Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPL. Pokaż wszystkie posty

2017-03-05

W tym szaleństwie jest metoda

Psychiczny czy cyniczny? Wariat czy polityczny geniusz? Po ponad dwóch latach od przejęcia władzy przez PiS, ten dylemat pozostaje dla wielu podstawą analizy zdarzeń, których sprawstwo przypisuje się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wystawienie Jacka Saryusz-Wolskiego jako kandydata na przewodniczącego Rady Europejskiej przeciw kandydaturze Tuska to świetna okazja, by wykazać, że nie ma sprzeczności: wariat może działać racjonalnie. Pytanie: z jakim skutkiem.


Donald Tusk i Jacek Saryusz-Wolski na zebraniu EPL, 20.10.2016 © UE 2016
Ci, którzy pukają się w głowę, zwracają uwagę, że Wolski przecież nie ma szans, więc po co? Odwołująca się do najprostszych instynktów odpowiedź jest taka, że na złość Tuskowi. Ci, co skłonni są decyzje polityczne tłumaczyć wymogami retoryki, chcą wierzyć, że taki ruch (wyłącznie na potrzeby polskiej sceny politycznej) pozwala PiS oddalić od siebie zarzut szkodzenia polskiemu kandydatowi. No tak, bo przecież Wolski też jest z Polski.

Inni, polityczni stratedzy, węszą podstęp: Kaczyński oczywiście wie, że Wolski jest bez szans, ale w ten sposób chce go zmusić,  by zrobił coming-out. Polityk o wyjątkowo (nawet jak na polityka) rozbujanym ego, z bardzo jasnym pomysłem na siebie (od zawsze), mimo, że od dawna zasłużony dla pisowskiej wizji Europy (przypominam "pierwiastek albo śmierć"), działa z ukrycia, przyczajony w PO z obawy, by zbyt jawne zbliżenie się do PiS nie spaliło go w Brukseli jako ekstremisty. Chciał być Wolski postrzegany jako człowiek POPiSowego środka, z Gowinem, Ujazdowskim, Szymańskim? Idealny kompromisowy kandydat na komisarza w przyszłości? To mu Kaczyński zrobił coming-out i w ten sposób wzmocnił swoją brukselską ekipę narodową złożoną z Legutki, Krasnodębskiego i Czarneckiego. A że teraz o Wolskim, już kandydacie Kaczyńskiego, się w Europie mówi, to dobrze: wszystko jedno jak o tobie mówią, byle mówili. Przyda się może na później.

Wszystkie te odpowiedzi się jakoś bronią. I wszystkie też można podważyć. Ale mniejsza o odpowiedzi. Najważniejsze pozostaje pytanie: nie po co i nie dlaczego, ale z jakim skutkiem. Wszystko samo się wyjaśni, już niedługo. Najbardziej prawdopodobne są dwie opcje.

Porażka Kaczyńskiego

Pierwsza, to opcja porażki Kaczyńskiego. Na polu międzynarodowym, a zwłaszcza europejskim, działają inne mechanizmy niż na polskim podwórku. W Polsce można sobie poradzić z publicznymi mediami, ze służbą cywilną, z konstytucją i Trybunałem konstytucyjnym, wkrótce może nawet z Sądem Najwyższym (oby nie). Ale jeśli Kaczyński myślał, że w sprawie Tuska wystarczy zrobić kolejny krok na tej samej drodze, to się przeliczy.

Nikt w UE nie potrzebuje go za sojusznika (nawet Orban widzi w nim bardziej alibi niż wspólnika). Nikt, nawet mało entuzjastyczni wobec integracji partnerzy, nie chcą na stanowisku szefa Rady człowieka zależnego od oszołoma i nacjonalisty. Tusk gwarantuje stabilność, tak bardzo dziś porzebną. Nikt nie chce złego precedensu: po co marnować wypracowany w tej sprawie konsensus? A zdecydowane i natychmiastowe poparcie Europejskiej Partii Ludowej dla Tuska to jasny sygnał dla socjaldemokratów: nie dajcie się skusić, bo z tego będzie konflikt.

