Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

2015-06-25

Grecy idą w zaparte

Szczyt ostatniej szansy, który właśnie trwa, nie miał przynieść ostatecznego rozwiązania greckiego kryzysu zadłużenia, bo na takie nie ma w tej chwili szans. Miał zapewnić Grecji kolejną kroplówkę, do czasu, aż wydarzy się coś, co pozwoli stwierdzić, że pacjent przeszedł ze stanu krytycznego w stan stabilny.

W chwili, kiedy o tym piszę, nic jednak nie zapowiada nawet tak mało ambitnego finału rozmów między unijnymi ministrami finansów, przedstawicielami Grecji i wierzycielami.

Wczoraj rozmowy skończyły się niczym i to w rekordowo krótkim czasie (mówiono o najkrótszym w historii szczycie strefy euro). Noc i pół dnia nie przyniosły jednak rozwiązania i dziś o 13.00 Eurogrupa miała znów na stole dwa rozbieżne stanowiska: Greków i ich wierzycieli.


Sytuacja jest patowa, bo Grecy oczekują prezentu i nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że będzie to ostatnie kieszonkowe. Nie będzie. Unia ma odłożone pieniądze dla Greków, ale ministrowie finansów potrzebują pretekstu, by politycznie uzasadnić utopienie w Grecji kolejnych miliardów euro, a Grecy im tego pretekstu dać nie chcą. Niektórzy, jak Francuzi, są bardziej szczodrzy (rozrzutni?). Inni, jak Hiszpanie czy Portugalczycy, którzy na warunki kredytowe się zgodzili i dziś wychodzą z kryzysu, są bardziej nieustępliwi, bo trudniej im przyjdzie uzasadnienie po powrocie do kraju spolegliwości wobec Greków, skoro sami zaakceptowali trudniejsze warunki. Wierzyciele (banki, MFW, ale i ministrowie) chcą gwarancji, że Grecja będzie w stanie spłacać pożyczki, i to nie tylko nowymi pożyczkami.

Jednocześnie, nawet jeśli dojdzie dziś do jakiegoś porozumienia, to grecki parlament będzie je jeszcze musiał ratyfikować. Tam zaś większość stanowi koalicja, która wygrała wybory obiecując ludziom koniec wyrzeczeń i nieustępliwość wobec "Brukseli". Na nowe wyrzeczenia, zwłaszcza w dziedzinie rent i emerytur, się nie zgodzi, a wtedy wynik wielodniowych negocjacji okaże się nic nie wart.





2014-09-17

Szkocja, czyli europejski paradoks

Gdyby ograniczyć się do Wielkiej Brytanii, to w odpowiedzi na tytułowe pytanie tego bloga: "Gdzie ta Europa?" palec na pewno powędruje po mapie do Szkocji, nad Londynem się zawaha, ani na sekundę nie zatrzyma się nad resztą kraju.

W świetle ostatniego badania europejskich nastrojów przeprowadzonego przez Chatham House to zupełnie oczywiste: również w rozumieniu i stopniu akceptacji integracji europejskiej Szkoci różnią się od Anglików i Walijczyków.

Proeuropejscy Szkoci…

Zapytani z czym kojarzy im się Europa, Szkoci wymieniają co prawa na pierwszym miejscu biurokrację, a na trzecim ograniczenie władzy narodowej (ale jakiego narodu? - sprawa w tym przypadku niejasna), ale przeważają atuty: swoboda przemieszczania się, osiedlania i pracy na całym terytorium UE, obrona praw obywatelskich, pokój i bezpieczeństwo. Tymczasem w południowej części Królestwa (bez Londynu) nastroje panują całkiem przeciwne, Europa to samo zło: biurokracja, a jakże, i utrata narodowej potęgi (na drugim miejscu), brak bezpieczeństwa na granicach, marnotrawienie pieniędzy, podważanie narodowej tradycji i kultury.

Szkoci inaczej niż ich współobywatele z reszty kraju postrzegają rolę polityki zagranicznej. Większość z nich (52%) jest zdania, że Wielka Brytania powinna się w tej dziedzinie kierować etyką i wartościami, które zwykle stanowią element unijnego kanonu zasad, a nie wyłącznie i w każdej sytuacji interesem narodowym (tan pogląd poparło 33% Szkotów). W pozostały częściach kraju mniej (w Londynie) lub bardziej zdecydowanie wygrywa koncepcja nacjonalistyczna. W większym stopniu (średnio 12% różnicy) niż ich brytyjscy pobratymcy Szkoci są też dumni ze znacznych wydatków Wielkiej Brytanii na pomoc krajom rozwijającym się. Szkoci (podobnie jak Londyńczycy) opowiadają się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE (59% za, 24% przeciw), w ciągu ostatnich dwóch lat prounijna tendencja się wzmocniła, w reszcie krajów – na odwrót. Gdyby Szkoci, jako obywatele niepodległego państwa, nie głosowali w zbliżającym się referendum w sprawie pozostanie w Unii Europejskiej, zwolennicy wystąpienia Wielkiej Brytanii niechybnie by zwyciężyli.

… mogą znaleźć się poza UE

Alex Almond w przedstawicielstwie KE w Edynburgu
Mimo swojej eurofobii i ugruntowanego na przestrzeni wieków izolacjonizmu Brytyjczycy straszą Szkotów, że występując ze Zjednoczonego Królestwa, wystąpią też z Unii Europejskiej. Niestety, mają rację, o czym pisałem już w przeszłości, z prawnego punktu widzenia to oczywiste: w traktacie wymieniającym członków UE takiego państwa jak Szkocja nie ma, Szkocja musiałaby więc o członkostwo wystąpić. Szkoci wiedzą, że przystosowanie do unijnych standardów, droga przez mękę każdego kandydata, nie jest problemem, bo Szkocja, funkcjonująca w ramach UE od 1973, już jest przystosowana. Czy jednak przed przystąpieniem do UE Szkocja musiałaby podpisać traktat stowarzyszeniowy? I porozumienie o wolnym handlu (bo będąc poza UE jest też poza rynkiem wewnętrznym)? A co ze swobodą podejmowania pracy w krajach UE, zakładania tam firm, osiedlania się? O walucie już nawet nie wspominam, to kwestia wykraczająca poza problematykę członkostwa w UE. Wszystkie te problemy mogłyby oczywiście zostać potraktowane przez członków UE jako formalność i zostać rozwiązane w szybkim tempie, powiedzmy w ciągu rocznego okres przejściowego.

Ale nie będą. I bynajmniej to nie postawa Wielkiej Brytanii musiałaby być byłaby główną przeszkodą w polubownym załatwieniu sprawy, bo Brytyjczykom też zależałoby na ograniczeniu wstrząsów w relacjach między gospodarkami dwóch ściśle powiązanych państw. Prym wśród oponentów wiodłaby Hiszpania, obawiająca się groźnego precedensu ze względu na sytuacje w Katalonii. I nie byłaby osamotniona, bo rewindykacje autonomii, suwerenności czy niepodległości u Basków, Flamandów, Ślązaków, Lombardczyków, Korsykanów budzą niepokój w wielu państwach należących do UE.

