Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macierewicz Antoni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macierewicz Antoni. Pokaż wszystkie posty

2017-02-03

Państwo dobrej zmiany walczy z antyrasistami

Na wezwanie księdza-neofaszysty pisowska władza zleciła śledztwo w sprawie Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych prokuraturze okręgowej w Białymstoku, tej samej, która z zasady uważa rasizm i ksenofobię za nieszkodliwe społecznie. Bez względu na rozwój wypadków, to zdarzenie ma rangę symbolu. PiS przeszedł do nowego etapu działań, nowego etapu swej narodowej rewolucji, i z ostentacją ogłasza: nie cofniemy się przed niczym.

Niedawno neofaszysta w sutannie, tzw. kapelan nacjonalistów, ks. Jacek Międlar wezwał do delegalizacji Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Następnie chwalił się na Twitterze pozytywną reakcją władz: odzew prokuratury był natychmiastowy. 

Ośrodek jest solą w oku pisowskiej władzy, bo nieustannie udowadnia, że w Polsce jest rasizm. Tymczasem władza twierdzi co innego. Monitorowanie rasizmu i ksenofobii nie podoba się naturalnie samym rasistom i ksenofobom (którzy w Polsce dysponują silnymi strukturami, to nie tylko ONR i Falanga) ponieważ wielokrotnie skutkiem monitorowania przez Ośrodek było zablokowanie tworzonych przez nich stron i portali w mediach społecznościowych. A media społecznościowe, zwłaszcza Twitter i Facebook to główne platformy służące popularyzacji nienawiści rasowej i poglądów skrajnych, nie tylko w Polsce. Zachowania rasistowskie i ksenofobiczne pozostają zwykle bezkarne: stwierdza się brak szkodliwości społecznej czynu. Prym wiedzie tu prokuratura okręgowa w Białymstoku, która swastykę uznaje za nieszkodliwy azjatycki symbol szczęścia, a nie nazistowski emblemat.

Polską rządzą ludzie, którzy, jak Macierewicz, skłonni są ksenofobów i religijno-nacjonalistycznych integrystów uznać za „patriotyczną młodzież” i zaprosić do udziału w bojówkach zwanych „obroną terytorialną”; którzy, jak Jaroslaw Kaczyński, uciekających przed wojną ludzi uważa za roznosicieli chorób i zarazków, jeśli mają inny niż biały kolor skóry i wyznają inna niż katolicka religię; jak Mariusz Błaszczak, któremu rasizm wydaje się oczywistą reakcją na „multi-kulti” w Niemczech lub we Francji, natomiast nie ma nic wspólnego z aktami przemocy wobec obcokrajowców w Polsce, gdzie przecież nie ma „multi-kulti” (a tym samym nie może być rasizmu).  Politycy PiS wskazywanie palcem coraz częstszych rasistowskich incydentów uważają za „lewacką” propagandę skierowana przeciw Polsce. Ta władza nie tylko przymyka oczy na rasizm i ksenofobię, ona tym tendencjom wyraźnie sprzyja.


Określenie ideologii i działań PiS-u mianem neofaszystowskich wywołuje w Polsce niejednokrotnie żachnięcie: łatwo usłyszeć słowo „przesadzasz”. A przecież w dziedzinie ustroju, praworządności czy konstytucyjności wpływ idei Carla Schmitta jest bezsprzeczny. Teraz władza, którą firmują Kaczyński, Duda, Szydło, Kuchciński, Macierewicz, zrobiła krok dalej. W państwie „dobrej zmiany” coraz wyraźniej dochodzi do głosu, jako element systemowy, ksenofobia. I rasizm: pobrzmiewający w wypowiedziach publicznych, nie jest jeszcze ideologią oficjalnie głoszoną przez PiS. Ale należy już do nowego kanonu polskiego pluralizmu, tego samego, z którego wykluczone zostały: praworządność, tolerancja, w tym wobec mniejszości, liberalna demokracja, poszanowania praw człowieka, równość kobiet i mężczyzn. Artykuł 2. unijnego traktatu, który definiuje europejskie wartości będące podstawa wspólnoty, przestał w Polsce obowiązywać. Wrogowie społeczeństwa otwartego zakorzeenili się u władzy na dobre.

