Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eurosceptycyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eurosceptycyzm. Pokaż wszystkie posty

2016-05-09

Dzień Europy: piękne święto smutnej refleksji

Półtorej minuty trwała wygłoszona przez Roberta Schumana deklaracja, która miała ostatecznie położyć kres trwającej przez wieki chorobie Europy. Trzeba było kilkudziesięciu lat, żeby Europejczycy zapomnieli sens i cel zainicjowanego 9 maja 1950 roku najmądrzejszego i najbardziej dalekowzrocznego przedsięwzięcia w dziejach tego kontynentu. Końcówka tych kilkudziesięciu lat rozgrywa się na naszych oczach. Ale czy ją widzimy? Proces zapomnienia trwa, głupota i miernota solidarnie zdobywają terytorium zajęte kiedyś z zaskoczenia przez mądrość i wielkość.

Jean Monnet wymyślił nową Europę pod koniec lat czterdziestych zainspirowany federalizmem zrealizowanym w praktyce w Stanach Zjednoczonych a opartym na teoriach myślicieli głównie anglosaskich. Ale sojuszników w realizacji tego zamysłu znalazł w kontynentalnej Europie. Niektórzy mówią, że sukces zawdzięcza fortelowi, bo niby nikt nie był w stanie pojąć dalekosiężnych konsekwencji lakonicznej deklaracji wygłoszonej przez Schumana w sali zegarowej francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Ale to nieprawda. Inspiracje Monneta były zaprzeczeniem francuskiej idei państwowości. Szły na przekór idei nowoczesnego (wtedy jeszcze) państwa narodowego i koncepcji polityczno-kulturowej wspólnoty, jedynej, w obrębie ktorej można ponoć zbudować liberalną demokrację. To nieprawda, że nikt tego nie zauważył.

Monnet, Schuman, i ich sojusznicy w Niemczech (ponazistowskich), we Włoszech (pofaszystowskich), we Francji (postkolaboracyjnej), w Beneluxie (zatrwożonym swym brakiem znaczenia i dlatego przekonanym o konieczności wspólnoty), nigdy nie ukrywali, na czym polega plan: osłabić suwerenność państwa narodowego by utworzyć suwerenność ponadnarodową, zabrać państwom kontrolę nad stalą i nad energią (wtedy jej źródłem był węgiel), by w imię narodowej suwerenności nie mogły prpwadzić ze sobą kolejnych wojen (a bez żelaza i węgla prowadzić wojny się wtedy nie dało), połączyć interesy największych antagonistów, Niemiec i Francji, tak, by same, chcąc nie chcąc, po kroku budowały swą faktyczną, materialną solidarność. Przywódcy wszystkich państw biorących udział w integracji europejskiej wiedzieli, że uczestniczą w planie rozwoju, który opiera się na rozumnym samoograniczeniu.

Ci, którzy wierzą w idee zamienione w czyn przez Monneta, Schumana i tylu innych, bardziej boją się dziś patosu tamtej prawdy niż patosu głoszonych dziś kłamstw. Myślą, że mówiąc językiem eurosceptyków będą tak samo atrakcyjni jak oni. Uwierzyli, że ludzie nie pamiętają już czym była wojna, więc wstydzą się mówić o pokoju. Dali się przekonać, że ponieważ dobrobyt może być większy i lepiej podzielony, to rzeczą wstydliwą jest o nim wspominać. Przez kilkadziesiąt ostatnich lat nie zauważyli, jak bardzo zmienił się świat i uznali, że metoda, która sprawdzała się przez dwie pierwsze dekady nadal się będzie sprawdzać. Ale przede wszystkim uznali widać, że wymyślona przez Monneta metoda małych kroków i nieśpiesznych postępów może usprawiedliwić metodę małych myśli i miernych idei, a to jest największa pomyłka: pomylić zachowawczość z gnuśnością.

Piękne i radosne święto powinno być okazją do radosnego wymachiwania błękitną flagą z gwiazdkami i słuchania Beethovena. Dobrze, że w Polsce jest. Ale powinno też skłonić do zastanowienia dlaczego ludzie świadomi sukcesu integracji europejskiej tak bardzo boją się o nim mówić, i dlaczego, gdy już to robią, to wychodzi im tak niemrawo, nieprzekonująco. I czemu dają się zakrzyczeć piewcom narodowych egoizmów, anachronicznym wielbicielom dawnych nienawiści. Dlaczego skrajnie prawicowe partie są dziś bardziej słyszalne w Parlamencie Europejskim niż kiedykolwiek w historii tej instytucji, i dlaczego ich oklaski cieszą polskiego premiera wywodzącego się z antydemokratycznej i antyeuropejskiej partii rządzącej z woli obywateli w kraju, który przez kilkadziesiąt lat czekał ponoć na powrót do Europy i do demokracji.