To paradoks, że poza Unią mogliby pozostać Szkoci, o wiele mocniej identyfikujący się z ideą i kanonem wartości integracji europejskiej niż nie tylko Anglicy, ale też Węgrzy, Czesi czy Słoweńcy. Obawa przed efektem domina i trudny geopolitycznie czas (polityka Rosji i jej wojna z Ukrainą oraz islamistyczny kalifat to zakwestionowanie zasad, w oparciu o które Zachód budował porządek na świecie) nie sprzyjają niepodległości Szkocji. A już na pewno nie sprzyjają perspektywie członkostwa niepodległej Szkocji w UE.

2014-08-07

Sankcje sankcjom nierówne

Paul Cezanne, "Jabłka i pomarańcze"
Władimir Putin podpisał wczoraj (6.08.2014) dekret, który jest rosyjską odpowiedzią na sankcje gospodarcze Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Nikt niby zaskoczony nie jest, ale nie znaczy to, że cokolwiek jest jasne. Nie wiadomo bowiem, które tak naprawdę kraje i jakie produkty objęte są rosyjskim sankcjami. A dopóki nie wiadomo, trudno coś przedsięwziąć. 

Już wczoraj Rosjanie zdementowali domysły, że embargiem będzie objęte wino i amerykańska whiskey. Dzisiaj na konferencji prasowej Midwiediew wymieniał sery, mięso wołowe i wieprzowe, płody rolne, owoce i warzywa, ale bez szczegółów. Sprawa najpilniejsza to koordynacja działań państw, które są najbardziej prawdopodobnym celem rosyjskiego odwetu: dwadzieścia osiem państw UE, USA, Japonia i Kanada (inaczej mówiąc Państwa G7), Australia, Norwegia i Szwajcaria. Bo reakcja powinna być wspólna.

A polskie jabłka?

Wszystko to dzieje się w dniu, w którym polscy i unijni urzędnicy spotykają się w Bruskeli (dziś o 15:00), by przedyskutować odpowiedź na polski wniosek uruchomienia unijnej rezerwy kryzysowej, zapomogi dla polskich sadowników. O politycznym i etycznym aspekcie polskiego wniosku o odszkodowanie z budżetu UE pisałem parę dni temu. Teraz, po ogłoszeniu rosyjskich sankcji odwetowych słusznie poniekąd się zauważa, że chętnych do skorzystania z unijnego funduszu będzie więcej. Ten fundusz to tylko 400 milionów euro, konkurencja byłaby więc duża, gdyby inne państwa postanowiły sięgnąć do wspólnego europejskiego skarbca. To, jak zastosowane zostaną w praktyce procedury przy rozpatrywaniu polskiego wniosku, jest ważne, bo precedensowe: nigdy wcześniej do tych przepisów się nie odwoływano.

Ale jeśli ktoś zakłada, że dzisiejsze spotkanie ma na celu ustalenie kwoty do wypłacenia i terminu operacji bankowej to się myli. Kryzysowa rezerwa rolna to jedynie jeden z instrumentów, którymi dysponujemy w Unii Europejskiej, żeby zareagować na tego rodzaju szczególne sytuacje. To nie działa jak automatyczna wypłata ubezpieczenia. Znalezienie rozwiązania oznacza też poszukiwanie środków gdzie indziej. Polski minister rolnictwa Sawicki wspominał o funduszu solidarnościowym, ale ten funkcjonuje w ramach polityki regionalnej, a nie polityki rolnej. Nie jest pewne, czy da się go zastosować i czy będzie to potrzebne. Interwencja państwa na rynku może być postrzegana jako pomoc publiczna, która też podlega innym przepisom. Zanim dojdzie do wypłaty odszkodowań, trzeba oszacować szkody. A przede wszystkim poszukać sposobów ich zminimalizowania. Dlatego w rozmowy zaangażowane są też służby odpowiedzialne za handel zagraniczny. Może polskie owoce da się sprzedać gdzie indziej? Może rosyjskie sankcje znacząco wpłyną na ceny produktów rolnych i da się je sprzedać drożej? Tu też UE może pomóc.

Sankcje "polityczne"

Embargo na polskie jabłka było nieomal instynktowną reakcją Moskwy na sankcje unijne. Ale nałożono je na podstawie przepisów fitosanitarnych. Ich wykorzystanie dla celów politycznych jest niezgodne z zasadami handlu międzynarodowego, dlatego oskarżenie Rosji o motywację polityczną to nie tylko retoryka, to poważny argument prawny. Sankcje ogłoszone wczoraj, obejmujące żywność z całej Unii, mają inną podstawę prawną, bo Rosjanie powołują się na artykuł 21. Międzynarodowej Organizacji Handlu, który dotyczy bezpieczeństwa. To zrozumiałe, bo nawet Rosjanie, nie dbających przesadnie o wiarygodność swoich deklaracji, nie mogli sobie pozwolić na oświadczenie, że wszystko co ma etykietę Made in EU lub Made in USA szkodzi rosyjskim żołądkom. Również w tym przypadku Unia natychmiast oskarżyła Rosję o polityczną motywację. I przy okazji zastrzegła, że rozważy dalsze kroki (czytaj: retorsje). Dla polskiego producenta jabłek i hiszpańskiego producenta pomarańcz na jedno wychodzi. Ale sytuacja z prawnego punktu widzenia jest inna.

Słyszę, że oskarżenie Rosjan o polityczną motywację, to kolejny przykład unijnego pustosłowia. Bo czy unijne sankcje nie są polityczne? Są. UE i USA, oraz inne państwa, które do nich dołączyły, nigdy nie ukrywały, że nałożyły sankcje, by wywrzeć na Rosję nacisk po zajęciu przez nią Krymu i by powstrzymać jej destabilizującą presję na Ukrainę. To polityczne uzasadnienie, owszem, ale wobec państwa, które ostentacyjnie narusza prawo międzynarodowe. Zupełnie inna sytuacja. Co więcej, sankcje nałożone na Rosję nie naruszają zasad handlu.

Unijne dycyzje dotyczą eksportu. Unia przed nikim nie zamyka swego rynku. Nie narusza przepisów MOH (WTO). Co innego Rosjanie: oni zamykają rynek, blokują import, dopuszczają się więc największego grzechu wedle wolnorynkowej etyki globalizacji. I dlatego szanse UE i USA na wygranie procesu przed WTO są bez porównania większe niż szanse Rosjan. Moskwa jest tego pewnie świadoma. Niejeden tam pewnie żałuje, że Rosja, w wyniku normalizacji stosunków z Zachodem, przystąpiła do Międzynarodowej Organizacji Handlu, bo dziś, w sytuacji powrotu do polityki imperialnej i sowieckich praktyk, to kula u nogi. Rosja może by i chciała postąpić tak jak Europejczycy i Amerykanie, ale nie może: to ona potrzebuje naszych towarów i naszych technologii a nie my jej. Nici z blokowania eksportu. Z dwoma wyjątkami: pierwiastki ziem rzadkich (UE, USA i Japonia, czyli najbardziej technologicznie zaawansowane gospodarki, są ich największymi importerami) i energia, dwie pięty achillesowe Europejczyków. Dziesięć procent całego unijnego eksportu żywności to towary przeznaczone na rynek rosyjski.  Z tym nadwyżkami też będziemy musieli coś zrobić i tu też wspólne działania na światowych rynkach, poprzez Komisję  Europejską, powinny przynieść lepsze rezultaty niż inicjatywy bilateralne podejmowane indywidualnie przez państwa członkowskie.

2014-07-22

Jeśli nie zasady, jeśli nie odwaga, to przynajmniej komunikacja, głupcze!

