Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że odkąd Jarosław Gowin dołączył do PJN, partyjka Pawła Kowala całkowicie już stoczyła się w otchłań populizmu.
Parę dni temu usłyszeliśmy od lidera tego wyborczego sojuszu, że jako Polacy kupować powinniśmy tylko polskie towary. Jeśli w innych krajach przyjmą podobną logikę, to nawet nie będzie alternatywy, bo skoro nikt naszych towarów nie kupi, będziemy to musieli zrobić sami. Taka wizja handlu i rynku. Dziś bojownicy z PRJG jeżdżą po Warszawie londyńskim autobusem z demobilu, by zaprotestować przeciw wyjazdom Polaków na saksy. Z rozbawieniem obserwuję jak dołączyli do przeciwników tak zwanego "socjalnego dumpingu". Do tych co, jak Francuzi w 2005, namawiają "polskiego hydraulika", żeby pozostał u siebie i nigdzie nie jeździł.
Przypomnijmy, że sprzeciw wobec "socjalnego dumpingu" jednoczy lewicowych i prawicowych przeciwników wolnego rynku (a nawet rynku w ogóle) i zwolenników "patriotyzmu gospodarczego" w najbobogatszych krajach UE: Francuzów, Holendrów, Belgów, Duńczyków. Ostatnio też Brytyjczyków, którzy protestują przeciw obecności u siebie pacowników ze "wschodu". Symbol czerwonego, londyńskiego piętrusa, którym Paweł Kowal jeździ po Warszawie, staje się w tym kontekście bardzo czytelny.
Oczywiście, znam retorykę PRJG: chodzi o to, żeby Polacy nie byli "zmuszeni" do pracy za granicą, żeby mogli pracować w kraju. A nie mogą! Przez kogo? No przez PO przecież, to jasne, bo wcześniej mogli i poźniej też będą mogli. Co tak naprawdę "zmusza" Polaków do wyjazdu na saksy? Albo do opuszczenia kraju na stałe? Pewnie to samo, co wszystkich obywateli krajów biedniejszych, którzy szukają wyższej płacy i lepszego życia w krajach bogatszych. A z unijnym paszportem w kieszeni przychodzi im to łatwiej niż tym, którzy go nie posiadają. Unijne obywatelstwo gwarantuje bowiem swobodę przemieszczania wewnątrz Unii: studentom, pracownikom, turystom. To jedna z czterech, konstytucyjnych wolności obywatela UE. To również jedno z narzędzi wyrównywania poziomów życia w państwach członkowskich i zarządzania rynkiem pracy, przeciwdziałania bezrobociu. Populistyczna krytyka tego stanu rzeczy jest paliwem wyborczym Nigela Farage'a w Wielkiej Brytanii czy Marine Le Pen z Frontu Narodowego albo Jean-Luca Mélanchon z Partii Lewicy we Francji. Wszyscy oni są przeciwni obecności wschodnich biedaków na swoim rynku pracy, nawet na podstawie unijnych przepisów o delegowaniu pracowników. Więc owszem, retoryka jest inna we wszystkich tych przypadkach, włączając wyborczą gadkę gowinowo-kowalową, ale wspólny mianownik ten sam: sprzeciw wobec socjalnego "dumpingu", gospodarczy "patriotyzm", antyunijny suwerenizm.
Zgodnie z wyznawanym przez siebie poglądem na mobilność siły roboczej Paweł Kowal powinien pozostać w rodzinnym Rzeszowie i tam walczyć z niesprawiedliwością, która "zmusza" Rzeszowian do stołecznej emigracji. A populistycznych przyjaciół z Londynu powinien przekonać do przejażdżki po mieście hiszpańskim autobusem, bo ponad 390 tysięcy Brytyjczyków mieszka w Hiszpanii. Kto ich zmusił? Pewnie, że nie wszyscy wyjechali za chlebem, ale wielu pracuje w innych krajach UE. Niemało też, bo 46 tysięcy, poszukuje pracy poza krajem i tam pobiera zasiłek dla bezrobotnych. I nie ma w tym nic złego: wspólny unijny rynek towarów, usług i kapitału jest też rynkiem pracy. Wciąż za mało a nie za bardzo wspólnym. Jego rozwojowi służy zwiększenie wymiany i przepływu, a nie tworzenie protekcjonistycznych barier prawnych lub ideologicznych. Takich jak nawoływanie do "gospodarczego" patriotyzmu, do unarodowienia rynku. To niebezpieczny anachronizm. Testowany przez lata w Albanii. Bez powodzenia. Ale w jednym z Pawłem Kowalem trzeba się zgodzić: ludzie w Polsce powinni być bogatsi, powinni żyć lepiej, Polska powinna być dostatniejsza. Który z wyborców się z tym nie zgodzi?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gowin Jarosław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gowin Jarosław. Pokaż wszystkie posty
2014-02-11
Proste europejskie wybory
Dobra wiadomość dla zwolenników prostoty w przedstawianiu świata: stan, w jakim znalazła się dziś integracja europejska jest bardzo prosty do opisania.
