Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Cameron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Cameron. Pokaż wszystkie posty

2013-03-13

O patriotyzmie, czyli kto che Polsce zrobić dobrze

Jeśli wierzyć w to, co napisali we "Wprost", Konrada Szymańskiego, europosła z PiS, oburza, że "Parlament Europejski odrzuca kompromis w sprawie wieloletniego budżetu z powodów, które nie mają nic wspólnego z interesami Polski". Tak, to rzeczywiście oburzające, że interes Polski nie jest tym kryterium, którym kieruje się Parlament Europejski w przyjmowanych przez siebie rezolucjach. Co gorsza, postępuje tak nie tylko Parlament, ale cała Unia Europejska. Skandal, po prostu skandal.

Patriotyzm intuicyjny czyli bezmyślny

Szymański komentuje dzisiejsze głosowanie w Strasburgu. Ale logika, której ten komentarz jest wyrazem, jest znacznie bardziej uniwersalna. Opiera się na niej swoista koncepcja pisowskiego patriotyzmu: cały świat ma nam robić dobrze. Zawsze. Jak nie robi, to jest zły. Przy czym czynione Polsce dobro i zło musi się mieścić w definicji polskiego interesu, która pisowskim politykom wydaje się najwłaściwsza. Nie ma jasnej wykładni. Ale jest intuicja. Intuicja podpowiada, że na ogół chcą nam robić źle, a nie dobrze. Trzeba więc wykazać się rewolucyjną czujnością. Rewolucja jest naturalnie narodowo-konserwatywna. Jeśli nie anty-europejska, to przynajmniej a-europejska. Wobec UE musimy zachować szczególną czujność. My, to znaczy ci, którzy myślą tak jak PiS. Nie. Nie myślą, tylko oceniają tak jak PiS: nieustannie i wszystko i zwykle negatywnie. Ocena opiera się na intuicji, dotyczy czyhającego zagrożenia i nie potrzebuje żadnej myśli. Dlatego właśnie człowiek skądinąd inteligentny, taki jak Konrad Szymański, może pleść takie bzdury, jak ta zacytowana przez tygodnik "Wprost". Granica między głupotą a cynizmem zostaje zatarta. 

Problem kształtu

Zgodnie z zapowiedziami liderów najważniejszych klubów parlamentarnych, europosłowie odrzucili dzisiaj wynegocjowany w Radzie Europejskiej projekt wieloletniego budżetu UE. Trudno mówić o wielkim zaskoczeniu. Przyjęta przez Parlament rezolucja jest znacznie bardziej koncyliacyjna, niż wcześniejsze deklaracje wygłaszane przez posłów. Wyraźnie stwierdza, że Parlament nie godzi się na budżet "w takim kształcie". Ale jeśli się ten kształt trochę zmieni, to się zgodzi. W Polsce doniesienia i polityczne przepychanki dotyczyły i dotyczą oczywiście liczb. Parlamentarna rezolucja nie dotyczy jednak liczb, więc wynegocjowane przez Tuska miliardy (dość umowne, powiedzmy szczerze) pozostaną nietknięte. Oczywiście, Parlament chciałby - i słusznie - żeby ten budżet pozwolił realizować polityczne i gospodarcze cele, które przywódcy państw członkowskich zapisują w politykach, programach i strategiach. Parlament krytykował budżet napisany przez tępego księgowego. Albo przez polityka populistę. Budżet, w którym zabraknie pieniędzy na badania, naukę, nowe technologie informacyjne i rzeczywiście paneuropejską infrastrukturę. 

Nasza chata z kraja

W ostateczności jednak posłowie nie przekuli tej krytyki w konkretne zapisy. Stawiają przed Radą zadania raczej księgowej natury. Domagają się przede wszystkim elastyczności budżetu. W praktyce pozwoliłaby ona pozostawiać we wspólnym skarbcu pieniądze niewydane na jakiś cel i przekazywać je na realizację innego celu, gdzie finansów zabraknie. Niby żadna filozofia, ale jednak: teraz te pieniądze wracają do państw członkowskich. Nie wszystkich: do tych, które wpłacają więcej niż dostają. Polska do nich nie należy. Jeśli więc poprawka Parlamentu zostanie przyjęta przez Radę, to Polska na pewno na tym nie straci, a zyskać może. Tak czy owak zachowa tuskowe miliardy. PO nie chciała w imię dość niepewnego zysku narażać z trudem wynegocjowanego budżetu na nową turę unijnych negocjacji. Niepewnego zysku dla Polski, bo dla Unii jako całości zysk jest oczywisty. Mówiąc słowami Szymańskiego, europosłowie z Platformy głosowali w zgodzie z Polskim interesem rozumianym jako interes przeciwstawny do wszystkich innych interesów, z interesem UE jako takiej na czele. Wiadomo: nasza chata z kraja.

