Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NRD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NRD. Pokaż wszystkie posty

2014-01-22

Państwo PiS jest nie z tej Europy (3) Rolnictwo: polska wieś dla polskich rolników (unijne dopłaty też)

Wieś nigdy nie była głównym zapleczem wyborczym małomiasteczkowego PiS. Ale to się zmienia, poparcie dla PiS rośnie na wsi, maleje w miastach. Starając się zdobyć elektorat pozostający wierny PSL, PiS musi przelicytować miękką retorykę ludowców. Dlatego mówiąc o rolnictwie sięga do języka swych byłych koalicjantów: LPR i Samoobrony. 

Głównym argumentem jest straszenie obcymi, bo to przecież niezawodny sposób budowania kapitału politycznego przez populistów. Masowy wykup gruntów przez cudzoziemców, głównie przez Niemców, okradanie rolników i hodowców przez wielkie, zachodnie koncerny, nieuczciwe dopłaty unijne, polityka rolna definiowana poza Polską i, to oczywiste, wbrew Polsce: przed tym wszystkim chce nas uchronić premier Kaczyński, który "całkowicie odrzuca politykę lekceważenia wsi" (w odróżnieniu od "obecnego premiera" dającego wyraz swemu lekceważeniu poprzez " praktyczny brak wypowiedzi w tej sprawie").  "Dziś znów jest partia, która broni interesów polskiej wsi i polskiego narodu. Tą partią jest PiS" - głosił Jarosław Kaczyński w ostatnią niedzielę (19 stycznia 2014) w Wierzchosławicach na wiecu z okazji 140. urodzin Wincentego Witosa, oponenta Piłsudskiego, trzykrotnego premiera RP i twórcy polskiego ruchu ludowego, na którego dziedzictwo powołuje się PSL.


Nie oddamy polskiej ziemi

Kaczyński regularnie powtarza obietnicę "zabezpieczenia własności polskiej ziemi" (w czerwcu 2013 w Sosnowcu, w styczniu 2014 w Wierzchosławicach). Albo nie wie, albo zapomina, że w Unii Europejskiej obowiązuje swoboda przepływu kapitałów. To jedna z podstaw rynku wewnętrznego. Brytyjczycy mogą kupować ziemię we Francji, Francuzi w Niemczech, Niemcy we Włoszech, i gdzie tylko chcą, bo jest wolność obrotu ziemią. Polacy też mogą. Jednak kupowanie ziemi w Polsce jest na razie dla cudzoziemców utrudnione. W czasie negocjacji o przystąpieniu do UE Polska, jako jedyna spośród państw kandydujących, uzyskała najdłuższy w unijnej historii dwunastoletni okres przejściowy na zakup przez cudzoziemców gruntów rolnych i leśnych. Memorandum wygasa w 2016 roku. Wtedy będą obowiązywać w Polsce takie same reguły jak w całej UE. Trudno powiedzieć, czy tak długi okres przejściowy był potrzebny z ekonomicznego punktu widzenia. Nieugięte stanowisko polskich negocjatorów podyktowane było względami politycznymi. Obawiali się, że nacjonaliści skutecznie posłużą się argumentem "IV rozbioru Polski" by skłonić rolników do głosowania w referendum przeciw przystąpieniu Polski do UE. Rolnicy zagłosowali na "tak" i są dziś z tego zadowoleni. Ale po tamte argumenty sięga dziś Kaczyński. "Precz ze zdrajcami! Precz z Unią!" - takie okrzyki wznosili działacze rolniczej Solidarności na wiecu ku czci Witosa (wg. Polska the Times). Być może następnym razem usłyszymy go na wiecu w Miasteczku Krajeńskim, gdzie nad grobem Michała Drzymały będzie apelować o zachowanie polskości ziemi.

Michał Drzymała i jego nowy wóz w Grodzisku Mazowieckim, 1908.
Tymczasem od początku swej działalności Agencja Nieruchomości Rolnych sprzedała cudzoziemcom 2,2 tys. ha, czyli zaledwie 0,1 proc. wszystkich sprzedanych gruntów (2,2 mln ha). W 2010 roku Niemcy kupili w Polsce 150 ha ziemi. Cudzoziemcy ogółem (poza Niemcami to głównie Brytyjczycy, Holendrzy i Duńczycy) – 800 ha. To wielkości znikome. Prawda, że zdarzają się przypadki, gdy ziemię kupują podstawione osoby. Za małorolnym "słupem", którego nie stać by było na zakup kilkudziesięciu hektarów popegierowskiej ziemi, może stać zagraniczny koncern, niejednokrotnie podbijający cenę by uniemożliwić zakup lokalnym nabywcom. To spekulacja. Przeciw działaniom bezprawnym broni prawo. Rozwiązaniem są też przetargi zamknięte, tylko dla rolników z danej gminy, organizowane coraz częściej zwłaszcza na tych obszarach, gdzie ziemi brakuje. Ale tak czy owak chodzi o zjawisko marginalne.

