Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patent. Pokaż wszystkie posty

2012-12-28

Solidarność, głupcze!

W Europie łatwiej o myślenie w kategoriach dobroczynności niż solidarności. Ktoś mógłby pomyśleć, że to czas świąt kieruje naszą uwagę w stronę najbardziej potrzebujących. Na pewno. Ale kryzys gospodarczy nad wyraz jasno pokazał, że to trwała tendencja: ludziom łatwiej przychodzi poddać się chwilowym odruchom sumienia niż wytrwale podążać za podszeptami rozumu. Łatwiej o dobry uczynek na poziomie indywidualnym – jałmużnę, zapomogę, paczkę na święta dla biednych, niż o postępowanie na co dzień zgodnie z zasadami solidarności. Tymi, które wynikają z poczucia wspólnoty losu, zdefiniowania wspólnego interesu, działania na zasadzie wzajemnej pomocy.  Nasze dobre uczynki, balsam na umartwione sumienia, paradoksalnie pokazują jak blisko jest nam do Hobbesa, a jak daleko do Kropotkina. 

Zwykła ludzka rzecz, co do tego ma Unia? Wbrew pozorom ma sporo, bo mechanizmy i sens integracji europejskiej opierają się na zasadzie solidarności w podziale dóbr i na wzajemnej pomocy jako czynniku rozwoju. Wydawałby się to oczywistością. Słowo solidarność odmieniane przez wszystkie przypadki zdominowało publiczne wystąpienia polskich dygnitarzy podczas naszej prezydencji w Radzie UE. Przydaje się również dziś podczas rozmów o unijnym budżecie i o polityce spójności. Solidarność jest nieodzownym odwołaniem w tej retoryce, razem z deklaracjami i wezwaniami dotyczącymi wspólnoty interesu i wzajemności korzyści w europejskiej wspólnocie. 

Solidarność patentowana

Ciekawe, że w tym samym czasie argumenty solidarności i wzajemności nie pojawiają się w debacie na temat wspólnego europejskiego patentu. Nie opłaca nam się – będziemy musieli dołożyć. Ukazał się raport jednej z firm konsultingowych, z którego wynika, że nas to może coś kosztować. Ktoś wyliczył, że mniej, niż rząd chce zebrać rocznie z mandatów. Ciekawe, że cicho jest  na temat innych raportów, publikowanych od trzydziestu lat, ukazujących że dla rozwoju UE, dla jej przedsiębiorczości, jej przemysłu i handlu wspólny patent jest niezbędny. Że jest jednym z warunków poprawy konkurencyjności unijnej gospodarki w w globalnej rozgrywce. Ale polscy przedsiębiorcy wyjątkowo nie mówią o europejskich przedsiębiorstwach, tylko o polskich, o swoich własnych. Przestały być europejskie? 

Co rusz spotykam wzmiankę o tym, że w kwestii patentu nie jesteśmy sami: Włosi i Hiszpanie też nie chcą. Niewiedza czy zła wola  dziennikarzy, nie wiem, ale prawda jest taka, że Włosi i Hiszpanie uparli się i wetują ze względów prestiżowych, bo chcą, żeby włoski i kastylijski zostały dodane to listy języków, w których patenty będą zgłaszane. Znacznie podniosłoby to koszty operacji, której celem jest obniżenie ceny, jaka europejscy przedsiębiorcy i wynalazcy płacą za ochronę patentową. Jesteśmy solidarni z Włochami i Hiszpanami? Chcemy żeby było drożnej? Bezrozumna solidarność. Lobby polskich przedsiębiorców sprzeciwia się porozumieniu 25 państw, ale bynajmniej nie z solidarności z budżetem państwa, który na jednolitym patencie miałby stracić.  Chodzi o to, by sobie patentami głowy nie zawracać. Po co? Własność intelektualna jest dobra dla bogatych, wynalazki zresztą też, więcej patentów europejskich to trudniejszy do nich legalny dostęp.  Legalny – tu jest pies pogrzebany. Solidarność? Tak, solidarność Kalego. Przykładów tej kategorii solidarności jest zresztą więcej, jednym z budzących w Polsce największe (i po części zrozumiałe) kontrowersje jest unijna polityka klimatyczna.  