Cameron broni dopłat do polskiego rolnictwa

Parlament głosował też nad reformą wspólnej polityki rolnej. Polityki od dawna krytykowanej za swą antyrynkowość, za nieuzasadnione uprzywilejowanie jednej grupy zawodowej, za niepojętą rozrzutność i za wiele innych rzeczy. Gdy jednak czytam tekst kolejnego posła PiS (kiedyś PSL), Janusza Wojciechowskiego ("Nasz Dziennik"), odnoszę wrażenie, że cała reforma WPR dotyczyła tylko jednego zagadnienia: wysokości dopłat bezpośrednich dla polskich rolników. Z artykułu dowiadujemy się, że polski rząd wynegocjował za mało, mniej niż "Parlament Europejski chce dać polskim rolnikom". Chce dać! A oni nie biorą. Dlaczego? Bo nie lubią polskiej wsi. Na szczęście PiS lubi. I dlatego Parlament poddał się przemożnemu wpływowi klubu politycznego EKR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), do którego PiS dumnie przynależy. Zagłosował tak, by wynik głosowania miał wiele wspólnego z interesami Polski, że znowu użyję formuły Szymańskiego. 

Wołowina, konina, EKR

Głupota i cynizm, bez wątpienia, ale trudno mi powiedzieć w jakich proporcjach. Przy czym mówiąc głupota nie myślę oczywiście o pośle, który kocha polską wieś, tylko o jego przekonaniu, że zwraca się do kompletnych idiotów. Współczuję czytelnikom Naszego Dziennika, zwłaszcza tym ze wsi, bo poseł Wojciechowski podważa siłę ich intelektu podwójnie. Oto jaki w sposób. Po pierwsze, porównywanie warunków negocjacyjnych w Radzie Europejskiej, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze, do handlu poprawkami, jaki odbywa się w Parlamencie, jest niedorzeczne. Parlament zawsze jest bardziej szczodry niż szefowie rządów i ich ministrowie a posłowie zawsze mają szerszy margines negocjacyjny. We wszystkim. Przedstawianie tego mechanizmu jako zasługi PiS to bezczelność. Po drugie, twierdzenie, że udało się więcej wyszarpnąć (komu?) na rolnictwo dzięki poparciu partii Camerona (PiS należy do tego samego klubu w europarlamencie), to prowokacja. Jeżeli Tusk wynegocjował w Radzie mniej, niż Wojciechowski w Parlamencie to między innymi dlatego, że w Radzie trzeba się było zmierzyć z Cameronem: najbardziej zajadłym wrogiem wspólnego budżetu, wspólnej polityki rolnej i jakichkolwiek dopłat do rolnictwa. Chciał Polsce zrobić dobrze, bo kocha PiS, tak jak PiS kocha polską wieś? Po trzecie, przekonywać kogokolwiek, że EKR na cokolwiek w europarlamencie wpłynął to jak sprzedawać wołowinę z konia. EKR ma znaczenie marginalne. I całe szczęście, bo eurosceptycyzm to najniższy stopień nacjonalistycznej i populistycznej eurofobii wyznawanej przez partie, które skupia: PiS, torysów, ODS. 

Równanie do pułapu, którego nie ma

Po czwarte wreszcie, głoszenie, że dzięki akcji PiS i EKR w Parlamencie coraz bliżej do wyrównania dopłat bezpośrednich to jakaś paranoja. Paranoja z pięcioletnią tradycją, chwali się Wojciechowski. Jeżeli polscy rolnicy dostaną więcej pieniędzy, to będzie im bliżej do osiągnięcia pewnego finansowego pułapu, faktycznie. Ale co to za pułap? Poziom dopłat zależy od szeregu warunków. Są one inne w każdym kraju. I dlatego w UE nie ma i nigdy nie było jednego pułapu dopłat do rolnictwa. W każdym z 27 (wkrótce 28) krajów te dopłaty są inne. Sugerowanie, że dopłaty, które dostają polscy rolnicy sytuują się poniżej unijnego pułapu i że PiS walczy o zniwelowanie tej różnicy to już nawet nie jest demagogia, tylko zwykłe kłamstwo. Fakt, że dopłaty bezpośrednie hamują rozwój polskiej wsi (choć walnie przyczyniają się do wzrostu zamożności większości gospodarzy) to inna kwestia. Ale istotna, choć z tekstu Wojciechowskiego to nie wynika. Zmiana tego stanu rzeczy to jeden z powodów planowanej reformy archaicznej WPR. Czy jednak nie są to powody, które "nie mają nic wspólnego z interesami Polski"? Zobaczymy. EKR czuwa. 

2013-01-24

O czym zapomniał Cameron i jego polscy wielbiciele


W swoim wystąpieniu Komisję Europejską Cameron wymienił raz. Wspomniał o peryferyjnych instytucjach, nie wchodząc w szczegóły. Parlamentu Europejskiego nie wspomniał, domagał się zwiększenia roli narodowych parlamentów, bo przecież nie ma "europejskiego demosu". Skoro tak, Parlament Europejski faktycznie nie jest potrzebny, stąd jego brak w tekście, nie z zapomnienia. Zapomniał natomiast o ministrach, podejmujących decyzje w Radzie UE, o premierach i prezydentach ustalających politykę unijną w Radzie Europejskiej, bo z jego tekstu wynika, że suwerenne państwa narodowe nie mają nic do powiedzenia w UE. Tym samym więc nie ponoszą odpowiedzialności za krytykowaną przez niego kondycję UE.

Cameron zapomniał też tym razem o polityce spójności. Przy innych okazjach jednak głośno domagał się jej ograniczenia. Wiadomo, że liczy na cięcia w najbliższym wieloletnim budżecie. Nie wspomniał o brytyjskim rabacie, haraczu, na który składają się inne państwa, żeby wynagrodzić Brytyjczykom zbyt małe korzyści czerpane ze Wspólnej Polityki Rolnej i koszty wynikające z rozszerzenia UE. 

