Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty

2017-01-13

Bezsilność i arogancja

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro złożył w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności wyboru w 2010 roku trzech sędziów Trybunału. Ta inicjatywa na  pierwszy rzut oka zaskakuje. Po co im to? Przecież PiS osiągnęło, co chciało: nie tylko spacyfikowało Trybunał jako instytucję, zastępując go kontrolowaną przez siebie atrapą, ale de facto pozbawiło państwo wszelkich mechanizmów kontroli konstytucyjności prawa. To zasadnicza zmiana ustrojowa wprowadzona bez demokratycznego mandatu. Jak więc rozumieć działania Ziobry? 

Źródło: Wikimedia Commons/KPRM
Podobno, z politycznego punktu widzenia, chodzi o zamiar ostatecznego rozprawienia się z Trybunałem. Wątpię, by o to chodziło, bo choćby z prawnego punktu widzenia to ruch bez znaczenia. Nie  po raz pierwszy analiza psychologiczna działań tego czy innego lidera PiS wydaje się bardziej zasadna, niż analiza politologiczna. 

W tym przypadku działanie Ziobry wygląda na objaw niedodpartej potrzeby ostentacji. Złożenie wniosku przede wszystkim ukazuje rozpasaną arogancję i poczucie całkowitej bezkarności PiS. Zwycięstwo PiS (chciałbym mieć nadzieję, że pyrrusowe) w sprawie nielegalnie przyjętego budżetu poczucie to jeszcze bardziej wzmocniło. A skolonializowany Trybunał, z niedawnego szańca obropny demokracji, staje się na naszych oczach atrybutem szyderstwa z praworządności i instrumentem presji na przeciwników. Jest jak zdobyczna armata: służy temu, kto zapala lont.

Można z sarkazmem oskarżyć opozycję, że sama prowokuje PiS, bo swoją naiwnością, małostkowością, kunktatorstwem, bezideowością i wynikającą stąd nieskutecznością napędza pisowską arogancję. Ale potępianie w czambuł opozycjnych polityków byłoby niesprawiedliwe. I nie tylko dlatego, że przez prawie miesiąc protejstowali w słusznej sprawie. Najważniejsze jest, że ich bezsilność wynika nie tylko z popełnianych błędów, ona ma w zasadniczej mierze charakter systemowy. Jakie mają środki do dyspozycji?  Po raz kolejny w historii widać jak na dłoni, że w pojedynku autorytaryzmu z demokracją i bezprawia z praworządnością, autorytaryzm i bezprawie są silniejsze. W takich sytuacjach jak obecna niezwykle trudno poradzić sobie z dylematem wiarygodności i skuteczności: czy wolno nam, obrońcom demokracji i praworządności, sięgnąć po instrumenty bezprawia i autorytaryzmu skoro widzimy, że prawo przegrywa z bezprawiem. Jak pozostać wiarygodnym odpowiadając na to pytanie twierdząco? I skąd wziąć takie instrumenty, gdbyśmy się jednak zdecydowali postawić skuteczność ponad pryncypiami? 

Jest coś, co mogłoby przeważyć szalę zwycięstwa na stronę demokratycznej opozycji: masowe poparcie społeczne. Owszem, przed sejmem manifestował KOD, gdy posłowie PO zastanawiali się, czy jest sens dalszej okupacji sali plenarnej. Ale ilu było tych manifestantów? Sam KOD, na dodatek rozdarty niepotrzebnymi wewnętrznymi tarciami, nie wystarczy. Cywilizacyjny podział polskiego społeczeństwa na dwie części został wzmocniony i skrupulatnie wykorzystany przez PiS. Opozycja, choćby najlepsza, potrzebuje silnego społecznego zaplecza, żeby pokazć swoją skuteczność. Tego zaplecza dzisiaj nie ma. Powiedzmy sobie szczerze: za europejską demokracją i praworządnością świadomie opowiada się w Polsce mniejszość. 




2017-01-12

Kosiniak-Kamysz wraca do ZSL

Władysław Kosiniak-Kamysz wezwał "totalną opozycję" do zajęcia się ważnymi sprawami: smogiem, ptasią grypą i edukacją, zamiast koncentrować się na jakimś budżecie, skoro opinia publiczna kwestii budżetu nie rozumie.  Przywódca PSL wraca tym samym do zupełnie niedawnej tradycji ruchu ludowego, tej z czasów PRL, gdy jego partia nazywała się ZSL i była "stronnictwem". 

Źródło: Wikimedia Commons (Adrian Grycuk)
Postawę Kosiniaka-Kamysza można krytykować, ale analiza; ktœrej dokonał, może okazać się zasadna. Skoro opinia publiczna, jego zdaniem, nie wie, na czym polega problem z nielegalnym uchwaleniem budżetu, to zapewne nie zauważy też, gdy jego ugrupowanie zamieni status partii opozycyjnej na status peerelowskiego stronnictwa. W PRL była atrapą opozycji. Stanowiły ją dwa stronnictwa, PSL i SD, przy czym przez stronnictwo należy rozumieć ugrupowanie skupiające stronników partii pełniącej w państwie rolę kierowniczą (wtedy PZPR dziś PiS), którzy do niej nie należą.

Jeżeli Ryszard Petru nie dozna nagłego intelektualnego i poznawczego olśnienia i nie przestanie marzyć o zaczarowaniu Jarosława Kaczyńskiego swoim osobistym urokiem,  jego Nowoczesna uzyska szansę na status drugiego stronnictwa. Platforma Obywatelska, która blokuje salę plenarną z braku pomysłu na inne działanie, długo nie wytrwa: albo ustąpi albo przyjdzie policja i rozpędzi. Zaraz po tym, jak spałowani zostaną manifestanci KOD.

Głosowanie w sprawie budżetu to przełom w konsolidacji fundamentalnej zmiany ustrojowej, którą wprowadza w Polsce Jarosław Kaczyński. "Uporządkowanie" władzy sądowniczej trwa. Trybunał Konstytucyjny stał się atrapą parę tygodni temu. Sejm staje się nią na naszych oczach.  Opozycja albo sama się pacyfikuje albo przyznaje, że nie ma środków działania. Co jeszcze zostało? Następny, końcowy etap, będzie polegał na utrwaleniu rewolucyjnych zmian. Demokracja pisowska jest atrapą demokracji tak jak była nią demokracja socjalistyczna.

2016-10-24

W traktacie UE zapomniano o obronie demokracji przed autorytaryzmem

Z końcem października upływa termin, który Komisja wyznaczyła polskim władzom na przyjęcie zaleceń dotyczących poszanowania demokratycznego państwa prawa. Większość z nich dotyczy Trybunału Konstytucyjnego. Za niecałe dwa miesiące kończy się kadencja przewodniczącego Trybunału, profesora Rzeplińskiego – to inna data graniczna ważna dla Polski. Jakie kroki podejmie w tym czasie Unia Europejska? Czy pozwoli sobie na zdecydowane działanie w oparciu o przepisy Traktatu?

W styczniu tego roku Komisja Europejska zastosowała wobec Polski procedurę „na rzecz umacniania praworządności”. To oczywiście eufemizm, bo przecież nie chodzi o umacnianie, ale o ocalenie. Potem o sytuacji w Polsce parę razy debatował Parlament Europejski, a Komisja Wenecka Rady Europy wielokrotnie odwiedziła Warszawę i wydała opinię na temat stanu polskiej demokracji. 

Skłonność polskich władz do współpracy z tymi instytucjami topniała z każdym tygodniem i dziś dla nikogo już nie jest tajemnicą, że w Polsce nie chodzi o jednorazowe odstępstwo od normy, ale o plan trwałej zmiany kursu: Kaczynski buduje w Polsce, tak jak Orban na Wegrzech, alterantywną demokrację i alternatywną Europę - przeciw demokracji i przeciw Europie. Instytucje unijne nie dysponują żadnym twardym instrumentem prawnym, którym dałoby się zmusić  państwo członkowskie do powrotu na drogę demokracji. To może zrobić tylko społeczeństwo tego państwa. I opozycja, w Polsce przede wszystkim Komitet Obrony Demokracji. Poniżej kilka uwag na temat tego, co może i czego nie może zrobić Komisja Europejska i Rada.