2016-08-23

Soros i Sobieski, dwa bratanki

Kiedy opowiadam węgierskim przyjaciołom, że Sorosem w Polsce dzieci straszą (przynajmniej w mediach narodowych), otwierają szeroko oczy ze zdumienia, że u nas też. Bo u nich owszem, Soros juz dawno przez władzę narodową został ogłoszony zdrajcą, ale to Węgier. No właśnie, tlumaczę: dlatego, że zdrajca na Węgrzech to w Polsce można na nim psy wieszać. Na innych Węgrach nie można, bo wszyscy inni popierają Orbàna i kibicują polskiej dobrej zmianie (przynajmniej w mediach narodowych).  


George Soros ©Niccolò Caranti
Wypromowanie Sorosa na wroga Narodu Polskiego nie jest rozwiązaniem idealnym, bo zdrajca nie zdrajca, żyd nie żyd, ale jednak Węgier i dlatego jego wrogie działania tłumaczyć można w mediach narodowych  jedynie poprzez interes finansowy, z natury rzeczy sprzeczny z interesem polskim, a to trochę za mało. Żydostwa wyciągnąć mu wprost nie można, bo wróg nie śpi i zaraz bezpodstawnie oskarży Polski Naród o antysemityzm (a, niestety, z powodu "Sąsiadów" Grossa, "Idy" Pawlikowskiego i "pedagogiki wstydu" Zachodowi się wydaje, że Polacy to antysemici). 

Byłoby lepiej, gdybyśmy mieli własnego zdrajcę-kapitalistę, bo wtedy można by zastosować targowicką ornamentację, a na tym bardzo zyskałby styl przekazu. W końcu rytuał narodowej ewangelizacji też się liczy. Przypadek Sorosa pokazuje jak bardzo potrzebna jest polonizacja polskiej gospodarki. Gdybyśmy mieli własnego milionera promującego społeczeństwo otwarte (wedle terminologii mediów narodowych chodzi o wpuszczanie terrorystów, nic wspólnego z Karlem Popperem), żyda na dodatek (nic nie trzeba mówić, mrugnięcie okiem wystarczy), to też moglibyśmy go ogłosić zdrajcą, a tak, niestety, musimy sobie sobie zdrajcę pożyczyć od bratanków Madziarów i przystosować do naszych potrzeb. 

Na szczęścicie przystosowanie nie jest takie trudne, bo rząd PiS i rząd Fideszu mają podobne, by nie powiedzieć bliźniacze potrzeby i metody działania. Weźmy na przykład taką politykę historyczną. W Polsce Kaczyńskiego, tak jak na Węgrzech Orbàna  polityka historyczna to rodzaj pojęciowej plasteliny, z której lepi się przeszłość wedle najmodniejszych wzorów odpowiadających potrzebom teraźniejszości. I tu i tam rządzący są przekonani, że to fundament każdego działania, niezbędne uprawomocnieni każdej polityki. 

Oczywiście ta bliskość, choć piękna, nie jest wolna od zagrożeń. Z niepokojem czekam na dzień, w którym Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz odkryją, co Węgrzy wypisują w szkolnych podręcznikach historii. Otóż wbrew oczywistej oczywistości piszą tam, że to oni byli przedmurzem chrześcijaństwa: walcząc w XIII wieku z Mongołami, w XVI i XVII z Turkami, a w czasie drugiej wojny światowej z bolszewikami. Dziś, wobec zlaicyzowanego i liberalnego Zachodu, znów stanowią awangardę odbudowy narodowo-chrzescijańskiej Europy.  To samo mniej więcej mówi PiS, tylko że wedle polskiej polityki historycznej to Polska jest przedmurzem chrześcijaństwa. Jest jednak wyjście: możemy się z Węgrami podzielić Janem Sobieskim, jak oni podzielili się Georgem Sorosem. 