Czytałem dziś internetowe posty i tweety polskich wielbicieli Camerona, zasiadających w tym samym co on klubie w Parlamencie Europejskim, członków PJN i PiS. Wydają się bardziej przywiązani do idei narodu, niż do konkretnego narodu, własnego konkretnie. Jest bezsporne, że dla państwa o potencjale Polski silna Komisja Europejska i Parlament są gwarancją wpływu na sprawy europejskie. To zaskakujące, bo ci sami ludzie nieustannie straszą nas dominacją w UE państw większych, bogatszych i silniejszych. Nie tylko Niemcy czy Francja, ale i Wielka Brytania należy do tej grupy. Z jednej strony, popierając model współpracy (bo już nie integracji) europejskiej proponowany przez Camerona popierają zasadę, że każdy kraj robi tylko to, co mu się opłaca. Popierają zasadę egoizmu narodowego i mechanizm koniunkturalnej solidarności egoizmów jak jedyną formę współpracy. Z drugiej jednak wykazują się brakiem konsekwencji, bo Polska, jako słabszy uczestnik takiej formy współpracy, będzie zawsze na straconej pozycji. Gdzież więc obrona polskiego egoizmu? Gdzie w tym polski interes? Utopijny nacjonalizm (Thatcher przestrzegała przed utopiami!) polskich zwolenników Camerona bierze górę nad pragmatyzmem (zalecanym przez Camerona). 

Panowie z PJN i PiS: nie kochacie Unii Europejskiej - wasza sprawa, nie wierzycie w integrację europejską - wasz wybór. Ale bądźcie konsekwentni: popierając Camerona, róbcie tak jak on, bądźcie pragmatykami troszczącymi się tylko o interes własnego kraju. Nie bójcie się, że zaczniecie wtedy popierać silną UE wbrew Cameronowi. Dziś popieracie interesy Wielkiej Brytanii zdefiniowane przez człowieka, który na eurofobii chce budować swój sukces wyborczy. Pamiętajcie, że w Europie Camerona za politykę spójności Polska będzie musiała zapłacić sama. Po co to Wielkiej Brytanii? Za współpracę z Ukrainą też. Cameron może co najwyżej współpracować z ukraińskim rynkiem, nie z Ukrainą, bo po co Wielkiej Brytanii polski Commonwealth? Ale wtedy Polska może konkurencji nie wytrzymać. Partnerstwo Wschodnie? Każdy kraj będzie miał swoje własne partnerstwo. Zgody na taką Europę chce Cameron. Nie leży to w polskim interesie. 

Europejczycy wszystkich narodów: zdezintegrujcie się!

Zamiast wysłuchać przemówienia Camerona z marszu i na żywca postanowiłem się przygotować i to był błąd. Przeczytałem najważniejsze w powojennej historii wystąpienia brytyjskich premierów poświęcone Europie. Najważniejsze, pracy nie było więc wiele. Nie liczyłem na to, że usłyszę coś całkiem nowego, bo ciągłość w brytyjskim spojrzeniu na integrację europejską (i na każdą inną formę wspólnoty, której Wielka Brytania sama nie kontroluje) jest bezsporna. Nie spodziewałem się też, że Cameron pójdzie w ślady Blaira i poprze ideę europejską. Myślałem jednak, że inspiracją dla niego będzie wyrazisty, imperialny eurosceptycyzm Margaret Thatcher. Jego wystąpienie, sprawnie napisane i powiedziane, okazało się jednak pozbawioną wszelkiej oryginalności powtórką z Johna Majora; wypowiedzianym z emfazą cytatem, bez jednej choćby nowej idei; odzwierciedleniem wahań i braku wizji polityka, który sam zapędził się w ślepy zaułek eurofobii i nie wie teraz jak z niego wyjść. Gdybym wystąpień jego poprzedników nie czytał, pewnie byłbym mniej rozczarowany.

Z Zurychu do Londynu

Winston Churchill w 1946 roku mówił na uniwersytecie w Zurychu o idei Stanów Zjednoczonych Europy. Wielkiej Brytanii w tej wspólnocie nie widział z bardzo prostego powodu: była już członkiem brytyjskiego Commonwealthu. Niech się jednoczą ci, którzy jeszcze nie mają oparcia w żadnej unii. Później jednak idea jednoczenia Europy na wzór Commonwealthu sama z siebie wygasła. Kiedy w 1988 o relacjach swojego państwa z Europą mówiła Margaret Thatcher, Wielka Brytania była już członkiem EWG od 15 lat. W swym wystąpieniu skrytykowała ideę Stanów Zjednoczonych Europy, bo Europa to nie Ameryka. Proces integracji europejskiej porównała do sowieckiego centralizmu. Wspomniała o Europie Centralnej oddzielonej żelazną kurtyną niewątpliwie z kurtuazji: przemawiała w Kolegium Europejskim w Brugii, jego rektorem był wówczas Jerzy Łukaszewski, pierwszy ambasador wolnej już Polski w Paryżu, znawca, zwolennik i praktyk integracji europejskiej w czasach, gdy Polska była jeszcze członkiem RWPG. Wspomniała o Warszawie i Pradze również po to, by było jasne, że Wspólnoty Europejskie to nie Europa, a jedynie jedna z jej emanacji.