Unijne sposoby przeciwdziałaniu erozji demokracji

Procedura, którą KE zastosowała wobec Polski jest stosunkowo nowa, wprowadzono ją w 2014 roku, i wobec żadnego innego kraju nie była stosowana. Nie da się więc odwołać do precedensu, aby przewidzieć, co będzie dalej. Owszem, podobne działania jak wobec Polski Komisja podejmowała począwszy od 2009 wobec Węgier, ale wtedy procedura  stanowiła swego rodzaju improwizację, nie była spisana i nie miała charakteru "komunikatu" Komisji. Wcześniej bowiem żadne państwo członkowskie Unii nie podjęło systematycznych i systemowych prób demontażu demokracji i państwa prawa. Szlak „nieliberalnej demokracji” – kolejnej demokracji z przymiotnikiem, po demokracji socjalistycznej, przecierał Orbán. Dziś jest zadowolony, że całą uwagę skupia na sobie nieporadny polski rząd. Unia, od początku tworzona jako wspólnota państw demokratycznych, nie jest na taką sytuację przygotowana.

Komisyjna procedura praworządności ma charakter czysto administracyjny i dlatego, choć odwołuje się do traktatu, ma bardzo ograniczą skuteczność: określa ramy konsultacji z państwem członkowskim i zapowiada dalsze etapy. Po wyczerpaniu środków administracyjnych KE nie ma żadnych prawnych instrumentów bezpośredniego nacisku na państwo członkowskie. Od pewnego już czasu było jasne, że wymiana korespondencji zakończy się fiaskiem: strona polska nie wyraziła ochoty do współpracy wiedząc, że pole manewru Komisji jest ograniczone. Wiedziała o tym również Komisja, dlatego dążyła do porozumienia na tyle zadowalającego obie strony, żeby jednak nie trzeba było przechodzić do następnego etapu przewidzianego w procedurze, którym jest odwołanie się do artykułu 7 Traktatu.

Co zrobi Komisja

Można przyjąć, że wygaśnięcie z końcem października trzymiesięcznego okresu, który Komisja przyznała polskim władzom na zastosowanie się do swoich zaleceń, właściwie kończy etap konsultacji. Następnym krokiem jest złożenie przez Komisję wniosku do Rady o ustalenie, czy w Polsce zaistniało ryzyko naruszenia unijnych wartości. Na tym polega pierwszy etap działań przewidzianych w artykule 7. Traktatu. Dlaczego do złożenia takiego wniosku Komisji nie spieszono? Bo po postępowaniu administracyjnym, prowadzonym przez nią samą, rozpoczyna się etap polityczny, w którym decydujący głos ma Rada, czyli państwa członkowskie. I nie chodzi bynajmniej o żadne ambicje kompetencyjne tylko o to, co Rada z takim wnioskiem zrobi.

Komisja może trochę zwlekać z ogłoszeniem, że nie dało się dojść do porozumienia, ale w końcu będzie musiała to zrobić bo wyznaczanie jakiegoś nowego terminu granicznego władzom polskim, które – inaczej niż kiedyś Orbán - nie starają się tworzyć nawet wrażenia dobrej woli - byłoby bezproduktywne. Komisja, zamiast taktycznego zwlekania, może też oczywiście dokonać politycznego wyboru i bezzwłocznie złożyć propozycję do Rady, żeby położyć karty na stół: niech będzie jasne, że odpowiedzialność w tej sprawie należy do państw członkowskich. To wielka i pasjonująca tajemnica, co teraz wymyśli wiceprzewodniczący Komisji Timmermans.

Co zrobi Rada

Można teoretycznie założyć, że w imię wartości, jaką jest demokracja, Rada zapomni o niepisanej zasadzie, wedle której państwa członkowskie patrzą przez palce na swe wzajemne przewinienia, i że  uzna oczywistość, a mianowicie, że w Polsce doszło do "wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Państwo Członkowskie wartości, o których mowa w artykule 2.". Taka decyzja musiałaby zapaść  większością kwalifikowaną (4/5 głosów w obecnym systemie głosowania), wymagałaby też opinii Parlamentu Europejskiego.

Zanim by jednak do tego doszło, Rada musiałaby przeprowadzić swoje własne konsultacje z polskimi władzami i wysłuchać ich opinii. Inaczej mówiąc, weszlibyśmy w kolejny etap konsultacji, tylko tym razem na poziomie Rady, a nie Komisji. Żaden przepis nie określa, jak długo takie konsultacje mogłyby trwać.

Gdyby Rada się odważyła…

Skoro popuściliśmy wodze fantazji, idźmy za ciosem: konsultacje kończą się niepowodzeniem, to znaczy polskim władzom nie udaje się przekonać innych państw członkowskich, że „polska demokracja ma się dobrze”, a  innym państwom członkowskim nie udaje się przekonać władz w Warszawie (konkretnie na Żoliborzu), do zmiany kursu. Wtedy większość państw (to znaczy 4/5 głosów) uznaje, że "wyraźne ryzyko" w Polsce nastąpiło. To by już było wielkie wydarzenie. Historyczne.

Ale co później? Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B: brak porozumienia w sprawie usunięcia "ryzyka" powinien doprowadzić do kolejnej decyzji Rady. Musiałaby ona stwierdzić, że chodzi juz nie o ryzyko, ale o zaistnienie poważnego naruszenia przez Polskę unijnych wartości. Znowu jednak w głosowaniu, a tu poprzeczka ustawiona jest jeszcze wyżej: wymagana jest jednomyślność. Czyli bez szans: same Węgry wystarczą, by procedurę zablokować (Polska byłaby wyłączona z postepowania, nie mogłaby decydować sama o sobie), a wiemy, że gdyby do głosowania doszło na pewno to zrobią. Pytanie tylko, czy byłyby same. A bez tej jednomyślnej decyzji nie można przejść do etapu sankcji.

Gdyby były sankcje…

Chyba, żeby fantazjowanie kontynuować. Załóżmy, że część państw członkowskich mówi: basta! Bo jak długo można tolerować obecność we wspólnocie krajów, które podważają jej absolutny fundament: demokrację? Jak długo można wysłuchiwać bajdurzenia o „elastycznej solidarności”, gdy trzeba wspólnie stawić czoła problemom takim jak fala uchodźców, nie uelastyczniając solidarności na przykład w dziedzinie funduszy strukturalnych? Jak długo można nie reagować na nadchodzące z byłych demoludów nawoływanie do „kulturalnej kontrrewolucji”, która jest niczym innym niż rewolucją antyeuropejską i antydemokratyczną?

Determinacja tych państw mogłaby pozwolić na przykład na jednoczesne rozpoczęcie procedury przeciwko dwom państwom: Węgrom i Polsce, co oznaczałoby ich wykluczenie z podejmowania decyzji w oparciu o artykuł 7. Traktatu. Wtedy można by zastosować wobec nich sankcje polegające na zawieszeniu wobec nich „niektórych praw wynikających ze stosowania Traktatów”. Zaraz, zaraz: niektórych, to znaczy jakich? Zwykliśmy się skupiać na jedynym wymienionym w traktacie, ale nie jedynym możliwym, przykładzie: pozbawienie danego państwa (dwóch w tym przypadku) prawa głosu w Radzie. To drastyczny środek. Żeby do tego doszło, trzeba by naprawdę politycznej odwagi i gotowości do dalszego pogłębiania integracji tylko w gronie tych państw, które  pozostały wierne wartościom podstawowym dla  Unii, zapisanym w artykule 2. Traktatu i w Karcie Praw Podstawowych. 

