obiecane referendum unijne czy nie. Połowa wyspiarzy chciałaby w nim zagłosować za wyjściem wielkiej Brytanii z UE ("Brexit"). Sam Cameron nie jest jednak do tego rozwiązania przekonany. Nie wie jak z powrotem zapędzić do czarodziejskiej lampy dżina populizmu i eurofobii, którego wypuścił ubiegając się o lokum na Downing street nr 10. Cameron to nie tylko polityk krótkowzroczny i nierozważny. To również polityk, który dal się ponieść brytyjskim snom o potędze, które powróciły nad Tamizę w latach dziewięćdziesiątych.

Wielu torysów, a za nim spora część elektoratu, uwierzyło, że w nowej Europie jest specjalne miejsce dla Wielkiej Brytanii. Koniec zimnej wojny i dwubiegunowego świata oraz zniknięcie sowieckiego zagrożenia pozwoliły wielu Brytyjczykom uwierzyć, że mają swoją rolę do odegrania. Zdystansować się wobec UE, do której przystąpili bardziej pod wpływem geopolitycznego i gospodarczego instynktu przetrwania i pozostać głównym partnerem Stanów Zjednoczonych, sytuując się niejako okrakiem między Ameryką i Europą i wykorzystując swoje światowe wpływy pozostałe z czasów kolonialnych – taki był zamysł. Niedawne oświadczenie Philipa Gordona (odpowiedzialnego w amerykańskiej administracji za sprawy europejskie), że w interesie USA leżą bliskie relacje z Wielka Brytanią jako rzeczywistym a nie byłym albo niepełnym członkiem UE, było kubłem zimnej wody na głowę Camerona. Wielka Brytania usłyszała gdzie jest jej miejsce i była to przestroga, która wywołała w Londynie więcej szumu niż wcześniejsze wypowiadane przez szefów unijnych instytucji, niemiecką kanclerz, irlandzkiego premiera czy polskiego ministra spraw zagranicznych.

Watykan czy Norwegia

Kiedy w 2009 roku torysi wyszli z Europejskiej Partii i Ludowej i utworzyli w Parlamencie Europejskim antyeuropejski klub Europejskich Konserwatystów i Reformatorów wydawało się, że to tymczasowy kaprys, wyborczy fortel. Ale torysi wytrwali w swej schizmie. Uspokajali kolegów, z którymi do niedawna dzielili parlamentarne ławy, że wszystko jest pod kontrolą. Sami jednak stali się zakładnikami eurofobicznych deklaracji i mrzonek o referendum. Dziś dwie trzecie torysów ma z tym problem, bo nie zamierza wychodzić z UE. Niejednokrotnie się zdarza, że brytyjscy konserwatyści głosują tak jak posłowie Partii Pracy. Dyscyplina partyjna będzie się osłabiać. Cameron wie, że ma kłopoty we własnych szeregach. Brytyjski biznes, z City na czele, przestrzega go przed wyjściem z UE.

Pomysł uzyskania specjalnego statusu w UE bez wychodzenia z niej miałby pozwolić wyjść Cameronowi z politycznego potrzasku, w który wdepnął. Dlaczego jednak inne państwa członkowskie miałyby się na to godzić? Brytyjczycy już dziś mają najwięcej opt-outów, wyłączeń, derogacji: euro, Schengen, wymiar sprawiedliwości. Unia nie odniosłaby żadnej korzyści pozwalając na wydłużenie tej listy. Jacques Delors powiedział niedawno, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie musi być żadną tragedią. Trzeba tylko będzie wynegocjować zasady współpracy. W końcu Szwajcaria, która nie jest nawet członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego (odrzucili członkostwo w EOG w referendum w 1992 roku) opiera swoja współpracę z UE na umowach dwustronnych. Fakt, że w niektórych dziedzinach jest bardziej zintegrowana z UE niż Wielka Brytania (należy na przykład do Schengen). Wielka Brytania może dołączyć do grona państw europejskich, które nie należą do UE. Jest ich niemało: poza Szwajcarią jest przecież Norwegia, Islandia (ta jednak o członkostwo się ubiega), Andora, Liechtenstein, Monako, San Marino i Watykan.

Niektóre z tych państw należą do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) i na tej płaszczyźnie definiują swoje relacje z UE, w ramach EOG. Wielka Brytania jednak wystąpiła w 1973 roku z EFTA, choć sama ja zakładała. Możliwości jest wiele. Pytanie tylko, czy bez norweskiej ropy Wielka Brytania może być samowystarczalna jak Norwegia; czy bez szwajcarskich banków i szwajcarskiej tradycji neutralności może być Szwajcarią; czy ze swoimi post-imperialnymi ambicjami i złudzeniami dotyczącymi specjalnej pozycji w świecie Brytyjczycy będą w stanie wymyślić dla siebie rolę zainspirowaną Watykanem, Islandią albo Lichtensteinem. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możl…