Jest kryzys. Jesteśmy w Europie. Dla jednych wyjść z kryzysu to wyjść z Europy (to znaczy wrócić do stanu sprzed integracji). Dla drugich, przeciwnie, żeby sobie z kryzysem poradzić, trzeba integrację wzmocnić (dziś jest przede wszystkim gospodarcza, powinna być polityczna, pójść w stronę federacji). Skutki wyborów, których dokonamy pod presją kryzysu, pozostaną, gdy kryzys się skończy.
Jest kryzys. Jesteśmy w Europie. Dla jednych wyjść z kryzysu to wyjść z Europy (to znaczy wrócić do stanu sprzed integracji). Dla drugich, przeciwnie, żeby sobie z kryzysem poradzić, trzeba integrację wzmocnić (dziś jest przede wszystkim gospodarcza, powinna być polityczna, pójść w stronę federacji). Skutki wyborów, których dokonamy pod presją kryzysu, pozostaną, gdy kryzys się skończy.
Zmniejszyć Unię, zwiększyć Polskę
W Polsce słychać przede wszystkim zwolenników tej pierwszej teorii, zgrabnie wyrażonej wyborczym hasłem partii Jarosława Gowina „Polska Razem”: „Wielka Polska w małej Unii”. Powinno być chyba „słaba” Unia, „albo płytka” bo w swoim programie gowinowcy domagają się, wbrew tytułowi, powiększenia UE, ale to szczegół. Jeśli ktoś chce powiedzieć „Wszechpolska” zamiast „Wielka Polska”, to też proszę się nie krępować: różnica jest jedynie retoryczna. Bo poza retoryką i polityczną gestykulacją, wzmocnioną na czas kampanii wyborczej (nie ma się co dziwić, bo dla niektórych partyjek miejsca w Europarlamencie to szansa na przetrwanie) poglądy w sprawie UE takich partii jak PiS, SP, PR JG i RN są praktycznie identyczne. Dosyć dobrze scharakteryzował je Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego, kandydat na europosła (poważnie!): Europa ojczyzn, związek suwerennych państw, precz z traktatem lizbońskim, skończyć z polityką klimatyczną i bronić palenia węglem, nigdy nie przyjmować euro (w rozmowie z francuskim Nouvel Observateur).
Ten program można wzbogacić innymi punktami z programu PR Gowina, na przykład postulatem by organizować referendum narodowe za każdym razem, gdy Unia miałaby uzyskać nowe kompetencje, albo oskarżeniem UE o wszystko, jak leci, na przykład o to, że za dużo Polaków wyjeżdża do pracy w Norwegii i Islandii. Albo opiniami Solidarnej Polski Ziobry, który lubi na przykład powoływać się na „wybitnych ekonomistów” przewidujących „upadek i katastrofę” strefy euro. Jego poglądy idealnie pokrywają się w tej sprawie z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, co zresztą otwarcie podkreśla, mimo, że PiS jest partią konkurencyjną w wyborach do PE, obie partie zabiegają przecież o ten sam elektorat. Ale jeśli chodzi o Unię Europejską, to różnic programowych i ideologicznych nie ma, konsensus jest całkowity, i niemal wszystko co na temat programu europejskiego PiS piszę od paru tygodni na tym blogu (Państwo PiS jest nie z tej Europy), można by też powiedzieć o SP, PR i, w dużej mierze, o RN.
Dalsza integracja czy status quo
Zwolenników dalszej integracji politycznej Europy wyraźnie widać właściwie tylko w Twoim Ruchu Palikota. To ugrupowanie, w przeciwieństwie PR Gowina, widzi wielką Polskę w wielkiej UE. Czym silniejsza Unia, a przede wszystkim jej wspólnotowy wymiar, tym lepiej dla Polski. Ale nawet w deklaracjach polityków tego ugrupowania nie dostrzegam głębokiej wiary w sens integracji europejskiej i zrozumienia tego procesu. To bardziej kwestia usytuowania na politycznym rynku, odróżnienia od innych, zbudowania tożsamości. Więcej w tym PR, polityki wizerunkowej, pragmatyzmu, niż idei. U polskich zwolenników integracji europejskiej zaobserwować można syndrom sierocy, zagubienie adoptowanego dziecka, bolesną nieświadomość korzeni. To wynik nieuczestniczenia Polski i Polaków w procesie integracji europejskiej od samego początku. Chcemy, jesteśmy za, ale nie czujemy do końca tego procesu.