Ile byłoby takich państw? Dziesięć? Dwanaście? Bo na pewno nie wszystkie. Trudno, być może trzeba zmniejszenia liczby członków, by uratować integrację europejską: najmądrzejszy, najbardziej dalekowzroczny i najskuteczniejszy pomysł na Europę, na jaki Europejczycy kiedykolwiek wpadli. Być może do tego nie dojdzie, jeżeli społeczeństwa tych państw ponownie zdecydują, że chcą być w Unii Europejskiej. Ale uwaga: zdecydują w wyborach, nie tylko w sondażach. Czasem jednak, choćby najbardziej zdeterminowane, społeczeństwo obywatelskie może okazać się za słabe, by pokojowo obronić demokrację przed zakusami autorytarnej władzy. I wtedy unijne instytucje powinny mieć do dyspozycji narzędzia, które  pozwolą prodemokratyczne działania takiego społeczeństwa wesprzeć. Dziś ich nie mają.


PS. Parlament Europejski będzie głosował 25 października w Strasburgu w sprawie wniosku o ustanowienie w UE przepisów nakładających na Komisję obowiązek stałego monitorowania stanu demokracji, praworządności i przestrzegania praw podstawowych w poszczegolnych państwach członkowskich. Frans Timmermans też wypowie się w tej sprawie. Nie jest jednak wcale pewne, czy uda się wniosek przyjąć. Wymagana jest większość bezwzględna. Choć jest jasne, że bezpośrednią inspiracją dla projektu przepisów jest sytuacja na Wegrzech i w Polsce, żaden kraj nie jest w tekście wymieniony z nazwy.


Na podobny temat:







2016-08-31

O co ten spór

Najważniejszy spór polityczny w Polsce nie toczy się między rządem a opozycją. Ani między partią PiS i jakąkolwiek inną partią. Obecny podział, w swej substancji, nie różni się niczym od społeczno-politycznych podziałów odnotowanych i opisanych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Jest jednak od wszystkich poprzednich bardziej wyrazisty. Stawia kropkę nad "i", bo ma charakter czysto konstytucyjny. To podział między tymi, dla których konstytucja z zasady jest instrumentem kontroli nad władzą, a tymi, którzy skłonni są powierzyć władzy kontrolę nad konstytucją.

Kolejne sondaże, czego by o sondażach nie myśleć, potwierdzają linię podziału znaną z wyborczej geografii, przynajmniej odkąd mamy w Polsce wolne wybory: dzieli ona społeczeństwo na pół.

Dla części społeczeństwa konstytucja jest niezbędnym zaworem bezpieczeństwa w demokratycznym kotle. Definiuje i dystrybuuje uprawnienia władcze, które społeczeństwo powierza swoim przedstawicielom; uruchamia automat wzajemnego równoważenia trzech komponentów władzy państwowej i reguluje stosunki między różnym grupami społecznymi; stanowi instrument nadzoru społeczeństwa nad władzą wykonawczą oraz gwarnację niezawisłości władzy sądowniczej i reprezentatywności władzy ustawodawczej. Jest fundamentem zapewniającym długookresową stabilność państwa. Ich wyrazicielem jest Komitet Obrony Demokracji, ich sztandarem - poparcie dla Trybunału Konstytucyjnego.

Dla drugiej części społeczeństwa konstytucja ma znaczenie drugorzędne, zarówno politycznie, jako element składowy koncepcji państwa, jak i prawnie, ze względu na swoje miejsce w hierarchii praw. Jest jednym z elementów układanki, którą można rozsypać i złożyć przy okazji wyborów. Bo demokracja to dla nich przede wszystkim wybory: są wybory, jest demokracja. Nie ma wyborów, nie ma demokracji. Wybory nie służą jednak do wyłonienia przedstawicieli, ale do przekazania władzy. Władza zaś oznacza obowiązek sprawiania przyjemności tym, którzy na nią głosowali, oraz prawo do pozycji herszta bandy w systemie podziału łupów. Podział łupów uznają za naturalną zasadę tego świata, demokracja tej zasadzie również podlega.

Konstytucja w powyborczym podziale łupów ogrywa funkcję czysto formalną: jeżeli władza uważa, że konstytucja przeszkadza jej w sprawianiu swojemu elektoratowi przyjemności, to może konstytucję zinterpretować w taki sposób, żeby nie przeszkadzała. I wtedy elektorat takiej interpretacji przyklaśnie, byle tylko udało się władzy utrzymać w elektoracie przekonanie, że wszystko co władza robi, służy elektoratowi. Władza z natury rzeczy jest wykonawcza, inne konstytucyjne rodzaje władzy to jakaś mrzonka, zbędne ozdobniki. Jesli przeszkadzają, można się ich pozbyć. Wyrazicielem tej części społeczeństwa jest przede wszystkim PiS, ale również takie partie i partyjki jak ugrupowania Kukiza lub Korwina-Mikkego. Nie ma natomiast po tej stronie odpowiednika KOD. W jakiejś mierze społeczną, niepartyjną reprezentację tej grupie obywateli zapewniały do niedawna Kluby Gazety Polskiej, ale ich aktywność zamarła, gdy PiS zdobył władzę. Trudno też bojówki fanatyków uznać za ruch społeczny.

 

Na podobny temat:

"Buntu nie będzie" (10/07/2016)

"Murem za Wałęsą" (28/02/2016)

 

2016-07-10

Buntu nie będzie

Zablokowanie Trybunału Konstytucyjnego, likwidacja służby cywilnej i zastąpienie jej partyjnym aktywem, zrujnowanie relacji z Unią Europejską i z USA, inwigilacja i prawo do blokowania internetu, upaństwowienie mediów publicznych i wreszcie manipulacja i cenzura w TV. Za każdym razem słyszę: teraz przegięli, ludzie się zbuntują. 

1989
Słyszę to od tych, co jeszcze rok, parę miesięcy temu mówili mi: przesadzasz, popadasz w antyspisowską obsesję. Ale ci, co się mieli zbuntować, już się zbuntowali. Popatrzcie dobrze: oni nie są większością! Większość doprowadziła Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa wyborach i dzisiaj zagłosowałaby tak samo. PiS nie szczędzi starań, by determinacja kontestujących nowy porządek nie opadła, by zbuntowani się nie znudzili. Ale tej determinacji nie wystarczy, by przekonać tę drugą część Polski: tych, którzy mają w nosie i tych, którym naprawdę się "dobra zmiana" podoba. Naprawdę.

Nie dołączą do buntu i żadne policyjne represje tego nie zmienią. Będzie jak zwykle, jak zawsze i wszędzie bywało: bunt zacznie się wtedy, gdy w portfelu zacznie ubywać, a nie przybywać, gdy przyjdą podwyżki cen i nie pozostanie już nic do rozdania. Ponieważ jednak w ciagu ostatnich dwudziestu sześciu lat sporo udało się wypracować (tak, pamiętam, że alokacja szwankowała), to na dość długo może wystarczyć. Może na przykład PiS wystarczyć do wygrania kolejnych wyborów.

Jeśli wagę poszczególnych praw podstawowych w społecznym odczuciu mierzyć potencjałem buntu, jaki wywoła ich ograniczenie, to okaże się, że najważniejszym prawem i najcenniejszą wartością współczesnej demokracji jest święte prawo obywatela do konsumpcji. Niech władza popełni ten jeden, jedyny niewybaczalny błąd, a wywoła gniew. Nie wcześniej.

