Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

2016-06-22

Brexit: z Brytyjczykami trzeba twardo

Po naszej stronie kanału La Manche mamy jakieś wyobrażenie tego, co się wydarzy, gdyby Wielka Brytania wystąpiła z Unii Europejskiej. Na listę konsekwencji, do niedawna wypełnionej przepowiedniami wieszczącymi grozę, coraz częściej trafiają przewidywania pozwalające zachować umiarkowany optymizm: końca świata nie będzie. Czy jednak nie za mało zastanawiamy się nad tym, co będzie, jeśli po raz kolejny Brytyjczycy postanowią jednak zostać częścią "superpaństwa"? Przekonanie, że w tym przypadku nie wydarzy się nic, jest złudne. Dobrego wyjścia z tej gry nie ma.

Lektura brytyjskich gazet podczas kampanii referendalnej u każdego zwolennika integracji europejskiej może wywołać zawrót głowy. To, że do druku tekstów na temat UE tamtejsze tabloidy (Sun, Daily-Express, Daily Mail), oficjalne organy prasowe obozu Leave, używają nie farby drukarskiej, ale smoły piekielnej wszyscy zdążyli przywyknąć. Czym większa bzdura, czym bardziej absurdalne kłamstwo, tym większa szansa, że przebije się do lokalnej opinii publicznej. Wszystkie zbierane przez lata euromity (kiedys poświęciłem im specjalną zakładkę), nawet te najgłupsze i tysiące razy prostowane, wylały się w referendalnej debacie.

Mniejsze zło

Jest jednak charakterystyczne, że również w obozie Remain mało jest pozytywnych myśli i jakiegokolwiek projektu na przyszłość. Nawet lektura takich gazet jak Guardian, Independent czy Daily Mirror (bulwarówka, która mówi o sobie "inteligentny tabloid"), które popierają kampanię na rzecz pozostania w UE, dowodzi, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje żelazna zasada: każda deklaracja na rzecz pozostania w UE musi zaczynać się od preambuły "wiem co prawda, że Unii daleko do doskonałości, ale ...". Jakby wręcz nie wypadało, z obawy przed utratą wiarygodności, mówić o zaletach członkostwa bez "ale".


Cameron, który referendalny cyrk rozpętał, stoi na straconej pozycji, bo trudno mu nagle zostać euroentuzjastą po tym, jak przez kilka lat wytrwale sicigał się z nacjonalistami w krytyce wszystkiego co "brukselskie". Jedyne, co mu zostało, to nawoływać do wyboru "mniejszego zła". Zwolennikom Remain z Partii Pracy niby powinno być łatwiej, bo nie oni to referendum wymyślili. Ale w UK po prostu nie da się o integracji europejskiej mówić pozytywnie.

W obu obozach dominuje język strachu. Strachu przed konsekwencjami: w obozie Leave, przed konsekwencjami zostania w UE, w obozie Remain - wyjścia z niej. Dziesiątki lat Europe-bashing i EU-bashing w debacie publicznej uformowało umysły opinii publicznej w taki sposób, że Unię można tu co najwyżej postrzegać jak mniejsze zło. Czy obecność w Unii państwa, które pozostaje w niej ze strachu i wbrew sobie rzeczywiście jest atutem dla integracji europejskiej? Wątpię.

Eksplozja emocji

Brytyjczycy niemal od zawsze mieli z kontynentem problem: fobia, ale i fascynacja (tutaj więcej na temat historycznych zaszłości). By pojąć niuanse referendalnej debaty na temat "in/out" warto pewnie wiedzieć, że tego samego terminu używają Brytyjczycy, gdy mówią o seksie, o czym niedawno, w genialny jak zwykle sposób, przypomniał John Oliver (tutaj nagranie - bardzo polecam). Ich relacja wobec Europy to zagadnienie dla psychoanalityka.

Brytyjczycy potrafią wspaniale debatować. Wczorajsza bitwa na słowa między obozem In i obozem Out, transmitowana przez BBC, była o wiele bardziej wciągająca niż wszystkie trzy mecze Euro 2016 rozegrane tego samego dnia. Na przykład soczysty retoryczny pojedynek między kolegami z tej samej partii, Borisem Johnsonem (pro- Out) i Theresą May (pro-In). Delicje. Johnson chyba już wyczerpał całą swoją eurofobiczną emfazę, może przekonać tylko przekonanych. May, Szkotka, była o niebo bardziej racjonalna i merytoryczna. Jest szansa, że to jej argumenty, a nie kłamstwa Johnsona, trafią do wciąż niezdecydowanych, którzy zdecydują o wyniku jutrzejszego referendum. Ale ona też do niedawna zbijała kapitał polityczny na krytyce UE, na przykład w kwestii europejskiego nakazu aresztowania. Dziś ze swej roli wywiązuje się świetnie, czy jednak jest wiarygodna? Chodzi jej o to samo, co Johnsonowi: o zagarnięcie jak największej części masy upadłościowej w przypadku porażki Camerona. A ta jest możliwa nawet w przypadku zwycięstwa Remain.

Podziały w partii torysów są dziś prawdopodobnie silniejsze niż kiedykolwiek we współczesnej historii tego ugrupowania. Konieczność licytowania się z ksenofobami z UKIP i z partyjek jeszcze bardziej na prawo jest dla torysów z obozu Leave wyniszczająca. Co gorsza, dramatycznie pogłębia i tak już silne podziały w brytyjskim społeczeństwie. Labourzystów jednoczy rola opozycji, ale i tam występują podziały między zwolennikami linii wyznaczonej tej partii lata temu przez Tony'ego Blaira a tymi, którzy chcą od niej odejść, między zwolennikami "trzeciej drogi" i lewicowymi suwerenistami.

Tragicznym akordem symfonii emocji było kilka dni temu zabójstwo Jo Cox, posłanki Partii Pracy zaangażowanej w kampanię na rzecz pozostania w UE. Bez względu na wynik referendum, który poznamy w piątek rano, podziały w brytyjskim społeczeństwie pozostaną na długo. A ponieważ, przynajmniej pozornie, to stosunek do integracji europejskiej wytycza linie podziałów, brytyjskie narodowe kłótnie nie pozostaną bez wpływu na i tak kiepską atmosferę w Unii. Jest bardzo możliwe, że pozostanie tak bardzo podzielonej Wielkiej Brytanii w UE będzie dla integracji europejskiej jeszcze bardziej destrukcyjne niż Brexit.

Zreformować Unię

David Cameron wygrał wybory i został premierem w dużej mierze dlatego, że dotrzymał słowa: obiecał referendum w sprawie wyjścia z Unii i rzeczywiście je zorganizował. Pewnie już zrozumiał, że strzelił sobie w stopę. Za późno. Nadal głosi, że jego celem jest zreformowanie UE, a nie wychodzenie z niej. Ale mnożąc opt-outy i derogacje, nie biorąc udziału w kluczowych europejskich inicjatywach Wielka Brytania sama ustawiła się w pozycji outsidera. A to kiepska pozycja dla reformatora. Cameron twierdzi, że pozostanie w UE da Wielkiej Brytanii prawo nadania integracji europejskiej nowego kierunku, podczas gdy wyjście z Unii prawa tego ją pozbawi, niekoniecznie zdejmując od razu z Londynu wszelkie powinności wynikające z unijnych traktatów. Faktycznie.

Ale ramy reformy, do której Cameron wzywa, zostały przezornie zapisane w porozumieniu, które pod egidą Donalda Tuska zawarły z wyspiarzami pozostałe państwa członkowskie. Powiedzmy sobie szczerze: chodzi tam bardziej o potwierdzenia brytyjskiej pozycji outsidera, niż o spektakularną reformę Unii jako takiej. I całe szczęście, bo reformowanie Unii według brytyjskiego scenariusza to gorsze niż reformowanie Polski według scenariusza "dobrej zmiany".

Owszem, państwa członkowskie zmarnowały kolejne okazje głębokiej reformy procesu integracji, do największego w swej historii rozszerzenia Unia przystąpiła nieprzygotowana. Owszem, daleko idące zmiany są potrzebne. Ale z pewnością nie te, i nie tak, jak widzi to Wielka Brytania. Nie powierza się remontu autostrady zażartemu przeciwnikowi motoryzacji, zwolennikowi alternatywnych dróg transportu. Paradoksalnie, to Brexit, a nie pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, może wymóc potrzebne reformy. Jest jednak mała szansa, że spodobają się one wszystkim. Pewnie najmniej tym, którzy stawiają na brytyjskiego konia w nadziei rozluźnienia europejskich więzów przy jednoczesnej woli utrzymania benefitów płynących z członkostwa. Jest jednak oczywiste, że reformowanie Unii z udziałem Brytyjczyków nie będzie służyło idei integracji europejskiej.