W koalicji rządowej dominuje postawa utrzymania status quo. PO jest oczywiście bardziej proeuropejska niż jej koalicyjny partner, integracja europejska to dla Tuska najlepszy, i jedyny, sposób na budowę zasobnej Polski (zasobnej, bo zasoby są jednak na pierwszym miejscu). Proeuropejskość PSL jest, po pierwsze, objawem politycznego mimetyzmu, w końcu są w rządzie; a po drugie wynikiem pewnej ewolucji, której motorem - jak zawsze w przypadku tej partii – jest korporacyjny pragmatyzm: dzięki unijnym funduszom możemy zaproponować więcej naszym wyborcom niż bez nich. Utrzymanie status quo i program minimum: to uznawana za typową postawa PO i PSL wobec rzeczywistości, ironicznie nazywana polityką ciepłej wody w kranie, która ma zastosowanie również wobec UE. Trzeba przyznać, że nie różni się zasadniczo od polityki innych większości parlamentarnych obecnie u władzy w państwach europejskich. Rządzeni przez socjalistów Francuzi i Niemcy z chadekami u władzy też chcą status quo w UE. O dalszej integracji mówią coraz wyraźniej, ale jedynie w strefie euro. A to oznacza tylko tyle, że dziś już bez owijania w bawełnę politycznej poprawności wzywają do powrotu do małej Unii, tej sprzed wielkiego rozszerzenia, bo dzisiejsza wydaje im się zbyt kosztowna i niespójna (gospodarczo, społecznie, kulturowo i politycznie).
Wymarzone miejsce w przeszłości
Wyjątkowość Wielkiej Brytanii,,rządzonej przez torysów, w tym kontekście jest banalna. Nie jestem nawet pewien, czy wyjątkowość do dobre słowo, bo ma ono sens tylko, gdy możliwe jest porównanie bytów porównywalnych. A stosunek wyspiarskiego Zjednoczonego Królestwa do kontynentu zawsze charakteryzował się izolacjonizmem i silnym poczuciem odrębności celów i interesów. Ich relacja wobec UE nie odbiega od tej zasady. Oni też zresztą chcą powrotu, tyle, że jeszcze bardziej w przeszłość niż Francuzi i Niemcy: do czasu, gdy jednocząca się Europa nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście chce być czymś więcej niż ograniczoną do rynku i unii celnej EFTA. O ile można zrozumieć zbieżność programów polskiej opcji narodowo-eurosceptycznej (PiS, PRJG, SP, RN) z brytyjską wizją (nacjonalistów z UKIP i większości torysów) co do postulatu ograniczenia Unii do minimum, o tyle ich uwikłanie w sojusz z Brytyjczykami w innych sprawach jest wbrew naturze. Brytyjski egoizm i izolacjonizm wyklucza przecież bezinteresowną szczodrość, której od tak zwanego Zachodu oczekują polscy eurosceptycy z tytułu zadośćuczynienia za historyczną krzywdę Polski.
Chęć powrotu do przeszłości i izolacjonizm to cechy charakteryzujące postawę wobec integracji europejskiej w większości państw UE. Niepewność jutra w czasach kryzysu gospodarczego rozbraja polityczną odwagę i dalekowzroczność. Idea postępu (jakbyśmy tego terminu nie definiowali) trafiła do muzeum, którego kustoszami są zatwardziali konserwatyści. Ich konserwatyzm należy rozumieć dosłownie: jako determinację w zakonserwowaniu swoich własnych (swojego kraju, społeczeństwa) zdobyczy. Zdobyczy (na przykład socjalnych, na przykład poziomu życia), które kiedyś w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Francja uważano za objaw postępu. Które z kolei w takich krajach jak Polska czy Czechy też definiować trzeba dosłownie: nie damy sobie odebrać tego co zdobyliśmy, a więc i prawa do dalszych zdobyczy (z unijnego budżetu), bo jako biedniejsi i – jak lubi powtarzać prezes Kaczyński – „na dorobku”, potrzebujemy ich do życia. Ponieważ potrzebujemy, to nie chcemy wracać do czasu sprzed rozszerzenia. Wygląda na to, że w przypadku krajów korzystających z funduszy spójności koncepcja powrotu, kroku wstecz w integracji europejskiej, nie ma zastosowania.
