Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty

2012-09-24

Stan nauki polskiej to problem cywilizacyjny


Wikimedia commons

Od czasu do czasu troska o stan polskiej nauki staje się modnym tematem artykułów prasowych. Dzieje się tak wówczas, gdy okazuje się, że mogliśmy z Unii dostać więcej pieniędzy niż dostaliśmy. Ostatnio stało się tak, gdy wśród 536 młodych, obiecujących naukowców, którzy otrzymają łącznie 800 mln euro na projekty badawcze znalazł się tylko jeden polski naukowiec. Po opłakaniu strat, nauka wraca na swoje miejsce w hierarchii tematów interesujących i ważnych. Miejsce bardzo odległe. Jeśli się pojawia, to zwykle w ten sam sposób: w wywiadzie lub artykule autorstwa tego czy innego polityka zmartwionego naciskami "brukselskiej biurokracji", która chce w Polakach wzbudzić naukowy zapał. Na siłę, mocą finansowego dyktatu, i wbrew polskim interesom, bo przecież polski interes to budowanie dróg i mostów, a nie badania naukowe. Argumentacja ta bynajmniej nie jest wyłączną domeną eurosceptyków. Nie, w tej kwestii panuje w Polsce szeroki konsensus.

Nauka czy autostrady

Nawet Donald Tusk, uznany podczas polskiej prezydencji w Radzie UE za wzór proeuropejskiego polityka, uważa badania naukowe za sprawę drugorzędną. W 2010 roku napisał list do Hermana Van Rompuya, José Manuela Barrosa i José Luisa Rodrigueza Zapatero (Hiszpanii przewodniczyła wówczas UE) przekonując, że priorytetem unijnej gospodarki powinny być miliardowe inwestycje w drogi, koleje i sieć teleinformatyczną, a nie inwestycje w badania naukowe i wiedzę. To stanowisko nie zmieniło się do dziś. W swoim projekcie wieloletnich ram finansowych dla UE (2014-2020) Komisja Europejska uwzględniła ten postulat proponując wygospodarowanie na ten cel 50 mld (instrument budżetowy "Łącząc Europę").

Ale propozycja Komisji jest efektem innego niż dominujący w Polsce sposobu myślenia: nauka i badania nie są alternatywą dla inwestycji infrastrukturalnych, jedno musi iść w parze z drugim. Co więcej, nauka i badania są warunkiem rozwoju, również w zakresie infrastruktury. Stanowisko to jest też zgodne ze strategią stymulowania wzrostu gospodarczego Europa 2020 opierającej się na trzech priorytetach: rozwój gospodarki opartej na wiedzy i innowacjach, gospodarki niskoemisyjnej, gospodarki stawiającej na wysoki poziom zatrudnienia.

Nowoczesność: ciągnik zamiast konia

Jeden z artykułów z ostatnich dni (Gazeta Wyborcza, 14/09/2012) zaczynał się od pytania: skąd się bierze mizeria polskiej nauki? Uczestnicy debaty dostarczyli wielu odpowiedzi. Wśród nich, raczej między wierszami niż sformułowaną wprost, wyczytać można odpowiedź najważniejszą: w Polsce badania i nauka to kwestia drugorzędna, a wydatki na nie stanowią wymuszona przez UE alternatywę wobec jedynego ważnego celu: twardej infrastruktury. Jestem jak najdalszy od twierdzenia, że infrastruktura jest nieważna. Polska potrzebuje wyższego poziomu inwestycji w infrastrukturę niż kraje wyżej rozwinięte nie tylko dlatego, że musi opóźnienie w rozwoju nadgonić, ale też po to, by nie dopuścić do szybkiego wzrostu bezrobocia. To jasne, że potrzeby Polski w tym zakresie są inne niż krajów, które w nowoczesna infrastrukturę inwestowały od dziesiątków lat. Również wtedy, gdy była ona motorem świadomego dążenia do nowoczesności. Dzisiaj już nie jest. Dzisiaj świat jest gdzie indziej. A Polska, w której cywilizacyjnie nawet koncepcja nowoczesności jest odmienna od niemieckiej czy francuskiej, razem z nim. Czy chcemy tego, czy nie. Zastąpić konia ciągnikiem, zwykłą asfaltówkę autostradą, to już było. Zapóźnień z lat siedemdziesiątych nie nadrobimy logiką modernizacji z lat siedemdziesiątych.