Zreformować Wielką Brytanię

Gdyby doszło do Brexitu, Brytyjczycy musieliby wreszcie przyznać, że bardziej niż o reformę Unii chodzi im o głębokie zmiany w Królestwie. Spór o Unię odsuwa jedynie w czasie odpowiedź na pytanie, jak miałyby one wyglądać. Kampania referendalna pozwoliła sformułować jedynie niektóre z oczekujących na rozwiązanie wyzwań. Wiele z nich jest całkowicie fałszywych (na przykład cytowana przez Johnsona suma kontrybucji, którą Wielka Brytania wpłaca tygodniowo do unijnego budżetu). Inne w ogóle nie dotyczą Unii (na przykład niektóre z przypisywanych Unii przepisów dotyczących prawa pracy czy ochrony zdrowia). Część jest związana z Unią, ale obciążanie Unii odpowiedzialnością za wszystkie brytyjskie niepowodzenia jest szczytem hipokryzji.

Dobrym przykładem jest problem migracji. Wszyscy widzieli zdjęcie Farage'a na tle plakatu ukazującego falę ciemnoskórych uchodźców. Ponoć to UE ponosi winę za atrakcyjność Europy jako kierunku emigracji. Jeżeli trzeba by wymienić tylko jedno państwo, które we współczesnej historii świata ponosi największą odpowiedzialność za arbitralne wyznaczanie granic, tworzenie i delegalizowanie państw, za kolonializm i taki a nie inny podział Bliskiego Wschodu, za emigrację setek tysięcy ludzi uciekających przed głodem, wojną i śmiercią, bez wahania wymieniłbym właśnie brytyjskie imperium. Obywatele Commonwelthu, z Indii, Pakistanu i innych części świata, przybywają do Wielkiej Brytanii z brytyjskimi paszportami (lub raczejdokumentami podróży).

Dla każdego, kto kiedykolwiek był w Londynie, dziwny może się wydawać strach deklarowany dziś strach przez "inwazją" ludzi o różnych kolorach skóry. Ale tu i ówdzie na brytyjskiej prowincji ten strach bardziej niż kiedykolwiek został podsycony ksenofobią i rasizmem, które napędzają kampanię referendalną niektórych członków UKIP-u i innych nacjonalistycznych ugrupowań. Imigracja kojarzy się też Brytyjczykom automatycznie z zagrożeniem terrorystycznym. Tak samo jest w większości państw europejskich. Ale mało które państwo europejskie ponosi porównywalną do brytyjskiej odpowiedzialność za wzrost tego zagrożenia. Ideologiczny terroryzm zaatakował w ostatnich dniach nie z tego kierunku zresztą, którego zwolennicy Brexitu tak się obawiali: Jo Cox została zamordowana przez skrajnie prawicowego eurofoba. Do katalogu brytyjskich strachów dołączył w konsekwencji jeszcze jednen: strach przed aktami przemocy dokonywanymi przez ksenofobiczną prawicę. To brytyjski problem: ani Remain ani Leave go nie rozwiążą.

Brytyjski sprzeciw wobec migrantów w Polsce kojarzy się zwykle z bliskowschodnimi uchodźcami. Błąd: leitmotiwem retoryki zwolenników wyjścia z UE jest zagrożenie ze strony imigrantów z Polski, Litwy czy Czech. Z punktu widzenia prawa unijnego chodzi o Europejczyków podejmujących pracę na terytorium jednolitego rynku zgodnie z zasadą swobody przepływu siły roboczej i kapitału. Ale nie tak to wygląda w ujęciu brexitowców. Dla nich "polski hydraulik" to ten bardziej kłopotliwy rodzaj imigranta. Bo wyposażony w unijny paszport nie może być ot tak sobie odesłany do domu ani pozbawiony przywilejów socjalnych i pracowniczych stworzonych dla posiadaczy paszportu Zjednoczonego Królestwa. Odstępstwa od unijnych reguł w tej dziedzinie są jednym z głównym punktów wynegocjowanego przez Camerona porozumienia z lutego tego roku.

Czy jednak rzeczywiście to Unia ponosi odpowiedzialność za setki tysięcy pracowników z Europy Środkowej i Wschodniej w Wielkiej Brytanii? Bardzo byliśmy wdzięczni Brytyjczykom, że tak pięknie, solidarnie się zachowali w momencie rozszerzenia Unii w 2004, gdy - w odróżnieniu od wielu innych unijnych państw - nie wystąpili o czasowe zwolnienie z obowiązku przestrzegania ujinych zasad wolnego przepływu ludzi. Nad Tamizę masowo ruszyli polscy elektrycy, kucharze, robotnicy. Mniej masowo eksperci od finansów, którym udało się zatrudnić w londyńskim City. Co się zmieniło od tego czasu? Zmieniła się koncepcja gospodarcza. Za czasów Blaira gospodarka otwarta, rynek pracy przyjmujący potrzebną siłę roboczą i wykwalifikowanych pracowników był elementem obowiązującego schematu. Dzisiaj schemat się zmienił. Wtedy podawaliśmy w Polsce Wielką Brytanie za przykład kraju, który nie skarży się na zbyt duże i przedwczesne rozszerzenie Unii. Dziś okazało się, że Wielka Brytania należy do grona państw, które uznały rozszerzenie zwane historycznym za historyczny błąd.

Seria kryzysów, które wstrząsnęły światem i Unią od 2008 tłumaczy oczywiście konieczność zmiany koncepcji rozwoju w tym czy innym państwie. Problem w tym, że brytyjscy zwolennicy wystąpienia z UE chcą narzucić innym państwom zmiany spełniające jeden podstawowy warunek: opłacalności dla Zjednoczonego Królestwa. Co więcej, chodzi o zmiany na przeczekanie, zanim sami Brytyjczycy zdobędą się na odwagę, by powiedzieć jak chcą zmienić swoje własne państwo. Zanim do tego dojdzie, Unia ma zgodzić się, by posłużyć za chłopca do bicia, który pozwoli rozładować wewnętrzne, brytyjskie spory. Przy czym z rozbrajającą szczerością wyspiarze przyznają: tak, tylko nasz interes jest ważny (ale jeszcze go nie zdefiniowaliśmy). Czy przyjęcie takich warunków pozostania Wielkiej Brytanii w Unii jest dobre dla integracji europejskiej? Bardzo to wątpliwe.

Dzień po

Wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii będzie bez wątpienia bardzo kosztowne i dla Unii i dla Wielkiej Brytanii. Kosztowne nie tylko finansowo, ale i politycznie. W wymiarze nie tylko makroekonomicznym, ale i mikroekonomicznym. Stracą przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa po obu stronach kanału. Przynajmniej niektóre. Inne pewnie zyskają. Nie sposób przewidzieć proporcje, ale byłoby naiwnością liczyć na przewagę zysków nad stratami. Ogólnie potencjał demograficzny, gospodarczy i dyplomatyczny UE po odejściu Wielkiej Brytanii ulegnie uszczupleniu. Ale jeżeli w perspektywie długoterminowej taka jest cena za uratowanie integracji europejskiej?

Efekt domina jako skutek Brexitu jest mało prawdopodobny. Domino ma to do siebie, że elementy tego samego kształtu i tej samej wagi spadają na siebie, a żaden z elementów europejskiej składanki nie jest porównywalny ze Zjednoczonym Królestwem. Podobnie jak Zjednoczone Królestwo, mimo porównań, które zdarzają się zwolennikom Brexitu, nie jest podobne do Norwegii ani Islandii. Brexit nie będzie oznaczać rozpadu UE, nawet jeżeli tendencje do opuszczenia UE mogą czasowo się wzmocnić w niektórych krajach. Bardziej prawdopodobne jest, że pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, wiążące się z realizacją zobowiązań zapisanych w porozumieniu z 18 lutego, skłoni inne państwa do wystąpienia o derogacje. Tak było wcześniej z brytyjskim rabatem wytargowanym przez Margaret Thatcher w 1984. O podobne "tymczasowe korekty" wystąpiły z powodzeniem Austria, Dania, Holandia, Niemcy i Szwecja.

Wyjście z Unii, gdyby w referendum wygrał Brexit, wymagałoby dwóch lat. Od innych państw członkowskich zależałoby, czy zechcą przyznać Brytyjczykom dodatkowy czas. Potem trzeba by negocjować stosunki między Wielką Brytanią, nie będącą już państwem członkowskim, a Unią. To kolejne dwa lata. Donald Tusk mówił o siedmiu latach bolesnych negocjacji. To dość luźne szacunki. Liczba ta nie znajduje potwierdzenia w traktacie, nie sposób też odwołać się do doświadczenia, bo żadne państwo nigdy z Unii nie występowało. Na razie tendencja jest taka, by w przypadku Brexitu negocjować z Brytyjczykami twardo. Dla przykładu. W rzeczywistości jednak przebieg negocjacji będzie zależał od państw członkowskich.