M. Thatcher przemawia w Kolegium Europejskim w Brugii, 20.09.88
W 1994 roku, na uniwersytecie w Leiden, w Holandii, John Major protestował przeciw podawaniu w wątpliwość europejskości Wielkiej Brytanii. Wolnorynkowa Europa narodów, w której każdy z członków może uczestniczyć na swój sposób, bo elastyczność jest główną zasadą współpracy, gwarancją konkurencyjności gospodarczej i zabezpieczeniem suwerenności państw narodowych. Róbmy tylko to co praktyczne i wykonalne.  Harmonizacja, jeśli rzeczywiście konieczna dla funkcjonowania jednolitego rynku (brytyjskiego wynalazku!) dopuszczalna jest tylko wtedy, kiedy nie będzie ludziom doskwierała.

Wyjątkowe było wystąpienie Blaira w Strasburgu, na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego inaugurującym brytyjską prezydencję w 2005. Bardzo, jak na Brytyjczyka, proeuropejskie. Po części może dlatego, że jego bezpośrednimi odbiorcami byli europosłowie, z których wielu zamierzało mu zgotować chłodne przyjęcie, widząc w brytyjskim przewodnictwie groźbę wyhamowania procesu integracji i sześciomiesięcznej marginalizacji Parlamentu. Ale bili brawo na stojąco. Blair przedstawił się jako "namiętny" pro-Europejczyk od zawsze i brzmiał w tym co mówił szczerze. Również on wzywał do debaty o przyszłości Unii, do jej modernizacji i do większego zaagażowania w ten proces obywateli, większego otwarcia na ich opinie. Blair był też jedynym premierem brytyjskim (nie liczę Churchilla), który publicznie wyraził pogląd, że wspólna Europa jest i powinna być projektem politycznym, a nie tylko wspólnym rynkiem. Spośród cytowanych tu premierów tylko Cameron wygłosił swe przemówienie w Londynie. Miało być w Holandii, ale nie wyszło. To nawet lepiej, bo - w odróżnieniu od poprzedników - Cameron to polityk lokalny, jego wystąpienie adresowane było głównie do eurosceptycznego elektoratu, który ma zapewnić torysom parlamentarną większość w najbliższych wyborach, i do członków swojej własnej partii.

Cameron stawia ultimatum

Cameron powiedział wszystko to, co można już było znaleźć w przemówieniu Majora. Też zaklinał się, że nie jest izolacjonistą, mówił jako ktoś z zewnątrz ("optymistyczny przyjaciel" powiedział o sobie Major), nakłaniał do pragmatyzmu ("nie dajmy się zwieść utopijnym celom" - mówiła Thatcher), podkreślał olbrzymi wkład Wielkiej Brytanii i jej mocarstwową pozycję w świecie (Thatcher nie zawahała się nawet przywołać kolonializmu, który cywilizował świat). Domagał się Europy "elastycznej", à la carte, rynkowej, konkurencyjnej, więc nowoczesnej. Podobnie jak Major, Thatcher ale i Blair apelował o wzięcie pod uwagę głosu tych, którzy w projekt europejski nie wierzą, którzy nie widzą płynących z niego korzyści, ale widzą zagrożenia. I słusznie zauważył, tak jak jego poprzednicy, że ignorowanie rozczarowanych Unią, eurosceptycznie nastawionych obywateli jest pożywką euroceptycyzmu. Pominął jednak fakt, że eurosceptycyzm i pobudzanie antyunijnych fobii jest stosowane przez niego samego i jego partię jako populistyczna pożywka wyborczego sukcesu i oręż w walce o elektorat z rosnącym w siłę UKIP.

Co było nowe? Nowa była zapowiedź referendum. Nowe też było nieustanne używanie trybu warunkowego, typowe dla człowieka, który nie jest pewien gdzie jest ani dokąd zmierza. Nowością było też postawienie innym członkom UE bezsensownego ulitmatum: jeli zgodzicie się zrezygnować z budowanej od ponad pół wieku Unii na rzecz międzynarodowej współpracy ograniczonej do jednolitego rynku, możecie mieć nadzieję, że wtedy Brytyjczycy zagłosują w referendum za uczestnictwem w tak zdefiniowanym przedsięwzięciu; jeśli się nie zgodzicie, wychodzimy z tego interesu. Nowe było wyznaczenie daty wygaśnięcia ultimatum: 2015. Przyjęcie ultimatum ma się odbyć na drodze traktatowej. Nowy traktat ("new settlement") ma być zredagowany tak, by zabezpieczał brytyjskie interesy. Wielka Brytania ma być zwolniona z udziału we wszystkim, co jej nie odpowiada. Holenderska europosłanka Sophie in't Veld zastanawiała się jakie wyłączenia chce jeszcze negocjować Wielka Brytania, która regularnie wyłącza się ze wszystkiego jak leci: z euro, z Schengen, z polityki socjalnej, z obrony praw podstawowych, ze współpracy policji i wymiaru sprawiedliwości. W niektórych dziedzinach już dziś Szwajcaria czy Islandia, nie będące członkami UE, są bardziej zintegrowane z UE niż Wielka Brytania.