***

NB. Kilka słów o kontekście tego wpisu. Przebywający w Warszawie z okazji szczytu NATO Barack Obama  8 lipca 2016 w jednoznaczny sposób przypomniał polskim władzom o koniecznosci przestrzegania praworządności. Andrzeja Dudę upomniał w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. A na konferencji prasowej powiedział "Zaapelowaliśmy do wszystkich stron o wspólne działania dla dobra polskich instytucji demokratycznych. To właśnie bowiem czyni z nas demokracje – nie słowa zapisane w konstytucji czy fakt udziału w wyborach, ale instytucje, na których na co dzień polegamy, takie jak rządy prawa, niezależne sądownictwo i wolne media. Wiem, że są to wartości, na których zależy prezydentowi. Te właśnie wartości leżą u podstaw naszego Sojuszu, który został zbudowany, jak to zapisano w Traktacie Północnoatlantyckim, „na zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa”Telewizyjne Wiadomości, tuba propagandowa rządu, ocenzurowały  wypowiedź Obamy, a w redakcyjnym komentarzu sugerowaly, że amerykański prezydent wyraźnie zadeklarował,  że polska demokracja nie jest zagrożona. Ta seria klamstw i manipulacji (dostrzeżona przez międzynarodowe media) została uzupełniona podczas oficjalnej wystawy poświeconej  przystapieniu Polski do NATO. Pominięto na niej wszystkie kluczowe dla tego procesu postaci , lacznie z Bronislawem Geremkiem, który układ negocjował i podpisał zastępując je osobami o żadnym lub trzeciorzędnym znaczeniu, ale za to związanymi z PiS.

2016-07-03

Kochani Londyńczycy: brawo! Ale za późno.

Trzydzieści tysięcy londyńczyków wyszło na ulice, bo nie chcą żeby Zjednoczone Królestwo wystąpiło z Unii Europejskiej. Czy wsród protestujących jest wielu takich, którzy 23 czerwca nie wzięli udziału w referendum w przekonaniu, że Brexit zwyciężyć nie może? Jeśli tak, to czy ich głos mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę zwolenników pozostania w Unii? Pytania ciekawe, ale dziś już bez znaczenia. Szkoda Londyńczyków, szkoda Szkotów i północnych Irlandczyków. Ale na krok w tył już za późno. Wielka Brytania, dla dobra integracji europejskiej, musi Unię opuścić.

Unia doszła do ściany. Dzięki Brytyjczykom, albo z winy Brytyjczyków, integracja znalazła się w miejscu, w którym trudno sobie wyobrazić współistnienie na obecnych zasadach tych, którzy chcą Unię wzmacniać z tymi, którzy chcą ją ograniczyć do minimum. Co znaczy wzmacniać, co znaczy ograniczać wymaga oczywiście zdefiniowania. Nie będzie łatwo, bo nie są to bynajmniej jedynie techniczne spory. Ale zacząć trzeba od uświadomienia sobie tej najbardziej oczywistej linii podziału: kto chce do przodu, kto w tył.

Unia dwóch prędkości

O tym, że taki podział istnieje, wiadomo przynajmniej od czasu traktatu z Maastricht. Traktat amsterdamski wprowadził mechanizm wzmocnionej współpracy sankcjonując możliwość integracji w różnym tempie, choć jedynie w odniesieniu do konkretnych projektów. Poważny kryzys nastąpił w momencie prac nad Konstytucją dla UE, postrzeganą przez przeciwników postępu integracji jako krok w kierunku federacji. Wielkie rozszerzenie w 2004 roku nie odbyłoby się, gdyby sporu na chwilę nie wyciszono. Ale wyciszenie go nie zakończyło. Przeciwnie: ci, którzy uważali, że rozszerzenie osłabi tempo integracji jednocześnie nadmiernie podnosząc jego koszty utwierdzili się w przekonaniu, że Unia różnych prędkości, integracja w "kręgach koncentrycznych" z centralnym, "twardym jądrem" skupiającym państwa chętne i gospodarczo zdolne do utrzymania tempa, jest koniecznością.

Najpierw twarde jądro oznaczało tak zwane państwa założycielskie. Kryterium historyczne uzupełniono szybko kryterium przenależności do strefy euro. Ale zaczął się kryzys finansowy, który strefę euro wystawił na ciężką próbę. Podział na nowe i stare kraje członkowskie też nie był już tak oczywisty, w głównej mierze dzięki prointegracyjnej postawie Polski, której pozycja w Unii rosła za rządów Tuska w imponującym tempie (w odróżnieniu od Słowacji, Czech czy Węgier), ale i dlatego, że aż siedem z dziesięciu państw, które przystąpiły do UE w 2004 roku przyjęły euro.

Dziś reformowanie Unii w celu zachowania dorobku integracji i dalszych postępów rozumiane jest przede wszystkim jako reforma w granicach strefy euro, uzupełniająca monetarny wymiar Eurolandu wymiarem politycznym i budżetowym. Odżyła też argumentacja historyczna: założycielska szóstka zadeklarowała dziś gotowość i chęć wzięcia na siebie odpowiedzialności za ratowanie Unii. Czemu szóstka, z eurosceptyczną Holandia w komplecie? Bo jak nie oni, to kto: przecież nie będą ratować Unii z Kaczyńskim i Orbànem; z kolei niemiecko-francuskie tradycyjne koło zamachowe integracji nie dość, że dawno już utraciło dynamikę z czasów Kohla i Mitteranda,  to jeszcze u wielu może w obecnym kontekście nie budzić zaufania.

Puszka Camerona i protesty pod unijną flagą

Referenda w Holandi i we Francji w 2005 roku, przegrane przez zwolenników integracji europejskiej, były tak naprawdę opóźnionym protestem przeciw rozszerzeniu UE i okazją dla konsolidacji lewicowych i prawicowych tendencji suwerenistycznych. To były przedbiegi. Można do nich zaliczyć też referenda w Irlandii, Danii, kolejne w Holandii, spadek poparcia dla integracji w Szwecji. Ale dopiero referendum w Wielkiej Brytanii wywołało wstrząs wywracający wszystko do góry nogami. Nigdy bowiem wcześniej, w kolejnych referendach, wyborach i politycznych zawirowaniach nikt nie postawił pytania o wystąpienie z Unii. Dziś się to stało. Dopiero Cameron, niczym Pandora, otworzył puszkę nieszczęść, ale już wcześniej wielu pracowicie ją wypełniało. I bynajmniej nie wszyscy byli Brytyjczykami.

Dziś mieszkańcy Londynu i innych wielkich miast, Szkoci i Irlandczycy chcieliby puszkę na nowo zatrzasnąć. Rozumiem przerażenie: na transparentach powypisywali obronę miejsc pracy, systemu zdrowotnego i praw socjalnych, szacunek dla mniejszości, a nawet spóźnione wyznania miłości do Unii Europejskiej. Popieram demokratyczny odruch wyjścia w proteście na ulicę w obronie rozumu, racji stanu i odpowiedzialności, przeciw korumpowaniu demokracji populizmem, krótkowzrocznym partyjnym interesem i zwyczajnym kłamstwem.

To oczywiste, że protest odbywa się pod unijną flagą (kilka było, nie za dużo, ale w Londynie trudno kupić). W Warszawie społeczeństwo obywatelskie też demonstruje pod unijną flagą, bo stała się ona dla wielu symbolem wolności i praworządności, amuletem odstraszającym zmory nacjonalizmu i ksenofobii. W Londynie, jak w Warszawie czy Budapeszcie, eurofobia jest sztandarem populizmu. Ale niestety, drodzy Brytyjczycy, mleko się wylało, za późno. Bo jeśli wierzyć greckim mitom, raz otwartej puszki Pandory zatrzaskiwać nie wolno, by nie uwięzić na zawsze umieszczonej na jej dnie nadziei.

Historyczna rola Wielkiej Brytanii

Wielka Brytania zawsze miała kłopot z kontynentem. A odkąd rozpoczęła się integracja europejską miała kłopot z integracją (tu więcej na temat najdłuższego i zakończonego porażką rozszerzenia Europy). Dziś sama siebie doprowadziła do takiego poziomu eurofobii, że jej pozostanie w UE byłoby dla integracji destrukcyjne (tu więcej o zagrożeniach pozostania Wielkiej Brytanii w UE). Dokąd Wielka Brytania pozostawała państwem członkowskim, eurosceptyczne rządy innych, mniejszych państw mogły się wygodnie ukrywać za jej plecami. Dziś to Cameron powiedział im: "sprawdzam". Jarosław Kaczyński musi teraz składać deklaracje prounijności, niewiarygodne i bezsensowne, bo wygłaszane nacjonalistycznym językiem. Trudno, przyszedł moment, kiedy trzeba się będzie opowiedzieć.