"Out is out"

Zapewnienie sobie przez Londyn spolegliwej postawy ze strony takich państw jak Polska czy Węgry, w których rządy sprawują obecnie eurosceptycy, mogłoby się okazać kosztowne dla brytyjskiego budżetu i politycznie ryzykowne dla Polski i Węgier, gdyby chciały podważyć wspólną unijną linię postępowania. Ale przeważyć mogą względy ideologiczne. Przynajmniej w przypadku PiS nie byłoby to zaskakujące, Orban wydaje się bardziej racjonalny. Ale Brytyjczycy mieliby też atuty negocjacyjne w rozmowach bilateralnych z takimi państwami jak na przykład Francja: powiązania gospodarcze są między nimi bardzo ścisłe, poza tym oba kraje zaangażowane są we współpracę militarną.

Żeby twarda i bezkompromisowa postawa negocjacyjna stała się faktem, trzeba by przejść do działania natychmiast. I taki jest plan: wspólne stanowisko 27 państw członkowskich wobec Londynu ma być przedmiotem decyzji na unijnym szczycie 28-29 czerwca. Spodziewane jest też wspólne stanowisko Niemiec i Francji. Gdyby do takiej sytuacji doszło rok temu, można by się spodziewać, że Polska odegra w tych rokowaniach ważną rolę. Pod rządami PiS, który w ciagu paru miesięcy zmarnotrawił europejski dorobek i szansę na zajęcie przez Polskę ważnego miejsca w nowej unijnej architekturze, nic takiego się nie stanie. Przeciwnie: każda inicjatywa zmierzająca do osłabienia dynamiki integracyjnej (a takiej postawy można spodziewać się po rządach PiS) przyspieszy materializację idei twardego jądra "prawdziwej" Unii, skupiającej w pierwszym rzędzie państwa strefy euro.

Szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker po raz kolejny zapowiedział, że nie będzie taryfy ulgowej dla Brytyjczyków: "out is out". Nie jest jednak jasne, jaką rolę będzie miała do odegrania Komisja. Również w tej sprawie decydujące mogą być konkluzje szczytu 28-29 czerwca. Na razie można sobie jedynie wyobrazić, że wychodzenie Wielkiej Brytanii z UE mogłoby się odbywać według scenariusza "rozszerzenia à rebours". Oznaczałoby to, że polityczne decyzje podejmują państwa członkowskie, w konsultacji z Parlamentem Europejskim, ale techniczne negocjacje prowadzi Komisja. Który z komisarzy miałby się tym zająć? Paradoksalnie, to komisarz do spraw rozszerzenia, Austriak Johannes Hahn, wydaje się najbardziej odpowiedni.

Zarówno w przypadku zwycięstwa Leave jak Remain konieczne będą negocjacje. I bez względu na wynik referendum, uległość wobec Wielkiej Brytanii miałaby opłakane skutki dla integracji europejskiej. Katastrofą zachodniej cywilizacji, wbrew temu co mówił Tusk, nie byłby Brexit. Katastrofą byłby koniec integracji.



2015-12-01

Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa

Tym, którzy tak bardzo boją się "islamizacji" wywołanej przybyciem muzułmanów  do katolickiej Polski, odpowiadam: świeckie państwo, praworządne i demokratyczne, jest najlepszym zabezpieczeniem przed dominacją religii. Każdej religii. Zwolennikom świeckiego państwa, którzy słusznie oburzają się na destrukcyjny wpływ Kościoła katolickiego na polskie państwo i społeczeństwo a jednocześnie okazują godną uznania otwartość i tolerancję wobec mających przybyć do Polski muzułmanów, przypominam: nikt jeszcze nie dowiódł, że syryjscy czy jemeńscy muzułmanie mają więcej szacunku do świeckiego państwa i demokracji niż polscy katolicy.  Do integracji muzułmanów trzeba się tak przygotować, by przekonać katolickich islamofobów, że najlepszym lekarstwem na ich obawy jest demokratyczne, świeckie państwo. Zwolennicy takiego państwa powinni zrozumieć, że jest to zadanie rownież dla nich.


W tym tekście  mowa jest o islamie, a nie o islamizmie, o muzułmanach, a nie o powołującej się na Koran i Proroka salafickiej sekcie samobójców i zabójców. Mowa bardziej na wszelki wypadek, nie dlatego, że nagle przyjęcie imigrantów i uchodźców wyznających islam zmieni zauważalnie religijną mapę Polski. Nie zmieni, bo spodziewamy się garstki osób. Na razie zagrożeniem w Polsce nie są jeszcze islamiści, tylko faszyści z ONR, rasiści organizujący islamofobiczne manifestacje.

O islamie trzeba mówić bo Polska - na szczęście! - nie pozostanie na zawsze monoetnicznym, zamkniętym społeczeństwem. W dzisiejszym świecie to po prostu niemożliwe. A do życia w społeczeństwie zróżnicowanym i otwartym też trzeba się przygotować. Na razie przygotowania widzę jedynie po stronie neofaszystów: odbywają się, jak ostatnio we Wrocławiu, pod hasłami „Polska tylko dla Polaków”, „Bez islamu Wielka Polska”, „Wielka Polska katolicka”. Zwolennicy demokracji i świeckiego państwa nie powinni im pozwolić  na zdominowanie debaty. Udawanie, że tematu nie ma, to nie jest dobra strategia.

Ten tekst nie jest o Polakach muzułmanach, którzy -  tak jak rzymscy katolicy, prawosławni, unici albo luteranie - stanowią od wieków część polskiego społeczeństwa. Dotyczy natomiast koniecznej refleksji nad obywatelską i społeczną integracją praktykujących muzułmanów, którzy członkami polskiego społeczeństwa dopiero mają się stać. Tym bardziej, że notoryczne naruszanie zasady świeckości państwa w Polsce może uczynić tę integrację trudniejszą.

Obywatel wobec demokratycznego państwa

Z jednej strony islam jest jeden, niepodzielny a muzułmanie tworzą światową wspólnotę (ummę) ludzi żyjących zgodnie z nakazami Koranu i tradycji Proroka. Z drugiej strony, pomijając już nawet różne nurty islamu (w rozumieniu doktryny, jak w chrześcijaństwie), jest oczywiste, że muzułmanie przybywając z różnych państw i kontynentów, mając zróżnicowane wykształcenie i pochodzenie społeczne, mogą mieć odmienny stosunek do islamu jako takiego, do praktyk religijnych i do funkcjonowania religii w państwie. Tak jak stosunkiem do chrześcijaństwa i do religii mogą różnić się między sobą chrześcijanie. Dlatego kwestią zasadniczą jest postawa obywatela wobec demokratycznego państwa, a nie jego wyznaniowa przynależność.

Dawno temu głównym (choć nigdy jedynym) spoiwem Europy było zachodnie chrześcijaństwo. Dziś tym spoiwem jest parlamentarna demokracja. Nie przyjmują tego do wiadomości europejscy faszyści, którym europejskość kojarzy się przede wszystkim z białym kolorem skóry i chrześcijaństwem, a  nie z wartościami, które stanowią fundament Unii Europejskiej.

Dla ateisty i agnostyka, dla katolika, prawosławnego, hinduisty czy sunnity, który uznaje zasady parlamentarnej demokracji za swoje, świeckie państwo jest naturalnym środowiskiem, w którym może swobodnie realizować swoje wyobrażenie transcendencji. Inaczej jest w przypadku przeciwnika liberalnej demokracji. Jego wrogość do tych wartości i rozwiązań ustrojowych bywa uwarunkowana religijnie lub ideologicznie. Fundamentalizm religijny (a nie religia), który staje się politycznym postulatem i skrajny nacjonalizm (a nie patriotyzm) stanowią zagrożenie dla demokracji i wolności.

Islam to nie islamizm, muzułmanie - to nie islamiści

Identyfikowanie islamizmu z islamem, integrystycznej sekty z całą muzułmańską wspólnotą, i fundamentalistycznych oprawców z tymi, którzy uciekają przed nimi do Europy to albo ignorancja albo cyniczne wykorzystywanie ignorancji innych. Jedno i drugie podszyte jest zwykłym rasizmem.