Ale Cameron w jednym ma rację: referendum w Wielkiej Brytanii jest potrzebne. Antyeuropejska fobia, między innymi za sprawą samego Camerona, tak bardzo opanowała umysły nad Tamizą, że Brytyjczycy nie mogą tkwić w UE przez niedopowiedzenie. Niech się jasno opowiedzą i przyjmą na siebie odpowiedzialność własnego wyboru. Dla UE też lepiej będzie ustalić zasady współpracy z brytyjskim partnerem na podstawie dwustronnych traktatów, niż mieć w swoim gronie niby-członka, który torpeduje jej rozwój. Owszem, Wielka Brytania, wniosła też do UE pozytywne elementy, bywała gwarantem zachowania pewnej równowagi w definiowaniu gospodarczego i politycznego ustroju. Ale rzeczywiście: jeżeli Wielka Brytania nie czuła się w UE dobrze przez 40 lat swojego członkostwa, to nie poczuje się już nigdy. Chyba, że świadomie podejmie taką decyzję.

Przemówienia Winstona Churchilla, Margaret Thatcher, Jona Majora, Tony'ego Blaira i Davida Camerona można przeczytać w całości (po angielsku) w zakładce Lektury.

2013-01-18

Cameron-Europejczyk i Algieria

Zapowiadanego wystąpienia w sprawie nowej formuły brytyjskiego członkostwa w UE  nie było. Cameron został w Izbie Gmin, żeby wziąć udział w debacie na temat sytuacji w Algierii. Sprawy zakładników w Algierii i francuskiej interwencji w Mali oddzielić się nie da, a zagrożenia jakie stanowi możliwość  planowanej przez Al-Kaidę eskalacji konfliktu i zawładnięcia Sahelu przez islamistów nie da się nie dostrzec (no, chyba, że się jest TVP, która przyjęła hierarchię znaczenia informacji zgodną z tezą, że wszyscy widzowie to idioci). Dlatego nie posądzam Camerona o skorzystanie z pretekstu i zrejterowanie. Sahel to rzeczywisty problem, a nie temat zastępczy.

Par DIMITAR DILKOFF — Ansa, CC BY 3.0 it
Nie zmienia to faktu, że deklaracja, którą miał złożyć dzisiaj w Holandii była wyzwaniem ponad jego siły. Jak jednocześnie uspokoić unijnych partnerów, nie spowodować destabilizacji rynków (które na perspektywę wyjścia Wielkiej Brytanii z UE mogą zareagować tylko źle), zadowolić tę grupę członków swojej partii i znaczną część brytyjskiego społeczeństwa, które popadły w eurofobiczną histerię i nie stracić poparcia ani zwolenników pozostania w Wielkiej Brytanii w UE ani tak zwanych "eurorealistów"? Odwleczenie tego wystąpienia nie ułatwi sprawy. Chyba, że sytuacja w Sahelu stanie się tak dramatyczna, że Cameron znajdzie jakąś złotą formułę do zaakceptowania przez wszystkich w imię konsensusu koniecznego w sytuacji kryzysu.

Poparcie lidera opozycji, Davida Milibanda, dla stanowiska Camerona w sprawie Mali i Algierii to pierwszy objaw tej jedności ponad podziałami podyktowanej potrzebą chwili. Przy okazji dzisiejszego wystąpienia Camerona w Izbie Gmin (transmitowanego na żywo) usłyszałem coś, czego z jego ust nie słyszałem już bardzo dawno. Mówiąc o Europie, używał zaimka "my". Mówiąc, że Mali to nie tylko problem Francuzów, ale Europy, nie stawiał siebie i swojego kraju poza europejskim nawiasem.

2013-01-15

Cameron i lampa Alladyna


D. Cameron w Davos, Szwajcaria, 2010
W najbliższy piątek, 18 stycznia, Cameron ogłosi jak wyobraża sobie specjalny status swojego kraju w Unii Europejskiej. Długo oczekiwane przemówienie wygłosi w Holandii, nie w Londynie, bo adresowane jest bardziej do rządów i opinii publicznej państw członkowskich niż do samych Brytyjczyków. Ma to być ponoć lista wyłączeń spod obowiązujących w UE zasad i przepisów oraz katalog specjalnych przywilejów przyznanych Wielkiej Brytanii w zamian za jej pozostanie w UE. Jeśli ta prognoza się sprawdzi, to na pewno nie należy tego wystąpienia traktować jak "propozycji nie do odrzucenia". Jej odrzucenie jest jak najbardziej wskazane i bardziej niż prawdopodobne. Cameron o tym wie i przeżywa trudny okres w swej karierze. Współczuć mu jednak nie należy, bo sam – ze szkodą dla wszystkich – postawił się pod ścianą.

Miejsce Wielkiej Brytanii

Piątkowe wystąpienie, którego wysłuchają zagraniczni dyplomaci i dziennikarze, to kolejna próba odwleczenia momentu, w którym będzie musiał wprost powiedzieć Brytyjczykom czy zorganizuje im obiecane referendum unijne czy nie. Połowa wyspiarzy chciałaby w nim zagłosować za wyjściem wielkiej Brytanii z UE ("Brexit"). Sam Cameron nie jest jednak do tego rozwiązania przekonany. Nie wie jak z powrotem zapędzić do czarodziejskiej lampy dżina populizmu i eurofobii, którego wypuścił ubiegając się o lokum na Downing street nr 10. Cameron to nie tylko polityk krótkowzroczny i nierozważny. To również polityk, który dal się ponieść brytyjskim snom o potędze, które powróciły nad Tamizę w latach dziewięćdziesiątych.