O dziwo, to raczej Polacy wykazują się większą chęcią do inwestycji zagranicznych, licznie kupując domy i mieszkania w Niemczech. W byłej NRD przybywa przygranicznych wsi i miasteczek, gdzie słychać głownie język polski. Wśród głośnych ostatnio transakcji można wymienić zakup nieruchomości o powierzchni 4,5 ha przez firmę Amazon.com w podwrocławskich Bielanach. Amerykanie budują tam centrum logistyczne koncernu. Zastanawiam się jak Kaczyński zamierza "zabezpieczać" polską własność ziemi. Przez wynegocjowanie stałego odstępstwa od unijnych norm? To wykluczone. Przez wyjście z UE? Tego nie mówi. Kaczyński nie musi natomiast tłumaczyć, dlaczego składa taką obietnicę, bo to "oczywista oczywistość": polska ziemia dla polskich chłopów, Polska dla Polaków. To jest ton kampanii PiS: nacjonalizm.

Należy nam się więcej!

Dostajemy mniej niż powinniśmy, twierdzi Kaczyński i jego wyznawcy. Zasługujemy na więcej. Więcej, czyli przynajmniej tyle samo, co inni, dlatego PiS będzie walczył o "wyrównanie dopłat" rolnych. Dopłaty rzeczywiście nie są równe, jednak wbrew temu, co sugeruje Kaczyński, nie ma wysokiej dopłaty unijnej dla wszystkich i odpowiednio niższej dopłaty dla polskich rolników. W różnych krajach dopłaty są różne, i niekoniecznie w tak zwanych "nowych krajach" automatycznie niższe niż w "starych".

Trudno oczywiście zaprzeczyć, że system dopłat rolnych w UE jest oparty na anachronicznych zasadach. Płatności przyznane "starym" państwom członkowskim (UE 15) zależą od wielkości produkcji, okres referencyjny to lata 2001-2002. Historycznie rzecz ujmując, dopłaty miały rekompensować spadek dochodów (również w porównaniu do dochodów w innych dziedzinach gospodarki) idący w parze ze zwiększającą się produkcją. W krajach kandydujących, wychodzących z kolektywizmu, sytuacja była inna. Stąd różnice w traktowaniu nowych i starych. Dysproporcja jest więc uwarunkowana historycznie, dziś nie ma już uzasadnienia. Jest też oczywiste, że siła negocjacyjna przyjmujących była znacznie większa niż siła przystępujących do UE, a dopłaty rolne stanowiły największy sektorowy koszt rozszerzenia. Wprowadzony system stopniowego dochodzenia do równowagi nigdy do równowagi nie doprowadził. Wszyscy w UE są tego świadomi. Nowy system, wciąż negocjowany, ma poprawić sytuację, choć do całkowitego wyrównania dopłat nie dojdzie. Dotychczasowy system dopłaty do hektara upraw faworyzuje uprawy zbóż, hodowcy zwierząt są w gorszej sytuacji. Tak zwana "konwergencja" doprowadzi do poprawy sytuacji hodowców kosztem rolników, dotychczasowych beneficjentów. To też rodzaj odzyskiwania równowagi. I jak zwykle ktoś straci, ktoś zyska. Protesty przeciw zmianom będą usprawiedliwiane obroną korzyści nabytych. Tak było, gdy z powodu rozszerzenia UE rolnicy ze "starych państw" bali się, że będą musieli dzielić z "nowymi". Tak jest dziś, gdy reforma WPR (oczekiwana od dawna na przykład przez Wielką Brytanię) zakładająca stopniową liberalizację i redukowanie subwencji spotyka się ze sprzeciwem między innymi PiS. 

To wszystko jest zbyt skomplikowane, jak się okazuje, dla Jarosława Kaczyńskiego. "Należy nam się więcej" – zawsze: to hasło może przysporzyć wyborców i na tym polityczny zamysł PiS się kończy. Co z tego, że to stanowisko nie jest wynikiem analizy gospodarczej, strategii negocjacyjnej, znajomości sytuacji na rynku rolnym; że nie ma szans na dotrzymanie tej obietnicy. Co z tego, że w latach 2004-2013 Polska z UE otrzymała 138 mld 661 mln zł na realizację Wspólnej Polityki Rolnej i że żadna inna branża nie otrzymuje takiego wsparcia; że poza dopłatami do hektara polska wieś przeobraża się dzięki unijnym funduszom na rozwój obszarów wiejskich? Tak, to też są pieniądze dla polskiej wsi. Kaczyński zupełnie pomija te fundusze. Twierdzi, że "tylko ok. 10% środków spójnościowych trafia na wieś, choć mieszka tam ok. 40% mieszkańców naszego kraju." Gdyby być złośliwym, można by Prezesa odpytać ze znaczenia dla wsi funduszy przeznaczanych na infrastrukturę i ochronę środowiska. Tylko po co: każdą swoją deklaracją daje dowód całkowitej ignorancji w tej dziedzinie. Albo populistycznego cynizmu, gdyby się okazało, że wiedzę skrzętnie ukrywa, by zwerbować elektorat banialukami. 