NB. Tekst powstał pod wpływem porażającego arogancją infantylnej propagandy materiału na temat nieistniejacej listy Sorosa wyemitowanego kilka dni temu w Wiadomościach. 

Na podobny temat:

Alternatywna Europa byłych demoludów (6.03.2013)


2016-05-12

Uwaga: to nie o ten audyt chodziło

Audyt rządów PO i PSL wygłoszony w sejmie przez członków rządu PiS spotkał się z krytyką w dużej mierze niezasłużoną, wynikającą z nieporozumienia dotyczącego znaczenia słowa audyt. Krytycy zinterpretowali to pojęcie na sposób zapewne najbardziej obecnie rozpowszechniony, ale niestety niezgodny z intencjami ministrów. Poniżej kilka słów wyjaśnienia terminu.

Audyt – ( au•dyt -ytu, -ycie; -ytów) – stosunkowo nowy gatunek wypowiedzi publicznej, na granicy literatury i publicystyki politycznej. Zwykle utwór anonimowy lub zbiorowego  autorstwa, prezentowany jednak przez znane publicznie postacie, wieloczęściowy, ale z jednoznacznym głównym przekazem spinającym wszystkie części w spójną całość, przy czym spójność stylistyczna nie jest niezbędna.

Min. A. Macierewicz 11 maja 2016 wygłosił w sejmie RP fragment audytu
Audyt ma na celu zdemaskowanie, ośmieszenie i poniżenie przeciwnika (osoby, środowiska społecznego, instytucji). Ponieważ odnosi się do przeszłości i ma charakter oskarżający, może zostać uznany za odmianę rodzaju osądzającego (łac. genus iudiciale) w retoryce. Posługuje się przejaskrawieniami i ekspresywną retoryką, stroni jednak od elokucji, opiera się na argumentacji pozamerytorycznej (argumentum ad traditionem, ad populum, ad numerum, ad hominem). Odbiorca zdaje sobie zwykle sprawę z erystycznej ambicji autora (autorów), ale niska jakość merytoryczna argumentacji i zdecydowana przewaga dialektyki nad logiką (w ujęciu Schopenhauera) nie pozostawia wątpliwości, że audyt jest skierowany głównie do pozytywnie nastawionego do autora (autorów) audytorium.

Audyt jest utworem sytuującym się na pograniczu pamfletu, paszkwilu i filipiki. Ze względu na cel i formę wypowiedzi może zostać uznany za rodzaj pamfletu, ale stosowane sposoby argumentacji, skłonność do oszczerstwa i nierzadkie przekraczanie granicy dobrego smaku sprawiają, że zwykle bywa uznany za bliższy paszkwilowi. Z filipiką łączy go ustny i publiczny charakter wypowiedzi (audyt z zasady nie istnieje w wersji pisemnej i tym samym nawiązuje do tradycji przekazów ustnych) oraz silnie krytyczny charakter. Zasadniczo różni się jednak od niej poziomem i jakością argumentacji (uznanie Demostenesa i Cycerona, najsłynniejszych autorów filipik, za prekursorów audytu byłoby dla nich obraźliwe) oraz adresatem krytyki: filipika wymierzona jest przeciw urzędującemu władcy (dotyczy więc teraźniejszości), podczas gdy audyt skierowany jest przeciw byłemu i pozbawionemu władzy przywódcy (odnosi się więc do przeszłości, choć towarzyszy mu zamiar skompromitowania przeciwka na przyszłość).

Cechą charakterystyczną audytu jest sposób jego publicznego wygłoszenia: zwykle audyt wykonuje wielu następujących po sobie mówców, choć możliwe jest wykonanie chóralne. Audyt wypowiadany jest na przemian tonem kaznodziejsko-gromiącym, kaznodziejsko-prześmiewczym i kaznodziejsko-belferskim.

***

Ujednoznacznienie : nie należy mylić terminu „audyt” oznaczającego formę silnie krytycznej, oskarżycielskiej wypowiedzi publicznej z tak samo brzmiącym pojęciem oznaczającym proces wewnętrznej lub zewnętrznej kontroli działalności (najczęściej instytucji lub przedsiębiorstwa) pod względem finansowym, ekonomicznym, jakościowym lub organizacyjnym.