Solidarność Janosika

Ten brak solidarności i poczucia wspólnoty widać też w innych kwestiach, z pozoru z UE nie związanych. Jednym z przykładów była dyskusja na temat „janosikowego”. Chodzi o prawo, na mocy którego bogatsze regiony Polski, poprzez wkład do tak zwanej subwencji ogólnej, przekazują cześć swoich dochodów regionom o niższym dochodzie na głowę mieszkańca. Nie jestem specjalistą i  nie wiem, czy to dobre rozwiązanie. Zastanawia mnie co innego: dlaczego nikt nie mówi z przekąsem o „janosikowym”, które Jean, Hans i Ian płacą na polskie drogi, mosty, oczyszczalnie, kursy dla bezrobotnych, uczelnie i nawet na Jasną Górę (tam też od lat konserwacja finansowana jest głównie z unijnych funduszy strukturalnych). Czy w interesie bogatych polskich regionów nie leży rozwój biednych polskich regionów? Czy ta solidarność się nie opłaca? Jeżeli tak, to ci którzy tak uważają, nie powinni wypominać egoizmu bogatym państwom UE, które wolałyby mniej płacić albo, jak Wielka Brytania, nie płacić wcale na biedną Polskę, Litwę czy Rumunię. 

Solidarność bogatych

Żeby wszystko było jasne: Polska, ojczyzna  „Solidarności”, nie jest jedynym członkiem UE, w którym solidarność nie jest naturalnym odruchem, a solidarność dekretowana przez państwo lub wspólnotę państw nie spotyka się z powszechnym  zrozumieniem. Francuski podatek, który mają zapłacić najbogatsi jest chyba najbardziej jaskrawym przykładem janosikowego myślenia. Pisałem o tym niedawno w tekście na temat Gerarda Depardieu. Katalonia, najbogatszy region Hiszpanii, chce niepodległości, bo ma dosyć płacenia na biedniejsze regiony. Tyle, że domaga się tej niepodległości w ramach UE, niejako pod osłoną europejskiej solidarności. Szkocja też uważa, że sporo by zyskała, gdyby nie musiała dokładać się do brytyjskiego budżetu i nie chce słyszeć płynących z Londynu pouczeń na temat solidarności: fakt, że Londyn za rządów Camerona nikogo solidarności uczyć nie powinien. Flamandzcy nacjonaliści od lat dążą do rozbicia Belgii, bo nie chcą – jak twierdza – utrzymywać biedniejszej Walonii. Kiedyś to Walonia była bogata, a Flandria biedna, Walonowie pogardzali wówczas Flamandami. Ucichła sprawa włoskiego irredentyzmu, ale Liga Północna istnieje nadal jako żywy dowód, że separatystyczne tendencje bogatej "Padanii" nie nalezą do przeszłości. 

Niemców czy Holendrów pewnie łatwiej byłoby przekonać do wysyłania do Polski paczek, jak w stanie wojennym, niż do tej formy solidarności, która obowiązuje w UE. Pewnie byłoby łatwiej, tylko, że pożytek – nie tylko dla Polski, również dla nich samych – byłby nieporównywalnie mniejszy. Greków – na jakiś czas przynajmniej – można by przyjąć do obozów uchodźców, dać jeść, swetry rozdać. Ale na dłuższą metę nikt na tym nie skorzysta. Wyjątkowa w historii finansowa  solidarność państw strefy euro przyniesie profity wszystkim,  nawet jeśli to bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Grecy poczują je pewnie ostatni i zapewne nie wcześniej niż za kilkanaście lat. Europejska solidarność nigdy nie była łatwa do zrozumienia, a w odróżnieniu od dobroczynności nie jest wynikiem odruchu serca, tylko rozumu. Okres kryzysu jest dla idei solidarności najtrudniejszym sprawdzianem, bo solidarność wymaga umiejętności i odwagi spojrzenia w przyszłość, a przyszłość oglądana z kryzysowej perspektywy napawa ludzi strachem, a nie odwaga. Strach pogłębia istniejące już wcześniej podziały, jest pożywieniem egoizmu.  Jak to się dzieje, że w tej sytuacji oparta na solidarności integracja europejska funkcjonuje już od kilkudziesięciu lat? Nie wiadomo. To tylko kolejny dowód na to, jak genialni byli ci, którzy tę europejską Spółdzielnię „Solidarność” wymyślili.

2012-07-03

Patentowany absurd

Państwa, które do unijnego budżetu wpłacają najwięcej, wzywają do ograniczenia wydatków w przyszłym wieloletnim budżecie UE (na lata 2014-2020). Racjonalizacji wydatków domagają się wszyscy, również ci, którzy ze wspólnej unijnej kasy najwięcej dostają.  Jedni i drudzy zdają się nie pamiętać, że sami uchwalają ten budżet (wespół z Parlamentem Europejskim), że sami są dysponentami tej kasy (w 94% wraca do państw) oraz, że wspólne pieniądze służą do finansowania wspólnie przyjętych zobowiązań.