Radek Sikorski i Catherine Ashton na Radzie szefów 
dyplomacji 22/07/2014
Decyzję o wprowadzeniu tak zwanej trzeciej fazy sankcji przeciw Rosji muszą podjąć jednomyślnie szefowie 28 rządów Unii Europejskiej. Dlatego nikt, kto zna reguły gry, nie mógł liczyć, że takie postanowienie zwieńczy dzisiejsze posiedzenie unijnych ministrów spraw zagranicznych: nie ten poziom, nie te kompetencje. Ale po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu pasażerskiego oczekiwanie jasnego sygnału i determinacji ze strony przedstawicieli państw UE jest jak najbardziej uzasadnione. Takiego sygnału dziś zabrakło.

Cierpliwość i rozwaga czy bezczynność i niezborność?

Nie wiem, czy ma to zasadniczy wpływ na postawę Putina i popieranych przez niego rosyjskich separatystów na Ukrainie. Ale na pewno ma wpływ na postrzeganie Unii przez opinię publiczną. Jest to wpływ negatywny nie tylko na tę część opinii publicznej, która domaga się twardszej postawy wobec Rosji, ale również na obywateli przeciwnych sankcjom, tych do których najbardziej przemawia retoryka wstrzemięźliwości stosowana przez przeciwników antymoskiewskich sankcji. Bo w obu przypadkach ludzie widzą niezdolność unijnych rządów do znalezienia wspólnego stanowiska nawet w sytuacji krytycznej, wymagającej stanowczej reakcji. W obu przypadkach cierpliwość i rozwaga, które najczęściej okazują się zaletami, są postrzegane jak bezczynność i niezborność, a to nie są cechy pozytywne.

Mistrale, City i brylanty

Uwaga wszystkich skupiona jest na Francji. Jeden z dwóch francuskich lotniskowców jest praktycznie gotowy, Rosjanie za niego zapłacili i na jesieni powinni go otrzymać. Drugi ma być ukończony i przekazany Rosjanom w przyszłym roku. Ogłoszenie unijnego embarga na broń, które objęłoby już istniejące i znajdujące się w fazie finalizacji zamówienia oznacza dla Francji zerwanie kontraktu, zwrot ponad miliarda euro (bo tyle kosztuje Mistral), oraz procesy o odsetki i odszkodowanie, które bez wątpienia Moskwa by Paryżowi wytoczyła. Walczącej z deficytem finansów publicznych Francji - słyszymy w Paryżu - nie stać na takie wydatki. Tym bardziej, że i tak nie wpłynie to na postawę Putina. Sprzedaż broni Rosjanom to bardzo spektakularny przypadek, kosztowny, wymagający natychmiastowego wyłożenia na stół żywej gotówki. Ale Włosi, Hiszpanie czy Portugalczycy (cała trójka w w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej) i Niemcy (ze swoim enerogożernym przemysłem) też się do sankcji nie palą, bo oznaczają one niechybnie wzrost cen energii.

Tego samego boją się Łotysze, których zbyt pochopnie wymieniamy jednym tchem z innymi Bałtami. Rządy Estonii i Litwy zajmują takie samo stanowisko jak Polska, ale jest to stanowisko polityczne, nie wszyscy obywatele tych krajów gotowi są na poniesienie kosztów sankcji. Grecy i Bułgarzy są tradycyjnie prorosyjscy, tu polityczna postawa i geopolityczna tradycja współgrają z interesami gospodarczymi. Mała Belgia z przyczyn oczywistych solidaryzuje się z Holendrami (których zestrzelenie samolotu przez proputinowskich terrorystów dotknęło w największym stopniu) i tłumi swą niechęć do gospodarczej wojny z Rosją, ale wyzbyć się jej nie jest w stanie: belgijska gospodarka co prawda stoi na małych i średnich przedsiębiorstwach, ale jej głównym towarem eksportowym i kluczowym źródłem budżetowych przychodów są brylanty. W Antwerpii jubilerzy boją się masowych bankructw, bo bogaci Rosjanie to ich główni klienci. Wielka Brytania wzywa do ostrych sankcji, owszem, ale - gdyby miało faktycznie do nich dojść - czy jest gotowa do zmiany swego dotychczasowego stanowiska, wedle którego za sankcje mają płacić wszyscy, tylko nie londyńskie City?

Patrzą na was!

Nie po to rzucam przykładami, by usprawiedliwiać jednych lub drugich. Litewska prezydent, Dalia Grybauskaitė, ma rację mówiąc o "mistralizacji" unijnej polityki. Mistralizacja oznacza przedkładanie krótkotrwałych interesów gospodarczych ponad wartości, kasy - ponad przyzwoitość. Ale powiedzmy sobie szczerze: ile razy w ciągu roku, postawieni w obliczu konfliktów międzynarodowych, ludzkich tragedii, kryzysów, głodu i przemocy wybieramy przyzwoitość i wartości, a nie kasę i gospodarcze interesy? Czekam na przykłady. Nie, to nie jest pytanie retoryczne, bo przykłady pewnie się znajdą i pewnie łatwiej o nie w Europie niż gdzie indziej. Przekonani o tym zwolennicy integracji europejskiej lubią mówić o europejskim "kantyzmie", przeciwstawionym cynicznemu i bezdusznemu "heglizmowi" (wkładam słowa w cudzysłów, żeby było jasne, że odnoszę się do stereotypów, nie do filozofii). Mają rację, bo bez odwołania do przyzwoitości i wartości integracja europejska przestaje być ideą, staje się techniką, traci sens.

Nawet jeżeli liderzy unijnych państw narodowych uważają się bardziej za strażników krajowego przychodu niż europejskiej przyzwoitości, własnej wygody niż zbiorowej odwagi, wstrzemięźliwości niż wartości to niech jednak mają na uwadze, że są autorami europejskiej narracji. Słuchają ich i oceniają obywatele UE, obywatele Ukrainy, którzy niedawno jeszcze manifestowali z europejskimi flagami w dłoniach, i inni ludzie w świecie. Skoro nie w imię moralności, wartości, przyzwoitości, to przynajmniej mając na względzie wymogi komunikacji niech zajmą wreszcie stanowisko pozostające w zgodzie z ideą integracji europejskiej.
Jeśli nie mają ambicji siły ani potrzeby ducha, niech chociaż pomyślą o europejskiej soft power.

Ani putinizm ani "mistralizacja"

Nie chodzi nawet o skuteczność. Wbrew tym wszystkim, których usatysfakcjonowałaby jedynie szarża husarii równająca Rosję z ziemią, dotychczasowe sankcje przynoszą efekty. Oczywiście naloty dywanowe są bardziej spektakularne niż precyzyjne uderzenia, ale - choć bardziej mordercze - niekoniecznie bardziej skuteczne. Obecne sankcje uderzają Rosję naprawdę tam, gdzie boli. Otoczenie Putina o tym wie. On sam o tym wie. Nie jest pewne, czy otwarta wojna gospodarcza, obejmująca wszystkie sektory gospodarki, a nie tylko wybrane podmioty (osoby i przedsiębiorstwa) przyniesie lepsze efekty. Ale - jak mawiał Antoni Słonimski - gdy nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Ani "mistralizacja", nowa odmiana monachijskiej kapitulacji, ani anachroniczna imperialna postawa Putina nie są, a przynajmniej nie powinny być, europejskim sposobem kształtowania rzeczywistości.