Słowa „audyt” i „audytor” w przedstawionym powyżej znaczeniu nawiązują do terminologii sądownictwa kościelnego i dotyczą materiału procesowego i dowodowego zebranego i przygotowanego przez audytora. Audytor w tym znaczeniu jest członkiem trybunału Roty rzymskiej.


Uwaga: stosowane nieraz zamiennie ze słowem „audyt” słowo „audit”, jako termin niepoprawny, nie występuje w słowniku języka polskiego i nie należy go używać. Potocznie, ale tylko w odniesieniu do audytu jako formy wypowiedzi, funkcjonuje pisownia "ałdyt". W ramach polonizacja języka ojczystego pojawiła się też propozycja terminu "szydłosłów", ponieważ najbardziej znanym przykładem audytu jako wypowiedzi publicznej był zbiorowy audyt ministrów rzadu Beaty Szydlo, z jej osobistym udzialem, w sejmie, 11 maja 2016. Gdyby termin "szydłosłów" się przyjął, można by w przyszłości uniknąć nieporozumień wynikających z wieloznaczeniowości słowa "audyt".

2015-11-15

To oni są przeciwko nam

Silny jest sprzeciw ludu wobec "onych". Wczorajsze zamachy terrorystyczne w Paryżu, jak każda taka tragedia, uwolniły falę emocji i zalew komentarzy. Wyrażane na forach i w mediach społecznościowych opinie nacechowane są wyższym jeszcze niż zwykle poziomem szczerości, bo niedodparta potrzeba natychmiastowej reakcji nie pozostawia czasu na przyoblekanie myśli w eufemizmy. Z wielu komentarzy jednoznacznie przebija świadomość, że jesteśmy my i oni, i że skoro oni nam taki zgotowali los, to my nie pozostawimy tego bez odpowiedzi. Proponowane rozwiązania są dość standardowe. Zamiast je analizować, znacznie ciekawiej jest spróbować zrozumieć kim są "oni" a kim jesteśmy "my".

Kim są oni

Wstępne jeszcze raporty policji zdają sie potwierdzać schemat wcześniejszych zamachów: "oni" są stosunkowo młodzi, mówią płynnie w języku kraju, w którym dokonali zamachu, zwykle się w nim urodzili i chodzili tam do szkoły, wyglądają "normalnie", to znaczy ubierają się jak większość ich rówieśników i nie zaskakują specjalnie egzotyką swojej urody. Rozmywają się w tłumie. Są stąd. Potem dopiero okazuje się, że mają egipskie albo syryjskie paszporty. Ale czy prawdziwe? Czy nie na dodatek do europejskiego paszportu: belgijskiego, francuskiego, brytyjskiego? Potem okazuje się też, że wyjeżdżali do Syrii, Jemenu, Afganistanu. Na szkolenie w bazie dla terrorystów? I najważniejsze: są muzułmanami.

Oni są młodzi jak wielu autorów najbardziej zajadłych wpisów na polskim Twitterze, tych naznaczonych stuprocentową pewnością i zerową wiedzą, czarno-białych. Są muzułmanami, tak jak ci, którzy uciekają przed terrorem tak zwanego państwa islamskiego lub giną pod jego rządami, jak wielu tych, którzy giną pod bombami w Syrii i Jemenie. Sa muzułmanami podobnie jak wiele ofiar ich zamachów, jak niejeden francuski policjant biorący udział w akcji antyterrorystycznej, jak tysiące ludzi, którzy na codzień chodzą do pracy, uczą się, chorują, robią zakupy. Fakt, na pewno nie w niemalże jednokulturowej, etnicznie jednorodnej Polsce. Ale tam, gdzie te zamachy są organizowane, ci ludzie nie rzucają się w oczy.