Porażka Polski i Europy

Druga opcja to zwycięstwo Kaczyńskiego: udaje mu się odsunąć Tuska, osobista zemsta zostaje dopełniona, a test skuteczności wypracowanej w Polsce metody destabilizacji w celu przejęcia kontroli kończy się sukcesem. To scenariusz koszmarny dla Polski i koszmarny dla Europy.  Oznacza pojawienie się kandydata, którego nikt już nie szukał, bo nie było po co, skoro wszystko wydawało jasne. I oczywiście kandydatem tym nie jest Wolski, bo Wolski jest kandydatem na niby, czynnikiem destabilizacji.

Nowy, nieoczekiwany kandydat, byłby prawdopodobnie socjalistą, miałby poparcie znaczącego unijnego państwa (czyli Francji, bo nie Niemiec), pochodziłby z Europy południowej (dla zachowania pozorów, mógłby być ze wschodniej, ale gdzie takiego szukać?). O możliwości takiego scenariusza dowiedzielibyśmy się 9 marca, gdy na posiedzeniu Rady Europejskiej, zamiast wybrać Tuska, unijni przywódcy podjęliby decyzję o konieczności kolejnego, roboczego spotkania. Nie wierzę, by tak się stało. Ale alternatywą wobec kandydatury Tuska nie byłby Wolski: byłby nim ktoś, kogo jeszcze nie znamy.

Pierwsza opcja jest dla Polski zła, bo wzrośnie antyeuropejskie zacietrzewienie Kaczyńskiego i jego akolitów. Tusk pozostaje jednak w tym przypadku personifikacją nadziei unijnych liderów, że może proeuropejski (i prozachodni) kurs i demokratyczne państwo prawa mają jeszcze przed sobą w Polsce przyszłość. Druga opcja jest jeszcze gorsza, bo oznacza, że - po pierwsze - Europa machnęła już na Polskę ręką. A po drugie, że u podstaw nowego etapu integracji europejskiej leżeć będzie krótkowzroczność, klientelizm i - kryjąca się za złudnym przekonaniem o sprytnym wykorzystaniu populizmu i nacjonalizmu - skłonność do układania się z populistami i nacjonalistami.

Za rządów PiS nie ma dla Polski dobrego scenariusza. I na pewno nie ma scenariusza europejskiego.

2015-12-10

Przychodzi Cameron do Szydło, a Szydło też...

Cameron, premier kraju spoza kontynentalnej Europy, przyjechał do Szydło, premier kraju spoza demokratycznej Europy, w nadziei, że znajdzie tu poparcie w demontowaniu Unii i wygaszaniu integracji europejskiej. Polska premier bardzo by chciała, ale nie bardzo sobie może na to pozwolić. To przekleństwo pochodzić z kraju zbyt biednego, by realizować swe pragnienia i idee.


PiS i brtyjscy torysi należą na szczeblu europejskim do tego samego, konserwatywnego i euroceptycznego ugrupowania politycznego: EKR. David Cameron wie, że eurosceptycyzm obecnych władz polskich jest silniejszy niż jego własny. PiS jest więcej niż "euroceptyczny", on jest antyeuropejski: cywilizacyjnie, kulturowo i światopoglądowo. Cameron miał więc prawo liczyć na większe zrozumienie w kwestii sabotażu integracji europejskiej, niż podczas swej poprzedniej wizyty w Warszawie, gdy rozmawiał z Ewą Kopacz.

PO należy na poziomie unijnym do konserwatywnego i proeuropejskiego ugrupowania EPL. Brytyjscy torysi też należeli kiedyś do EPL. Wystąpili z niego, gdy Cameron uznał, że aby utrzymać pozycję polityczną musi wygrać z eurofobicznym, nacjonalistycznym UKIP-em. A ponieważ UKIP to partia jednotematyczna, to jedynym polem walki o rząd brytyjskich dusz, na którym mógł stanąć do konkurencji z liderem eurofobów, kabaretowym Nigelem Faragem, była krytyka Unii Europejskiej. Cameron strasznie się na tej taktyce przejechał. UKIP okazał się znacznie słabszym zawodnikiem, niż się Cameronowi wydawało. Ale było już za późno: chcąc przebić eurofobów, obiecał eurosceptycznym rodakom referendum w sprawie wystąpienia z UE.