Eurosceptycy bronią idei federacji europejskiej

Ambasador Holandii zapowiedział dziś, że w ciągu kilku najbliższych dni państwa Unii podejmą decyzję co do dalszych kroków. Dał jasno do zrozumienia, że tych kilka dni to ultimatum. Oby nie były to czcze słowa. I oby dzisiejsze doświadczenia posłużyły za lekcję apologetom i krytykom Unii: jeżeli chcemy, by Unia jako taka mogła działać na scenie międzynarodowej i wewnętrznej szybko i zdecydowanie, to nie może być konfederacją 28 rynków, musi być polityczną federacją państw. To niepojęte, że najzajadlejsi przeciwnicy integracji europejskiej nie rozumieją, że ich krytyka unijnej nieskuteczności jest de facto wezwaniem do budowy federacji.

2013-09-18

Niepodległa Katalonia poza UE

Jedna z manifestacji na rzecz niepodległości w Barcelonie, wiosna 2013. 
Katalońska prasa bije na alarm: Komisja Europejska chce wykluczyć Katalonię z UE. Jakiś czas temu dużo o utracie członkostwa pisali Szkoci. W obu przypadkach chodzi o opinię prawną, wedle której nowe państwo, powstałe w wyniku odłączenia od państwa będącego członkiem UE, nie należy do UE. Opinia nie jest nowa. A logika jest prosta: państwa członkowskie są wymienione w traktacie. Ani Szkocji ani Katalonii na liście nie ma, trudno więc mówić o wykluczaniu z UE. Żeby zmienić traktat, potrzebna jest jednomyślność. Oznacza to, że Madryt musiałby się zgodzić na przystąpienie niepodległej Katalonii do UE, podobnie jak Londyn na członkostwo Szkocji. Przystąpienie do UE nie odbywa się też z dnia na dzień: kandydat musi swoją gotowość do członkostwa udowodnić.

W gospodarce i polityce obrażenie się i robienie na złość nie jest skuteczną receptą na sukces. Dlatego jest mało prawdopodobne, by Madryt lub Londyn blokowały przystąpienie odłączonych regionów do UE po uzyskaniu przez nie statusu niepodległego państwa. We wspólnym interesie byłoby jak najszybsze ponowne zintegrowane się w ramach UE i jej wspólnego rynku. Europejski Obszar Gospodarczy mógłby co najwyżej stanowić przedsionek pełnego członkostwa dla nowych państw. Na pytanie czy Katalonia i Szkocja chciałyby wstępować do UE odpowiedź może być tylko twierdząca. Zwolennicy niepodległości w obu krajach widzieli naturalnie przyszłość swoich państw zagwarantowaną w ramach UE. W obu też przypadkach chodzi o regiony proeuropejskie. Tym silniejszy był więc szok wywołany upublucznieniem opinii prawnej, mimo, że wydaje się ona oczywista.

Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że rozwód Katalonii z Hiszpanią (albo Szkocji z Wielką Brytanią) nie odbył by się bez emocji. Wszyscy w Europie obawialiby się efektu domina. Hiszpańskie negatywne stanowisko w sprawie uznania niepodległości Kosowa to dobry przykład tego, jak silna może być obawa przed precedensem. O ile więc można spodziewać się skłonności do kompromisu w sprawie przyjęcia nowopowstałych państw do UE (bo wtedy i tak nie będzie wyjścia a interes gospodarczy będzie skłaniał do ugodowości), o tyle etap poprzedzający uzyskanie przez nie niepodległości na pewno spolegliwością nie będzie się charakteryzował. Hiszpania sprawnie używa zresztą unijnego argumentu wobec Katalończyków: wyjście z Hiszpanii oznacza wyjście z Unii. W wydaniu Brytyjczyków ten sam argument odnoszący się do Szkotów może śmieszyć, ale też działa. Wszystkie te rozważania dotyczą hipotez. Katalonia, a tym bardziej Szkocja, nie są gotowe na niepodległość. Choć kilkusetkilometrowy ludzki łańcuch, który połączył Katalończyków w dniu ich narodowego święta 11 września dowodzi rosnącej proniepodległościowej determinacji.



2013-01-15

Eurosceptyk prawdziwy i jego karykatura

Znacie powieść markiza de Sade "Niedole cnoty"? Cnotliwa Justyna zostaje za swą cnotliwość ukarana, bo cnota, niestety, nie popłaca. Markiz de Sade, znany ze swego wysokiego morale, napisał tę książkę ku naszej przestrodze i nauce. Sade opisuje pozbawianie nieszczęsnej Justyny cnoty i dziewictwa byśmy wiedzieli jakie niebezpieczeństwa zagrażają prawdziwej cnocie, a nie dlatego, że  jest tym zafascynowany. Tak przynajmniej twierdzi. Podobnie o Unii Europejskiej pisze Igor Janke w Rzeczpospolitej ("Ratujmy Unię, a nie jej karykatury", 14/01/2013) i wzywa na jej ratunek. Ale de Sade, to cynik. Janke - to człowiek zagubiony.

Unia prawdziwa i jej karykatura

Zagrożeniem dla Unii ("która zrobiła dużo dobrego i jeszcze więcej dobrego zrobić może") są: elity europejskie, politycy i ich brukselskie gabinety, oraz dziennikarze, którzy "siedzą" w Brukseli i towarzyszą politykom. Nie licząc się z "obywatelami państw członkowskich" zmieniają cnotliwą niegdyś Unię w jej własną karykaturę, wpędzając ją w łapy "prawdziwych eurosceptyków".  Autor, mimo, że to i owo krytykuje by nas przestrzec, nie jest "prawdziwym eurosceptykiem" (bo nie porównuje Brukseli do Moskwy). Chce pomóc i wie jak. 

Janke broni prawdziwej Unii i sprzeciwia się jej karykaturze. Z tekstu jasno wynika, na czym polega przekształcanie Unii w karykaturę, trudniej natomiast  z niego wywnioskować jak wyglądał oryginał, który autor chce ratować.  Projekt europejskiej jedności się nie powiódł, jedność się chwieje. Elity zaś wzywają do zacieśniania politycznej jedności. Niedobrze. Egoizm poszczególnych rządów  - pisze Janke - sięga szczytów niespotykanych dotąd w historii UE. Nie sposób się z nim nie zgodzić, tak faktycznie jest. Tymczasem elity bałamucą ludzi bajkami o powszechnej solidarności. Dlaczego? Bo, tak jak komisarz z Luksemburga, Viviane Reding, nie próbują dostrzec rosnącej sprzeczności interesów poszczególnych państw. Przyznaję, że już na tym etapie zaczynam się gubić. Skoro wzywają do jedności, to chyba widzą jej brak. Skoro deficyt jedności i solidarności jest niedobry, to chyba dobrze, że wzywają. Jak bowiem wyobrazić sobie Unię (unia, czyli jedność) bez jedności i solidarności, napędzaną jedynie narodowymi egoizmami? 