Media pełne są krytyki euro-biurokracji, która marnotrawi pieniądze. Krytyki kierowanej, o dziwo, pod adresem unijnych instytucji. Kto jednak wymyślił, uzgodnił i i broni z uporem godnym lepszej sprawy trzech siedzib Parlamentu Europejskiego (w Strasburgu, Luksemburgu i Brukseli)? Państwa członkowskie.  I to nie tylko Francja. I nie tylko Niemcy. Kilka dni temu, po blisko trzydziestu latach, państwa członkowskie doszły do międzyrządowego porozumienia w sprawie jednolitego systemu patentowego, mającego obowiązywać w 25 krajach. Hiszpania i Włochy nie chcą w tym brać udziału, bo ich języki nie zostały uznane za kluczowe. Gdyby do trzech obowiązujących języków (angielskiego, francuskiego, niemieckiego) dodać włoski i hiszpański, miliardowe oszczędności wynikające między innymi z uproszczenia systemu tłumaczeń znacznie by się skurczyły. Patentów w obu tych językach rejestruje się stosunkowo mało (pewnie, że więcej niż w Polsce, ale o to nie trudno), bo Hiszpania i Włochy nie są awangardą wynalazczości, ale jest przecież duma narodowa! Za oddanie jej pokłonu, Hiszpanie i Włosi byli gotowi płacić setki milionów euro rocznie, tyle, że nie ze swojej, ale ze wspólnej kasy. A przecież Włochy i Hiszpania, borykające się nota bene z olbrzymim długiem państwowym,  też wzywają do racjonalizacji wspólnych wydatków. I też słusznie. 

Barroso i Barnier prezentują wstępny projekt jednolitego patentu ©EU2012
Najważniejszym instytucjonalnie elementem nowego systemu ma być wspólny sad patentowy (UPC). Wiadomo, że sąd, to nie jest byt wirtualny. Potrzebny jest budynek, personel, budżet operacyjny, administracyjny. Jak zwykle w takich przypadkach, budynek, czyli siedziba, jest najważniejszy. Jak zwykle sprawa stanęła na ostrzu noża, gdy przewodniczący Rady Europejskiej, Herman Van Rompuy, zaproponował, by siedziba trybunału był Paryż. Francja była zachwycona. Brytyjczycy od razu zapowiedzieli weto. Niemcy starali się mediować. Przewodniczący Komisji Europejskiej, Barroso, proponował Brukselę, bo wojna miedzy Londynem a Paryżem mogła doprowadzić do zerwania negocjacji, ale to rządy narodowe podejmują jednogłośnie decyzję, a nie Komisja.
Decyzja, jak zwykle, okazała się salomonowa: siedziba głównego oddziału sądu pierwszej instancji będzie Paryż. Przewodniczącym sądu będzie Francuz. Racjonalnie? Racjonalnie! Ale to nie koniec. Będą też dwa oddziały tematyczne. Jeden - w Londynie. To też racjonalne, coś trzeba było Anglikom zapłacić za zgodę na Paryż. Drugi oddział - w Monachium. No bo skoro już Brytyjczycy coś dostali i Francuzi też, to racjonalnie było dodać trzeci element, bo - jak każdy racjonalista wie - Pan Bóg Trójcę lubi. 

Zamiast jednego, trzy miejsca - absurd jest oczywisty. Koszty, których obcięcia stale się domagają państwa członkowskie (państwa narodowe, jak lubią mówić niektórzy), będą znacznie wyższe. Cała operacja i tak się opłaca, mimo tego, co mówią polscy radcy patentowi i tłumacze (których dochody faktycznie spadną, nie zarobią już tyle na przedsiębiorstwach i wynalazcach zgłaszających innowacje). Koszt tej fanaberii w porównaniu do zysków, które przyniesie nowy system całej UE, jest pewnie do przełknięcia. Ale już w porównaniu do fanaberii Włoskiej i Hiszpańskiej jest to mniej oczywiste. Cały system będzie kosztował jednak drożej, niż założono, a to właśnie głownie koszt ochrony patentowej w UE sprawia, że europejskich patentów jest bez porównania mniej niż chińskich i amerykańskich. O całej sprawie warto jednak pamiętać, gdy Londyn, Paryż, Berlin czy inna stolica wzywać będzie do racjonalizacji wspólnych wydatków. 

Absurd zaś sięga zenitu, gdy zawarte porozumienie dokładnie się przeczyta. Okaże się wówczas, że projekt został pozbawiony trzech najważniejszych artykułów. Co z niego zostanie, poza trzema administracjami w trzech europejskich miastach?

2012-02-06

Bezpieczeństwo i obronność w UE: wzmocniona współpraca?

Bronisław Komorowski mówił wczoraj w Monachium o konieczności wzmocnienia współpracy Europejczykow na rzecz wspólnego bezpieczeństwa. 