Jest święto, więc niech będzie radośnie. Ale warto pamietać, że Oda do radości, która stała się europejskim hymnem, to jednocześnie ostatnia kantata wspaniałej 9. Symfonii genialnego Beethovena. Ostatnia.

 

2015-12-10

Przychodzi Cameron do Szydło, a Szydło też...

Cameron, premier kraju spoza kontynentalnej Europy, przyjechał do Szydło, premier kraju spoza demokratycznej Europy, w nadziei, że znajdzie tu poparcie w demontowaniu Unii i wygaszaniu integracji europejskiej. Polska premier bardzo by chciała, ale nie bardzo sobie może na to pozwolić. To przekleństwo pochodzić z kraju zbyt biednego, by realizować swe pragnienia i idee.


PiS i brtyjscy torysi należą na szczeblu europejskim do tego samego, konserwatywnego i euroceptycznego ugrupowania politycznego: EKR. David Cameron wie, że eurosceptycyzm obecnych władz polskich jest silniejszy niż jego własny. PiS jest więcej niż "euroceptyczny", on jest antyeuropejski: cywilizacyjnie, kulturowo i światopoglądowo. Cameron miał więc prawo liczyć na większe zrozumienie w kwestii sabotażu integracji europejskiej, niż podczas swej poprzedniej wizyty w Warszawie, gdy rozmawiał z Ewą Kopacz.

PO należy na poziomie unijnym do konserwatywnego i proeuropejskiego ugrupowania EPL. Brytyjscy torysi też należeli kiedyś do EPL. Wystąpili z niego, gdy Cameron uznał, że aby utrzymać pozycję polityczną musi wygrać z eurofobicznym, nacjonalistycznym UKIP-em. A ponieważ UKIP to partia jednotematyczna, to jedynym polem walki o rząd brytyjskich dusz, na którym mógł stanąć do konkurencji z liderem eurofobów, kabaretowym Nigelem Faragem, była krytyka Unii Europejskiej. Cameron strasznie się na tej taktyce przejechał. UKIP okazał się znacznie słabszym zawodnikiem, niż się Cameronowi wydawało. Ale było już za późno: chcąc przebić eurofobów, obiecał eurosceptycznym rodakom referendum w sprawie wystąpienia z UE.

Dziś Camron jest zakładnikiem tej obietnicy i z trudem udaje mu się żeglować po falach rozpętanej przez siebie eurofobii. Nie panuje już nad opinią publiczną. W kraju, zamiast pogrążyć UKIP, utrzymał go przy życiu. Londyńskie City bardzo się obawia spadku znaczenia i zdystansowania przez Frankfurt, gdyby rzeczywiście Londyn wziął z Brukselą rozwód. Cameronowi z trudem też przychodzi wmawianie przedsiębiorcom, że można utrzmać wszystkie korzyści jednolitego rynku mimo wystąpienia z UE. Cameron doprowadził do politycznej marginalizacji Wielkiej Brytanii w Unii. Z zaskoczeniem zaczął dostrzegać, że jego światowa pozycja też się osłabiła, bo Wielka Brytania jest ważna dla USA, Chin czy Rosji jako członek UE, mniej jako wolny strzelec.

Beacie Szydło też pewnie rozum podpowiada, wbrew podszeptom serca, że przynależność do Unii dodaje znaczenia: na wizytę Camerona kazała wyciągnąć z szafy unijne flagi. Słusznie, bo w końcu gdyby Polska nie była w Unii nie byłaby dla Camerona żadnym partnerem. Liczy się tylko dlatego, że może negocjować i głosować w Radzie. Pod unijnym proporcem Szydło zapewniała Camerona o swym poparciu dla jego "reformowania" Unii, niewątpliwie szczerze i ze znajomością rzeczy. W końcu podobnie jak Cameron chce "zreformować" integrację europejską, PiS "reformuje" w Polsce demokrację: pozbawiając ją fundamentów i instrumentalizując dla swoich potrzeb.