Skrajna prawica nie przypadkiem przedstawia muzułmanów jako monolit. Ignorancja ludzi im w tym pomaga: przekonanie, że muzułmanin to Arab a Arab to muzułmanin jest dość powszechne. Podsycane islamofobią (która z powodzeniem zastąpiła dziś w katalogu populistycznych nienawiści antysemityzm) postrzeganie każdego muzułmanina jak potencjalnego terrorysty idzie w parze z traktowaniem wyznawców islamu jak wspólnoty etnicznej.

Język szowinizmu, który od wieków był iskrą zapalną większości europejskich wojen, wraca dziś by opisać stosunki Francuzów, Polaków, Austriaków czy Węgrów z muzułmanami tak, jakby chodziło o konflikt narodowy. Ludzie, którzy nie myślą w kategoriach państwa i społeczeństwa, tylko narodu jako wspólnoty etnicznej, i dla których obywatelstwo to narodowość, a narodowość jest sprzężona z religią narodu, nie mogą pojąć, dlaczego Hollande mówił po paryskich zamachach, że Francuzi mordowali Francuzów. I dlaczego, skoro tak, wysyła bombowce nad Syrię.

Świeckie państwo a wzrost liczby praktykujących


Laicka Francja, gdzie obowiązuje zakaz "ostentacyjnego manifestowania przynależności religijnej" i ani uczeń w szkole publicznej ani urzędnik w urzędzie państwowym nie może pojawić się w stroju wskazującym na wyznanie, Belgia, gdzie obowiązują podobne zasady, czy Wielka Brytania, kraj z państwową religią i swobodniejszym podejściem do laickości, stały się domem dla setek tysięcy imigrantów wyznających różne religie. W polskiej sytuacji mowy nie ma o tak licznej mniejszości religijnej, bo kilka tysięcy muzułmanów, których gotowi ewentualnie bylibyśmy wpuścić w ramach unijnych kwot, to kropla w morzu.

Zwiększenie liczby wierzących nie musi stanowić zagrożenia dla świeckiego państwa, bo świeckie państwo nie polega na tym, że żyją tam sami ateiści, tylko na przestrzeganiu rozdziału państwa od Kościoła; na tym, że państwo jest wspólnotą obywateli a nie wyznawców takiej czy innej religii; na poszanowaniu przez państwo wolności religijnej obywateli, również tych nie wyznających żadnej religii, a przez członków wspólnot religijnych i filozoficznych nadrzędności państwowego porządku prawnego: w szkole, urzędach, instytucjach kultury.

A jednak - bez względu na religię - pojawienie się osób, które całkiem zwyczajnie, niekoniecznie ostentacyjnie, manifestują strojem swą religijną przynależność, nie zawsze widzą problem w przenikaniu się życia państwowego z religijnym rytuałem, oddają się publicznie religijnym praktykom, lub zaopatrują się w żywność głównie w sklepach przestrzegających religijnych nakazów może stanowić wyzwanie dla świeckiego, demokratycznego państwa.

A tym bardziej dla państwa takiego jak polskie, które nie tylko nie jest świeckie, ale w którym potrzeba świeckości państwa nie jest w społeczeństwie rozpowszechniona. W Polsce nawet  antyklerykalizm niekoniecznie musi odzwierciedlać rzeczywiste poparcie dla świeckiego państwa. Często oznacza jedynie wrogość wobec wobec rozpanoszonej kościelnej instytucji.

Polska, państwo nieświeckie

Żyjemy w społeczeństwie bardzo konserwatywnym, w państwie jeszcze nie wyznaniowym, ale w którym religia odgrywa rolę trudną do pogodzenia z demokracją i konstytucją a kościelna hierarchia jak diabeł święconej wody boi się każdego objawu modernizacji, nawet zadekretowanej przez papieża. Właśnie dlatego przybycie tradycjonalistycznie podchodzących do religii wyznawców islamu nie jest bez znaczenia. Dla obrońców idei świeckiego państwa nawet ta mała grupa zasługuje na większą niż dotychczas uwagę. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowymi rządami idea rozdziału państwa od Kościoła, wartości laickie i liberalna, parlamentarna demokracja znów są wystawione na ciężką próbę.

Dzwony rozbrzmiewające na całe miasto, procesje, polityczne kaznodziejstwo, krzyże w urzędach i szkołach, przymusowe de facto lekcje religii finansowane przez państwo, anachroniczna zasada prawna pozwalająca sądzić za obrazę uczuć religijnych (czemu tylko religijnych?) i stanowiąca usankcjonowanie religijnej cenzury, brak tolerancji wobec niewierzących, etnograficzny wymiar religii skutkujący społecznym przymusem udziału w rytuałach i wyboru stylu życia, próby przeniesienia do prawa cywilnego zasad kościelnych, często fundamentalistycznych i godzących w prawa jednostki, święcenie publicznych budynków z udziałem władz państwowych, że o egzorcyzmach odprawianych w parlamencie przez partię rządzącą nie wspomnę  - oto bardzo skrótowy opis realiów „świeckiego” państwa w Polsce.

Jeśli równość obywateli jest w państwie zasadą konstytucyjną, to warto zapytać, jak w tej sytuacji państwo odpowie na postulat swobodnego praktykowania kultu przez muzułmanów. Nie można wykluczyć, że przybywający z Syrii czy Iraku muzułmanie mogą wyobrażać sobie inaczej niż polscy Tatarzy codzienne praktyki religijne.  Gdyby się to komuś nie podobało, to z góry ostrzegam: argument świeckości państwa nie zabrzmi wiarygodnie.

Dialog (świeckiego) państwa ze związkami wyznaniowymi

Państwa świeckie nie eliminują wspólnot religijnych ani filozoficznych, tylko prowadzą z nimi dialog. Religijnych lub filozoficznych: właśnie tak. Bo jeżeli przyjąć, że grupa obywateli buduje wspólną tożsamość w oparciu o wspólny pogląd na transcendencję, to wiara w istnienie Boga i manifestowanie tego przekonania przez rytuały jest tak samo istotna jak przekonanie, że Boga nie ma i że człowiek jest punktem odniesienia. Skoro jednak mowa o islamie, skupmy się na religiach.

Dialog wymaga oczywiście dwóch stron, państwo musi mieć partnera. Regulowanie stosunków państwo-Kościół wygląda inaczej, gdy mowa o  hierarchicznych, zinstytucjonalizowanych religiach, takich jak wyznania chrześcijańskie, a inaczej, gdy takiej zinstytucjonalizowanej struktury nie ma, jak w przypadku sunnitów. Szyici mają zinstytucjonalizowaną hierarchię, u jej szczytu znajdują się ajatollahowie, ale o współpracy państwa z takimi strukturami raczej trudno mówić. Jak duży może to być problem pokazują przykłady Austrii czy Francji.

Islamiści to zagrożenie dla muzułmanów

We Francji, żeby państwo miało jakiegoś partnera do dialogu, powołano do życia sztuczny twór mający reprezentować muzułmanów,  przez część z nich nie uznawany za przedstawiciela. Problemem nie byli ci wyznawcy islamu, którzy - tak jak większość chrześcijan - uważają, że religia jest ich prywatną sprawą, ale ci, którzy traktują islam jak wspólnotę polityczną. To oni służą za przykład potwierdzający tezy skrajnej prawicy i oni stanowią największe wyzwanie dla świeckiego, demokratycznego państwa. Ta płaszczyzna dialogu, sztuczna ze względu na specyfikę islamu, nie pozwoliła we Francji na neutralizację radykalnych integrystów, którzy o żadnym dialogu nie chcą słyszeć.

Pamietajmy, że stanowią oni zagrożenie rownież dla samych muzułmanów i to po trzykroć: po pierwsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego, w podobny sposób jak dla innych obywateli; po drugie, ponieważ ich systemowe działania na rzecz radykalizacji młodych i polityczne wpływy są destrukcyjne dla funkcjonowania społeczności wyznaniowej jako całości; po trzecie dlatego, że działania tej garstki fanatyków stanowią pretekst do napiętnowania wszystkich wyznawców islamu. Takie manifestacje jak ta w Poznaniu, gdzie polscy muzułmanie maszerowali pod hasłem "Nie w naszym imieniu" by zaprotestować przeciw probie zawłaszczeniu islamu przez dżihadystów, odbywają się w calej Europie.

Zatrzasnąć drzwi przed integryzmem, nie przed muzułmanami

Zarówno we Francji jak i w Austrii funkcjonują  meczety, których rola wykracza  poza miejsce kultu (gromadzą się wokół nich wyznaniowe organizacje samopomocy lub krzewienia kultury), znajdujące się pod bezpośrednią kontrolą obcych państw, Algierii, Arabii Saudyjskiej lub Kataru.  Do czegoś podobnego dopuszczać nie wolno.  Austria przygotowuje właśnie projekt przepisów zakazujących finansowanie z zagranicy, a Koran ukaże się wreszcie w wersji "zestandaryzowanej" po niemiecku (obecnie dominują fundamentalistyczne wersje niemieckojęzyczne przywożone z krajów Zatoki Perskiej).