Wielu torysów, a za nim spora część elektoratu, uwierzyło, że w nowej Europie jest specjalne miejsce dla Wielkiej Brytanii. Koniec zimnej wojny i dwubiegunowego świata oraz zniknięcie sowieckiego zagrożenia pozwoliły wielu Brytyjczykom uwierzyć, że mają swoją rolę do odegrania. Zdystansować się wobec UE, do której przystąpili bardziej pod wpływem geopolitycznego i gospodarczego instynktu przetrwania i pozostać głównym partnerem Stanów Zjednoczonych, sytuując się niejako okrakiem między Ameryką i Europą i wykorzystując swoje światowe wpływy pozostałe z czasów kolonialnych – taki był zamysł. Niedawne oświadczenie Philipa Gordona (odpowiedzialnego w amerykańskiej administracji za sprawy europejskie), że w interesie USA leżą bliskie relacje z Wielka Brytanią jako rzeczywistym a nie byłym albo niepełnym członkiem UE, było kubłem zimnej wody na głowę Camerona. Wielka Brytania usłyszała gdzie jest jej miejsce i była to przestroga, która wywołała w Londynie więcej szumu niż wcześniejsze wypowiadane przez szefów unijnych instytucji, niemiecką kanclerz, irlandzkiego premiera czy polskiego ministra spraw zagranicznych.

Watykan czy Norwegia

Kiedy w 2009 roku torysi wyszli z Europejskiej Partii i Ludowej i utworzyli w Parlamencie Europejskim antyeuropejski klub Europejskich Konserwatystów i Reformatorów wydawało się, że to tymczasowy kaprys, wyborczy fortel. Ale torysi wytrwali w swej schizmie. Uspokajali kolegów, z którymi do niedawna dzielili parlamentarne ławy, że wszystko jest pod kontrolą. Sami jednak stali się zakładnikami eurofobicznych deklaracji i mrzonek o referendum. Dziś dwie trzecie torysów ma z tym problem, bo nie zamierza wychodzić z UE. Niejednokrotnie się zdarza, że brytyjscy konserwatyści głosują tak jak posłowie Partii Pracy. Dyscyplina partyjna będzie się osłabiać. Cameron wie, że ma kłopoty we własnych szeregach. Brytyjski biznes, z City na czele, przestrzega go przed wyjściem z UE.

Pomysł uzyskania specjalnego statusu w UE bez wychodzenia z niej miałby pozwolić wyjść Cameronowi z politycznego potrzasku, w który wdepnął. Dlaczego jednak inne państwa członkowskie miałyby się na to godzić? Brytyjczycy już dziś mają najwięcej opt-outów, wyłączeń, derogacji: euro, Schengen, wymiar sprawiedliwości. Unia nie odniosłaby żadnej korzyści pozwalając na wydłużenie tej listy. Jacques Delors powiedział niedawno, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie musi być żadną tragedią. Trzeba tylko będzie wynegocjować zasady współpracy. W końcu Szwajcaria, która nie jest nawet członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego (odrzucili członkostwo w EOG w referendum w 1992 roku) opiera swoja współpracę z UE na umowach dwustronnych. Fakt, że w niektórych dziedzinach jest bardziej zintegrowana z UE niż Wielka Brytania (należy na przykład do Schengen). Wielka Brytania może dołączyć do grona państw europejskich, które nie należą do UE. Jest ich niemało: poza Szwajcarią jest przecież Norwegia, Islandia (ta jednak o członkostwo się ubiega), Andora, Liechtenstein, Monako, San Marino i Watykan.

Niektóre z tych państw należą do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) i na tej płaszczyźnie definiują swoje relacje z UE, w ramach EOG. Wielka Brytania jednak wystąpiła w 1973 roku z EFTA, choć sama ja zakładała. Możliwości jest wiele. Pytanie tylko, czy bez norweskiej ropy Wielka Brytania może być samowystarczalna jak Norwegia; czy bez szwajcarskich banków i szwajcarskiej tradycji neutralności może być Szwajcarią; czy ze swoimi post-imperialnymi ambicjami i złudzeniami dotyczącymi specjalnej pozycji w świecie Brytyjczycy będą w stanie wymyślić dla siebie rolę zainspirowaną Watykanem, Islandią albo Lichtensteinem. 

2012-12-10

Nobel dla UE, nagroda otrzeźwienia

Unia Europejska, w swej obecnej postaci i w poprzednich wcieleniach, została dziś wyróżniona pokojową nagrodą Nobla za to, że w ciągu sześćdziesięciu lat udało się jej "zamienić kontynent wojny w kontynent pokoju". Tego uzasadnieni nie trzeba rozwijać, bo każdy, kto sprawę analizuje bez złej woli, musi temu rozumowaniu przyznać rację: nigdy w historii, w żadnej cywilizacji, nie udało się wymyślić i zrealizować planu takiego powiązania nienawidzących się i od wieków wojujących między  sobą narodów, żeby wojna między nimi została wyeliminowana na stałe, by wojna stała się nie do pomyślenia. Unia Europejska jest rezultatem tego planu. 