Ale poza niechęcią rządzących do Unii Polskę i Wielką Brytanię wszystko dzieli. Brytyjczy do unijnego budżetu płacą, my z niego czerpiemy. My chcemy przedłużenia sankcji wobec Rosji, oni niekoniecznie. My oczekujemy od Unii, że politycznie zablokuje Nordstream, oni, że się nie będzie mieszała do czysto gospodarczych decyzji. Dla nas priorytetem pozostaje Ukraina i Wschód, dla nich ISIS, Syria, Irak i terroryzm. Eurosceptycyzm torysów, w odróżnieniu od eurosceptyzyzmu PiS, nie idzie w parze z pogardą dla demokracji, przeciwnie: antykonstytucyjne działania obecnej sejmowej większości nie znajdą w Londynie uznania, tak jak nie znalazły działania Orbana. Pole wspólnych interesów jest wąziutkie: pisowski rząd ma nadzieje, że Cameron poprze wzmocnienie wschodniej flanki NATO. I to Cameron obiecał, co go kosztuje poprzeć? To bez większego znaczenia. Nie obiecał natomiast, że spełni drugi postulat Warszawy: utrzymanie obecnych zasad wypłacania zasiłków na Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Bo to go kosztuje. Szydło, jeśli już podliczyła koszty budżetowe zrealizowania obietnicy "500 złotych na dziecko" i koszty polityczne jej niezrealizowania, powinna wiedzieć, że Cameron też umie liczyć.

Nawet gdyby Polska miała zasoby finansowe Wielkiej Brytanii to, podobnie jak Cameron, pisowski rząd musiałby się mocno zastanowić, czy go stać na wyjście z UE. Gdyby uznał, że tak, mógłby wspólnie z Orbànem budować swoją alternatywną Europę byłych demoludów. Można by ją nawet budować z Londynem, gdyby Wielka Brytania rzeczywiście wystapiła z UE. Ale za dużo tego gdyby. Za dużo niezniszczalnych nadziei, sprzecznych interesów i kosztownych do spełnienia postulatów. PiS może sobie pozwolić na Budapeszt w Warszawie. Ale Londynu z Budapesztem nawet w Warszawie pogodzić się nie da. Eurofobia łączy, ale nie wystarcza. Bo jest ta cholerna demokracja.

Na podobne tematy:



2015-09-21

Unia Europejska to Europa

Integracja europejska to wybór cywilizacyjny. Ktoś może uznać, że mówić "Europa" na Unię Europejską jest językowym nadużyciem. Pewnie jest: w takim samym sensie, w jakim nadużyciem jest każda metonimia.

Ta retoryczna figura ma jednak swoje logiczne, polityczne i światopoglądowe uzasadnienie: integracja europejska jest unikalna jako proces, idea i forma organizacji. To jedyny we współczesnej myśli politycznej tak nowatorski, spójny, całościowy, regulujący relacje między przeszłością i przyszłością, między społeczeństwami i między państwami projekt. Tylko integracja europejska jednoczy różne nurty ideologiczne projektu paneuropejskiego. Nie ma i nigdy nie było funkcjonalnego i realizowanego w praktyce przez miliony Europejczyków europejskiego projektu opartego na wspólnocie interesów i odnoszącego się do wspólnego dziedzictwa. Ani struktury instytucjonalnej tworzącej ramy i szkielet takiego projektu.

Europa to wybór cywilizacyjny

Integracja europejska to wybór cywilizacyjny, bo cywilizacja to nie tylko korzenie, nie tylko przynależność do kręgu kulturowego materializowa poprzez sztukę, architekturę, rzemiosło. To przede wszystkim wybór kierunku, którym chce się wspólnie z innymi podążać: nie można mówić o cywilizacji z pominięciem przyszłości. To również wartościowanie i wybór historycznych odniesień: selekcja tych elementów wspólnego dziedzictwa, na których chce się budować wspólną przyszłość.

Ta pozytywna sekcja nie oznacza przemilczania przeszłości. Przeciwnie, wymaga uczciwego zachowania w pamięci tych doświadczeń, których w budowie przyszłości należy się wyzbyć. Dlatego religijne wojny, krucjaty, palenie czarownic, kolonializm, imperializm, nacjonalizm, autorytarne rządy, faszyzm i komunizm mają swoje miejsce w europejskiej pamięci zbiorowej. Bynajmniej nie jako usprawiedliwienie ich obecnych przejawów, ale jako ostrzeżenie. Europejczycy po drugiej wojnie światowej dokonali wyboru: wartości, które były podstawą tamtych złych postaw odrzucamy.