Niemiec chce nas wyzyskać

Niektórzy naukowcy skarżą się, że brak w Polsce atmosfery i środowiska (również infrastrukturalnego) koniecznych dla rozwoju badań i nauki. A jak ma być, skoro nawet dla rządu jest to kwestia drugorzędna? W Polsce każda zachęta UE, by inwestować (tak, inwestować!) w naukę i badania jest postrzegana jak pułapka. Kryje się za tym paranoiczne, eurofobiczne przekonanie, że Polska jest otoczona silniejszymi od niej wrogami (Niemcy), którzy chcą zatrzymać transfery środków z Zachodu na Wschód, promować lepiej rozwinięte regiony UE kosztem gorzej rozwiniętych, budować rynek dla "zachodniego" przemysłu.

Gdy takie rzeczy wypisuje Konrad Szymański (na przykład tutaj), to nie można się dziwić, bo to są jego poglądy, nie tylko na UE, ale w ogóle na otaczający świat. Emocjonalne zaangażowanie i ideologia każą mu abstrahować od podstawowych, świetnie mu znanych zasad, na których nie od wczoraj, ale od początku, opiera się idea i praktyka integracji europejskiej. Jedną z nich jest wyrównywanie a nie różnicowanie poziomów rozwoju. Zdaniem Szymańskiego i innych polityków pisowskich lub pisopodobnych, w świecie, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem, jest to zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Kwestia wiary. Ale dlaczego na podobnym stanowisku stoją politycy prezentujący się, jako orędownicy nowoczesności i europejskości? Może po prostu ich nowoczesność i proeuropejskość są zbyt świeżej daty, niezakorzenione, nie w pełni uświadomione. Może krótki staż w UE nie wystarczył, zatrzeć podział Wschód-Zachód, głęboką świadomość prowincjonalności i niezdolność do spojrzenia na siebie samych jako części świata, a nie tylko konkurenta dla sąsiada zza miedzy.

Oczywiście, że jest co negocjować

UE ma prostą zasadę funkcjonowania: wpłacamy do wspólnego budżetu pieniądze na realizację tych celów, które wspólnie chcemy osiągnąć. W praktyce okazuje się, że nie wszędzie te cele są identyczne a ich realizowanie nie wszędzie wymaga zaangażowania takich samych – w procentowej relacji do PKB – nakładów. Chodzi o to, by finansowe instrumenty zostały skonstruowane tak, by dać wszystkim równe szanse. Tego powinny dotyczyć twarde negocjacje, który polski rząd prowadzi ze swoimi partnerami. Podważanie oczywistości, jaką jest konieczność modernizacji i innowacyjności, konieczność badań i nauki by UE pozostała konkurencyjna w świecie jest pozbawione sensu.

Zamiast tego, należy stworzyć warunki do jak najpełniejszego wykorzystania środków, które UE na ten cel przeznacza. Dla dobra polskiej nauki, ale przede wszystkim po to, by Polska nie pozostała jeszcze bardziej w tyle. By dotrzymać kroku chińskiej i amerykańskiej konkurencji, UE potrzebuje odpowiedniej liczby naukowców. Zatrzymanie naukowców i ich rodzin na miejscu i przyciągniecie ich spoza UE wymaga nakładów. Dobrze, by chcieli i mogli żyć i pracować również w Polsce. Przekonanie, że wystarczy, gdy będą w Londynie, Paryżu i Madrycie, byle tylko Bruksela pozwoliła nam betonować dwupasmówki i radośnie mknąć po szosach, prowadzi donikąd.