Ale jeżeli świeckie państwo nie finansuje budowy świątyń (w Polsce niby też nie, ale w praktyce różnie to bywa), a jednocześnie uznaje prawo wierzących do wspólnego praktykowania kultu religijnego, to czy powinno zakazać darowizn z zagranicy? To jedna z kwestii, nad którą w Polsce warto się zastanowić, bo być może rozwiązania prawne nie są adekwatne do zmieniającej się sytuacji. Ich dostosowanie jest jednym z kluczowych warunków udanej integracji przybywających do Polski praktykujących muzułmanów. Nie wolno pozwolić na instytucjonalizacją fanatyzmu i integryzmu.

Fanatycy o chłopięcych twarzach 

Mamy w Europie europejski islam: muzułmanów zadomowionych w Europie, często od dziesięcioleci. Połowa francuskich muzułmanów (których liczbę szacuje się na 4 miliony) jest niepraktykująca, większość nie ma problemu z funkcjonowaniem w demokratycznym państwie, które na dodatek świeckość ma zapisaną w konstytucji (podobnie jak Turcja), prowadzących taki sam styl życia jak inni obywatele.

Ale w latach dziewięćdziesiątych polityczna i finansowa ofensywa Arabii Saudyjskiej doprowadziła do szybkiej zmiany. Statystycznie może niezbyt imponującej (liczbę potencjalnie niebezpiecznych, tak zwanych "zradykalizowanych" aktywistów na terenie Unii Europejskiej francuski wywiad ocenia na 30 tysięcy osób), ale wizualnie jak najbardziej: kobiety w hidżabach i nikabach, czasem całe w czerni, brodaci mężczyźni w tradycyjnych strojach z innej epoki, rygorystyczna praktyka religijna, wyznawanie szariatu - ta ostentacja to była nowość, którą przywieźli ze sobą do Europy zindoktrynowany studenci powracający z Arabii Saudyjskiej. To oni zasili szeregi salafistów, fundamentalistycznego odłamu szyizmu.

Również wśród salafistów jest podział na adeptów tradycjonalistycznego, ale niegroźnego kwietyzmu i radykalnego takfiryzmu, którego wyznawcy patrzą na innych muzułmanów jak na zdrajców nauki proroka. To prawda, że chłopięce twarze zamachowców z Paryża, nie przywodzą na myśl salfistów. Ale to właśnie w salafickich meczetach (jest ich we Francji 90) dochodzi do radykalizacji wyznawców. I nie jest przypadkiem, że na przykład w Lyonie właśnie meczet tego odłamu został po zamachach w Paryżu zamknięty.

Tych zagrożeń nie można wyolbrzymiać. Ale udawanie, że ich nie ma, to oddanie terenu skrajnej prawicy, która skorzysta z okazji wrzucenia wszystkich muzułmanów do jednej szuflady z napisem "terroryzm". By jednak z takimi zagrożeniami sobie radzić, trzeba systematycznie przeciwstawiać się każdemu religijnemu fanatyzmowi, katolickiemu również.

Islam to również wyzwanie polityczne 

Dla Polski wchłonięcie tej garstki muzułmańskich uchodźców nie będzie problemem, jeśli tylko właściwie się do niego przygotować. Trzeba umieć dostrzec liczne zalety przyjazdu imigrantów. Trzeba też podjąć właściwe decyzje dotyczące miejsca i warunków osiedlenia przybyszów: liczba nieznacząca w dużym ośrodku, może okazać się istotna w małej gminie. Zarówno doświadczenia integracyjne innych państw UE jak i unijne fundusze mogą zostać dobrze wykorzystane tylko przez tych, którzy mają odwagę tego wyzwania nie przemilczeć.

Ale przecież chodzi nie tylko o wyzwania logistyczne i finansowe. Nie wolno chować głowy w piasek: islam, ze względu na swą specyfikę, to również wyzwanie polityczne. Inaczej niż chrześcijaństwo, będące  elementem zachodniej cywilizacji, islam nie był w stanie sam siebie zakwestionować, zreformować i przemienić. Reformacyjny ruch Nahda w XIX wieku nie odnowił islamu, trwałym jego śladem okazał się właściwie tylko nacjonalizm arabski, głównie w Egipcie. Islam nie miał nigdy potrzeby stawiać czoła wyzwaniu jakim dla chrześcijaństwa było Oświecenie (z którym zresztą polski katolicyzm, a nawet szerzej – polskie społeczeństwo – ma problem do dzisiaj). Inaczej też niż w chrześcijańskich państwach Zachodu potoczyła się w świecie islamu historia relacji państwo a wspólnota religijna, prawny porządek świecki a prawo religijne.

Świeckość i demokracja przeciw islamistom i islamofobom

Plakat "Dni Świeckości", Kraków, 25-27.09.2015 
Zwolennik świeckiego państwa, jaki by nie był jego stosunek do religii, nie stanie po stronie islamofobów przerażonych możliwym napływem do Polski wyznawców innej religii niż quasi państwowy katolicyzm.

Trzeba jednak zachowywać się konsekwentnie: jeżeli jest się przeciwnikiem dominacji religii nad demokracją, religijnego obskurantyzmu, archaicznego modelu społecznego konserwowanego przez religie, religijnie uzasadnionej dominacji mężczyzny nad kobietą, jeżeli jest się zwolennikiem świeckiego państwa, to nie można pomijać milczeniem konsekwencji przybycia do Europy tysięcy muzułmanów. Zdecydowana większość z nich przybywa do Europy po to między innymi, by korzystać z gwarantowanej tu wolności, również religijnej, i równości obywateli wobec prawa. Zarówno radykalni islamiści jak lokalna skrajna prawica katolicka chce im to uniemożliwić.

Dziś, w kontekście kryzysu imigracji, najważniejszym zadaniem dla obrońców świeckości państwa jest tak przygotować i zrealizować integrację muzułmanów by przekonać katolickich islamofobów, że najlepszym lekarstwem na ich obawy jest demokratyczne, świeckie państwo.


Na podobny temat na tym blogu: "To oni są przeciwko nam"

Interesujący tekst: Piotr Kieżun, "Tahar Ben Jelloun i inni muzułmanie" na portalu Kultura Liberalna

2014-07-26

Polskę skazano w Strasburgu za sprzeniewierzenie się europejskim standardom

Opinia Leszka Millera, że wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie tajnych więzień CIA na terenie Polski jest niemoralny, jest… niemoralna. Podobnie jak kłamliwy jest przekaz, że strasburski Trybunał przedkłada racje terrorystów nad racje Polski. Przedmiotem procesu nie był terroryzm. Polska nie miała racji. A przekonanie, że wszystko da się wytłumaczyć racją stanu, jest przejawem tępego, anachronicznego machiawelizmu. Przynajmniej w tej części świata.


Bezpieczeństwo czy prawa człowieka: fałszywy dylemat

Dylematy: walczyć z terroryzmem czy przestrzegać zasad państwa prawa, dbać o bezpieczeństwo czy o prawa człowieka, są fałszywe. Ale Leszka Millera, politycznie odpowiedzialnego za funkcjonowanie tajnych więzień CIA w Polsce, nie podejrzewam o fałsz. Jest szczery. Jako pragmatyk, przeflancował się bez trudu z peerelowskiego "socjalizmu" na "demokrację", bo przecież demokracja, tak jak socjalizm, to tylko system, mechanizm, a nie kanon zasad i wartości. Dla człowieka aparatu, jakim Leszek Miller był i pozostał, nie ma to znaczenia innego niż funkcjonalne. Autorytarna koncepcja "racji stanu" sprzeczna z ideą państwa prawnego, nieliczenie się z prawami człowieka, postawienie praw społeczeństwa - rozumianego jako wypełniacz państwowej struktury a nie demokratyczny suweren – ponad prawami jednostki, nacjonalizm – nie stanowią ilustracji złej przemiany Leszka Millera. Przeciwnie: ilustrują stałość światopoglądu człowieka, który w PRL się ukształtował, który PRL współtworzył, i który nigdy z PRL nie wyszedł.

Dylematy: walczyć z terroryzmem czy przestrzegać zasad państwa prawa, dbać o bezpieczeństwo czy o prawa człowieka, są fałszywe. Powoływanie się na przykłady Stanów Zjednoczonych, Francji czy Wielkiej Brytanii, których państwowy genotyp zdominowany jest przez gen imperialnej potęgi jest niemądre z dwóch przynajmniej powodów.