Swego czasu nawet Kaczyński wzywał do wspólnej europejskiej armii. To dobrze, że przynajmniej w tej dziedzinie  można mówić o ciągłości w poglądach władzy i o jasnym, trwałym stanowisku Polski. Tylko, że mało kto mówi. Kaczyński mówił na temat UE tyle rzeczy, którym - świadomie albo nie - w następnym zdaniu zaprzeczał, że trudno było jego deklaracje brać na serio. Zwłaszcza te, które można by uznać za proeuropejskie, bo nie pasowały do jego wizerunku eurosceptyka i polityka z innej epoki, nie potrafiącego zrozumieć integracji europejskiej. Tusk nie uczynił z obronności ważnego tematu prezydencji. Z jednej strony trudno od niego wymagać, żeby wszystkie ważne tematy były priorytetami prezydencji, bo prezydencja nie jest od układania glosariusza europejskich priorytetów, wszystkiego na listę wpisać się nie da. Z drugiej jednak strony prezydencja była na pewno okazją do zaznaczenia na szerszym forum polskich poglądów na temat unijnej obronności. Nie skorzystano z niej. Dziś w Monachium Komorowski o sprawie mówił niemrawo i bez konkretów. Co to znaczy, że można by pomyśleć o wzmocnionej współpracy? Prezydent ważnego państwa UE nie możne na takim forum zachowywać się jak niepewny swego mówca zaproszony na konferencje w zastępstwie prawdziwego eksperta. Z wystąpienia Komorowskiego wynika na dodatek, że powodem wzmocnionej współpracy w zakresie obronności ma być zmniejszanie obecności USA na terytorium Europy. Sprawa nie bez znaczenia, tylko sposób myślenia jakiś mało europejski i naiwny. UE potrzebuje silniejszej współpracy obronnej, wspólnej armii i wspólnego rynku zbrojeniowego bez względu na stopień obecności wojskowej w Europie.

Są dziedziny, w których wzmocniona współpraca działa, na przykład w wymiarze sprawiedliwości. Pozwala ona na "elastyczną integrację": gdy jedno lub więcej państw członkowskich nie zgadza się na przyjcie wspólnego prawa w danej dziedzinie, grupa co najmniej dziesięciu państw może zdecydować o podjęciu w tej dziedzinie wzmocnionej współpracy. To coś więcej niż wspolpraca międzynarodowa, bo odbywa się ona z odziałem (również na etapie decyzji) wspólnych unijnych instytucji na podstawie unijnych traktatów. Pozostaje też otwarta dla pozostałych panstw członkowskich, choć tak długo jak do współpracy nie przystąpią, pozostają obserwatorami, bez prawa głosu (system przywodzi na myśl postulat Polski, by zasiadać przy stole obrad wraz z członkami strefy euro, ale bez prawa głosu, bo sama nie jest jej członkiem).  Niemożność znalezienia porozumienia w dziedzinie prawa rozwodowego (bo nie zgadzała sie Szwecja) popchnęła UE do rozpoczęcia wzmocnionej współpracy (do której wciąż, wbrew interesom swoich obywateli, nie przystąpiła Polska).  Wkrótce (mimo blokady Włochów i Hiszpanów) rozpocznie się wzmocniona współpraca w dzidzinie patentów. 

Francusko-brytyjski szczyt na temat obronności, Londyn 2010 ©CQ
Wzmocniona współpraca zostala wymyślona po to, by ci, którzy nie chcą podążać do przodu nie blokowali postępów integracji europejskiej.  W Polsce nie bez powodu zarzuca się jednak tej metodzie nadmiar elastyczności: integrujące się w rożnym tempie  państwa członkowskie wywołują widmo "Europy dwóch prędkości".  Te obawy, ale też zapewne świadomość, że nie znajdzie się dziesięciu panstw skłonnych do wzmocnionej współpracy na rzecz bezpieczeństwa, mogą tłumaczyć dlaczego główny postulat wystąpienia Komorowskiego w Monachium był sformułowany w sposób tak miałki i nijaki. Polska powinna przede wszystkim pomyśleć o zacienieniu współpracy z Francją i Wielką Brytanią bo ten duet dominuje w dziedzinie bezpieczeństwa tak jak w zakresie gospodarki i polityki pierwsze skrzypce gra duet francusko-niemiecki. 

To chyba jedyna unijna dziedzina o fundamentalnym znaczeniu, w którą Londyn się w pełni angażuje.  Co jednak Polska ma do zaoferowania by przystąpić do tej współpracy? Ta oferta powinna być jasno określona i po zwierzchniku sił zbrojnych można by się takiej definicji spodziewać. Jej określenie pomogło by też Polsce w rozpoczęciu starań o wzmocnioną współpracę, gdyby uznano, że są na nią szanse. Najważniejsze, to jednak ogłaszać odważne postulaty tak, by wiadomo było o co chodzi. W wystąpieniu Komorowskiego - nie wiadomo.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...