Obywatele-patrioci przeciw elitom i federacji

Te wezwania to jednak "luksemburskie złudzenia". Unia prawdziwa, ta, której broni Janke, to Unia bez złudzeń, świadoma swojej niemożności.  Elity chcą zacieśnienia politycznej jedności wbrew obywatelom państw członkowskich. Chcą federalnej Europy, ale czy ktoś zapytał jak zrealizować ten cel bez bez mieszkańców Europy? - pyta retorycznie Janke. Nie. On jest pierwszy, nikt wcześniej na ten pomysł jakoś nie wpadł. Ale obywatele państw członkowskich głośno protestują przeciw federalnej Europie i przeciw artykułowi Viviane Reding zatytułowanemu "Stany Zjednoczone Europy". Taka jest diagnoza Igora Janke. Daje przykłady: Polacy nie chcą euro. No niby tak. Teraz nie chcą, bo w mediach ogłoszono kryzys euro (choć euro było i pozostaje jedną z trzech najważniejszych i najstabilniejszych walut na świecie), ale jeszcze niedawno nie byli tacy przeciwni, a co będzie za trzy-cztery lata, gdy kryzysu już nie będzie, nie wiadomo. Tak czy siak, Polacy pozostają najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Na temat federalizmu się nie wypowiadali. Ale ci, którzy wiedzą, co to jest federalizm, pewnie zauważyli, że sporo jego elementów już w UE jest. 

Inny przykład: Grecy protestują przeciw narzucaniu im "przez Brukselę i Berlin" kolejnych ograniczeń finansowych. Zapomniany tutaj MFW,  też ciemiężący Greków, akurat nie ma siedziby w Brukseli ani w Berlinie. Mniejsza o to. Grecy nie protestują przecież przeciw planom federacji, co zdaje się sugerować autor. O wyjściu z UE i ze strefy euro Grecy też słyszeć nie chcieli. Dopominali się pieniędzy na spłatę przejedzonych pożyczek i je od Unii dostali. Ten przykład niespotykanej w historii unijnej solidarności też jakoś autorowi umknął. Owszem, warunki, które Grecy muszą spełnić, są drakońskie. Wielu uważa, że za bardzo, bo wpędziły grecką gospodarkę w przerażająco głęboką recesję. Ale przecież Janke sam zauważa - i słusznie! - że  w sytuacji kryzysu "uzdrowienie radykalnymi środkami finansów publicznych" jest podstawowym wyzwaniem polityków. Grecy protestują, bo te środki są zbyt radykalne. Wolfgang Schäuble, niemeicki minister finansów, po raz kolejny wczoraj powtórzył w wywiadzie dla FAZ, że nie ma dla Grecji ratunku bez cięć i wyrzeczeń. Berlin i Igor Janke mówią jednym głosem.

Węgry oddalają się mentalnie od Unii wskutek nieustannych ataków płynących z Brukseli i Strasburga na ich rząd - pisze Janke. Tu przynajmniej sytuacja jest jasna: całkowite zawłaszczenie państwa, w tym jego konstytucyjnych instytucji, przez aparat partyjny Fideszu pod niepodzielną władzą Jedynego Przywódcy jest tą formą demokracji, która autorowi artykułu bardzo odpowiada, dał temu wyraz wielokrotnie. Tylko, że Węgry z taką demokracją nie zostałyby do UE przyjęte. Skoro już do niej wstąpiły, muszą przestrzegać wspólnych zasad. To prawda, że za rządów Orbána Węgry bardzo się od idei integracji europejskiej oddaliły. Ale mimo zatwardziałego nacjonalizmu Węgrów, żywiącego się obsesją układu z Trianon, wierzę, że jest to tymczasowa tendencja i że w kolejnych wyborach pogonią Orbána. Czesi tkwią  w swoim eurosceptycyzmie - mówi Janke. Tkwią trochę mniej, bo w niedzielnych wyborach zagłosowali na Zemana, który chce szybkiego wejścia Czech do strefy euro (której Janke nie lubi), i na euroentuzjastę Schwarzenberga. O cytowanych tu również Brytyjczykach nie wspomnę, myślą o wyjściu z UE odkąd do niej wstąpili. Ale jakoś nigdy nie wystąpili. 

Integracja europejska mogła pozostać niespełnioną utopią 

Oczywiście Janke ma rację twierdząc, że ludzie nie są gotowi na federalne państwo europejskie, jeśli założyć - maksymalistycznie - że takie jest znaczenie federalistycznych wezwań pani Reding. Zapomina jednak, że w czasach, gdy powstawały pierwsze zręby Wspólnot, ludzie też nie byli gotowi. I gdyby decydujący głos, na kolejnych etapach integrowania Europy, należał do ludzi głoszących jego poglądy, to Unia nigdy by nie powstała. Nie byłaby karykaturą, byłaby niespełnioną utopią. Janke z uporem maniaka przywołuje "obywateli państw członkowskich", żeby broń Boże nie użyć terminu "obywatele UE". Mówi o "mieszkańcach Europy" bo przecież  nie wolno mu powiedzieć "Europejczycy. Jedno i drugie mogłoby sugerować, że już istnieją jakieś ponadnarodowe i ponadpaństwowe wspólnoty, że europejski federalizm nie zacznie się od jakiegoś federalistycznego zaklęcia wyobcowanych elit, bo już istnieje. Otóż ci mieszkańcy i obywatele głosują na polityków, którzy - z mniejszym lub większym przekonaniem, wiarą, zaangażowaniem - trwają w przekonaniu, że UE jest najlepszym rozwiązaniem dla ich kraju. Mogliby przecież zagłosować na zwolenników wystąpienia z UE. Albo przynajmniej na orędowników wycofania się z ponadnarodowej i ponadpaństwowej integracji do etapu gospodarczej współpracy międzynarodowej, co de facto proponuje dziś Cameron. Mit, wedle którego "europejskie elity"tworzą jacyś inni politycy, niż ci, na których głosują "obywatele państw członkowskich", jest jedną z podstaw eurofobicznej teorii spiskowej. Ten właśnie mit propaguje regularnie Igor Janke zarzekając się, że broni w ten sposób europejskiej cnoty przed złymi elitami i "prawdziwymi" eurosceptykami.

Polski hydraulik i papierosy mentolowe

Przywołani przez publicystę Rzeczpospolitej Grecy, Polacy, Brytyjczycy, Węgrzy i Czesi w sprawie federalizmu się nie wypowiadali. Ale obywatele czterech państw członkowskich mieli taką okazję w 2005 roku. We  Francji, Holandii, Hiszpanii i Luksemburgu odbyły się referenda dotyczące Konstytucji dla Europy. Ta Konstytucja miała dać Europejczykom to, co mają Amerykanie: symboliczny wyraz politycznej jedności będącej fundamentem federacji stanów (czy państw). Mimo medialnej aktywności Viviane Reding, to wtedy, a nie dzisiaj, Stany Zjednoczone Europy były najbliższe realizacji. Inicjatywa była przedwczesna i źle przygotowana. Mimo to, we wszystkich czterech krajach na początku przeważali zwolennicy silniejszej politycznej integracji. Dzisiaj powiedzielibyśmy: zwolennicy federacji. Ta tendencja utrzymała się do końca w Hiszpanii i Luksemburgu. Odwróciła się we Francji i Holandii w wyniku zmasowanej i kosztownej kampanii przeciwników Konstytucji. W obu krajach trzon antyfederalistycznej koalicji tworzyły partie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy. W Holandii ludzie głosowali przeciw narkotykom, eutanazji, małżeństwom homoseksualnym, imigracji i nadmiernym kosztom członkostwa w UE, przede wszystkim zaś przeciw podwyżkom cen w chwili wprowadzenia euro (wynikającym z poważnego niedoszacowania florena) i przeciw nielubianemu rządowi. We Francji glosowano głównie przeciw liberalnej Europie i "dumpingowi socjalnemu", których wyrazem stała się dyrektywa usługowa a symbolem - "polski hydraulik". W obu krajach ludzie postanowili też zaprotestować przeciw członkostwu Turcji w UE.