Przewodniczący Norweskiego Komitetu Noblowskiego, Thorbjoern Jagland, podał jednak jeszcze jedna przyczynę przyznania UE nagrody, odpowiadając bardziej na pytanie dlaczego teraz niż dlaczego w ogóle. Chodziło o to, by uratować to co udało się osiągnąć i by poprawić to, co udało się stworzyć, bo to jedyny i najlepszy sposób, aby poradzić sobie z obecnymi problemami. Chodzi oczywiście o wyniszczający Europę kryzys. Nagroda pocieszenia? Nie, przeciwnie:  nagroda otrzeźwienia. Proeuropejski apel z eurosceptycznej Norwegii: Europejczycy, obywatele Unii, szefowie narodowych państw i państewek: nie marnujcie tego, co zostało dokonane.  W tym sensie, rzeczywiście mają rację ci, którzy wiedzeni polityczną poprawnością głoszą, że pokojowy Nobel adresowany jest do pięciuset milionów Europejczyków. Żeby tak łatwo nie zapominali, jaką wartością jest pokój. I że metoda, jaką dawno temu znaleziono by wojnę zastąpić  negocjacjami, współpracą i podziałem zasobów, jest też metodą na wspólne życie.

Nie wiem, czy udało się to przypomnieć. Na Unię i  Komitet Noblowski posypał się grad krytyki. Że Nagroda się nie należy, bo jest kryzys. A jak kryzys, to trudno żyć. A jak trudno - to pokoju w umysłach nie ma. Absurd kompletny. Wszystkie pokojowe Nagrody Nobla w ostatnich kilkudziesięciu latach były krytykowane: a to że, laureat jest raczej wojennym podżegaczem niż obrońcą pokoju (Kissinger), albo, że terrorystą (Arafat), albo, że dostał nagrodę za kolor skóry i na wyrost (Obama), albo, że byli lepsi kandydaci, bo jak wiadomo zawsze są lepsi kandydaci. Pierwszy raz się zdarza, że laureatowi chcą nagrodę zabrać, bo jest słabego zdrowia. Oskarżanie Unii o kryzys jest tak samo głupie jak nieuczciwe, bo kryzys nie w UE się zaczął i nie nadmiar, ale niewystarczający poziomem integracji sprawił, że tak szybko się rozprzestrzenił. Nie unijne przepisy, ale ich brak lub nieprzestrzeganie przez państwa członkowskie zadecydował o trwałości i głębi tego kryzysu. Przede wszystkim jednak, to nie z ekonomii dostała Unia nagrodę, nagroda jest pokojowa.

Zarzucają Unii, że ma armię i wydaje dużo na zbrojenia. Można oczywiście powiedzieć, że to nie UE, tylko państwa czlonkowskie. Ale czy państwa członkowskie to nie Unia? No Unia przecież. Zarzucają też Unii, że była bezradna w Bośni. Owszem, nie miała armii. W Srebrenicy wymordowano ludzi pod nosem uzbrojonych holenderskich żołnierzy. Działających jednak pod egida NATO. Unia jest winna? Ma mieć Unia armię czy ma nie mieć? Jak wytłumaczyć ludziom, że kraje, które zaledwie  kilkanaście lat temu toczyły brutalną wojnę na wyniszczenie, dziś muszą ze sobą jakoś współpracować, dbać o prawa człowieka, budować demokratyczne instytucje, nawet jeśli bez głębokiego przekonania, to muszą jednak, bo taka jest europejska soft power, zwana europejską perspektywą?

Łatwiej jest powiedzieć, że Unia to nie my, to oni, to obcy, winni wszystkiemu. Dlatego to oczywiście nieprawda, że jest to nagroda dla wszystkich obywateli UE. Nie, jest to przede wszystkim nagroda dla tych, którzy kiedyś integrację europejską wymyślili i tchnęli w nią życie. W tym sensie, jest to nagroda pośmiertna, pierwsza w noblowskiej historii. Jest to nagroda dla tych, którzy dziś w tę ideę wierzą i na co dzień ją realizują. Na pewno nie jest to nagroda dla Camerona i Klausa. Nie dla tych, którzy hołdują w ten czy inny sposób narodowym egoizmom i z populistycznym lub ideologicznym impetem niszczą najmądrzejszy projekt, jaki kiedykolwiek Europejczykom udało się stworzyć.


Przemówienie laureata (Van Rompuy i Barroso w duecie) na ceremonii wręczenia Nagrody Nobla (po polsku, ale dla tych, dla których UE to chińszczyzna, jest też po chińsku)

2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

2012-10-24

Ciekawe trzy tygodnie

Nic się nie dzieje, a jeśli już, to nic nowego: to pierwsze co usłyszałem od znajomych po trzech tygodniach nieobecności, z dala od gazet, telewizji, komputera i internetu, z dala od tego bloga. W Europie jesteśmy zaszczepieni na wydarzenia, zblazowani do maksimum. Po odświeżającej nieobecności człowiek więcej chyba dostrzega,  bo przez te trzy tygodnie wydarzyło się co nie miara. Moim zdaniem.

Pokojowa nagroda Nobla dla UE - to ma być nic? Nagroda zasłużona. Zaskoczenie największe w samej Unii oczywiscie. Jak zawsze, kiedy ktoś doceni historyczne, niepowtarzalne znaczenie integracji europejskiej. Dostrzeże jej pozytywny wpływ i to nie tylko na samą Europę. Na świat w ogóle. 
Dymisja komisarza do spraw zdrowia Johna Dalli - czyli afera Rywina w brukselskiej scenerii. Na co dzień sie to jednak nie zdarza. A rozwój wypadków pokazuje, że jest się czemu przyglądać. Do tego szczyt Rady Europejskiej. Sam w sobie - rutyna, fakt. Ale spory wokół budżetu na lata 2014-2020 weszły właśnie w decydującą fazę, a pojedynek na noże między Merkel i Cameronem interesujący. Jeszcze ciekawsze jest kibicowanie Tuska, niepisanego szefa  grupy "przyjaciół spójności", Niemcom i zdecydowany sprzeciw wobec egoistycznej postawie Wielkiej Brytanii. Moda na brytyjski sposób integracji, czyli dezintegracji europejskiej, choć bezmyślna,  dobrze się w Polsce utrwaliła i milo patrzeć, że mija. Choć szkoda, że tylko ze względu na kasę. 