Gdyby populizmem odpowiedzieć na populizm, należałoby go zapytać, czemu chce odebrać środki mieszkańcom miast i miasteczek (którzy nie dostają dopłat bezpośrednich do comiesięcznych dochodów) i dać je mieszkańcom wsi. Bo komuś odebrać by trzeba. W jaki sposób? Tego Kaczyński nie mówi. A szkoda, bo warto, ale językiem konkretów, a nie populizmu. W czasie negocjacji na temat unijnych ram budżetowych na lata 2014-2020 Polska, największy beneficjent unijnych dopłat, zdecydowała się silniej bronić funduszu spójności niż dopłat rolnych. Coś za coś, bo wbrew temu, czego domaga się Kaczyński, nie można dostać zawsze więcej, we wszystkich dziedzinach. Polska dokonała mądrego wyboru, bardziej opłacalnego dla gospodarki. Ale decydując się na takie rozwiązanie Tusk obiecał ministrowi rolnictwa rekompensatę ze środków spójności na rzecz rozwoju obszarów wiejskich (nie na dopłaty bezpośrednie). Dziś minister Kalemba domaga się dotrzymania obietnicy.

Polska bez GMO

To kolejne hasło Kaczyńskiego. Nie wiem, czy przemyślane, czy spodoba się wszystkim rolnikom. Ale mechanizm doboru haseł jest wciąż ten sam: niech się boją, tylko wtedy uwierzą, że ich uratujemy. Jako zażarty przeciwnik GMO i obrońca "produkcji naturalnej" Kaczyński staje w jednym szeregu z partiami Zielonych i z takimi ich aktywistami jak na przykład francuski europoseł José Bové. Jeszcze jedno ich upodabnia: antyamerykańska fobia Bové jest na miarę antyniemieckiej fobii Kaczyńskiego. Ale trudno mu będzie w tym towarzystwie wytrwać, jeżeli nie zmieni poglądów na politykę energetyczną, klimatyczną i środowiskową. Kaczyński – ekolog to złudzenie.  Nigdy nie słyszałem polityka PiS wychwalającego ideę "zazielenienia rolnictwa" (to znaczy poddania go w większym stopniu wymogom ochrony środowiska, nie tylko w zakresie rodzaju upraw, ale też zużycia energii). Polska wolna od GMO to Polska wolna od międzynarodowych koncernów (czyli od "obcych"), które "feudalizują polską wieś" – mówi nam Kaczyński. I na tym jego "ekologiczna" refleksja się kończy.

Polska jest jednym z ośmiu krajów UE (inne to Austria, Bułgaria, Grecja, Niemcy, Węgry, Włochy i Luksemburg), w których uprawa GMO jest zakazana. Konkretnie, zakazana jest uprawa genetycznie modyfikowanej kukurydzy MON810, jedynej, którą w niektórych krajach UE się widuje się na polach. Poglądy Kaczyńskiego w sprawie GMO nie są wiec odosobnione ani w Polsce ani w UE. Czym bardziej na lewo, tym silniejsze są tego rodzaju obawy. Nie uważam, żeby tych obaw nie należało brać na serio. Debata na temat modelu europejskiego rolnictwa, innego niż ten narzucony przez globalizację, toczy się we Francji, w Hiszpanii, w Niemczech i jest to potrzebna debata.


Uprawy na duńskiej wyspie Samsø, całkowicie samowystarczalnej 

energetycznie dzięki  energii odnawialnej.
Chodzi jednak o to, że na scenie europejskiej nawet w tych dziedzinach, gdzie można dostrzec punktowe zbieżności programu PiS z istniejącymi tendencjami politycznymi, Kaczyński pozostanie sam. Jego sojusz z politykami takimi jak José Bové czy Daniel Cohn-Bendit jest po prostu niewyobrażalny. Nawet jeśli ktoś kibicuje Kaczyńskiemu w sprawie OGM, zagranicznych koncernów czy "naturalnego rolnictwa", powinien wiedzieć, że jako polityk niezdolny do kompromisu, pozbawiony wiedzy (i ekspertów) w dziedzinie UE Kaczyński niczego w UE nie ugra. Nie chodzi o to, by wszystkie jego idee potępić w czambuł. Rzecz w tym, że dojście PiS i Kaczyńskiego do władzy oznacza całkowite osamotnienie Polski na scenie europejskiej. To nie jest dobry scenariusz dla naszego kraju. A czym większa polityczna i budżetowa stawka negocjacji, tak jak w rolnictwie, tym mniejsze szanse Kaczyńskiego na wynegocjowanie dobrego dla Polski kompromisu.