Europejski wybór: bądźmy konsekwentni

Otóż, po pierwsze, współczesna Polska nigdy nie była imperialną potęgą, o uczynieniu Polski potęgą, kolonialną na przykład (belgijska inspiracja), co najwyżej marzono. Trudno więc mówić o instynktownym postrzeganiu polskiej "racji stanu" na sposób dziewiętnastowieczny: tożsamość polityczna państwa, w którym żyjemy, ma wciąż płytkie korzenie, ale uwolnieni z autorytaryzmu komunistycznego postanowiliśmy zbudować państwo demokratyczne, oparte na zasadach prawa, szanujące prawa człowieka i wolności uważane dziś za fundamentalne, państwo nowoczesne przynależące do post-imperialnej wspólnoty państw, kierujące się w polityce międzynarodowej zasadą multilateralizmu.

Tylko wybór takiego państwowego modelu mógł z nas uczynić najpierw kandydata a potem członka Unii Europejskiej, w której taki ustrój uważany jest za "europejski". I tego należy się trzymać. I dlatego, jeśli chcemy by korzenie naszej współczesnej państwowej tożsamością sięgnęły głębiej, naszym punktem odniesienia powinny być nie Francja, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, ale małe lub średnie państwa europejskie, które te właśnie wartości stawiają najwyżej. Czy ktoś może sobie wyobrazić więzienia CIA albo podobne twory w Danii, Finlandii albo Szwecji?

Obciążenie PRL-em

Po drugie, nawet Stany Zjednoczone, którym skłonni jesteśmy wybaczać praktykowanie zasady racji stanu właściwe hegemonicznym mocarstwom, nie mogły więzień CIA zbudować u siebie. Właśnie z szacunku dla państwa prawa i praw człowieka. Amerykanie postanowili problem wyeksportować. Hipokryzja, cynizm – bez wątpienia te określenia pasują do amerykańskiej postawy jak znalazł. Ale zasad państwa prawa nie naruszyli u siebie. Obozy, więzienia, tajne sale tortur otworzyli tam, gdzie świadomość tego, czym jest konstytucja, czym są prawa człowieka i obywatelskie wolności jest niedorozwinięta. W Polsce niedorozwój nie jest powszechny, świadomość wzrasta, ale nie u wszystkich. Leszek Miller jest na tę ewolucję oporny. Jego ideowy atawizm jest nieuleczalny: jak u ludzi, którzy się rodzą z ogonem albo pokryci sierścią. A to on był wtedy u władzy. I to on idzie dzisiaj w zaparte. Tyle razy oskarżany o cynizm, w tej sprawie nie jest cyniczny. Bo naprawdę nie rozumie. Pewnie też nie rozumie dlaczego Wielka Brytania amerykańskiej prośby o pomoc nie mogła zaakceptować, ale mogła Rumunia. Kwestia politycznej tożsamości państwa.

Po części chodzi też o to, że są kraje, które są klientami i takie, które mają klientów. Dla niektórych ludzi z aparatu b. PZPR Polska nie będąca klientem mocarstwa jest nie do pomyślenia. Był ZSRR, teraz niech będzie Waszyngton. Podobnie jak dla wielu ludzi, którzy do końca życia odżegnywać się będą od pezetpeerowskiej spuścizny i żałować, że nowa Polska zrodziła się z Okrągłego Stołu i negocjowanych, półwolnych wyborów, a nie z szubienic z dyndającymi na nich "komuchami". Oni też nie mogą pojąć, że Polska może być pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej nie będąc ani wasalem mitycznej Brukseli, ani jej klientem. Bo podobnie jak Miller do szpiku kości i najmniejszego neuronu w mózgu przesiąknięci są PRL. Miał rację Czesław Miłosz, gdy pisał w Traktacie Moralnym, że ONR-u jest spadkobiercą Partia.

Polityczna tożsamość państwa i społeczeństwa: ciągle w budowie

To, czy państwo zachowa się tak, jak w tym przypadku zachowała się Wielka Brytania, czy raczej pójdzie drogą Polski i Rumunii, nie jest oczywiste. W dłuższej perspektywie zależy od wyborów dokonywanych przez obywateli. A w każdej - i krótszej dłuższej perspektywie - od decyzji rządzących. Postawa Millera jest dla mnie nie do obrony. Ale podjęte decyzje nie czynią z niego wyjątku. To, jaką strategię wobec Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i specjalnej komisji Parlamentu Europejskiego obierały kolejne polskie rządy jest objawem zarówno horrendalnej głupoty jak i porażającej pogardy dla prawa i europejskich wartości. Józef Pinior, który od samego początku miał w tej sprawie rację, przestrzegał, że sprawa nie może zakończyć się przed Trybunałem inaczej, niż się zakończyła. Polscy decydenci, ponoć w imię obronny polskiej czci, stanęli w Strasburgu murem po stronie Leszka Millera. Dobry wizerunek Polski obroniliby przyjmując postawę przeciwną. Nie potrafili tego zrobić ani z szacunku dla wartości ani kierując się pragmatyzm.

Nieświadomość i zadufanie, bardziej naiwność niż cynizm doprowadziły do złego rozwiązania dla Polski. Złego nie dlatego, że wyrok jest jaki jest, tylko dlatego, że – choć może się mylę – odpowiedzialni za zgubną strategię nie bardzo rozumieją, gdzie popełnili błąd ani o co chodzi. Kiedy się nie jest strategiem, lepiej nie planować strategii, w takich przypadkach jak ten lepiej ograniczyć się do wartości i zasad. Ale trzeba w nie uwierzyć. Wyrok w sprawie polskich sal tortur, wynajmowanych za pieniądze służbom wywiadowczym obcego państwa kosztuje więcej niż odszkodowanie dla dwóch ludzi. To, że polskie władze nie potrafiły w tej sprawie zachować się uczciwie wobec własnych obywateli i stanąć po stronie europejskich wartości a nie zasad PRL źle rokuje budowaniu tożsamości politycznej państwa i społeczeństwa. Numerowanie rzeczpospolitych: RP III, RP IV, niczego tu nie zmieni. Tu chodzi o silne fundamenty i przestrzeganie zasad.


Z terroryzmem można walczyć w poszanowaniu państwa prawa. Posądzonych można sądzić w poszanowaniu praw jednostki, osądzonych - traktować po ludzku. Znalezienie sposobu na zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa bez przyzwolenia na pogwałcenie praw obywateli, to nie jest mission impossible, to nie kwadratura koła, to zadanie każdej władzy w każdym demokratycznym państwie.

2014-07-22

Jeśli nie zasady, jeśli nie odwaga, to przynajmniej komunikacja, głupcze!

Radek Sikorski i Catherine Ashton na Radzie szefów 
dyplomacji 22/07/2014
Decyzję o wprowadzeniu tak zwanej trzeciej fazy sankcji przeciw Rosji muszą podjąć jednomyślnie szefowie 28 rządów Unii Europejskiej. Dlatego nikt, kto zna reguły gry, nie mógł liczyć, że takie postanowienie zwieńczy dzisiejsze posiedzenie unijnych ministrów spraw zagranicznych: nie ten poziom, nie te kompetencje. Ale po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu pasażerskiego oczekiwanie jasnego sygnału i determinacji ze strony przedstawicieli państw UE jest jak najbardziej uzasadnione. Takiego sygnału dziś zabrakło.

Cierpliwość i rozwaga czy bezczynność i niezborność?

Nie wiem, czy ma to zasadniczy wpływ na postawę Putina i popieranych przez niego rosyjskich separatystów na Ukrainie. Ale na pewno ma wpływ na postrzeganie Unii przez opinię publiczną. Jest to wpływ negatywny nie tylko na tę część opinii publicznej, która domaga się twardszej postawy wobec Rosji, ale również na obywateli przeciwnych sankcjom, tych do których najbardziej przemawia retoryka wstrzemięźliwości stosowana przez przeciwników antymoskiewskich sankcji. Bo w obu przypadkach ludzie widzą niezdolność unijnych rządów do znalezienia wspólnego stanowiska nawet w sytuacji krytycznej, wymagającej stanowczej reakcji. W obu przypadkach cierpliwość i rozwaga, które najczęściej okazują się zaletami, są postrzegane jak bezczynność i niezborność, a to nie są cechy pozytywne.