A w Polsce też ciekawie. Drugie exposé Tuska - nudne jak flaki z olejem, językowo też bez elegancji i polotu, owszem. Ale było! I jak się chce, to perełki można w nim znaleźć.  Na przykład fragment, w którym w jednym zdaniu premier wspomina o prezydencji (nie mówiąc jakiej) i o Euro 2012, mówiąc, że była to największa w historii Polski impreza. "To" to znaczy co? Dwa w jednym. I wreszcie stadionowa hańba narodowa - nawet egipska prasa o tym pisała, nikt organizatorów nie oszczędził. Oczywiste skojarzenie z Titanikiem: też najnowocześniejszy na świecie i też zatonął. Ale kłopoty z decyzją w sprawie dachu stadionu mniej mnie jednak rozbawiły, niż decyzja rządu i premiera, by się wypowiedzieć w sprawie trawy, drenażu i rozsuwanego dachu. Tak, wiele się przez te trzy tygodnie wydarzylo. 

2012-09-13

Szkoci i Katalończycy mogą utracić unijne obywatelstwo


W 2014 roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, zmieni się skład Komisji Europejskiej. Tego samego roku, o czym pamięta się rzadziej, Szkoci wypowiedzą się w sprawie swojej niepodległości. Szkockie referendum, podobnie jak katalońskie ambicje niepodległościowe, jest elementem unijnego kalendarza. Wybór niepodległości może bowiem oznaczać dla obywateli nowoutworzonych państw utratę obywatelstwa UE i prawa do reprezentacji w unijnych instytucjach.

Dziś odbywa się w Edynburgu rządowe posiedzenie na temat organizacji referendum. Zwolennicy oderwania się od Zjednoczonego Królestwa mają nadzieję, że następnym krokiem będzie rozpoczęcie rozmów między szefem brytyjskiego rządu Davidem Cameronem i szkockim premierem Aleksem Salmondem. Tymczasem Katalonia wciąż żyje sukcesem manifestacji zorganizowanej dwa dni temu z Barcelonie, największej od 1977 roku. Wtedy jednak chodziło o autonomię regionu w ramach Hiszpanii, tym razem półtora miliona ludzi (według policji, dwa miliony według organizatorów) domagało się niepodległości.

Dążenia niepodległościowe nie przypadkiem nasiliły się w czasie kryzysu gospodarczego. Zarówno Szkocja jak i Katalonia wierzą, że same poradzą sobie lepiej niż pod zwierzchnictwem Londynu i Madrytu. Wpływy podatkowe Katalonii stanowią jedną piątą hiszpańskiego budżetu. To najbogatszy region i najwięcej wpłacający do wspólnej kasy, ale też najbardziej zadłużony. Kataloński dług wynosi 42 miliardy euro. Do końca tego roku Katalonia powinna spłacić prawie sześć miliardów euro. Niewykonalne. Dlatego urzędujący w Barcelonie rząd (koalicji Convergència i Unió) zwrócił się z w sierpniu o pomoc finansową do rządu w Madrycie. Wtorkowa manifestacja, poza wyrazem rzeczywistych dążeń niepodległościowych, była bez wątpienia argumentem w negocjacjach. Trudnych, bo kasa w Madrycie też świeci pustkami.

Wiodącym hasłem barcelońskiej manifestacji była "Niepodległa Katalonia w Europie". W Szkocji najpoważniejszym argumentem przeciwników niepodległości jest jej spodziewane osamotnienie w zglobalizowanym świecie. Ich zdaniem Zjednoczone Królestwo jest dla Szkocji największym rynkiem zbytu, a nie konkurentem; brytyjska armia – gwarantem szkockiego bezpieczeństwa; budżet Londynu – zabezpieczeniem dla szkockich banków, takich jak RBS czy HBOS. Zwolennicy niepodległości uważają, tak jak Katalończycy, że odpowiedzią na wszystkie te zagrożenia jest Europa. Właściwie mają rację. Gdyby zrealizowany został  federacyjny projekt przedstawiony wczoraj przez Barroso, mieli by rację jeszcze bardziej.

Ale ostatnie deklaracje polityków i stanowisko Komisji Europejskiej to prawdziwy kubeł zimnej wody na głowy nacjonalistów. Po pierwsze, status nowego niepodległego państwa to kwestia prawa międzynarodowego, a nie unijnych traktatów. Po drugie, obywatelami UE są obywatele państw członkowskich (artykuł 20. Traktatu). Nie ma wśród nich ani Szkocji ani Katalonii. W przypadku uzyskania (czy, jak chcą nacjonaliści, odzyskania) niepodległości, oba kraje musiałyby dopiero o członkostwo w UE się ubiegać. A nawet w najprostszych przypadkach nie dzieje się to z dnia na dzień. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...