Skoro już jednak o poglądach Kaczyńskiego na GMO mowa, to należałoby go zapytać, czy po dojściu do władzy pomoże w przyjęciu przez UE dyrektywy, która ma unormować zasady, na jakich dany kraj zakazuje upraw GMO. Dziś prawo jest w tej dziedzinie niejasne. Polska, której na zdrowy rozum powinno zależeć, by dyrektywa weszła w życie, blokuje jej przyjęcie w Radzie od 2010 roku. Co na to Kaczyński? Nic. Milczenie. Temat zbyt skomplikowany, by go wykorzystać na populistycznych wiecach. 


NB. Dla przypomnienia: w latach 2014–2020 Polska dostanie 32,1 mld euro z funduszu Wspólnej Polityki Rolnej (12% więcej niż w latach 2007- 2013, mimo, że unijny budżet WPR zmniejszył się o 44 mld euro). W sumie w latach 2014-2020 inwestycje w polską wieś wyniosą 42,4 mld euro (177 mld zł). Na tę kwotę złoża się pieniądze z WPR (dopłaty rolne i fundusze na rozwój obszarów wiejskich), fundusze spójności (5,2 mld euro) i dofinansowanie z polskiego budżetu. (Wg. danych podanych przez min. Kalembę cytowanych przez Rzeczpospolitą 14/01/2014)



Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014
 

2014-01-15

Państwo PiS jest nie z tej Europy (1) Fundusze strukturalne: niech Unia się nie miesza, niech płaci

Katowice, przebudowa dworca                                 © Piotrus 2012
Jarosław Kaczyński i jego uczniowie nie dali się zwieść propagandzie Tuska, wedle której jego rząd wynegocjował dla Polski olbrzymie pieniądze z unijnego budżetu. Kaczyński, który z zasady odrzuca negocjacje jako metodę obrony interesów jest przekonany, że dostaliśmy, bo się nam po prostu należało. Naprawdę! Oraz, że dostaliśmy za mało, bo zawsze należy nam się więcej. Skoro już mamy unijne fundusze spójności, wykorzystamy je tak, jak sami tego chcemy, nie tak, jak sugeruje Bruksela. Jego postulat jest prosty: niech fundusze europejskie działają podobnie, jak polskie janosikowe: jako podatek na biedną Polskę płacony przez bogatą UE; tak, jak Warszawa płaci na Podkarpacie. Jednak nie z solidarności, wspólnoty interesu, czy na rzecz spójności terytorialnej i społecznej, ale w imię historycznej sprawiedliwości. Kiedy PiS dojdzie do władzy w Polsce (tak jak na Podkarpaciu), spożytkuje fundusze unijne właściwie, czyli tak, jak uzna za stosowne.

Rzad (PiS) wie najlepiej

Kaczyński odmawia UE wglądu w sposób wydatkowania w Polsce europejskich funduszy, bo Bruksela nie może przecież wiedzieć lepiej czego Polsce potrzeba niż sami Polacy. Konkretnie: nie wszyscy Polacy, bo obecny rząd na przykład nie wie, ale zapowiadany rząd PiS będzie wiedział najlepiej (pieniądze trzeba będzie wydać na przykład "na 300 tysięcy mieszkań rocznie, jak za Gierka" – co niedawno obiecywał mieszkańcom Ursynowa). Kaczyński wydaje się więc ortodoksyjnym zwolennikiem decentralizacji i subsydiarności, ale jedynie w tym jednym przypadku. W Polsce bowiem  opowiada się za centralizmem.

Owszem, bogate regiony (na przykład niegłosująca na PiS Warszawa, jedyny dziś płatnik janosikowego netto) mają płacić na biedne i najmniej rozwinięte regiony, które są zamieszkane przez elektorat PiS. "Prawo i Sprawiedliwość przywiązuje ogromne znaczenie do funkcjonowania samorządów. Dlatego zamierza wycofać się z polityki obecnego rządu, który obciąża samorząd, przerzucając nań finansowanie wielu zadań, co stawia je w trudnej sytuacji finansowej" – mówi nam Kaczyński. Nie proponuje jednak przekazania samorządom lub pozostawienia w ich rękach środków pozwalających na realizacje zadań, zamierza im zadania powierzone do realizacji odebrać. Rząd PiS się wszystkim zajmie, bo PiS wie najlepiej. 