Czy rzeczywiście? Polskie partie narodowo—eurosceptyczne domagają się Unii bez tych zasad, które - wedle chociażby definicji Joschki Fischera - są siłą napędową integracji europejskiej: zaufania, solidarności i kompromisu. Bo zaufanie miedzy państwami i narodami jest wbrew naturze, bo solidarność polega na tym, że oni dają nam pieniądze a my im logo „Solidarności”, bo kompromis to zdrada, która dowodzi, że skoro interesy każdy ma inne, zaufania być nie może. Można się jedynie spierać, czy rozumujący w ten sposób politycy i wyborcy chcą powrotu do sytuacji, gdy te integracyjne mechanizmy i pryncypia nie działały, czy też po prostu nie przyjmują ich do wiadomości, bo w głowie się im nie mieszczą. Jeśli ta druga interpretacja jest prawdziwa, to na ich usprawiedliwienie można jedynie powiedzieć, że w głowie im się zasady europejskiej integracji nie mieszczą dlatego, że byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny, gdy się one krystalizowały. I chyba spoza tej kurtyny nie wyszli do dziś. To specyficzna odmiana ukąszenia heglowskiego. Niestety, jego ofiarami padli nie tylko narodowcy-eurosceptycy, ale i spora cześć zwolenników integracji europejskiej, tak otumanionych historycyzmem, że utracili zdolność zrozumienia na czym integrowanie Europy polega, choć bronią tego projektu, bo wiedzą, że do czegoś się może przydać, że się opłaca. Czysty pragmatyzm.
Rower z napędem na ciepłą wodę
Podejście do historycznych zdobyczy i długość doświadczenia w integrowaniu Europy to różnice decydujące o stosunku do UE państw bogatych, które wymyśliły i nadały bieg integracji europejskiej, i tych „na dorobku”, które jako ostatnie przystąpiły do UE. W roku dziesiątej rocznicy polskiego członkostwa warto sobie te różnice uświadomić. To, co praktycznie wszystkie państwa UE dziś łączy, to pokusa powrotu (do lepszych czasów albo do bardziej zrozumiałej rzeczywistości) i izolacjonizm. Na tym właśnie polega kryzys integracji europejskiej, poważniejszy niż wszystkie pozostałe. Do tej pory przekonanie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni świetnie sprawdzało się w odniesieniu do integracji europejskiej: każdy kryzys stawał się bodźcem do pogłębienia i przyspieszenia procesu, bo siła powiązań między państwami zmuszała do poszukiwania wspólnych rozwiązań.
Dziś prawdziwość tej reguły potwierdza się przede wszystkim w odniesieniu do strefy euro, czy jednak rzeczywiście gwarantuje to trwałą konsolidację należących do niej państw? A jeśli tak, to co z tymi, którzy znajdą się poza tym obszarem? Trudno przewidzieć. Ale jeżeli dzisiejsze tendencje zmierzające do sformalizowania „zmiennej geometrii” Europy się umocnią, spór o Europę jeszcze wyraźniej niż dziś stanie się sporem fundamentalnym w polskiej polityce.
Bo na coś trzeba się będzie zdecydować: albo zrobić krok do przodu z tymi, którzy wzmocnią UE ograniczoną do strefy euro, albo krok wstecz z tymi, którzy chcą Unii bez kompetencji, powrotu do idei EFTA. To raczej zła wiadomość dla uprawiających politykę ciepłej wody w kranie: czas status quo właśnie się kończy. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że integracja europejska jest jak rower: w którąś stronę trzeba pedałować, żeby się nie wywrócić. Napęd na ciepłą wodę nie zadziała. Na węgiel też zresztą nie.