Dziś Camron jest zakładnikiem tej obietnicy i z trudem udaje mu się żeglować po falach rozpętanej przez siebie eurofobii. Nie panuje już nad opinią publiczną. W kraju, zamiast pogrążyć UKIP, utrzymał go przy życiu. Londyńskie City bardzo się obawia spadku znaczenia i zdystansowania przez Frankfurt, gdyby rzeczywiście Londyn wziął z Brukselą rozwód. Cameronowi z trudem też przychodzi wmawianie przedsiębiorcom, że można utrzmać wszystkie korzyści jednolitego rynku mimo wystąpienia z UE. Cameron doprowadził do politycznej marginalizacji Wielkiej Brytanii w Unii. Z zaskoczeniem zaczął dostrzegać, że jego światowa pozycja też się osłabiła, bo Wielka Brytania jest ważna dla USA, Chin czy Rosji jako członek UE, mniej jako wolny strzelec.

Beacie Szydło też pewnie rozum podpowiada, wbrew podszeptom serca, że przynależność do Unii dodaje znaczenia: na wizytę Camerona kazała wyciągnąć z szafy unijne flagi. Słusznie, bo w końcu gdyby Polska nie była w Unii nie byłaby dla Camerona żadnym partnerem. Liczy się tylko dlatego, że może negocjować i głosować w Radzie. Pod unijnym proporcem Szydło zapewniała Camerona o swym poparciu dla jego "reformowania" Unii, niewątpliwie szczerze i ze znajomością rzeczy. W końcu podobnie jak Cameron chce "zreformować" integrację europejską, PiS "reformuje" w Polsce demokrację: pozbawiając ją fundamentów i instrumentalizując dla swoich potrzeb.

Ale poza niechęcią rządzących do Unii Polskę i Wielką Brytanię wszystko dzieli. Brytyjczy do unijnego budżetu płacą, my z niego czerpiemy. My chcemy przedłużenia sankcji wobec Rosji, oni niekoniecznie. My oczekujemy od Unii, że politycznie zablokuje Nordstream, oni, że się nie będzie mieszała do czysto gospodarczych decyzji. Dla nas priorytetem pozostaje Ukraina i Wschód, dla nich ISIS, Syria, Irak i terroryzm. Eurosceptycyzm torysów, w odróżnieniu od eurosceptyzyzmu PiS, nie idzie w parze z pogardą dla demokracji, przeciwnie: antykonstytucyjne działania obecnej sejmowej większości nie znajdą w Londynie uznania, tak jak nie znalazły działania Orbana. Pole wspólnych interesów jest wąziutkie: pisowski rząd ma nadzieje, że Cameron poprze wzmocnienie wschodniej flanki NATO. I to Cameron obiecał, co go kosztuje poprzeć? To bez większego znaczenia. Nie obiecał natomiast, że spełni drugi postulat Warszawy: utrzymanie obecnych zasad wypłacania zasiłków na Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Bo to go kosztuje. Szydło, jeśli już podliczyła koszty budżetowe zrealizowania obietnicy "500 złotych na dziecko" i koszty polityczne jej niezrealizowania, powinna wiedzieć, że Cameron też umie liczyć.

Nawet gdyby Polska miała zasoby finansowe Wielkiej Brytanii to, podobnie jak Cameron, pisowski rząd musiałby się mocno zastanowić, czy go stać na wyjście z UE. Gdyby uznał, że tak, mógłby wspólnie z Orbànem budować swoją alternatywną Europę byłych demoludów. Można by ją nawet budować z Londynem, gdyby Wielka Brytania rzeczywiście wystapiła z UE. Ale za dużo tego gdyby. Za dużo niezniszczalnych nadziei, sprzecznych interesów i kosztownych do spełnienia postulatów. PiS może sobie pozwolić na Budapeszt w Warszawie. Ale Londynu z Budapesztem nawet w Warszawie pogodzić się nie da. Eurofobia łączy, ale nie wystarcza. Bo jest ta cholerna demokracja.