Jest też - zdaniem Kaczyńskiego - najlepszym zabezpieczeniem przed korupcją, bo gdzie są duże pieniądze (a unijnych jest dużo) tam musi być korupcja. Jeden z najbardziej oszołomskich pisowców, Mariusz Kamiński, już zapowiedział, że po dojściu PiS do władzy będzie wielki audyt środków unijnych: "rozliczymy ich z każdego euro" (Dziennik, 11 stycznia 2014). Wiadomo, że PiS jak nikt potrafi fabrykować "wielkie afery", żeby udowodnić swoje oskarżycielskie tezy, nawet jeśli później z afery zostaje sprawa sadowa o pomówienie. Tym jednak razem wyniki audytu, ukierunkowanego niewątpliwie na wysoką wykrywalność, będą musiały zostać przedstawione Komisji Europejskiej, bo to unijne pieniądze. Łatwo sobie wyobrazić larum, które podniosą krytycy UE, gdy Komisja weźmie sobie do serca te audyty i każe zwracać pieniądze do unijnego budżetu. Larum będzie nie mniejsze, gdy Komisja uzna wyniki pracy rewizorów z CBA pod rządami Mariusza Kamińskiego za niewiarygodne.

Polska, kraj na dorobku

Odnosząc się do unijnej polityki spójności Kaczyński nie bierze pod uwagę dwóch podstawowych zasad: że fundusze strukturalne służą wyrównywaniu poziomów życia biedniejszych i bogatszych regionów Europy (o to chodzi w "spójności"), i że mają one służyć finansowaniu wspólnych priorytetów, ustalonych przez wszystkie państwa członkowskie. Kaczyński twierdzi, że nie potrzebuje wskazówek ani unijnych porozumień. Kaczyński uprzedza ewentualne brukselskie protesty: "UE nie powstała po to, żeby przeszkadzać krajom, które nadrabiają historyczne zapóźnienia". A Polska nadrabia, więc nie obowiązują jej wspólne zasady. Specjalny status kraju na dorobku - oto czego domaga się Kaczyński dla Polski, zapominając, że jako beneficjent środków spójności taki status de facto już ma. Kaczyński, krytykując Brukselę za mieszanie się w nie swoje sprawy zapomina też, że dystrybucja środków i wybór inwestycji w ramach wspólnych priorytetów (programy operacyjne) dokonują się na poziomie kraju, który jest beneficjentem unijnych funduszy. 

Analiza poglądów Kaczyńskiego na fundusze strukturalne i ich "właściwe" wykorzystanie prowadzi do oczywistej konkluzji: Kaczyński ma poglądy, ale nie ma wiedzy. Dał temu bardzo wyraźnie dowód, gdy po rekonstrukcji rządu zwołał konferencje prasową (25 listopada 2013) by udowodnić, że rząd Tuska i superminister Bieńkowska źle wydają unijne pieniądze. Co zdanie to, bzdura (niektóre bzdury demaskował na swoim blogu Konrad Niklewicz i anonimowy przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju Regionalnego prostując je na Twiterze na żywo).

Fundusze UE jako rekompensata za historyczne krzywdy

Krytykując UE za narzucanie Polsce sposobu inwestowania prezes PiS zapomina, że jeżeli któreś z państw członkowskich ma własne cele inwestycyjne, nie mieszczące się w unijnych priorytetach, może je zrealizować za własne pieniądze. Może, ale akurat Polska ma prawo domagać się pieniędzy na wszystko, bo należy się jej bardziej, niż komu innemu: wszak "Polska zapłaciła za II wojnę światową dramatycznie wysoką cenę". Wyższą niż Niemcy, a mimo to "unijne przywileje posiadają wschodnie Niemcy a nie Polska". Kaczyński sugeruje, że unijne "przywileje" dla NRD to rekompensata za sowiecką dominację, choć polskie krzywdy wojenne warte są więcej: "to gorzki żart ze sprawiedliwości, solidarności i spójności społecznej, a więc z zasad, do których odwołuje się Unia" (Sosnowiec, czerwiec 2013). 

Nie jest jasne, o jakich przywilejach przyznanych Niemcom mówi Kaczyński. Być może ma na myśli złotą mannę, którą Niemcy z Zachodu zasypali byłą NRD. Rzeczywiście, Unia musiała wyrazić zgodę na te inwestycje, bo w wielu przypadkach chodziło o pomoc państwa naruszającą zasadę rynkowej konkurencji. Kaczyński jednak nie wyjaśnia, jak ten przykład mógłby odnosić się do Polski. Czyżby żądał od Niemiec reparacji wojennych? Bardzo możliwe. Bo Kaczyński nie postrzega funduszy strukturalnych jako instrumentu wzmacniania spójności UE, tylko jako rekompensatę Zachodu dla Polski, za historyczne krzywdy, jakich doznała.  W 2009 roku w Radomiu, na konwencji wyborczej PiS poprzedzającej wybory do Parlamentu Europejskiego,  Kaczyński powiedział: "Zrobiliśmy bardzo dużo dla wolności nie tylko europejskiej, ale i światowej. Dlatego mamy mocną legitymację do tego, by mówić, że należy nam się rekompensata, bo nas zdradzono, bo była Jałta." I wszystko jasne.