Oczywiście, że to się opłaca

Dystansu do nowoczesnego świata nie mierzy się dziś kilometrami autostrad. To, że polskie lokomotywy i pociągi produkowane przez Pesę i Newag sprzedają się dziś w Europie i w świecie jest lepszą miarą postępu. Nie byłoby go, gdyby nie nakłady na innowacyjność. To ona, nie tylko cena, stanowi dziś o konkurencyjności przedsiębiorstwa. To prawda, że jakość polskich torów nie pozwala na puszczenie nimi szybkich, nowoczesnych pociągów. Infrastruktura? Nie: jakość i innowacyjność. Nowoczesność. Wielomiesięczne negocjacje, w których polski rząd chciał wynegocjować z Komisją Europejską zgodę na łatanie dziur, zamiast na rzeczywistą modernizację kolei, a potem przekazanie "zaoszczędzonych" pieniędzy na autostrady to szczyt absurdu. Nie przypadkiem podaję ten przykład: nauka, badania, innowacyjność to nie alternatywa dla inwestycji infrastrukturalnych, ale warunek nadania tym inwestycjom sensu. Do wykorzystania jest wielki potencjał. Zamiast zastanawiać się czy są zmiany klimatyczne i bronić gospodarki wysokoemisyjnej, opartej na węglu, lepiej umiejętnie wykorzystać środki, które UE przeznacza na "zazielenienie" gospodarki. Chińczycy, kraj spoza UE, którzy nie są wielbicielami unijnej polityki klimatycznej, ale potrafili wykorzystać wynikający z tej polityki popyt na panele słoneczne i stali się ich największym eksporterem na świecie. Wymagało to jednak inwestycji w badania.

Polska jest wielkim orędownikiem wspólnego rynku. I przeciwnikiem Europy dwóch prędkości. Słusznie. Akceptując jednak strategię Europa 2020 a jednocześnie domagając się dla siebie pieniędzy na drogi zamiast na naukę i badania, zapomina, że wspólny rynek i spójność europejska nie będą miały racji bytu, gdy w jednej części Europy będzie powstawał coraz nowocześniejszy, bardziej specjalistyczny przemysł, zdolny do konkurencji ze światem, a w drugiej – powstawać będą drogi dojazdowe z peryferii do centrum. Dynamika gospodarcza mająca za jedyne źródło inwestycje infrastrukturalne jest krótkookresowa. W dłuższej perspektywie nie wystarczy, by uniknąć pozostania po stronie zapóźnionych i niedorozwiniętych.

Polska sama stawia się poza limesem

Mała aktywność na polu nauki to kwestia braku tradycji, napisała jedna z uczestniczek debaty o polskiej nauce. To prawda. Chwilowe przebudzenie, prowadzące do uchwalenia nowego prawa czy powołania nowej instytucji nic nie zmieni; nie zmieni tradycji myślenia o państwie, świadomości zdefiniowanego w prawie celu ani umiejętności patrzenia w przyszłość. Dotyczy to nie tylko nauki i badań. To samo tyczy się służby cywilnej (żadna ekipa w postkomunistycznej Polsce nie zniszczyła jej tak skutecznie jak PO, ani PiS, ani SLD), ochrony środowiska (jest rozporządzenie dotyczące niskiej emisji spalin, ale Ministerstwo Skarbu nie bierze go pod uwagę, gdy leasinguje samochody służbowe), socjalnych powinności państwa (Gowin, recenzując tzw. Exposé Kaczyńskiego, uznał, że najlepiej je zdyskredytuje nazywając je "socjalnym" – w czasach, gdy rośnie bezrobocie i poszerza się obszar biedy!). Polska jest cywilizacyjnie w innym nurcie niż nurt dominujący w nowoczesnej, europejskiej demokracji. Nauka nie jest jedyną ofiarą tego stanu świadomości. Polska sama stawia się poza limesem i nie widać niestety żadnej siły politycznej ani intelektualnego zaplecza, które byłyby w stanie nadać nowy bieg polskiej rzeczywistości.