Żaden z głównych powodów holenderskiego i francuskiego "nie" nie wynikał z tekstu Konstytucji.  Wszystkie te argumenty w cyniczny sposób zostały sfabrykowane i wykorzystane w kampaniach przeciwników integracji europejskiej (jak się później okazało sfinansowanych w znaczącej mierze przez brytyjskich eurofobów).  Polityka klimatyczna, gaz łupkowy, parytet kobiet w zarządach spółek, zakaz produkcji papierosów mentolowych - gdyby referendum w sprawie jakiejś nowej federalnej Konstytucji dla Europy miało się dziś odbyć w Polsce, lista tematów do użycia w kampanii eurosceptyków byłaby gotowa. Ja jej nie wymyśliłem, pochodzi w tekstu Igora Janke.

Eurosceptycyzm nieuświadomiony

Teza artykułu jest dość prosta: antydemokratyczne i oderwane od rzeczywistości elity, wbrew ludziom, zajmują się głupotami, takimi jak papierosy slim i pustymi hasłami, takimi jak federalizm, zamiast zająć się tym co istotne, czyli reformami, deregulacją i swobodą działalności biznesowej. Otóż reformami akurat UE się zajmuje: system gospodarczy UE został całkowicie przebudowany. Pakt fiskalny, któremu Janke zarzuca dogmatyzm, jest właśnie radykalnym środkiem uzdrowienia finansów publicznych, do czego Janke wzywa. Zgodnie z jego wezwaniem przekonuje się obywateli, również w Grecji, o potrzebie cięć wydatków. Tych samych cięć, które w innym fragmencie nazywa "narzucanymi przez Berlin i Brukselę ograniczeniami finansowymi". Swoboda działalności biznesowej jest jednym z kluczowych elementów reformy rynku wewnętrznego i jednym z głównych zaleceń, które Komisja Europejska wydała państwom członkowskim (tzw. CSR). Janke tego jednak postanowił nie zauważać. Unię walutową nazywa nasz publicysta "nierozważną integracją",  ale na jej reformę i wprowadzenie mechanizmów antykryzysowych (EFSF), ktorych na początku kryzysu zabrakło, patrzy nieprzychylnie. Protestuje przeciw pominięciu mieszkańców Europy w debacie, ale opublikowany w prasie (a więc adresowany do szerokiej publiczności) artykuł komisarz Reding jest dla niego dowodem "oderwania elit od rzeczywistości".

Sprzeczności, którymi usiany jest jego tekst, właściwie  nie dziwią: on nie wie, że jest prawdziwym eurosceptykiem. Wszystkie zalecane przez niego reformy (wdrażane od dawna, czego nie zauważył) poza wymiarem praktycznym, który pochwala, mają też przecież wymiar polityczny i wszystkie oznaczają silniejszą i głębszą integrację, co odrzuca. To, do czego skłania się rozum publicysty, odrzuca jego eurosceptyczne serce. Dotyczy to nie tylko poszczególnych reform, ale całej integracji europejskiej: rozum każe mu Unię ratować, ale serce nie pozwala jej zrozumieć. Chce bronić Unii przed nią samą, ale Unii, której śpieszy na ratunek, nie było, nie ma i nie będzie, bo nie byłaby Unią. Jedną z karykatur, przeciw którym protestuje i których ratować nie chce, tworzy sam, tak jak holenderscy i francuscy przeciwnicy Konstytucji w 2005.  Ale za karykaturę uważa też Unię opartą na jedności i solidarności (bo to mrzonka), w której dyskutuje się o federalizmie (bo temat jest komiczny i nie nadaje się do dyskusji), w której jest wspólna waluta (bo to nierozważne), w której są Europejczycy i obywatele UE (bo ich nie ma), w której partnerzy chcą podejmować wspólne decyzje (bo narodowy egoizm jest normą) i dlatego chcą usiąść przy wspólnym stole (bo to nie jest kluczowe, każdy powinien mieć swój stół).

Igor Janke nie wie, że jest eurosceptycznym wielbicielem Europy. Jest jak mieszczanin w sztuce Moliera, który nie wiedział, że pisze prozą. W gruncie rzeczy, jego pomysł na integrację europejską najbliższy jest poglądom Camerona; jego pomysł na państwo wyraża się w polityce Viktora Orbána; jego wizja demokracji natomiast zakłada, że Grecy sami narzucą na siebie drakońskie ograniczenia i sami będą przeciwko nim protestować, a elity razem z nimi (choć lepiej byłoby bez elit). Aż się chce ponownie go zacytować: "kręci się wokół własnego ogona. Coraz bardziej przypomina to chocholi taniec".

2012-10-02

Ratunku: Tusk nas bije!

Barcelona, 11/09/2012
Kiedy 29 września Plac Handlowy w Madrycie wypełnił tłum protestujących, organizatorzy manifestacji mówili o 200 tysiącach uczestników. Obliczono, że w rzeczywistości plac może pomieścić maksymalnie 175 tysięcy osób. W Lizbonie, 15 września, podawano liczbę ponad 100 tysięcy manifestantów.  Albo 70 tysięcy. W Atenach, 22 marca, na ulice wyszło ponad 110 tysięcy osób. Ale może więcej, w końcu Grecy protestują od miesięcy, więc co to ma za znaczenie. Podobno 27 września 70 tysięcy osób wzięło udzial w zamieszkach. W całej Grecji, nie w jednym mieście. Ale zamieszki to zamieszki, nie zwykła manifa.  A w Barcelonie, 11 września, na ulice wyszły 2 miliony osób! A może milion. Wszyscy są zgodni: dobrych kilkaset tysięcy.  29 września na Placu Trzech Krzyży z Warszawie było 200 tysięcy maniefstantow. Albo 130. Może tylko 80. 

Szacowanie liczby manifestantów, która ma być miernikiem poziomu niezadowolenia (lub poparcia), jest zawsze karkołomne. Zawsze liczba podana przez organizatorów jest większa niż szacunki policji.  Ale na tym podobieństwa między manifestacjami w Lizbonie, Atenach, Madrycie, Barcelonie i w Warszawie się kończą. PiS bardzo by chciał, żeby w Warszawie było jak w Madrycie, Lizbonie, Atenach. Ale nie jest: nie ma wyniszczających cięć wydatków na szkoły i szpitale, na pensje i emerytury jak w Grecji. Sytuacja jest nieporównywalna. Nie ma bezrobocia wśród młodzieży sięgającego 50% populacji jak w Hiszpanii. O zagrożeniu recesją się mówi, ale jej nie ma. Deficyt jest, owszem, ale gdzie mu tam do deficytu nie tylko greckiego czy hiszpańskiego, ale nawet francuskiego. PiS by chciał, żeby naród (naród, narodzie, o narodzie, w narodzie!) czuł się w swej tożsamości zagrożony. Jak Katalończycy. I to od 18. wieku. Ale się nie czuje. Mimo Gazety Polskiej. Naszego Dziennika. Radia Maryja. Naród nie rozumie, że Tusk, Niemcy i Rosja, z Brukselą na czele,  pozbawiają go suwerenności. Naród śpi. Obudź się Polsko! 