Zdaniem Kaczyńskiego Unia nie wywiązuje się wystarczająco dobrze ze swego długu wobec bohaterskiej Polski, a Niemcy - butni i zaborczy, bogaci i chytrzy - tylko czyhają, żeby Polsce benefitów uszczknąć.  Germańska fobia Kaczyńskiego jest jednym ze stałych wątków w jego eurosceptycznych dywagacjach. Jest silniejsza niż fakty: Niemcy są głównym płatnikiem do unijnej kasy, a Polska jej największym beneficjentem. To ona otwiera listę sześciu państw, które w latach 2007 – 2013 z unijnej kasy dostały najwięcej. Z samej polityki spójności Polska otrzymała prawie 36 miliardów euro, czyli 22% wszystkich płatności przekazanych państwom członkowskim do sierpnia tego roku. Tylko, że ani cierpienie i bohaterstwo Polaków ani niemieckie przewiny sprzed 70 lat, ani "zdrada jałtańska" nie maja tu nic do rzeczy. Kaczyński tego nie rozumie, bo jest nie z tego świata, nie z tych czasów, nie z tej Europy.


Dla przypomnienia: Fundusze spójności stanowią 34 proc. budżetu Unii na lata 2014–2020, czyli 325 mld euro. Z tego dla Polski przewidziano najwięcej – 72,9 mld euro, więcej niż w poprzednim budżecie wieloletnim (69 mld), mimo, że budżet UE jako taki się zmniejszył.

Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



2013-09-16

Unia chciała źle, wyszło jak zwykle

Obyczaje łagodnieją. Sportowe zmagania zastępują wojownikom i ich kibicom wojny; boiska - pola bitew. W polityce natomiast Unia Europejska zastąpiła nielubianego sąsiada i obce mocarstwo. Zawsze można przypisać jej złe intencje. Jest w tej roli niezawodna, o wiele lepsza niż ten czy inny kraj, bo nie dość, że można ją oskarżyć o wszystko, to krytyka nie będzie uznana za szowinizm czy rasizm (UE to nie naród), nie wywoła dyplomatycznego konfliktu (UE to nie państwo i, bądźmy szczerzy, dyplomacji z prawdziwego zdarzenia nie posiada), nie sprowokuje gniewu opinii publicznej (nie ma europejskiej opinii publicznej) i - choćby nie wiem jak informacja o UE była kłamliwa - nie wywoła sprostowania, bo liczne służby prasowe instytucji unijnych nie chcą, nie potrafią lub nie są w stanie przekłamań skutecznie prostować.

Dlaczego UE jest niezbędna i pozostaje popularna

Wbrew temu co się słyszy i jest w dobrym tonie powtarzać, UE pozostaje niezmiernie popularna i bliska ludziom. Ze wszystkim im się kojarzy. Nie to co jakiś ONZ czy NATO, że o OBWE nie wspomnę. Czy ktoś słyszał, że NATO nas za drogo kosztuje? Że urzędnicy OBWE za dużo zarabiają? Że ONZ narzuca Polsce jakieś przepisy? UE jest ulubionym tematem mediów uznawanych niesłusznie za eurosceptyczne. Niesłusznie, bo sceptycyzm to niechętny brak pewności, nieufne niezdecydowanie. Tymczasem krytyka UE w eurosceptycznych mediach naznaczona jest bezgraniczną pewnością, stała się pasją, uzależnieniem. Nie tylko w mediach: takie partyjki jak brytyjski UKIP na przykład w ogóle nie miałyby racji bytu, gdyby nie było UE. Czy nie należałoby uznać, że UE przyczynia się do pluralizmu? UE jest naturalnym terenem zalewowym dla oceanu jadu i nienawiści niektórych polityków, przyjmuje na siebie uderzenie fali nieczystości. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby choć część niszczycielskiej energii posłanki Pawłowicz czy innej Sobeckiej nie została pochłonięta przez, za przeproszeniem, "Brukselę". Na pewno komuś by się oberwało. Byłyby ofiary, jak nic.

Konkuzja: Unia Europejska jest i będzie potrzebna dopóty, dopóki nie wygaśnie w mediach i w polityce potrzeba szukania winnego (nawet, gdy nie ma winy), ferowania oskarżeń (nawet, gdy nie ma o co oskarżać), demaskowania wroga i spisku (nawet, gdy spisku nie ma a wróg nie wie, że spiskuje). Inaczej mówiąc: UE będzie potrzebna zawsze. By jednak UE mogła pełnić tę potrzebną społecznie funkcję, należy przyjąć dwa założenia. Po pierwsze: Bruksela zawsze chce źle; po drugie: fakty nie są ważne. Potem wystarczy wybrać temat. Każdy okaże się samograjem. Tak jak historia o legalizacji prostytucji przez UE, którą niedawno tu opisałem.