2014-02-05
Państwo PiS jest nie z tej Europy (6) W Polsce tylko polskie prawo
Że cały świat, od zawsze, czyha na Polska suwerenność, to wiadomo. Ale pod pomnikiem Piłsudskiego, w Dniu Niepodległości 11 listopada 2013, Kaczyński wyjawił narodowi jeszcze okrutniejszą prawdę: istnieją w Polsce wewnętrzne siły, które chcą pozbawić Polskę suwerenności. "To są dążenia o charakterze skonkretyzowanym, politycznym, odnoszącym się do takiej wersji sytuacji w Europie, takiego rozwiązania problemów europejskich, które w gruncie rzeczy uczynią nas zależnym członem europejskiej federacji, krajem, w którym nie będą zapadały podstawowe decyzje, który będzie wykorzystywanymi peryferiami". "Podstawowe decyzje" mają zapadać w Polsce. Nie z udziałem Polski, i nawet nie we współpracy z innymi, których dotyczą, ale w Polsce całkowicie i wyłącznie. Niestety, zdaniem lidera PiS tak nie jest, bo obcym zakusom na polską suwerenność sprzyja dodatkowo wewnętrzny wróg.
Kaczyński nie lubi gdy nazywać go nacjonalistą, ale to nacjonalizm całkowicie zdominował jego patrzenie na świat i na Polskę. To już nie jest tylko (euro)sceptyk, co na zimne dmucha i krytycznie odnosi się do tego czy owego. Prezes PiS podważa nie tylko jeden z fundamentów integracji europejskiej jakim jest współdecydowanie o wspólnych sprawach. Inaczej mówiąc: wspólne stanowienie prawa obowiązującego wszystkich partnerów, zgodnie z zasadą dzielonej suwerenności. Podważając zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego (w dziedzinach, w których wspólnota ma kompetencje oczywiście) nad prawem krajowym, Kaczyński sprzeciwia się jednej z podstaw prawa międzynarodowego, bez której żaden międzynarodowy traktat nie miałby sensu.
Gospodarzami w Polsce są (prawdziwi) Polacy
Głównym argumentem i podstawą retoryki Kaczyńskiego jest przestroga przed obcym: wróg nie śpi, bądźmy czujni i nieprzejednani. Kaczyński nie potrafi przeżywać swego patriotyzmu i pobudzać patriotyzmu u innych inaczej, niż wskazując wroga. A ponieważ walka o władzę dla tego lokalnego polityka rozgrywa się na scenie lokalnej najważniejsze jest skonstruowanie lokalnego, wewnętrznego wroga. Wróg jest zdrajcą, bo służy obcym interesom. Obcy, jak wiadomo, mają interes w tym, by pozbawić Polskę suwerenności. Gdyby ten sposób myślenia dominował wśród klasy politycznej po drugiej wojnie światowej, integracja Europy nigdy by się nie zaczęła, a zimna wojna trwałaby na przemian z wojną prawdziwą, jak to już nie raz w europejskiej historii bywało. Antyeuropejskość Kaczyńskiego nie objawia się wyłącznie sprzeciwem wobec takich czy innych konkretnych rozwiązań z dziedziny funkcjonowania demokracji, gospodarki czy handlu. Jej źródłem jest też system wartości, których sens zawsze wyraża się poprzez nienawiść, nieufność, nietolerancję. Patriotyzm Kaczyńskiego jest podobny do patriotyzmu Gomułki.
"Musi być jasne, że gospodarzami w Polsce są Polacy", mówił Kaczyński w wywiadzie dla Rzeczpospolitej we wrześniu 2013. Musi być jasne, ale dzisiaj nie jest. Jasne i jednoznaczne.
Po "niepodległościowych" manifestacjach PiS i innych ugrupowań nacjonalistycznych wiadomo, że chodzi o "prawdziwych" Polaków, o Polaków jednoznacznych. W Święto Niepodległości jeden z transparentów NOP na rondzie de Gaulle'a promował "Polskę dla Polaków". Zbieżność nie jest przypadkowa. Jednoznaczne muszą też być przepisy prawa polskiego, zgodne z systemem aksjologicznym. Kaczyński proponuje (w tym samym wywiadzie dla Rzeczpospolitej), by w konstytucji zapisać kwestię suwerenności Polski i wyższość krajowych przepisów nad prawem europejskim. Musi być jasno rozstrzygnięte, że gospodarzami w Polsce są Polacy i nie można nam narzucać niczego, co jest sprzeczne z polskim porządkiem prawnym i systemem aksjologicznym".
Z realizacją tego postulatu mam pewien kłopot, bo ja i Kaczyński obaj jesteśmy Polakami, ale nasz system aksjologiczny jest inny. Cała zaś logika tego wywodu opiera się na założeniu, że wszyscy Polacy maja ten sam system aksjologiczny, a porządek prawny jest odzwierciedleniem obowiązującej aksjologii. Kierując się swoją aksjologią nacjonalistyczni bojówkarze spalili budkę strażnika przed rosyjską ambasadą narażając Polskę na oskarżenia o złamanie konwencji wiedeńskiej. Wiadomo: konwencja, obce prawo.