Kim jesteśmy my


Z wpisów na forach i na Twitterze wynika, że my jesteśmy tutejsi. To najważniejsze kryterium: oni stamtąd, my stąd. Więc to kwestia geografii, miejsca urodzenia. Ale też, okazuje się, genów i krwi: my jesteśmy biali (mniejsza o odcienie białości, nie wymagajmy biegłości w odcieniach od kogoś, kto widzi tylko czarny i biały kolor) podczas gdy oni zwykle mają inny kolor skóry, taki ciemniejszy (o ile ciemniejszy?). My jesteśmy chrześcijanami, czyli katolikami, a oni - muzułmanami. Muzułmanami czyli islamistami. A ponieważ muzułmanie są stamtąd, to jako imigranci są islamistami. Proste? Proste. Nikt się nie bawi w odróżnianie sunnitów od szyitów, fundamentalistycznych salafitów od innych ruchów i bezruchów w islamie, a nawet... muzułmanów od Arabów.

Miejsce urodzenia, kolor skóry i religia to najcześciej powtarzające się intuicyjne kryteria odróżnienia onych od naszych. Ale choć zwykle apologetami naszości są ci, którzy na co dzień odwołują się do narodu i polskości, zdarzają się wyjątki: niektórzy naszość rozumieją szerzej, jako europejskość. Jako osoba dumna ze swej przynależności do Europy i zwolennik federalnej Unii powinienem się cieszyć, ale nie cieszę się wcale. Pewnie dlatego, że rozumiem europejskość inaczej niż wielu spośród tych, którzy się na nią powołują. Gdy aktywny na Twitterze prezbiter, specjalista od elektronicznej ewangelizacji, wzywa do obrony Europy (czytaj: przed innowiercami) lub gdy nacjonalistyczno-katolicki tygodnik W Sieci ogłasza na stronie tytułowej, że Kaczyński i Orbàn uratują Europę (przed "szaleństwem lewicy" czyli przed liberalną demokracją i islamistami) to jest dla mnie jasne, że mówimy o zupełnie innej Europie.

Solidarni z kim, przeciw komu

Widzę kwiaty pod francuską abasadą i podświetlone na blue-blanc-rouge mosty i budynki. Wyraz solidarności z ofiarami, niewątpliwie. Również solidarność strachu: nie podświetlamy i nie ukwiecamy pamięci dziesiątek, setek osób, zwykle muzułmanów, którzy każdego dnia giną z rąk islamistycznych fundamentalistów w Syrii czy Iraku, bo wiemy, że wymierzony w nich pocisk nie zbłądzi i nas nie dosięgnie. Mieszkają daleko, pechowe miejsce urodzenia. Co innego bomba czy seria z kałasznikowa w Paryżu: mamy powody, by się bać.

Tak pojęta solidarność również wyznacza granicę między nami i nimi: my, mieszkańcy Paryża, Rzymu, Nowego Jorku czy Warszawy boimy się wspólnie ich ataku. Kwiaty, marsze i laserowe światełka mają przebrać naszą wspólnotę strachu w kostium niezłomnej determinacji. "We are not afraid" - wielki transparent po angielsku (w Paryżu!) to adresowany to całego świata przekaz: wiemy, jak bardzo wam zależy, żeby nas wystraszyć, ale wam się nie uda.

Czego my chcemy bronić

Przejawy symbolicznego działania, zwyczajne w świecie zdominowanym przez dyktat obrazu i informacji, niosą ze sobą również inny przekaz na temat naszej jedności. Bo z jednej strony są ci, którzy w pierwszym rzędzie jednoczą się w obronie wartości liberalnej demokracji Zachodu. To oni pierwsi, w reakcji na zamach na redakcję Charlie Hebdo, jedenaście miesięcy temu, założyli koszulki "Je suis Charlie" niekoniecznie dlatego, że estetyka tej gazety im odpowiada lub że świeckość rozumieją jako skrajną antyreligijność, ale w imię obrony otwartości, tolerancji, wolności słowa i laickiego państwa prawa. Jeśli odwołują się do Europy, robią to w odniesieniu do tych wartości, bez względu na to, czy przebieg integracji europejskiej ich satysfakcjonuje czy nie.