W Polsce jest normalnie.  Tak bardzo, że przez dwa kolejne lata, w sercu Europy trawionej kryzysem, jedynym ważnym postulatem trawionej przez paranoję polskiej konserwatywno-katolicko-narodowo-ludowej (ileż to trzeba przymiotników, żeby opisać nacjonal-populizm) opozycji jest "prawda o Smoleńsku". A "Obłęd" Krzysztonia czytali? Pamiętają jak trudno było tę książkę dostać w PRL-u? Jeśli pamiętają, to powinni też pamiętać o "prześladownikach". To oni są ich wrogami.  I zrozumieć, że mają wszelkie szanse by w historii figurować potrójnie: w historii po prostu, bo jednak są siłą polityczną, mają elektorat; w historii literatury, w rozdziale napisanym przez Marię Janion, poświęconym wariatom-patriotom; w historii psychiatrii wreszcie, jako przykład psychozy indukowanej, patologii ogłupiałego nienawiścią  tlumu. 

O co chodziło w manifestacji 29 września? O telewizję Trwam, polski odpowiednik rwandyjskiego radia Mille Collines; o Solidarność - ideę, z której zostały fonemy, śniado-duda zagadka socjolingwistyki; o Smoleńsk - mitologię krzywdy i spisku podawaną na plastikowej tacy w papierowej torebce,  jak fast-history, jak PiS-Mac, tanio, szybko i skutecznie. Niestrawnie. O co chodziło w manifestacji 29 września? O wprowadzenie na scenę technicznego premiera. Wśród kandydatów wymieniano Jana Marię Rokitę. Ten, którego Niemcy biją, miał krzyknąć: "Tusk nas bije!". Pudło. To nie Rokita.  Choć hasło dobre. 

Ci, którzy pomysłowi technicznego premiera przyklaskują, nie tak dawno wykrzywiali wargi w pogardzie dla technicznych rządów w Grecji i we Włoszech. Papademos? A cóż to za polityk? W teczce przywieziony. Bez wyborów. Technokrata. Monti? To samo. Gwałt na demokracji. Dokonany przez Brukselę. Porwanie Europy. Gwałt dziewicy. A profesor Gliński, techniczny premier? To co innego. Nasz, a nie brukselski premier. Choć w całej tej argumentacji zapomniano, że Papademosa, do czasu wyborów, wskazał grecki parlament, tak jak Montiego - włoski. I że Monti ma szansę na przedłużenie mandatu, tym razem dzieki glosom wyborców. A Glińskiemu żaden parlament mandatu nie da, nie będzie miał więc nawet szansy na odejście w stylu Papademosa. A nawet na planową odstawkę w stylu Marcinkiewicza. 

Mimo krótkowzroczności i technokratycznej miałkości PO (a może nie mimo, ale z powodu?), Warszawa nie jest Madrytem, Lizboną, Atenami. Mimo, że PiS (jakby zapomniał o budapesztańskim marzeniu) bardzo by tego chciał. Ustami swojego prezesa przedstawił ludowi program, który ten postulat miałby zmaterializować. Zorganizował manifestację. I nic. Polska nie dała się pobudzić. Nie chce chodzić jak na prochach. Wiadomo: lemingi.

2012-09-19

A gdyby się okazało, że polska proeuropejskość na łupkach stoi?


Poszukiwania gazu łupkowego w Krynicy Credit: Wikimedia commons
W kolejnych badaniach opinii publicznej Polacy okazują się najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Był czas, że podobnie wypadali Hiszpanie i Irlandczycy. Będąc Polakiem przekonanym, że integracja europejska to najmądrzejszy, najodważniejszy i najbardziej dalekowzroczny projekt polityczny historii współczesnej nie będę się na te statystyki obrażał. Miło mi, gdy je widzę. A jednocześnie wiem, że nie są wieczne. I że nie są bynajmniej miernikiem "europejskości" społeczeństwa.

Europa Europie nie równa

Po pierwsze, europejskości są różne. Trudno mi na podstawie tych statystyk ocenić, jak bardzo Polacy odnajdują się w europejskim systemie wartości uznawanym za dominujący w UE. Systemie, który roboczo nazwę "zachodnim". Czytając statystyki, sondaże i opinie niezwiązane na pozór z Europa, europejskością czy z UE, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polska europejskość jest europejskością pogranicza, europejskością w dużej mierze bardziej "wschodnią" niż "zachodnią". Relacja między jednostką a wspólnotą oraz etniczne a społeczne poczucie wspólnoty, nowoczesność jako wartość i w ogóle przyszłość i przeszłość jako wektor stosunku do teraźniejszości, stosunek obywatela/Polaka do państwa/Polski, prawa człowieka, koncepcja wolności, w tym podejście do heglowskiej wolności od i do, poczucie własnej wartości i codzienne warto-nie warto – przykłady utwierdzające mnie w przekonaniu o "wschodniości" polskiej europejskości można by mnożyć. Barbarzyńska Europa, Europa łacińska, grecka, żydowska, chrześcijańska, wpływ prawosławia lub protestantyzmu na kształt współczesnego katolicyzmu – w zależności od proporcji, sposobu wymieszania, dodatkowych składników dadzą rożne odmiany europejskości. Masowe poparcie Polaków "dla Europy" nie koniecznie oznacza poparcie dla Europy takiej, jak czują ja Francuzi czy Niemcy, takiej, jak skodyfikowana w traktatach. Poparcie dla UE jako takiej nie jest też jednoznaczne z poparciem polskiej opinii publicznej dla konkretnych, zasadniczych dla przyszłości europejskiego projektu rozwiązań, takich jak przystąpienie do strefy euro i unia bankowa (Zob. sierpniowy eurobarometr).

Poparcie dla UE zależy od portfela

Po drugie, poparcie wyrażane w sondażach nie musi być tendencją trwałą. Dziś jest ono wyrazem rozsądku Polaków i ich umiejętności oceny sytuacji. Nie są specjalnie podatni na zalew jadowitej, acz tabloidowo-powierzchownej, patriotycznej lub populistycznej eurofobii wyrażanej przez sporą grupę dziennikarzy w większości polskich mediów. Widzą gołym okiem korzyści, które przyniosło Polsce członkostwo. Korzyści nie tylko materialne, choć te dostrzec najłatwiej, ale tez wizerunkowe: Unia okazała się zasadniczym składnikiem antidotum na polskie zakompleksienie, Polak czuje się dziś lepiej w polskiej skórze niż parę lat temu. Łatwiej też widzieć pozytywne strony unijnego kontekstu, gdy w Polsce dzieje się nieźle. Zwłaszcza na tle innych państw. Oczywiście, nie posądzam Polaków o to, że poziom zadowolenia z własnej pracy, płacy, siły nabywczej, dostępności usług edukacyjnych i zdrowotnych oceniają przez porównanie z danymi z innych krajów. Każdy to robi zaglądając do własnego portfela. A mimo to, ogólna ocena nie jest zła. Ale masowe poparcie Polaków dla UE może zacząć topnieć, gdyby zmieniła się sytuacja. Tak jak stopniało w Irlandii i w Hiszpanii. W obu przypadkach trudna sytuacja ekonomiczna obudziła te elementy lokalnego poczucia europejskości, które każą patrzeć na unijny kontekst, na innych, na zagranicę a nawet na siebie samych z niechęcią, z poczuciem krzywdy i z obawą.