Mistrale, City i brylanty

Uwaga wszystkich skupiona jest na Francji. Jeden z dwóch francuskich lotniskowców jest praktycznie gotowy, Rosjanie za niego zapłacili i na jesieni powinni go otrzymać. Drugi ma być ukończony i przekazany Rosjanom w przyszłym roku. Ogłoszenie unijnego embarga na broń, które objęłoby już istniejące i znajdujące się w fazie finalizacji zamówienia oznacza dla Francji zerwanie kontraktu, zwrot ponad miliarda euro (bo tyle kosztuje Mistral), oraz procesy o odsetki i odszkodowanie, które bez wątpienia Moskwa by Paryżowi wytoczyła. Walczącej z deficytem finansów publicznych Francji - słyszymy w Paryżu - nie stać na takie wydatki. Tym bardziej, że i tak nie wpłynie to na postawę Putina. Sprzedaż broni Rosjanom to bardzo spektakularny przypadek, kosztowny, wymagający natychmiastowego wyłożenia na stół żywej gotówki. Ale Włosi, Hiszpanie czy Portugalczycy (cała trójka w w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej) i Niemcy (ze swoim enerogożernym przemysłem) też się do sankcji nie palą, bo oznaczają one niechybnie wzrost cen energii.

Tego samego boją się Łotysze, których zbyt pochopnie wymieniamy jednym tchem z innymi Bałtami. Rządy Estonii i Litwy zajmują takie samo stanowisko jak Polska, ale jest to stanowisko polityczne, nie wszyscy obywatele tych krajów gotowi są na poniesienie kosztów sankcji. Grecy i Bułgarzy są tradycyjnie prorosyjscy, tu polityczna postawa i geopolityczna tradycja współgrają z interesami gospodarczymi. Mała Belgia z przyczyn oczywistych solidaryzuje się z Holendrami (których zestrzelenie samolotu przez proputinowskich terrorystów dotknęło w największym stopniu) i tłumi swą niechęć do gospodarczej wojny z Rosją, ale wyzbyć się jej nie jest w stanie: belgijska gospodarka co prawda stoi na małych i średnich przedsiębiorstwach, ale jej głównym towarem eksportowym i kluczowym źródłem budżetowych przychodów są brylanty. W Antwerpii jubilerzy boją się masowych bankructw, bo bogaci Rosjanie to ich główni klienci. Wielka Brytania wzywa do ostrych sankcji, owszem, ale - gdyby miało faktycznie do nich dojść - czy jest gotowa do zmiany swego dotychczasowego stanowiska, wedle którego za sankcje mają płacić wszyscy, tylko nie londyńskie City?

Patrzą na was!

Nie po to rzucam przykładami, by usprawiedliwiać jednych lub drugich. Litewska prezydent, Dalia Grybauskaitė, ma rację mówiąc o "mistralizacji" unijnej polityki. Mistralizacja oznacza przedkładanie krótkotrwałych interesów gospodarczych ponad wartości, kasy - ponad przyzwoitość. Ale powiedzmy sobie szczerze: ile razy w ciągu roku, postawieni w obliczu konfliktów międzynarodowych, ludzkich tragedii, kryzysów, głodu i przemocy wybieramy przyzwoitość i wartości, a nie kasę i gospodarcze interesy? Czekam na przykłady. Nie, to nie jest pytanie retoryczne, bo przykłady pewnie się znajdą i pewnie łatwiej o nie w Europie niż gdzie indziej. Przekonani o tym zwolennicy integracji europejskiej lubią mówić o europejskim "kantyzmie", przeciwstawionym cynicznemu i bezdusznemu "heglizmowi" (wkładam słowa w cudzysłów, żeby było jasne, że odnoszę się do stereotypów, nie do filozofii). Mają rację, bo bez odwołania do przyzwoitości i wartości integracja europejska przestaje być ideą, staje się techniką, traci sens.

Nawet jeżeli liderzy unijnych państw narodowych uważają się bardziej za strażników krajowego przychodu niż europejskiej przyzwoitości, własnej wygody niż zbiorowej odwagi, wstrzemięźliwości niż wartości to niech jednak mają na uwadze, że są autorami europejskiej narracji. Słuchają ich i oceniają obywatele UE, obywatele Ukrainy, którzy niedawno jeszcze manifestowali z europejskimi flagami w dłoniach, i inni ludzie w świecie. Skoro nie w imię moralności, wartości, przyzwoitości, to przynajmniej mając na względzie wymogi komunikacji niech zajmą wreszcie stanowisko pozostające w zgodzie z ideą integracji europejskiej.
Jeśli nie mają ambicji siły ani potrzeby ducha, niech chociaż pomyślą o europejskiej soft power.

Ani putinizm ani "mistralizacja"

Nie chodzi nawet o skuteczność. Wbrew tym wszystkim, których usatysfakcjonowałaby jedynie szarża husarii równająca Rosję z ziemią, dotychczasowe sankcje przynoszą efekty. Oczywiście naloty dywanowe są bardziej spektakularne niż precyzyjne uderzenia, ale - choć bardziej mordercze - niekoniecznie bardziej skuteczne. Obecne sankcje uderzają Rosję naprawdę tam, gdzie boli. Otoczenie Putina o tym wie. On sam o tym wie. Nie jest pewne, czy otwarta wojna gospodarcza, obejmująca wszystkie sektory gospodarki, a nie tylko wybrane podmioty (osoby i przedsiębiorstwa) przyniesie lepsze efekty. Ale - jak mawiał Antoni Słonimski - gdy nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Ani "mistralizacja", nowa odmiana monachijskiej kapitulacji, ani anachroniczna imperialna postawa Putina nie są, a przynajmniej nie powinny być, europejskim sposobem kształtowania rzeczywistości.

Eurosceptycy bronią idei federacji europejskiej

Ambasador Holandii zapowiedział dziś, że w ciągu kilku najbliższych dni państwa Unii podejmą decyzję co do dalszych kroków. Dał jasno do zrozumienia, że tych kilka dni to ultimatum. Oby nie były to czcze słowa. I oby dzisiejsze doświadczenia posłużyły za lekcję apologetom i krytykom Unii: jeżeli chcemy, by Unia jako taka mogła działać na scenie międzynarodowej i wewnętrznej szybko i zdecydowanie, to nie może być konfederacją 28 rynków, musi być polityczną federacją państw. To niepojęte, że najzajadlejsi przeciwnicy integracji europejskiej nie rozumieją, że ich krytyka unijnej nieskuteczności jest de facto wezwaniem do budowy federacji.

2014-02-11

Proste europejskie wybory


Zmniejszyć Unię, zwiększyć Polskę


W Polsce słychać przede wszystkim zwolenników tej pierwszej teorii, zgrabnie wyrażonej wyborczym hasłem partii Jarosława Gowina „Polska Razem”: „Wielka Polska w małej Unii”. Powinno być chyba „słaba” Unia, „albo płytka” bo w swoim programie gowinowcy domagają się, wbrew tytułowi, powiększenia UE, ale to szczegół. Jeśli ktoś chce powiedzieć „Wszechpolska” zamiast „Wielka Polska”, to też proszę się nie krępować: różnica jest jedynie retoryczna. Bo poza retoryką i polityczną gestykulacją, wzmocnioną na czas kampanii wyborczej (nie ma się co dziwić, bo dla niektórych partyjek miejsca w Europarlamencie to szansa na przetrwanie) poglądy w sprawie UE takich partii jak PiS, SP, PR JG i RN są praktycznie identyczne. Dosyć dobrze scharakteryzował je Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego, kandydat na europosła (poważnie!): Europa ojczyzn, związek suwerennych państw, precz z traktatem lizbońskim, skończyć z polityką klimatyczną i bronić palenia węglem, nigdy nie przyjmować euro (w rozmowie z francuskim Nouvel Observateur).

Ten program można wzbogacić innymi punktami z programu PR Gowina, na przykład postulatem by organizować referendum narodowe za każdym razem, gdy Unia miałaby uzyskać nowe kompetencje, albo oskarżeniem UE o wszystko, jak leci, na przykład o to, że za dużo Polaków wyjeżdża do pracy w Norwegii i Islandii. Albo opiniami Solidarnej Polski Ziobry, który lubi na przykład powoływać się na „wybitnych ekonomistów” przewidujących „upadek i katastrofę” strefy euro. Jego poglądy idealnie pokrywają się w tej sprawie z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, co zresztą otwarcie podkreśla, mimo, że PiS jest partią konkurencyjną w wyborach do PE, obie partie zabiegają przecież o ten sam elektorat. Ale jeśli chodzi o Unię Europejską, to różnic programowych i ideologicznych nie ma, konsensus jest całkowity, i niemal wszystko co na temat programu europejskiego PiS piszę od paru tygodni na tym blogu (Państwo PiS jest nie z tej Europy), można by też powiedzieć o SP, PR i, w dużej mierze, o RN.