Z unijną flagą od kołyski po grobową deskę

A teraz praktyka. Obywatel UE ma prawo swobodnie przemieszczać się po unijnym terytorium, podejmować tam pracę, zapisać się na studia, odbywać praktyki zawodowe. Tak do końca jednak swobodnie nie jest. Potrzebnych jest zwykle kilka banalnych papierków wydanych przez administrację krajową. Pewnie niejeden, tak jak ja, zastanawiał się dlaczego ma wykładać kilkadziesiąt euro (waluta dowolna, w zależności od kraju) na podstemplowanie i przetłumaczenie w swoim konsulacie typowych zaświadczeń (odpisy aktów narodzin, zgonu, zawarcia małżeństwa) celem przedłożenia ich administracji kraju UE, w którym akurat się znalazł. I dlaczego nie może załatwić tego od ręki. Komisja Europejska znalazła bardzo proste rozwiązanie: wystarczy z 28 formularzy, dajmy na to aktów urodzenia, zrobić jeden. Bez żadnego tłumaczenia na wszystkie języki i bez dodatkowych pieczątek, z samej konstrukcji dokumentu, z obowiązkowego zestawu standardowych danych umieszczonych w standardowej kolejności, portugalski urzędnik będzie mógł się dowiedzieć z polskiego dokumentu tego samego, co z dokumentu portugalskiego i na tej podstawie załatwić sprawę. Przypominam: chodzi o dokumenty absolutnie podstawowe, takie jak odpis aktu ślubu czy urodzenia. Jeżeli władze Polski będą chciały podkreślić unijną kompatybilność wydanego przez siebie dokumentu, będą mogły dodatkowo umieścić na nim flagę UE.

W prasie brytyjskiej podniósł się raban: Bruksela pozbawi nas naszych krajowych dokumentów! Każe zastąpić królewskie emblematy znienawidzoną flagą okupanta. Złote gwiazdki, błękitne tło od narodzin aż po śmierć? Nigdy! Tłumaczenie, że królewskie emblematy mogą zostać, a unijna flaga jest opcjonalna na nic się nie zdają. Zapewnienia Komisji Europejskiej, że takie dokumenty będą mogły (jeżeli propozycja zostanie przyjęta) a nie musiały być wydawane przez krajowe administracje nie przekonują. Że nie zastąpią dokumentów krajowych, też nie. Bo Bruksela chce zawłaszczyć wyspiarzy stopniowo i potajemnie: nawet jeśli dzisiaj to jest opcja, to jasne, że kiedyś stanie się obowiązkiem. No way!

"Made in", niemiecka chluba i polski wstyd

Niemiecką opinię publiczną zaalarmowały prasowe doniesienia o zbilżającym się końcu oznaczenia Made in Germany. Bruksela chce je ponoć zastąpić Made in EU. Made in EU miałoby też wyrugować oznaczenia jakości produktów. Jest się o co martwić, bo dla wielu konsumentów, nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce na przykład, Made in Germany to znak jakości sam w sobie. Kiedyś, w PRL, nawet Made in GDR, jako ersatz prawdziwej niemieckości, gwarantował w oczach Polaka wyższą niż przeciętna w RWPG jakość towaru. Było to jednak w czasach, gdy chińskie piórniki z ceraty, zapachowe gumki i zabawki były oznaką luksusu, którego warte były kochane polskie dzieci. Dziś Made in China oznaką luksusu nie jest, NRD nie istnieje, ale oznaczenie kraju pochodzenia na towarze nie straciło na znaczeniu.

Jak jednak oznaczyć kraj pochodzenia na produkcie wymyślonym w Wielkiej Brytanii, wykonanym w Chinach z wykorzystaniem holenderskiego patentu i komponentów pochodzących z trzech różnych krajów, do którego tuż przed włożeniem do pudełka dodano dwie części pochodzące w Niemczech? Jak nabywca ma się dowiedzieć, gdzie wyprodukowano kupiony przez niego przedmiot, zwłaszcza, jeśli okaże się wadliwy lub niedopowiadający opisowi? Artykuły niebezpieczne dla życia lub zdrowia konsumenta są zgłaszane do unnijnego systemu Rapex, dzięki któremu takie przedmioty są z rynku eliminowane. Ale aż w przypadku 10% takich produktów nie da się ustalić skąd pochodzą.