I jest druga strona: ludzie, którzy jednoczą się etnicznie i plemienne, religijnie i narodowo by dać odpór obcemu. Swojskość i obcość bardziej niż wartości obywatelskie stanowią o ich odrębności, a sposobem na bezpieczeństwo jest pozostanie wsród swoich, we własnej wspólnocie, która jest ważniejsza niż prawa i wolność jednostki. To Ci ludzie, którzy w geście solidarności z Francuzami malują twarze swych awatarów na trójkolorowo, ale jednocześnie popierają deklaracje nadchodzącego ministra Szymańskiego, którzy oznajmia, że po zamachach w Paryżu przestrzeganie przyjętych zasad kwotowego rozmieszczenia uchodźców w różnych krajach UE jest wykluczone. Skoro tak, to trójkolorowy makijaż oznacza jedynie barwy wojenne: nie wpuścimy muzułmanów. Oni też, choć rzadziej, odwołują się do Europy, ale zupełnie innej: bez praw podstawowych zapisanych w unijnej Karcie, zintegrowanej chrześciajństwem a nie politycznie i społecznie, międzynarodowej a nie ponadnarodowej, której gwarantami są Orban i Kaczyński, orędownicy państwa z innej Europy niż Unia Europejska.

O co toczy się bój?

Dla jednych, to bój o naszość: która którą zdominuje. Fakt, nie ma powodu, byśmy onym pozwolili zastąpić naszą naszość ich naszością i to na naszym terytorium (o tym jest ostatnia książka Huellbecqa "Uległość"). Dlatego, jak czytam na forach, islamistów (czyli wszystkich muzułmanów, w tym uchodźców uciekających przed islamistami) wpuszczać do nas nie wolno; a jeśli już są (bo wpuściła ich jakaś naiwna, "lewacka" władza), trzeba ich wydalać. Rozprzestrzenianie zarazy (dzięki Kaczyńskiemu wiemy, że uchodźcy roznoszą zarazki) trzeba powstrzymać, promując naszą naszość: niech będzie etnicznie i narodowo, niech będzie religijnie i chrystusowo. Przydadzą się flagi i krzyże. I święcona woda. I kotlet schabowy, bohater licznych memów w nacjonalistycznych mediach społecznościowych: jeśli religia im go zjeść nie pozwoli, wiadomo: nie są nasi. Granice zamknąć, nie bać się słowa "twierdza". Twierdza-Polska albo twierdza-Europa. W Polsce, z całym bogactwem niuansów, po stronie tak myślących sytuują się J. Kaczyński i T. Rydzyk, W. Waszczykowski i bracia Karnowscy, K. Szymański i R. Winnicki, A. Macierewicz i T. Terlikowski.

Dla drugich, stawką są polityczne reguły współżycia we wspólnocie obywatelskiej i państwowej: zasady nie do zaakceptowania dla fundamentalistów z "państwa islamskiego", Al Kaidy czy innych podobnych organizacji terrorystycznych. Te reguły to podstawa liberalnej demokracji: demokratyczne instytucje i powszechne wybory, zakaz arbitralności w działaniach władz wobec obywatela, konstytucja, której funkcją jest ograniczenie samowoli władz i poszanowanie instytucji kontrolnych powołanych konstytucją, niezależne, bezstronne sądownictwo i równość obywateli wobec prawa, niedyskryminacja, między innymi na tle religijnym, etnicznym, rasowym, czy ze względu na orientację seksualną, obrona praw podstawowych i wolności każdego obywatela, wolność mediów i wypowiedzi, wolność zgromadzeń. Ten katalog jest zawarty w Karcie praw podstawowych (której rząd J.Kaczyńskiego zdecydował w 2007 nie podpisać) i w innych dokumentach, takich jak na przykład komunikat Komisji Europejskiej w sprawie umacniania praworządności (wpis z 22/10/2015). Poszanowanie tych zasad i jednocześnie zasada solidarności wobec tych, którzy chcą przybyć do Europy by stać się podmiotem tych wolności i praw były podstawą Listu z Europy Środkowej w sprawie przyjmowania migrantów (wpis z 20/09/2915). W Polsce za obroną tych zasad opowiadają się między innymi tacy ludzie jak A. Michnik i Z. Bauman, A. Smolar i A. Celiński, C. Michalski i B. Borusewicz.