Dalsza integracja czy status quo


Zwolenników dalszej integracji politycznej Europy wyraźnie widać właściwie tylko w Twoim Ruchu Palikota. To ugrupowanie, w przeciwieństwie PR Gowina, widzi wielką Polskę w wielkiej UE. Czym silniejsza Unia, a przede wszystkim jej wspólnotowy wymiar, tym lepiej dla Polski. Ale nawet w deklaracjach polityków tego ugrupowania nie dostrzegam głębokiej wiary w sens integracji europejskiej i zrozumienia tego procesu. To bardziej kwestia usytuowania na politycznym rynku, odróżnienia od innych, zbudowania tożsamości. Więcej w tym PR, polityki wizerunkowej, pragmatyzmu, niż idei. U polskich zwolenników integracji europejskiej zaobserwować można syndrom sierocy, zagubienie adoptowanego dziecka, bolesną nieświadomość korzeni. To wynik nieuczestniczenia Polski i Polaków w procesie integracji europejskiej od samego początku. Chcemy, jesteśmy za, ale nie czujemy do końca tego procesu.

W koalicji rządowej dominuje postawa utrzymania status quo. PO jest oczywiście bardziej proeuropejska niż jej koalicyjny partner, integracja europejska to dla Tuska najlepszy, i jedyny, sposób na budowę zasobnej Polski (zasobnej, bo zasoby są jednak na pierwszym miejscu). Proeuropejskość PSL jest, po pierwsze, objawem politycznego mimetyzmu, w końcu są w rządzie; a po drugie wynikiem pewnej ewolucji, której motorem - jak zawsze w przypadku tej partii – jest korporacyjny pragmatyzm: dzięki unijnym funduszom możemy zaproponować więcej naszym wyborcom niż bez nich. Utrzymanie status quo i program minimum: to uznawana za typową postawa PO i PSL wobec rzeczywistości, ironicznie nazywana polityką ciepłej wody w kranie, która ma zastosowanie również wobec UE. Trzeba przyznać, że nie różni się zasadniczo od polityki innych większości parlamentarnych obecnie u władzy w państwach europejskich. Rządzeni przez socjalistów Francuzi i Niemcy z chadekami u władzy też chcą status quo w UE. O dalszej integracji mówią coraz wyraźniej, ale jedynie w strefie euro. A to oznacza tylko tyle, że dziś już bez owijania w bawełnę politycznej poprawności wzywają do powrotu do małej Unii, tej sprzed wielkiego rozszerzenia, bo dzisiejsza wydaje im się zbyt kosztowna i niespójna (gospodarczo, społecznie, kulturowo i politycznie).


Wymarzone miejsce w przeszłości


Wyjątkowość Wielkiej Brytanii,,rządzonej przez torysów, w tym kontekście jest banalna. Nie jestem nawet pewien, czy wyjątkowość do dobre słowo, bo ma ono sens tylko, gdy możliwe jest porównanie bytów porównywalnych. A stosunek wyspiarskiego Zjednoczonego Królestwa do kontynentu zawsze charakteryzował się izolacjonizmem i silnym poczuciem odrębności celów i interesów. Ich relacja wobec UE nie odbiega od tej zasady. Oni też zresztą chcą powrotu, tyle, że jeszcze bardziej w przeszłość niż Francuzi i Niemcy: do czasu, gdy jednocząca się Europa nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście chce być czymś więcej niż ograniczoną do rynku i unii celnej EFTA. O ile można zrozumieć zbieżność programów polskiej opcji narodowo-eurosceptycznej (PiS, PRJG, SP, RN) z brytyjską wizją (nacjonalistów z UKIP i większości torysów) co do postulatu ograniczenia Unii do minimum, o tyle ich uwikłanie w sojusz z Brytyjczykami w innych sprawach jest wbrew naturze. Brytyjski egoizm i izolacjonizm wyklucza przecież bezinteresowną szczodrość, której od tak zwanego Zachodu oczekują polscy eurosceptycy z tytułu zadośćuczynienia za historyczną krzywdę Polski.


Chęć powrotu do przeszłości i izolacjonizm to cechy charakteryzujące postawę wobec integracji europejskiej w większości państw UE. Niepewność jutra w czasach kryzysu gospodarczego rozbraja polityczną odwagę i dalekowzroczność. Idea postępu (jakbyśmy tego terminu nie definiowali) trafiła do muzeum, którego kustoszami są zatwardziali konserwatyści. Ich konserwatyzm należy rozumieć dosłownie: jako determinację w zakonserwowaniu swoich własnych (swojego kraju, społeczeństwa) zdobyczy. Zdobyczy (na przykład socjalnych, na przykład poziomu życia), które kiedyś w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Francja uważano za objaw postępu. Które z kolei w takich krajach jak Polska czy Czechy też definiować trzeba dosłownie: nie damy sobie odebrać tego co zdobyliśmy, a więc i prawa do dalszych zdobyczy (z unijnego budżetu), bo jako biedniejsi i – jak lubi powtarzać prezes Kaczyński – „na dorobku”, potrzebujemy ich do życia. Ponieważ potrzebujemy, to nie chcemy wracać do czasu sprzed rozszerzenia. Wygląda na to, że w przypadku krajów korzystających z funduszy spójności koncepcja powrotu, kroku wstecz w integracji europejskiej, nie ma zastosowania.

Czy rzeczywiście? Polskie partie narodowo—eurosceptyczne domagają się Unii bez tych zasad, które - wedle chociażby definicji  Joschki Fischera - są siłą napędową integracji europejskiej: zaufania, solidarności i kompromisu. Bo zaufanie miedzy państwami i narodami jest wbrew naturze, bo solidarność polega na tym, że oni dają nam pieniądze a my im logo „Solidarności”, bo kompromis to zdrada, która dowodzi, że skoro interesy każdy ma inne, zaufania być nie może. Można się jedynie spierać, czy rozumujący w ten sposób politycy i wyborcy chcą powrotu do sytuacji, gdy te integracyjne mechanizmy i pryncypia nie działały, czy też po prostu nie przyjmują ich do wiadomości, bo w głowie się im nie mieszczą. Jeśli ta druga interpretacja jest prawdziwa, to na ich usprawiedliwienie można jedynie powiedzieć, że w głowie im się zasady europejskiej integracji nie mieszczą dlatego, że byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny, gdy się one krystalizowały. I chyba spoza tej kurtyny nie wyszli do dziś. To specyficzna odmiana ukąszenia heglowskiego. Niestety, jego ofiarami padli nie tylko narodowcy-eurosceptycy, ale i spora cześć zwolenników integracji europejskiej, tak otumanionych historycyzmem, że utracili zdolność zrozumienia na czym integrowanie Europy polega, choć bronią tego projektu, bo wiedzą, że do czegoś się może przydać, że się opłaca. Czysty pragmatyzm.

Rower z napędem na ciepłą wodę

Podejście do historycznych zdobyczy i długość doświadczenia w integrowaniu Europy to różnice decydujące o stosunku do UE państw bogatych, które wymyśliły i nadały bieg integracji europejskiej, i tych „na dorobku”, które jako ostatnie przystąpiły do UE. W roku dziesiątej rocznicy polskiego członkostwa warto sobie te różnice uświadomić. To, co praktycznie wszystkie państwa UE dziś łączy, to pokusa powrotu (do lepszych czasów albo do bardziej zrozumiałej rzeczywistości) i izolacjonizm. Na tym właśnie polega kryzys integracji europejskiej, poważniejszy niż wszystkie pozostałe. Do tej pory przekonanie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni świetnie sprawdzało się w odniesieniu do integracji europejskiej: każdy kryzys stawał się bodźcem do pogłębienia i przyspieszenia procesu, bo siła powiązań między państwami zmuszała do poszukiwania wspólnych rozwiązań.
Dziś prawdziwość tej reguły potwierdza się przede wszystkim w odniesieniu do strefy euro, czy jednak rzeczywiście gwarantuje to trwałą konsolidację należących do niej państw? A jeśli tak, to co z tymi, którzy znajdą się poza tym obszarem? Trudno przewidzieć. Ale jeżeli dzisiejsze tendencje zmierzające do sformalizowania „zmiennej geometrii” Europy się umocnią, spór o Europę jeszcze wyraźniej niż dziś stanie się sporem fundamentalnym w polskiej polityce.

Bo na coś trzeba się będzie zdecydować: albo zrobić krok do przodu z tymi, którzy wzmocnią UE ograniczoną do strefy euro, albo krok wstecz z tymi, którzy chcą Unii bez kompetencji, powrotu do idei EFTA. To raczej zła wiadomość dla uprawiających politykę ciepłej wody w kranie: czas status quo właśnie się kończy. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że integracja europejska jest jak rower: w którąś stronę trzeba pedałować, żeby się nie wywrócić. Napęd na ciepłą wodę nie zadziała. Na węgiel też zresztą nie.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...