2012-08-13

Brytyjski pop-patriotyzm olimpijski


Darowałem sobie wczoraj transmisję ceremonii zamknięcia olimpiady w Londynie. Trudno, już się raczej nie dowiem, czy królowa wleciała na odrzutowych wrotkach do balonu Phileasa Fogga. Po obejrzeniu ceremonii otwarcia tego się na zakończenie spodziewałem. Ale w gazetach sprawdzał nie będę. Lektura prasy krajowej (innej nie czytałem, to nie wiem) nazajutrz po inauguracji igrzysk przekonała mnie bowiem, że ani idei ani estetyki olimpijskiej nie rozumiem i nie chciałem tego bolesnego uświadomienia przeżywać ponownie.
Z dużym niesmakiem oglądałem pierwszą część ceremonii otwarcia i zupełnie nie mogłem zrozumieć zachwytów, jakie wywołała. Wioskowa sielanka na początku skojarzyła mi się z przejęciem Cepelii przez IPN. Odwieczna jedność brytyjskiego imperium wyrażana każdym gestem wydała mi się niedorzecznością, bo właśnie wróciłem ze Szkocji. Nie, w tym olimpijskim image d'Epinal nie było Szkocji, Walii, Północnej Irlandii, sam tylko jukej stuprocentowo angielski. Polityka historyczna w Made in UK niesie przede wszystkim przekaz imperialnej jedności. Jedności nie tyko narodowej, ale wszelkiej jedności. Ze szeroko otwartymi oczami patrzyłem, z jaką radością czarnoskóry przemysłowiec modernizuje wchodzącą w erę industrialną Anglię. Wespół z Hindusem we fraku. W Glasgow przed Pałacem Ludu stoi fontanna Doultona. Jedyna taka na świecie, zrobiona z terakoty, w prezencie dla królowej. Tam też twarze poddanych imperium z różnych kolonii. I ona też, jak olimpijska ceremonia, świadczy o potędze największego cesarstwa. Powstała ledwie parę lat przed publikacją Jądra Ciemności Conrada, też poniekąd opowiadającego o kolonializmie, ale jakże innym od brytyjskiego, jakże mniej cywilizowanym. Jedność narodów, ras i klas, a nawet płci. Tak, po obejrzeniu ceremonii otwarcia można by nawet pomyśleć, że sufrażystki też z jukeju się wywodzą.
England's Glory", Derek Boshier
W muzeum Sztuki Nowoczesnej w Łodzi wisi na ścianie obraz "England's Glory". Namalował go Derek Boshier, a jego dominującym elementem jest Union Jack, na którym angielski krzyż św. Jerzego przykrywa krzyże szkockie i irlandzkie świętych Andrzeja i Patryka. Walii brak. Popartowy "England's Glory" bardzo kojarzy mi się z inauguracją igrzysk. Nie dziwię się, że ludziom popart się podoba, w końcu bardzo jest w modzie od lat, mnie też się zresztą podoba, a brytyjska flaga stała się jednym z atrybutów popartu. Natomiast pamięć historyczna w popartowskim wydaniu podoba mi się mniej. Mam widać uczulenie na IPN. Imperialny patriotyzm wyspiarzy umazany polityczną poprawnością jak, nie przymierzając, tenisówki pastą do zębów Nivea, żeby na PRL-owskim capstrzyku było schludnie, jakoś nie przypadł mi do gustu.
W paru radosnych recenzjach porównywano inaugurację w Londynie do topornej pochwały imperialnych Chin na otwarciu olimpiady w Pekinie w 2008 roku. Mam z tamtych czasów t-shirt z olimpijskimi kołami w kształcie kajdanów. To jest jasny symbol, a nie jakiś tam "England's Glory", którego przecież na koszulkę go sobie nie przylepię. Porównanie Pekinu i Londynu jest oczywiście jakąś niedorzecznością, bo w końcu UK, jaki by nie był, to nowoczesne, demokratyczne państwo. Ale jak na państwo nowoczesne i demokratyczne dość bezmyślnie UK wyraził to, co od początku nowożytnych olimpiad wyrażać ma inauguracja igrzysk: dumę państwa organizatora. Jest 2012 rok, a brytyjska koncepcja powodów do dumy i przekazu, jaki można wysłać w świat (w świat, to nie znaczy do Commonwealthu) specjalnie się nie zmieniła w ostatnim półwieczu. Poza efektami technicznymi, ma się rozumieć.
Imperialno-popartowski patriotyzm chwycił też za serce w drugiej części spektaklu. Któż nie lubi złotych przebojów? Fajnie grali i tańczyli, nie ma co.
Może ja za wiele wymagam, ale po londyńskim show utwierdziłem się w przekonaniu, że kicz formy i siermiężność treści, kojarzone zwykle z estetyką totalitaryzmu, nie muszą być obce estetyce demokracji.