Prymat prawa polskiego nad każdym innym
Pomysł, by zapisać w konstytucji, że UE szanuje polską suwerenność i tożsamość narodową pojawiał się już w przeszłości. W sejmie powołano nawet specjalną komisję nadzwyczajną (pod przewodnictwem posła Jarosława Gowina, dziś lidera "Polski Razem"), która uznała w 2011 roku, że taki zapis niczego nie wnosi. Potwierdził wówczas tę opinię, też na łamach Rzeczpospolitej, prof. Piotr Winczorek przypominając artykuł 90. polskiej konstytucji, który reguluje kwestię stosunków Rzeczypospolitej Polskiej do organizacji międzynarodowej. Jest na napisane, że Polska na mocy umowy międzynarodowej może przekazać organizacji międzynarodowej wykonywanie kompetencji swoich organów władzy publicznej.
Umowa międzynarodowa ma prymat nad prawem krajowym, bo jaki byłby sens umów międzynarodowych i traktatów, gdyby te umowy nie były dla wszystkich wiążące w jednakowy sposób? Gdyby mimo zawarcia umowy, każdy kraj mógł powiedzieć: podpisałem, ale się nie zastosuję, bo z moim prawem się to nie zgadza albo z moją aksjologią. Nie byłoby możliwości umówienia się w żadnej sprawie, nie byłoby dyplomacji, handlu międzynarodowego, współpracy obronnej. Zamiast zapisać w konstytucji, że międzynarodowe traktaty nie mają znaczenia, można ich po prostu nie podpisywać. Z organizacji międzynarodowych można wystąpić. Również z UE, na mocy prawa międzynarodowego i traktatu lizbońskiego. A kiedy się już gdzieś wstępuje i coś podpisuje, można i należy czynić to w zgodzie ze swoją konstytucją. Tak jak zrobiła to Polska podpisując w 2003 roku traktat o przystąpieniu do UE.
Unia trybunalska
Słynny niemiecki Trybunał Konstytucyjny w siedzibą w Karlsruhe orzekł w 2009 r, że ma prawo do kontroli aktów prawnych UE pod kątem zgodności z istotą niemieckiej ustawy zasadniczej. Podobnie jest w polskim prawie: nadrzędna jest rola polskiej konstytucji. Polski Trybunał Konstytucyjny jest "sądem ostatniego słowa": to on stoi na straży konstytucji. W jednym z orzeczeń uznał, że akty prawne stanowione przez instytucje Unii Europejskiej mogą podlegać jego kontroli, jeśli obywatel złoży na nie skargę konstytucyjną. Rozporządzenia unijne wchodzą bowiem bezpośrednio do systemu polskiego prawa (inaczej niż dyrektywy) i mogą teoretycznie zawierać postanowienia dotyczące praw i wolności obywatelskich. Nie oznacza to jednak, że Trybunał Konstytucyjny ma kompetencję, by stwierdzać nieważność unijnego prawa. Prawo UE, dyrektywy, rozporządzenia i decyzje, musi być zgodne z unijnymi traktatami, nad czym pieczę sprawuje Trybunał Sprawiedliwości UE. Ani polska ani niemiecka procedura kontroli unijnych rozporządzeń pod kątem zgodności z krajową konstytucją nie stoi w sprzeczności z zasadą prymatu prawa wspólnotowego nad prawem krajowym. Prymatu potwierdzonego po wielokroć, również w orzeczeniu dotyczącego kontroli aktów prawnych UE, przez unijny Trybunał.
Z punktu widzenia polskiego (podobnie jak niemieckiego) prawa sprawa jest jasna. Poza profesorem Winczorkiem wypowiadał się z tej kwestii wielokrotnie między innymi sędzia Stanisław Biernat. Ale dla Kaczyńskiego, który uprawia politykę opartą na pustej, nacjonalistycznej retoryce, nie ma to znaczenia. Chciałby konstytucji, która jest spisem jego wiecowych maksym, a nie prawem. Byłby ich jedynym egzegetą. I zawsze, gdy tylko przyjdzie mu taka ochota, mógłby powiedzieć unijnym partnerom: moja miedza, moje gospodarstwo, nic wam do tego. Nie sposób odmówić Kaczyńskiemu spójności poglądów. W końcu Polakom mówi to samo: to ja jestem tu jedynym gospodarzem. A kto myśli inaczej, ten zdrajca.