Czego chcą nas pozbawić islamiści

Fundamentalistów wszelkiej maści, mimo wszystkich różnic między religiami czy ideologiami, które są motorem ich działania, łączy negatywny stosunek do liberalnej demokracji i wybór partykularyzmów przeciw uniwersalizmowi, kolektywizmu przeciw indywidualizmowi. Islamistów też ta reguła dotyczy. Ale choć i u nas, w Europie, niemało jest zażartych wrogów demokracji opartej na prawach każdego człowieka i indywidualnej wolności a nie na prawie wspólnoty (etnicznej, rasowej, religijnej) do pozbawienia go tej wolności, to trudno w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem załóżyć, że między jednymi a drugimi możliwy jest sojusz. Co nie osłabia jednak wrażenia, że Winnincki czy Bosak w Polsce, tak jak rodzina Le Penów we Francji, interpretują patriotyzm tak jak islamscy integryści interpretują religię. Problemem dla islamistów nie jest model państwa preferowany przez skrajną europejską prawicę. Albo przez Orbàna, Putina czy Łukasznkę. To, czego chcieliby Zachód pozbawić, to model państwa, który zaciekle zwalcza też europejska skrajna  prawica: liberalnej demokracji. To jest ich cel.

Zaatakowali Francję już po raz drugi w tym roku, bo francuska armia jest dziś wszędzie tam, gdzie islamistyczny dżihad prowadzi wojnę: Irak, Jemen, Afganistan, Syria, Sahel. To akt zemsty. Zaatakowali Francję, bo tam są w stanie zbudować niezbędne do zamachu struktury (ten fakt, nie bez racji wykorzystują zwolennicy głębokiej zmiany francuskiej polityki imigracyjnej i integracyjnej). Ale Francja stała się też celem z innego powodu, ważniejszego niż logistyka: bulwar Woltera, plac Republiki - już same nazwy tych miejsc, które dopiero co były teatrem tragicznych wydarzeń przywołują wartości, które dla wrogów europejskiej demokracji są nie do zaakceptowania. Prezydent Obama był pierwszym przedstawicielem innego państwa, który publicznie wyraził solidarność z Francją i który nieprzypadkowo niektóre z tych wartości przywołał w swym wystąpieniu po francusku: liberté, égalité,  fraternité. Laicka i demokratyczna Francja jest dla nich archetypem zła.

Tu nie chodzi o wojnę religii ani narodów, tylko o model społeczeństwa i państwa. Islamscy terroryści chcą, by odpowiedzią z naszej strony na ich terror była nienawiść wobec zwykłych muzułmanów, bo ta nienawiść jest z tym znienawidzonym przez nich modelem sprzeczna. Czym silniejsza stygmatyzacja muzułmanów, którzy żyją normalnie wśród nas, chrześcijanm i niewierzących, tym łatwiej będzie islamistom wykorzystać ich poczucie wyobcowania w walce przeciw reszcie społeczeństwa. Podoba im się, że każdy zamach przyczynia się do wzrostu poparcia elektoratu tych skrajnych ugrupowań, które - choć pod sztandarami innych ideologii i innych religii - też chcą upadku ustroju dominującego dziś w zachodnim świecie. Na naszym terytorium nie jest dla nich problemem to, że ktoś jest katolikiem, jeszcze mniejszy kłopot stanowi wola niektórych katolików do narzucenia swych religijnych pryncypiów wszystkim współobywatelom. Problemem jest państwo świeckie, wykluczające dyskryminację na tle religijnym, upaństwowienie religii i konfesjonalizację państwa. Tu przebiega linia podziału, tu tkwi źródło odpowiedzi na pytanie kim są "oni" a kim jesteśmy "my", na pytanie o prawdziwy cel ich ataków i o to, czego powinniśmy bronić.



Na podobny temat: "Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa"


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...