2012-06-13

Euromitologia dominujących i dominowanych



Euromitologia to tylko jeden z objawów odrzucenia idei integracji europejskiej. U jej podstaw leży odrzucenie tego wszystkiego, co nie wydaje się swojskie i nasze, tego co jest postrzegane jako obce i jako inne. Metoda budowania tożsamości w opozycji do innych jest stara jak świat. Zresztą nawet wśród zagorzałych zwolenników integracji europejskiej spotkać można ludzi, którzy nie potrafią swej europejskości opisać i zachwalić inaczej, niż poprzez opozycję na przykład wobec USA, Rosji, Chin.

Przeciwnicy integracji europejskiej budują swą eurosceptyczną tożsamość przeciw UE, ale nie przeciw Europie. Przeciwnie, nieustannie podkreślają, że są przeciwni nazywaniu UE Europą, bo to zawłaszczenie, choć z drugiej strony sami używają pokrewnej formy retorycznej mówiąc o UE "Bruksela". Przyznają się do Europy, ale odnajdują się tak naprawdę tylko w państwach narodowych. Ich eurosceptycyzm jest niejednorodny, bo naznaczony narodową historią.

Glasgow, Fontanna na cześć brytyjskiego kolonializmu
Dla krajów niegdyś imperialnych, które utraciły swoje kolonie, takich jak Francja i brytyjskie Zjednoczone Królestwo, odniesienie do metropolii pozostało aktualne. Wszystko, co poza metropolią, jest gorsze. W najlepszym razie – konkurencyjne. Z punktu widzenia Paryża czy Londynu Bruksela jest pozą metropolią, ma więc ograniczoną legitymację do decydowania o czymkolwiek. Brytyjska insularność, od wieków w prześmiewczej opozycji do Kontynentu, dodatkowo wzmacnia ten postkolonialny instynkt. Ale również we Francji, i to nawet wśród zadeklarowanych zwolenników integracji europejskiej, instynkt ten regularnie daje o sobie znać.

Dla eurosceptyków z krajów, które nie tylko nie miały swoich kolonii, ale – przeciwnie - cierpiały cudzą okupację lub dominację – UE to właśnie budząca niechęć obca potęga. To dominująca metropolia. Dlatego na przykład porównanie UE do ZSRR, Brukseli do Moskwy tak dobrze wpisuje się w zespól polskich wyobrażeń zbiorowych i historycznych odniesień. Skojarzenie całkowicie pozbawione sensu, to prawda, ale nie o racjonalnym tylko podświadomym i instynktownym odczytywaniu rzeczywistości mówimy. Co ciekawe, polscy eurosceptycy są przeciwnikami unijnej "dominacji", ale przynajmniej niektórzy z nich chcą odgrywać wobec Ukrainy czy Białorusi rolę odźwiernego brukselskich wrót, ambasadora Zachodu i jednocześnie rzecznika interesów swych byłych kolonii w Brukseli czy Strasburgu.

Oczywiście ta analiza eurosceptycyzmu oparta jest na pewnym uproszczeniu. Kolonialna przeszłość nie tłumaczy wszystkiego. Za brytyjskim eurosceptycyzmem mogą stać interesy londyńskiego City albo populistyczna analiza wyborcza, jak w przypadku Camerona i torysów. W Polsce poza historycznymi zmorami z czasów zaborów i okresu pojałtańskiego dużą rolę odgrywają też czynniki kulturowe, światopoglądowe.  Ale kolonialne dziedzictwo pozostaje interesującym elementem analizy euromitologii, której na tym blogu poświeciłem specjalna zakładkę.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...