Cykl o programie europejskim PiS:
Kaczyński nie lubi gdy nazywać go nacjonalistą, ale to nacjonalizm całkowicie zdominował jego patrzenie na świat i na Polskę. To już nie jest tylko (euro)sceptyk, co na zimne dmucha i krytycznie odnosi się do tego czy owego. Prezes PiS podważa nie tylko jeden z fundamentów integracji europejskiej jakim jest współdecydowanie o wspólnych sprawach. Inaczej mówiąc: wspólne stanowienie prawa obowiązującego wszystkich partnerów, zgodnie z zasadą dzielonej suwerenności. Podważając zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego (w dziedzinach, w których wspólnota ma kompetencje oczywiście) nad prawem krajowym, Kaczyński sprzeciwia się jednej z podstaw prawa międzynarodowego, bez której żaden międzynarodowy traktat nie miałby sensu.
Gospodarzami w Polsce są (prawdziwi) Polacy
Głównym argumentem i podstawą retoryki Kaczyńskiego jest przestroga przed obcym: wróg nie śpi, bądźmy czujni i nieprzejednani. Kaczyński nie potrafi przeżywać swego patriotyzmu i pobudzać patriotyzmu u innych inaczej, niż wskazując wroga. A ponieważ walka o władzę dla tego lokalnego polityka rozgrywa się na scenie lokalnej najważniejsze jest skonstruowanie lokalnego, wewnętrznego wroga. Wróg jest zdrajcą, bo służy obcym interesom. Obcy, jak wiadomo, mają interes w tym, by pozbawić Polskę suwerenności. Gdyby ten sposób myślenia dominował wśród klasy politycznej po drugiej wojnie światowej, integracja Europy nigdy by się nie zaczęła, a zimna wojna trwałaby na przemian z wojną prawdziwą, jak to już nie raz w europejskiej historii bywało. Antyeuropejskość Kaczyńskiego nie objawia się wyłącznie sprzeciwem wobec takich czy innych konkretnych rozwiązań z dziedziny funkcjonowania demokracji, gospodarki czy handlu. Jej źródłem jest też system wartości, których sens zawsze wyraża się poprzez nienawiść, nieufność, nietolerancję. Patriotyzm Kaczyńskiego jest podobny do patriotyzmu Gomułki."Musi być jasne, że gospodarzami w Polsce są Polacy", mówił Kaczyński w wywiadzie dla Rzeczpospolitej we wrześniu 2013. Musi być jasne, ale dzisiaj nie jest. Jasne i jednoznaczne.
Po "niepodległościowych" manifestacjach PiS i innych ugrupowań nacjonalistycznych wiadomo, że chodzi o "prawdziwych" Polaków, o Polaków jednoznacznych. W Święto Niepodległości jeden z transparentów NOP na rondzie de Gaulle'a promował "Polskę dla Polaków". Zbieżność nie jest przypadkowa. Jednoznaczne muszą też być przepisy prawa polskiego, zgodne z systemem aksjologicznym. Kaczyński proponuje (w tym samym wywiadzie dla Rzeczpospolitej), by w konstytucji zapisać kwestię suwerenności Polski i wyższość krajowych przepisów nad prawem europejskim. Musi być jasno rozstrzygnięte, że gospodarzami w Polsce są Polacy i nie można nam narzucać niczego, co jest sprzeczne z polskim porządkiem prawnym i systemem aksjologicznym".
Z realizacją tego postulatu mam pewien kłopot, bo ja i Kaczyński obaj jesteśmy Polakami, ale nasz system aksjologiczny jest inny. Cała zaś logika tego wywodu opiera się na założeniu, że wszyscy Polacy maja ten sam system aksjologiczny, a porządek prawny jest odzwierciedleniem obowiązującej aksjologii. Kierując się swoją aksjologią nacjonalistyczni bojówkarze spalili budkę strażnika przed rosyjską ambasadą narażając Polskę na oskarżenia o złamanie konwencji wiedeńskiej. Wiadomo: konwencja, obce prawo.
Prymat prawa polskiego nad każdym innym
Pomysł, by zapisać w konstytucji, że UE szanuje polską suwerenność i tożsamość narodową pojawiał się już w przeszłości. W sejmie powołano nawet specjalną komisję nadzwyczajną (pod przewodnictwem posła Jarosława Gowina, dziś lidera "Polski Razem"), która uznała w 2011 roku, że taki zapis niczego nie wnosi. Potwierdził wówczas tę opinię, też na łamach Rzeczpospolitej, prof. Piotr Winczorek przypominając artykuł 90. polskiej konstytucji, który reguluje kwestię stosunków Rzeczypospolitej Polskiej do organizacji międzynarodowej. Jest na napisane, że Polska na mocy umowy międzynarodowej może przekazać organizacji międzynarodowej wykonywanie kompetencji swoich organów władzy publicznej.