Przeciąganie procesu występowania Wielkiej Brytanii z Unii oznaczałoby wydłużanie ponad wytrzymałość okresu niedomówień i niejasności, zarówno prawnej jak i politycznej. Pozwoliłoby to na zachowanie pozorów stabilności na rynku tylko na krótką metę, przygotowująć znacznie poważniejszy wstrząs w bliskiej przyszłość. Dlatego trzeba ten okres skrócić na ile się da i negocjować z Londynem tak, by zachować integralność Unii na ile to możliwe (tu więcej o wyzwaniach negocjacji). Pozostanie Wielkiej w Brytanii w Unii doprowadziłoby do erozji integracji. Jej odejście stwarza szansę trudnych, ale niezbędnych dla uratowania Unii przegrupowań i przewartościowań.

Przed zwycięstwem zwolenników Brexitu można się jeszcze było łudzić. Teraz okres złudzeń się skończył: Wielka Brytania nie może Unii wzmocnić, może ją jedynie wysadzić od środka. Sama też zresztą może się wysadzić: Szkotom i północnym Irlandczykom życzę jak najlepiej, niech zaczną prawne i polityczne starania o pozostanie w Unii jak najszybciej i jak najbardziej zdecydowanie. Ale choćby nie wiem jak cynicznie to zabrzmiało, ratowanie jedności i stabilności Wielkiej Brytanii kosztem integracji europejskiej nie leży w interesie żadnego członka Unii i nie leży w interesie Europy jako takiej.



2016-05-19

Ogródki demokracji

Odkąd PiS doszedł do władzy dywagacje na temat demokracji stały się modne jak nigdy dotąd. Bezpośrednim impulsem, który uczynił z demokracji temat wielkiej publicznej debaty było powstanie i spektakularny sukces Komitetu Obrony Demokracji. Ale to nie KOD odgrywa główną rolę w tej debacie. Spór o istotę demokracji został zdominowany przez dwa obozy, które zasadniczo różnią się opinią w kwestii terytorium naturalnego dla rozwoju demokracji. Dla jednych nie ma demokracji poza państwem narodowym: demokracja może funkcjonować tylko w narodzie. Dla drugich oczywistym terytorium demokracji jest opiekuńcze państwo socjalne (de facto też narodowe): tylko w takim państwie można mówić o demosie, bez którego nie ma demokracji. 

Mylnie wydaje nam się czasem, że ten spór toczy się między lewicą a prawicą. Nie tak przebiega podział. Między dwoma tymi obozami zawiązuje się przedziwny sojusz, zrecenzowany parę dni temu przez Aleksanda Smolara, który w reakcji na tekst autorstwa jednego ze zwolenników tego aliansu, Grzegorza Sroczyńskiego, pisał o "sojuszu ludu KOD-owskiego i władzy PiS-owskiej". To co jednych z drugimi łączy, to nie tylko nienawiść do liberalizmu (różnie definiowanego i rozumianego), ale i podskórna nieufność wobec idei wolności jako takiej.


Socjały i nacjonały

Jedni i drudzy mówią o potrzebie wielkiej zmiany, ale o tym, jak demokrację dostosować do zmieniającego się świata właściwie nie mówią, bo to, że świat się zmienia, nie jest chyba dla nich wcale takie oczywiste. Przedmiotem debaty jest remanent status quo, autorski spis demokratycznego inwentarza: jakie jest miejsce narodowej suwerenności i ludowej suwerenności w demokracji, i czy umowy śmieciowe, dystans między bogatymi i biednymi, duma narodowa i polityka historyczna mieszczą się w pojęciu demokracji?

Wszystkie te tematy są ważne i szkoda, że poświęcona im dyskusja jest tak spóźniona, a tym samym pospieszna, bo to źle wpływa na jej jakość. Ale nie mogą one stanowić alternatywy dla imponderabiliów demokracji. Te impoderabilia zostały zebrane w pakiet nazwany (dość niefortunnie z retorycznego punktu widzenia) demokracją liberalną. To jej broni KOD. Natomiast dla socjałów i nacjonałów tak pojęta demokracja to stan niefortunnie zastany, wymagający kapitalnego remontu, od fundamentów. Bo jedni i drudzy inaczej defniują impoderabilia. Dlatego w ich odczuciu debata rozpoczęta przez KOD nie dotyczy sedna. Liczą się tylko naród i lud w ujęciu esencjalistycznym. A takie podejscie wydaje się stanowić wystarczającą jak na razie podstawę potencjalnego sojuszu "pewnej lewicy" z "nacjonalistycznym, klerykalnym, autorytarnym" PiS-em, jak mówi Smolar.

Sen o europejskiej agorze

Unia Europejska, która powstała na fundamencie narodowego państwa opiekuńczego, i której ustrój gospodarczy nazywa się społeczną gospodarką rynkową, ma w swym kodzie genetycznym wpisane dążenie do zdefiniowania na nowo miejsca funkcjonowania demokracji, jej ekosystemu. Nie musi on być zamknięty w granicach państwa narodowego, bez względu na to, czy jest ono opiekuńcze czy nie. Dla zwolenników integracji europejskiej, świadomych jej sensu i przeznaczenia, suwerenność, tożsamość i dobrobyt mogą stanowić łącznik: pole współpracy i wymiany. To przecież lepiej, niż widzieć w nich budulec murów, które dzielą. Mogą być kapitałem zainwestowanymi we wspólne przedsięwzięcie. To przecież lepiej, niż uczynić z nich ukryty w glinianym garnku i zakopany pod drzewem skarb ciułacza, obsesyjnie strzeżony przed złym sąsiadem. Lepiej. A mimo to europejskiej agory i europejskiego demosu jak nie było tak nie ma.

Zarówno instynktowny sprzeciw wobec autorytaryzmu, który jest siłą napędową KOD, jak integracja europejska to zjawiska budzące nieufność tych, co chcą zamknąć demokrację w ogródku państwa suwerenności narodowej i dla drugich, którzy za właściwą dla demokracji działkę uważają państwo suwerenności ludowej. Ale jedyni i drudzy chcieliby sobie tę demokrację wyhodować i przystrzyc po swojemu. Nie dajmy anachronicznym działkowcom zawłaszczyć demokracji. Ani na ulicy, ani w Sejmie, ani w publicystyce.

Obrona demokracji przed autorytaryzmem. Demokracja, po lincolnowsku, jako "rządy ludu, poprzez lud i dla ludu". Demokracja liberalna - czyli nie tylko władza większości, ale również poszanowanie mniejszości oraz instytucje kontrolujące zachowanie równowagi między trzema władzami i ograniczające ich władztwo. Demokracja - demos, lud, naród, wyborcy, obywatele. I konsumenci. I pracownicy i pracodawcy. Rządy prawa. Równość - szans i wobec prawa. Sprawiedliwość. Wolność. Suweren i suwerenność. Demokracja bezpośrednia i demokracja przedstawicielska. Trójpodział władzy Alexisa de Tocquevilla, mowa Demostenesa, filipki Cycerona. Demokracja zachodnia. Fasadowa. Grecka (starożytna). Amerykańska (Lincolna i Roosevelta czy Trumpa?). Tematów nie brakuje. Ale żeby poświęcona im debata mogła mieć wpływ na kształt państwa, w którym żyjemy, i na kształt ponadnarodowej wspólnoty, którą jest Unia, musimy ją toczyć na zasadach praworządności i demokracji zwanej liberalną.

 Na podobny temat: 
Lewicowa droga PiS do narodowej rewolucji  - 17/11/2015
PiSowski populizm idzie w parze z pogardą wobec prostego człowieka - 02/12/2015

2016-02-28

Murem za Wałęsą?