Symbole silniejsze niż poparcie

Ale jest trzeci czynnik, który może sprawić, że poparcie dla UE spadnie w Polsce lawinowo. Czynnik trudny do zdefiniowania, bo natury symbolicznej. Gdyby Polska znalazła się w gospodarczej sytuacji Grecji albo Irlandii (co nie nastąpi, bo nie ma ku temu – na szczęście – ekonomicznych przesłanek), gdyby musiała poddać się reformom i cieciom budżetowym w zamian za finansową kroplówkę z MFW i z UE, to pewnie zamknięcie się w sobie i niechęć do UE przybrałaby kształt obaw o narodową suwerenność. To scenariusz najprostszy do wyobrażenia, wręcz banalny.
Ale czynników symbolicznych, które mogłyby w Polsce odwrócić sondażowe tendencje jest więcej. Pierwszym, który widzę na horyzoncie, jest gaz łupkowy. Zagorzałych zwolenników i przeciwników eksploatacji gazu łupkowego w Polsce łączy jedno: ograniczona wiedza na temat jej zalet, opłacalności i wpływu na środowisko. I pewnie żadne badania nie dadzą stuprocentowej pewności. Jednak najważniejsze znaczenie ma, co innego: zwolennicy są głównie w Polsce, przeciwnicy -poza Polską. Nadzieje rozbudzone w Polakach w związku z gazem łupkowym przypominają mi mityczne złoża ropy naftowej w Karlinie, w latach osiemdziesiątych.

Tyle, że wiara w rzeczywiście pozytywny wpływ łupków na polską gospodarkę oparta jest na zdecydowanie solidniejszych argumentach. Wiara jednak bez argumentów się obejdzie. Łupki stają się w Polsce symbolem. Bitwa o nie może mieć znaczenie przełomowe. Bitwa z UE. Eurosceptycy już dziś starają się tak tę kwestię przedstawiać. Wbrew faktom. Bo przecież Francja czy Czechy (które też wprowadziły moratorium na wydobywanie łupków u siebie) to nie cała UE. Jeśli za UE uznać unijne instytucje, to przecież Parlament Europejski właśnie przyjął sprawozdanie pozytywne dla łupków. Komisarz do spraw energii Oettinger jest pozytywnie nastawiony do polskiego stanowiska, Potočnik, komisarz od środowiska, ma pewnie więcej zastrzeżeń. Jakie będzie zdanie całej Komisji – nie wiadomo. Komisja Europejska powtarza, że skład "miksu energetycznego" to kompetencja państw członkowskich. Zamawia raporty u zewnętrznych wykonawców, ale nie twierdzi, że utożsamia się z ich konkluzjami, raz negatywnymi, raz pozytywnymi.

Czy Komisja rozumie symboliczny wymiar łupków?

Gdyby jednak, jak sugerują niektórzy, Komisja Europejska rzeczywiście miała przyjąć w przyszłym roku propozycję dyrektywy, która uczyniłaby wydobycia gazu łupkowego nieopłacalnym, a Rada i Parlament by ja zaakceptowały, gdyby rzeczywiście położyło to kres polskim nadziejom, to poparcie dla UE w ciągu paru dni mogłoby spaść do irlandzkiego poziomu. Bez względu na uzasadnienia towarzyszące decyzji. Polacy mogą popierać UE i być przeciw wprowadzeniu euro, ale ich poparcie dla UE będzie bardziej bezpośrednio związane z poparciem UE dla gazu łupkowego. Czy Komisja Europejska jest świadoma symbolicznego wymiaru łupków? Obawiam się, że nie. Więc jeśli Donald Tusk jeszcze tego nie zrobił, to pewnie powinien złapać za telefon i zadzwonić do Barroso. To nie jest techniczne zagadnienie na ministerialnym poziomie.

2012-09-13

Szkoci i Katalończycy mogą utracić unijne obywatelstwo


W 2014 roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, zmieni się skład Komisji Europejskiej. Tego samego roku, o czym pamięta się rzadziej, Szkoci wypowiedzą się w sprawie swojej niepodległości. Szkockie referendum, podobnie jak katalońskie ambicje niepodległościowe, jest elementem unijnego kalendarza. Wybór niepodległości może bowiem oznaczać dla obywateli nowoutworzonych państw utratę obywatelstwa UE i prawa do reprezentacji w unijnych instytucjach.

Dziś odbywa się w Edynburgu rządowe posiedzenie na temat organizacji referendum. Zwolennicy oderwania się od Zjednoczonego Królestwa mają nadzieję, że następnym krokiem będzie rozpoczęcie rozmów między szefem brytyjskiego rządu Davidem Cameronem i szkockim premierem Aleksem Salmondem. Tymczasem Katalonia wciąż żyje sukcesem manifestacji zorganizowanej dwa dni temu z Barcelonie, największej od 1977 roku. Wtedy jednak chodziło o autonomię regionu w ramach Hiszpanii, tym razem półtora miliona ludzi (według policji, dwa miliony według organizatorów) domagało się niepodległości.

Dążenia niepodległościowe nie przypadkiem nasiliły się w czasie kryzysu gospodarczego. Zarówno Szkocja jak i Katalonia wierzą, że same poradzą sobie lepiej niż pod zwierzchnictwem Londynu i Madrytu. Wpływy podatkowe Katalonii stanowią jedną piątą hiszpańskiego budżetu. To najbogatszy region i najwięcej wpłacający do wspólnej kasy, ale też najbardziej zadłużony. Kataloński dług wynosi 42 miliardy euro. Do końca tego roku Katalonia powinna spłacić prawie sześć miliardów euro. Niewykonalne. Dlatego urzędujący w Barcelonie rząd (koalicji Convergència i Unió) zwrócił się z w sierpniu o pomoc finansową do rządu w Madrycie. Wtorkowa manifestacja, poza wyrazem rzeczywistych dążeń niepodległościowych, była bez wątpienia argumentem w negocjacjach. Trudnych, bo kasa w Madrycie też świeci pustkami.

Wiodącym hasłem barcelońskiej manifestacji była "Niepodległa Katalonia w Europie". W Szkocji najpoważniejszym argumentem przeciwników niepodległości jest jej spodziewane osamotnienie w zglobalizowanym świecie. Ich zdaniem Zjednoczone Królestwo jest dla Szkocji największym rynkiem zbytu, a nie konkurentem; brytyjska armia – gwarantem szkockiego bezpieczeństwa; budżet Londynu – zabezpieczeniem dla szkockich banków, takich jak RBS czy HBOS. Zwolennicy niepodległości uważają, tak jak Katalończycy, że odpowiedzią na wszystkie te zagrożenia jest Europa. Właściwie mają rację. Gdyby zrealizowany został  federacyjny projekt przedstawiony wczoraj przez Barroso, mieli by rację jeszcze bardziej.

Ale ostatnie deklaracje polityków i stanowisko Komisji Europejskiej to prawdziwy kubeł zimnej wody na głowy nacjonalistów. Po pierwsze, status nowego niepodległego państwa to kwestia prawa międzynarodowego, a nie unijnych traktatów. Po drugie, obywatelami UE są obywatele państw członkowskich (artykuł 20. Traktatu). Nie ma wśród nich ani Szkocji ani Katalonii. W przypadku uzyskania (czy, jak chcą nacjonaliści, odzyskania) niepodległości, oba kraje musiałyby dopiero o członkostwo w UE się ubiegać. A nawet w najprostszych przypadkach nie dzieje się to z dnia na dzień. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...