Umowa międzynarodowa ma prymat nad prawem krajowym, bo jaki byłby sens umów międzynarodowych i traktatów, gdyby te umowy nie były dla wszystkich wiążące w jednakowy sposób? Gdyby mimo zawarcia umowy, każdy kraj mógł powiedzieć: podpisałem, ale się nie zastosuję, bo z moim prawem się to nie zgadza albo z moją aksjologią. Nie byłoby możliwości umówienia się w żadnej sprawie, nie byłoby dyplomacji, handlu międzynarodowego, współpracy obronnej. Zamiast zapisać w konstytucji, że międzynarodowe traktaty nie mają znaczenia, można ich po prostu nie podpisywać. Z organizacji międzynarodowych można wystąpić. Również z UE, na mocy prawa międzynarodowego i traktatu lizbońskiego. A kiedy się już gdzieś wstępuje i coś podpisuje, można i należy czynić to w zgodzie ze swoją konstytucją. Tak jak zrobiła to Polska podpisując w 2003 roku traktat o przystąpieniu do UE.
Unia trybunalska
Słynny niemiecki Trybunał Konstytucyjny w siedzibą w Karlsruhe orzekł w 2009 r, że ma prawo do kontroli aktów prawnych UE pod kątem zgodności z istotą niemieckiej ustawy zasadniczej. Podobnie jest w polskim prawie: nadrzędna jest rola polskiej konstytucji. Polski Trybunał Konstytucyjny jest "sądem ostatniego słowa": to on stoi na straży konstytucji. W jednym z orzeczeń uznał, że akty prawne stanowione przez instytucje Unii Europejskiej mogą podlegać jego kontroli, jeśli obywatel złoży na nie skargę konstytucyjną. Rozporządzenia unijne wchodzą bowiem bezpośrednio do systemu polskiego prawa (inaczej niż dyrektywy) i mogą teoretycznie zawierać postanowienia dotyczące praw i wolności obywatelskich. Nie oznacza to jednak, że Trybunał Konstytucyjny ma kompetencję, by stwierdzać nieważność unijnego prawa. Prawo UE, dyrektywy, rozporządzenia i decyzje, musi być zgodne z unijnymi traktatami, nad czym pieczę sprawuje Trybunał Sprawiedliwości UE. Ani polska ani niemiecka procedura kontroli unijnych rozporządzeń pod kątem zgodności z krajową konstytucją nie stoi w sprzeczności z zasadą prymatu prawa wspólnotowego nad prawem krajowym. Prymatu potwierdzonego po wielokroć, również w orzeczeniu dotyczącego kontroli aktów prawnych UE, przez unijny Trybunał.
Z punktu widzenia polskiego (podobnie jak niemieckiego) prawa sprawa jest jasna. Poza profesorem Winczorkiem wypowiadał się z tej kwestii wielokrotnie między innymi sędzia Stanisław Biernat. Ale dla Kaczyńskiego, który uprawia politykę opartą na pustej, nacjonalistycznej retoryce, nie ma to znaczenia. Chciałby konstytucji, która jest spisem jego wiecowych maksym, a nie prawem. Byłby ich jedynym egzegetą. I zawsze, gdy tylko przyjdzie mu taka ochota, mógłby powiedzieć unijnym partnerom: moja miedza, moje gospodarstwo, nic wam do tego. Nie sposób odmówić Kaczyńskiemu spójności poglądów. W końcu Polakom mówi to samo: to ja jestem tu jedynym gospodarzem. A kto myśli inaczej, ten zdrajca.
Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014
1) Fundusze strukturalne: niech Unia się nie miesza, niech płaci - 15.01.2014
2) Energia i klimat: ich klimat, nasz węgiel – 17.01.2014
4) Złotówka: suwerenna tarcza antykryzysowa – 29.01.2014
5) Polityka zagraniczna: nasza miedza, nasz płot – 01.02.2014
6) W Polsce tylko polskie prawo – 05.02.2014
8) Cała wstecz, cała w bok: damy radę! - 03.09.2015
Napisane w Blogsy
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.
Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...
-
To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Oneci...
-
©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipc...
-
Fot. Wikimedia Commons Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka...