Owszem, w UE są przepisy w tej dziedzinie. Ale te unijne, rozsiane w różnych miejscach, każdy kraj stosuje jak chce a do tego ma jeszcze multum własnych przepisów. Komisja zaproponowała, żeby przepisy zebrać w jednym rozporządzeniu. Miałoby ono między innymi sprawić, by na towarach, również tych importowanych, obowiązkowo umieszczana była nazwa i adres producenta. Bez zmiany pozostały znajdujące się w innym akcie prawnym przepisy dotyczące oznaczenia Made in, a również zasada, że można opcjonalnie stosować Made in EU lub Made in z nazwą kraju.

Natychmiast podniósł się raban w Niemczech, że ponoć UE ma zakazać znaku Made in Germany, Germany zastępując UE. Tymczasem Made in Germany to gwarancja jakości, najlepszy sposób promocji. W Polsce protesty zaczęły się z miesięcznym opóźnieniem, bo do Polski daleko i wszystko później dociera zapewne. O dziwo, opisany w prasie sprzeciw konfederacji pracodawców Lewiatan skierowany jest w stronę przeciwną: ponoć UE ma zakazać znaku Made in EU, EU zastępując nazwą kraju pochodzenia. Tymczasem, jak należy domniemywać, oznaczenie Made in Poland to wstyd. Kto kupi polskie produkty, gdy nie da się ich wstydliwegompochodzenia ukryć za Made in EU? Kiedy się okazało, że wielka afera jest wynikiem czytania rozporządzeń bez zrozumienia albo nieczytania, protesty ucichły. Ale ślad w prasie, bez sprostowania, pozostał. A mity mają długie życie. Ostatnio znowu pisał o tym Wprost, ubolewając nad losem polskich producentów kosmetyków. Tymczasem kosmetyki w ogóle nie są objęte nowelizacją, bo są dla nich odrębne, branżowe przepisy. Poza tym nie zauważyłem, żeby polskim kosmetykom ich polskość specjalnie przeszkadzała. Inglot ma więcej sklepów w Hiszpanii, Rosji i USA niż w Polsce (sam byłem w tym nowojorskim na Broadwayu).

Będą nam zabierać pieniądze

Na krótko, ale za to żywym płomieniem zapłonęło medialne ostrzeżenie nowego szefa NIK, Krzysztofa Kwiatkowskiego, przed zamachem Unii na fundusze strukturalne przeznaczone dla Polski. Informowały o tym w sierpniu Polsat, Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza. Kwiatkowski odkrył, że Europejski Trybunał Obrachunkowy, dotąd "fasadowe" ciało doradcze (tak napisali w DGP), uzyskał nowe uprawnienia. Na ich mocy unijni nikowcy będą teraz ponoć mogli nakazać Komisji Europejskiej zabranie Polsce funduszy spożytkowanych niezgodnie z unijnymi regułami. Komisja zaś obowiązkowo i ochoczo z tego skorzysta, żeby zabrać Polakom i dać innym na realizowanie priorytetów ważniejszych dla Brukseli niż polskie potrzeby. Komisja będzie tak ponoć mogła zrobić dzięki nowemu mechanizmowi elastyczności wprowadzonemu do przepisów dotycząch unijnego budżetu. Kwiatkowski zna sposób, jak storpedować te niecne zamiary: NIK z większą niż dotąd uwagą sam musi kontrolować wydatkowanie unijnych funduszy, żeby nie dać Brukseli pretekstu.

Konkluzja słuszna: NIK powinien pilnować, czy publiczne pieniądze są w Polsce wydawane zgodnie z prawem. Dla tych, którzy wątpili w zasadność nominacji Kwiatkowskiego, sprawa powinna być wreszcie jasna: chłop bezbłędnie opanował cele działania NIK, więc się na Prezesa nadaje. Ale analfabetyzm Kwiatkowskiego w kwestiach unijnych jest porażający. Dyskryminujący jest brak wiedzy na temat ETO, unijnego NIK. W praktyce, Komisja Europejska zawsze uwzględniała w swoich raportach i decyzjach wyniki audytu ETO, nie ma więc żadnej zmiany. I nie ma nowych przepisów. Żeby zmieniły się kompetencje ETO, trzeba by zmienić traktat o funkcjonowaniu UE. Nikt go w tym zakresie nie zmieniał i nie ma takich planów. Wszystko to nie ma absolutnie nic wspólnego z wieloletnimi ramami budżetowymi UE, a mechanizm elastyczności nie tym polega. Tyle w sprawie faktów. Złe, antypolskie intencje Komisji Europejskiej, która chce Polsce zabrać, żeby dać innym, to już kwestia osobistych przekonań prezesa NIK. Przekonań dość pisowskich zresztą, opartych na aksjomacie, wedle którego Polska otoczona jest wrogami. Nie wiem, czy przekonania przeszkodzą Kwiatkowskiemu w pracy, ale wiedza szefa NIK i jego szacunek dla faktów budzą moje obawy.

 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...