Pierwszy raz tekst na tym blogu piszę sam do siebie. Muszę. Bo dziś, pod flagami Polski i UE, skandowałem na manifestacji KOD "Polska murem za Wałęsą". I czuję potrzebę powiedzenia dlaczego. Przychodzi mi do głowy odpowiedź najprostsza: dlatego, że kiedyś skandowałem: "Mazowiecki na prezydenta!"

Odpowiedź może wydać się paradoksalna. Przecież kontrkandydatem Mazowieckiego był wtedy, w 1990 roku, właśnie Lech Wałęsa. To on stanął na czele obozu politycznego, który wywołał tak zwaną "wojnę na górze", trwającą do dziś, by sięgnąć po stanowisko prezydenta. Tak jak dziś, za sznurki pociągał Jarosław Kaczyński. Opozycjonista z czwartego szeregu, praktycznie wówczas nieznany, na plecach Wałęsy wdarł się na szczyt i stworzył polityczną strukturę, w której stał się głównym rozgrywającym. Zbyt mało znaczący, by osobiście pretendować do najwyższych stanowisk, posłużył się autorytetem Wałęsy i sprawnie wykorzystał wybujałą ambicję historycznego szefa Solidarności by poszczuć go przeciw dorastającej dopiero polskiej demokracji. Stawiając na Kaczyńskiego, Wałęsa  odwrócił się od wielu ludzi (Mazowieckiego, Geremka, Turowicza, Kuronia, Michnika), bez których nie byłoby Wałęsy i sojuszu intelektualistów z robotnikami, solidarności głównych sił narodu.

Gdy słucham dziś, nie po raz pierwszy przecież, jak Wałęsa opowiada o swojej próbie zmanipulowania SB w latach siedemdziesiątych, nie wnikam w historię prostego, dwudziestoparoletniego robotnika, ledwie piśmiennego, który w samotności musiał stawić czoła oficerom bezpieki. Myślę raczej jak później, już jako laureat Nagrody Nobla, narodowy bohater, człowiek rozpoznawany na świecie jako symbol demokratycznego zrywu, Wałęsa znów myślał, że to on manipuluje, że jest cwańszy, i że to on Kaczyńskich wykorzysta, by dojść do upragnionej władzy. I znów stało się inaczej.

Gdyby Wałęsa się wtedy nie skusił, gdyby - tak jak w 1980 - potrafił stanąć na wysokości zadania, które nieświadoma zakamarków ludzkiej psychiki historia mu wyznaczyła, Polska wyglądałaby dziś pewnie inaczej. Wojna na górze pewnie nie doprowadziłaby w 1990 do sukcesu tępawego populisty znikąd, Stana Tymińskiego, który wypchnął Mazowieckiego z wyścigu o prezydenturę. Nie byłoby prezydentury Wałęsy: zaspakajającej jego ambicję, ale kiepskiej dla Polski. Nie byłoby drastycznego końca legendy wodza Solidarności, człowieka, który na legendę przecież zasłużył. Nie nastąpiłoby weliminowanie z życia politycznego tylu odważnych, zasłużonych i świadomych sensu polskich przemian ludzi. Ale przede wszystkim nie byłoby sukcesu zrodzonej wtedy formacji, przekształconej później w Prawo i Sprawiedliwość. Formacji, która stała się grabarzem polskiej demokracji, praworządności i europejskości. Największego i wczoraj i dziś zagrożenia przyszłości Polaków.

Czemu jednak służy gdybanie? Pewnie rację mają ci, co mówią, że inaczej być nie mogło: na ówczesnej scenie politycznej nie było miejsca dla Wałęsy, którego nie zadowolała ani rola lidera związkowego ani historycznej postaci. Chciał być częścią teraźniejszości, nie przeszłości. Budować historię a nie odchodzić do historii. I dlatego też nie było możliwe funkcjonowanie rządu z Wałęsą pozostającym poza szczytami władzy. Na tym defekcie dziejów, na małości wielkiego Wałęsy, swą karierę zbudował Kaczyński.

Po latach znów możemy powiedzieć: inaczej być nie mogło. Sprawna przecież PO, jeśli oceniać po wynikach gospodarczych i miejscu Polski w Europie, była jednocześnie gnuśna i bezideowa, a więc upośledzona w sporze o wartości i idee; ślepa na socjalne potrzeby Polaków a tym samym na zagrożenie populizmu i imperatyw sprawiedliwości; naiwna i zadufana wobec marszu PiS po władzę. Władzę absolutną, bo inna Kaczyńskiego nie zadowala. Jest niezdolny do funkcjonowania w demokracji. Przestrzegam jednak przed prostym skojarzeniem: o, to jak kiedyś Wałęsa. Nie, bo niezdolny do działania w demokracji Wałęsa demokracji nie zniszczył i zniszczyć nie chciał. Nie, bo Wałęsa dokonał tak wiele, że starczyłoby dla armii Kaczyńskich. Jego ludzkie błędy nie mogą tych dokonań przekreślić, bo dziś wszyscy jesteśmy depozytariuszami pamięci o tych dokonaniach, jesteśmy ich spadkobiercami. I dlatego to mądre, i oczywiste, że dzisiejsza manifestacja KOD odbyła się pod hasłem "My, naród", tym samym cytatem z amerykańskiej Konstytucji, którym kiedyś wystąpienie w Kongresie USA rozpoczął Wałęsa.

Dziś, obrona fundamentów wolnej i demokratycznej Polski, obrona nas samych przed destrukcyjnym zalewem pisowskiego błota, polega również na obronie naszej zasłużonej dumy z tego, co udało się dokonać; na obronie przed splugawieniem naszej zbiorowej pamięci; naszego świeżego jeszcze imaginarium; naszych mitów założycielskich. Wałęsa, czy się to komu podoba czy nie, jest częścią tego, czego bronimy. I dlatego dziś, na manifestacji w obronie demokracji, tak jak za czasów komuny, wyrażając poparcie dla Wałęsy, wyrażaliśmy wierność tym ideom i wartościom, które od czasu rządu Mazowieckiego stały się kamieniem węgielnym nowej Polski: demokracji, praworządności, wolności, integracji europejskiej.

----------------------------------
Ciekawy materiał: Kropka nad i z udzialem prof. A. Friszke i Jana Litynskiego: "Wchodzi w kontakty z bezpieką, kiedy jeszcze są niepochowane trupy" (http://www.tvn24.pl)

2016-02-10

Trudne prawdy nie zasługują na ordery

Naród, który uważa, że niewinność jest częścią jego genotypu, jest moralnie i intelektualnie niedorozwinięty. Naród niezdolny do uderzenia się w piersi z powodu zbrodni wyrządzanych w jego imieniu, nie zasługuje na szacunek. Naród, który za godną nagrody zasługę może uznać każde pochlebstwo, ale który jest gotów odbierać zasłużonym ordery, gdy dopuszczą się krytyki narodu, jest śmieszny. Decyzja prezydenta w sprawie propozycji odebrania profesorowi Grossowi orderu będzie nie tylko wyrazem jego stosunku do Tomasza Grossa, ale i odpowiedzią na pytanie jak jego środowisko polityczne rozumie honor i dobro narodu i czy moralnie i intelektualnie jest zdolne do stawienia czoła przeszłości.