Na podobne tematy:



2013-07-16

Chadecy w PE bronią państwa prawa (ale tylko w Czechach)

Miloš Zeman, Praga, 3 marca 2013
Europejska Partia Ludowa w PE, skupiająca chadeków i konserwatystów, wezwała dziś Komisję Europejską do zbadania, czy sposób powołania nowego czeskiego rządu nie odbywa się z naruszeniem podstawowych wartości Unii. Faktycznie, poczynania prezydenta Zemana budzą sporo obaw. Z kolei obrona wartości przez EPL budzi podejrzenia o hipokryzję, bo w przypadku Węgier i premiera Orbána ta sama frakcja nie daje dowodów aż tak silnego przywiązania do zasad demokracji i do państwa prawa. Wytłumaczenie jest proste: FIDESZ należy do EPL, a sam Orbán jest jednym z jego wiceprzewodniczących. Miloš Zeman natomiast jest politykiem lewicowym, a jego działania są wymierzone w większościową koalicję parlamentarną prawicy.

Othmar Karas, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, oświadczył dziś, że "poszanowanie państwa prawa i podstawowych wartości europejskich musi być nadzorowane i egzekwowane niezależnie od tego, o który kraj lub którą partię polityczną chodzi". Należy takiej deklaracji przyklasnąć apelując jednocześnie do europejskich chadeków, by sami się tej zasady trzymali. Tymczasem to właśnie EPL (do której należy też PO i PSL) doprowadziła do rozmycia przyjętej niedawno przez PE rezolucji dotyczącej sytuacji na Węgrzech. Chadecy osłabili przede wszystkim zapisy dotyczące kontrolowania przez UE stanu demokracji i poszanowania zasad prawa. Doprowadzili też do usunięcia odwołania do ewentualnych sankcji, które traktat pozwala nałożyć na państwo naruszające w sposób "poważny i stały" europejskie wartości. Mimo tej kuracji odchudzającej rezolucja PE spotkała się z bardzo ostrą krytyką członków rządu Orbána, a węgierski Parlament przyjął nawet kontr-rezolucję protestując przeciw niedopuszczalnej ingerencji UE w wewnętrzne - i z zasady niepojęte dla reszty świata - sprawy Węgier.

Tymczasem w Pradze prezydent Zeman powołał dziwny gabinet premiera Jiřego Rusnoka, ekonomisty, byłego ministra finansów a ostatnio osobistego doradcy prezydenta. W skład rządu fachowców weszli ludzie, których fach - w przypadku wielu z nich przynajmniej - polega głównie na współpracy z Zemanem w ramach lewicowej partyjki, która odłączyła się od socjalistycznej ČSSD. Ta ostatnia, w nadziei na szybkie przejęcie władzy, wezwała do rozwiązania niższej izby parlamentu. Głosowanie odbędzie się jutro, ale szans na poparcie tego wniosku przez większość raczej nie ma. Większość stanowi bowiem nadal koalicja partii prawicowych, na czele z ODS (razem z PiS należą do eurosceptycznej i heteroklitycznej ECR w europarlamencie) byłego premiera Nečasa, zmuszonego do dymisji w wyniku skandalu korupcyjnego wykrytego wśród jego współpracowników przez służby specjalne. 

Prawdopodobnie 9 sierpnia Parlament wypowie się w sprawie wotum zaufania dla powołanego przez Zemana rządu Rusnoka. Ale Zeman zupełnie świadomie powołał ten rząd nie tylko bez poparcia, ale wbrew większości parlamentarnej. Wie, że bez poparcia parlamentu jego rząd (bo że to on ma nad nim absolutną władzę nie ma wątpliwości) też będzie mógł rządzić. A potem będą przedterminowe wybory, które też mu są na rękę. Nie jest to niezgodne z literą konstytucji. Odbywa się jednak na pograniczu prawa, z naruszeniem - jak twierdzą jego oponenci - ducha konstytucji i przyjętej praktyki. O tym jednak Zeman nie chce słyszeć: prawo to prawo, nie ma czegoś takiego jak konstytucyjne zwyczaje. 

Jeżeli Komisja Europejska, zmuszona przez EPL, będzie rzeczywiście musiała zająć się Czechami, będzie miała trudny orzech do zgryzienia.


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...