Prof. Jan Tomasz Gross
O odebranie Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi prof. Janowi Tomaszowi Grossowi zaapelowała do prezydenta Dudy fundacja pod nazwą "Reduta Dobrego Imienia - Polska liga przeciw zniesławieniom", w której radzie zasiada między innymi profesor Piotr Gliński, minister kultury i dziedzictwa narodowego. Prezydent się zastanawia, wystąpił do MSZ o opinię. Gross od dawna jest na celowników prawicowych obrońców narodowego dziewictwa (nie mylić z dziedzictwem), którzy każdą hańbiącą prawdę o narodzie uznają za kłamstwo i obrazę. Nigdy nie darują autorowi "Sąsiadów" ujawnienia pogromu w Jedwabnem. Gross dał im pretekst do formalnego działania, gdy w ubiegłym roku udzielił wywiadu niemieckiemu Die Welt. Tłumaczył tam postawę polskiego społeczeństwa wobec uchodźców między innymi doświadczeniami wojennymi swych rodaków. To tam upublicznił hipotezę, która wywołała w Polsce burzę. Jego zdaniem w czasie drugiej wojny światowej Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców.

O tezie postawionej przez Grossa wiele napisano i powiedziano. Odwołuje się ona do statystyk trudno sprawdzalnych, bez względu na to, czy analizuje się je by hipotezę profesora potwierdzić czy obalić. Wybitny polsko-amerykański uczony, wykładowca w Princeton, socjolog i specjalista od holocaustu i historii stosunków polsko-żydowskich jest pewnie w stanie udowodnić słuszność swych wyliczeń, co nie znaczy, że inni eksperci muszą uznać je za odzwieciedlające prawdę. Nie w tym rzecz. Chodzi o absurd, nad którym polski prezydent z całą powagą się pochylił. Odbierać ordery za naukowe hipotezy? Albo nawet za opinie polityczne? Czy literackie lub sceniczne skojarzenia? I może za rzeźby i obrazy?

Są w prawie przewidziane sankcje za promowanie wrogich ludzkości i jednostce ideologii. Wypowiedź Grossa oczywiście pod te paragrafy nie podpada. Przypinanie i dopinanie odznaczeń to jednak działanie innej natury. Nie wyobrażam sobie, żeby amerykański rząd odbierał wyróżnienia czy ordery historykowi albo literatowi, który krytycznie napisze o ludobójstwie Indian leżącym przecież u podwalin Stanów Zjednoczonych. Albo o niewolnictwie i appartheidzie: tak, w państwie uznawanym przez wielu, nie wiedzieć czemu, za symbol i oazę demokracji, jeszcze w latach w sześćdziesiątych czarni nie mieli tych samych praw co biali. A wojna w Wietnamie, niewyczerpane źródło inspiracji dla niezwykle ktrytycznych wobec amerykańskiego państwa filmów, książek i historycznych opracowań? Nie znam przypadku, by uznany izraelski pisarz czy naukowiec był przez władze karany odebraniem dystynkcji z tego powodu, że oskarża państwo Izrael o segregację rasową i czystki etniczne. Przykład Niemców, którzy jak żaden inny naród potrafili poradzi sobie z przeszłością, jest zbyt oczywisty, by go rozwijać. Ale również Francuzi, Belgowie, Holendrzy czy Brytyjczycy nie wpadliby na pomysł, żeby odbierać dyplomy czy odznaczenia komukolwiek za to, że formułuje przykre dla narodowego ego hipotezy dotyczące kolonializmu lub wojen światowych.

W Polsce obrona dobrego imienia narodu poprzez zabieranie odznaczeń najwyraźniej tylko przez mniejszość uznawana jest za absurd. To niezwykle interesujące w kraju, którym rządzi obóz polityczny tak często odwołujący się do przeszłości i do historii. Do tradycji i dziedzictwa. Słusznie mówił Sołżenicyn, że dziedzictwem narodu są również zbrodnie jego przodków, "winy naszych ojców". Naród to nie tylko wspólnota dumy, ale i poczucia winy. Nie da się jednego od drugiego oddzielić, bo duma zbudowana na kłamstwie i konsensusie przemilczenia to uzurpacja. Ten sam Sołżenicyn zwracał uwagę, że narody to nie tylko wspólnoty polityczne, ale i duchowe. Ten pogląd powinien być ideologom z PiS szczególnie bliski. Na pewno bardziej niż zasada, wedle której demokracja to również odpowiedzialność: zbiorowa i indywidualna, polityczna (obywatelska) i historyczna. Odpowiedzialność nawet nie w sensie winy i kary, ale w znaczeniu gotowości do wzięcia odpowiedzialności: za siebie, za swoje dzieci, a więc i za swoich ojców i dziadów. To miał na myśli Gilbert K. Chesterton, gdy w "Ortodoksji" pisał o "demokracji umarłych". Niechże o tym pamiętają apologeci tak zwanej "polityki historycznej".

Przyjęcie na siebie chwały za dokonania i odpowiedzialności za przewiny przodków może objawić się w postaci przerysowanych metafor i zbyt wybujałych hiperbol. Po to jest wolność słowa i myśli, żeby z nimi dyskutować. Ale odbieranie orderów aktywnym i publicznie uznanym uczestnikom takiej dyskusji to gorzej niż małostkowość: to głupota.



2016-01-24

Pyrrusowe zwycięstwo liderki Szydło

Beata Szydło została okrzyknięta przez swoich akolitów zwycięzczynią debaty w Parlamencie Europejskim. Zważywszy na pisowską skłonność do zaklinania rzeczywistości, nie wątpię, że sama w to uwierzyła. Jeśli tak, to tym trudniej (bo w nieświadomości) będzie jej bronić swoich racji na kolejnych etapach sporu z unijnymi instytucjami. Spór nie został bowiem zakończony. Wczoraj w kilkudziesięciu miastach w Polsce i kilku zagranicą, Polacy zafundowali rządowi dalszy ciąg strasburskiej debaty, jej dobitne podsumowanie: polska premier powiedziała w Strasburgu nieprawdę. 

Nie trudno było przewidzieć, co Beata Szydło powie w Strasburgu  (19/01/2016) i dlatego bez specjalnej satysfakcji oznajmiam, że się w moich przewidywaniach nie pomyliłem (przeczytaj). Polska premier pojechała do Parlamentu Europejskiego powiedzieć zarówno najostrzejszym krytykom poczynań swojego rządu, jak i tym, którzy jedynie wyrażali wątpliwości i zaniepokojenie, że demokracja w Polsce nie jest zagrożona, że Trybunał Konstytucyjny "ma się dobrze", a w mediach publicznych dzieje się lepiej niż kiedykolwiek. I powiedziała.

Niedwuznacznie dała do zrozumienia, że ataki na jej rząd to atak na Polskę ("piękny kraj, dumny naród"), a tym samym na Polaków (których "ojcowie i dziadowie przelewali krew"), bo Polacy jej rząd wybrali po to, by PiS "wprowadzał właśnie takie zmiany jakie wprowadza". Są to zmiany, co do których PiS "umówił się z Polakami" (sobotnie manifestacje KOD w obronie wolności pokazały światu, że wielu obywateli nie czuje się stroną tej umowy). Zmiany te, zdaniem Beaty Szydło, są zgodne z prawem, z konstytucją, z traktatami i europejskim standardami, bardzo podobne do rozwiązań stosowanych "w wielu krajach". Co więcej, naprawiają błędy popełnione przez poprzednie władze. W związku z tym nie ma o czym rozmawiać, debata jest "niepotrzebna i nieuprawniona". Nieuprawnione też są działania Komisji, bo Polacy wywalczyli sobie przez wieki wolność i suwerenność: "odebrać sobie tego nie damy". Sprawy są wewnętrzne, polskie, więc trzeba je rozwiązać w Polsce.

Pani Premier "przejechała setki kilometrów" żeby odpowiedzieć na "niesprawiedliwe głosy" płynące z "niedoinformowania lub ze złej woli", bo jest taka miła i otwarta na dialog, niczego jednak w swej polityce nie będzie zmieniać (ewentualnie rozpatrzy opinię Komisji Weneckiej), bo nikomu nic do tego co ona robi.

Szydło mówi Tuskiem

Beata Szydło gorąco pragnęła nawiązać kontakt z obcymi i uchodzić za swoją. Przywoływała wolność, równość, sprawiedliwość i suwerenność sądząc pewnie, że te terminy znajomo zabrzmią w uszach nawykłych do europejskich debat. Mówiąc o równości społecznej, odmalowała obraz Polski, w której głodują dzieci a emerytów nie stać na leki i był to właściwie jedyny moment, kiedy udało jej się trafić w unijną wrażliwość, choć akurat do tego fragmentu wyraźnie odniosła się w trakcie debaty jedynie Niemka, Gabriele Zimmer, mówiąca w imieniu klubu GUE (skupiającego eurosceptyczne w większości ugrupowania komunistyczne i skrajnie lewicowe). Szydło myślała pewnie, że zdobędzie poklask publiczności, gdy wyrazi swą gotowość do dialogu z opozycją. Jakoś nikt nie wychwalał tego pięknego gestu. Może dlatego, że w demokracji rozmowa z opozycją nie jest aż tak wyjątkowa. A może raczej z powodu szczerości, z jaką określiła czemu ten dialog ma służyć: żeby opozycja przyjęła rozwiązania "proponowane" przez PiS.

Szydło mówiła w Strasburgu trochę Kaczyńskim, trochę Waszczykowskim. W jej wystąpieni słychać było melodię mistrza Orbana. Ale - o dziwo, pewnie za radą Konrada Szymańskiego - postanowiła też przemówić Tuskiem. Tak jak on starała się być proeuropejska deklarując, że Polska jest i była, tak jak inne "reprezentowane tutaj państwa" częścią Unii Europejskiej (posłowie nie reprezentują w Parlamencie Europejskim państw: pani premier ma luki w wiedzy). Ale słowa Tuska brzmiały wiarygodnie. Natomiast słuchając Beaty Szydło mówiącej o Europie, z każdym słowem zdawałem sobie sprawę jak inna jest ta Europa, z której Polska premier przyjechała (przeczytaj o pisowskiej Europie). I nie chodzi nawet o te "setki kilometrów", które z takim poświęceniem przebyła, ale o przepaść mentalną: Beata Szydło, tak jak partia, z której się wywodzi, jak lider tej partii, jest z innej Europy. Innej niż ta, której cele i wartości materializują się w procesie europejskiej integracji.

Wysłanniczka z krainy PiS  na obcej ziemi

Niezwykle trafnie i dobitnie wytłumaczył jej tę mentalną i kulturową różnicę wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans (obejrzyj wideo poniżej). W krótkich słowach wyjaśnił wysłanniczce z krainy PiS na czym polega trójpodział władzy, jaka jest relacja między praworządnością i demokracją. Przypomniał co oznacza członkostwo w Unii Europejskiej.

Nie wiem, czy zrozumiała, bo choć po raz kolejny wystąpiła o głos i po raz kolejny go dostała w żadnej sposób nie była w stanie się do tych uwag odnieść. Beata Szydło mówiła jednak głosem pewnym i najwyraźniej była z siebie zadowolona. Jej otoczenie pewnie też, skoro Waszczykowski, nieświadom własnej śmieszności, okrzyknął ją później "nowym liderem Europy". PiS ogłosił, że Szydło odniosła w Strasburgu zwycięstwo. Czy rzeczywiście?

Szydło nie tylko niczego nie wyjaśniła tym, którzy wątpili (jej kłamstwa i manipulacje jasno wypunktowali Timmermans i Verhofstadt), ale też nie zakończyła triumfalnie debaty, nie załatwiła sprawy: nie uniknie kolejnych debat, parlamentarnej rezolucji recenzującej poczynania jej rzadu, krytycznej opinii Komisji Weneckiej ani kontynuacji procedury obrony państwa prawnego wszczętej przez Komisję Europejską. Przeciwnie: ta nierozumiejąca integracji europejskiej i europejskich wartości przedstawicielka "nieliberalnej demokracji" u wielu potwierdziła negatywne stereotypy niepewnego, "postkomunistycznego", wschodniego państwa, "nowego członka" UE. U niektórych w parę chwil zburzyła skutecznie budowany przez lat obraz Polski sukcesu, szybkiego rozwoju, ustabilizowanej demokracji. 

Zwycięstwo Szydło, jeśli uznać, że je odniosła, jest pyrrusowe. Jak Pyrrus, który pod Ausculum wytoczył bitwę Rzymowi, podjęła walkę na obcej ziemi, daleko od swoich, i jak on po zakończonej batalii słyszała wiwaty swych wojsk. Jest jednak istotna różnica: król Epiru zdawał sobie sprawę, że konsekwencje tego pozornego zwycięstwa będą opłakane. "Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będę zgubiony" - miał ponoć powiedzieć Pyrrus. Beacie Szydło tej świadomości najwyraźniej brakuje.

Powiedz kto Cię oklaskuje, powiem Ci kim jesteś

Historia zna wiele potyczek, które przetrwały w pamięci zbiorowej jako wielkie, zwycięskie bitwy tylko dlatego, że je takimi ogłoszono. Pewnie kierując się tą logiką Waszczykowski, Szymański i inni towarzysze Szydło, uznali, że i w tym przypadku warto zwycięstwo ogłosić. Dość łatwo im to przyszło, bo - poza kilkoma wyjątkami - polemika w Strasburgu nie osiągnęła zbyt wysokich lotów. Ci, po których można się było spodziewać ataku na premier Szydło, okazali się albo retorycznie kiepscy, albo merytorycznie słabo przygotowani.

Dużą rolę w neutralizacji głosów krytyki odegrali niektórzy polscy europosłowie z dwóch najważniejszych kubów politycznych: konserwatystów z EPL i socjaldemokratów z S&D jeszcze zanim w ogóle doszło do debaty. Bogusław Liberadzki z SLD wypowiadał się na FB na temat zbliżającej się debaty językiem PiS: o Polsce (tożsamej z rządem) nie wolno zagranicą mowić źle, zwłaszcza, że żaden dramat się w Polsce nie dzieje. Dlaczego podczas debaty nie wystąpili posłowie PO, którzy lepiej rozumieją co się dzieje, tacy jak Róża Thun albo Michał Boni, nie wiem. Pewnie udziału im zakazano, żeby potem PiS nie mówił, że PO to Targowica. I wyszło na to, że PO w PE to POPiS. W tej sytuacji znaleźć w PO Polaka, który odważy się wystąpić w debacie okazało się tak trudne, że przykry obowiązek przyjął na siebie Jan Olbrycht, szef polskiej delegacji w EPL. Jego wypowiedź była żałosna. Było mu przykro, bardzo przykro, że obcy takie złe rzeczy rzeczy słyszą o Polsce.

Że za PiS wstawili się Syed Kamall, z klubu EKR, i pisowiec Ryszard Legutko, to normalne. Ale strasburska debata okazała się też wspaniałą witryną dla eurofobicznych, proputinowskich dziwolągów ze skrajnieprawicowych klubików, w imieniu których wypowiadali się Michał Marusik (KNP, z klubu ENF Marine Le Pen), Robert Iwaszkiewicz (KNP, z klubu EFDD Nigela Farage'a) i Janusz Korwin-Mikke (KORWiN, niezrzeszony). Tak, tu Polaków nie zabrakło. To z ław tych ugrupowań oklaskiwano Beatę Szydło najrzęsiściej. To oni, wraz z eurosceptycznym EKR, pozwolili jej uwierzyć, że odniosła w Strasburgu sukces. Jeżeli ma w otoczeniu ludzi, którzy dobrze jej życzą, powinni je uzmysłowić, jak ważne jest to, kto polityka oklaskuje. Czasem trudniej z siebie zmyć cuchnące wyziewy aplauzów, niż otrząsnąć się z deszczu krytyki. Zgodnie z zadadą: powiedz kto cię oklaskuje, powiem ci kim jesteś.

Debata parlamentarna: wszystkie wystąpienia z dostępne tutaj 

Manifestacja KOD 23/01/2016: o zawłaszczaniu języka przez PiS i klamstwie  tutaj


Na podobny temat:

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...