Nie widzę nic złego w nazywaniu antyeuropejską postawę tych, którzy tej europejskiej drodze są przeciwni, bo we wspólną, europejską przyszłość nie wierzą a zakonserwowanie struktur i mechanizmów państwa narodowego uważają za najwłaściwszy i jedyny wyobrażalny sposób trwania w globalnej rzeczywistości. Gdyby nie terminologiczna wieloznaczność, można by mówić o sporze między konserwatyzmem i postępem, nacjonalizmem i europeizmem. Podział na euroentuzjastów i eurosceptyków, eufemistycznie skupiający się na stanie psychiki, a nie na politycznym wyborze, infantylizuje toczący się spór. 

Europa to klucz do teraźniejszości

Cywilizacja to również otwartość, gotowość do przyjęcia cudzych doświadczeń, ale też przedstawicieli innych kultur i cywilizacji. Bo bez tej gotowości nie ma rozwoju. Wszystkie cywilizacje upadały, gdy zamknęły się w sobie, bo traciły wówczas zdolność rozwoju.

Integracja europejska to kwestia wspólnego wyboru wartości i wola podprządkowania im wspólnego działania. Ale uwaga: cywilizacja to także wola przetrwania: dlatego narzuca na nas obowiązek takiej realizacji wspólnych wartości w praktyce, która nie podminuje fundamentów wspólnoty, nie sparaliżuje jej funkcji życiowych.

Wierność wartościom i wola przetrwania: świadomość ciągłego napięcia między tymi dwoma zasadami jest niezbędna do oceny rzeczywistości i stawienia jej czoła. Jest moralnym i intelektualnym warunkiem gotowości do debaty o imigrantach i uchodźcach, o postulatach sprawiedliwości społecznej formułowanych przez Podemos i Syrizę, o znaczeniu i granicach suwerenności politycznej, o sposobie uczestnictwa w globalnym układzie sił, interesów i odpowiedzialności, o sposobach obrony praw i zabezpieczenia interesów konsumentów, pracowników i pracodawców, o znaczeniu i zakresie emancypacji. Jest niezbędna do określenia optymalnej równowagi między wolnością i równością.

Nie popełniamy błędu, gdy tak pojętą ponadnarodową wspólnotę państw i społeczeństw, będącą materialną realizacją europejskiej integracji, nazywamy Europą. Nie popełniamy błędu, składamy deklarację. Jako świadomi uczestnicy procesu cywilizacyjnego, mówiąc o Unii Europejskiej "Europa" mówimy jakiej drogi chcemy dla Europy, jak rozumiemy i kształtujemy jej teraźniejszość, jak widzimy przyszłość.

Różne Europy

Europa to również geografia. To prawda, że nie wszystkie państwa geograficznie europejskie są członkami Unii Europejskiej. Kontynent, który można wskazać palcem na globusie to nie Unia Europejska, ale Europa. Jest mniejszy niż inne kontynenty, choć przez wieki był centralnym punktem naszych map.

Dla mieszkańca europejskiego państwa, czującego się Europejczykiem (bez względu na to jak swoją europejskość definiuje), którego kraj nie należy do Unii, słuchanie o Europie utożsamianej z UE, o "przyjmowaniu do Europy" może być irytujące. Znamy to uczucie z czasów, gdy o członkostwo dopiero się ubiegaliśmy. Dziś sami często o UE mówimy Europa, czasem tylko z polityczną intencją, zwykle po prostu dlatego, że tak jest krócej. Ale i w tym geopolitycznym wymiarze Unia Europejska jako Europa ma sens: polityka tak zwanego "rozszerzania" Unii, jeden z fundamentalnych mechanizmów integracji, powinna być analizowana przez pryzmat granic wpływu, ekspansji standardów i wartości, czy wreszcie cywilizacyjnej aspiracji.

Europa to również to, co było. To księga pamięci zmarłych Europejczyków, którzy w dobry lub zły sposób przyczynili się do tego kim jesteśmy. I ich dobrych i złych dokonań. To stare zdjęcia, na których widać jak ubierali się ludzie, jak mieszkali i jak się przemieszczali, jak wyglądały ulice. To obrazy i książkowe ilustracje, na których widać jak kiedyś było. To zapisy dawnych wystąpień, oświadczeń i debat. To często obrazy bitew i okopów upstrzonych chorągwiami zwalczających się przez wieki dynastii, rodów, państw i narodów, powstań i klasowych zrywów.  Do tej Europy zastanej i minionej - pomnika lub muzealnego eksponatu - też można się odwoływać. Jest nie mało takich, dla których Europa to w pierwszej kolejności to wszystko co było.

Czasem ta nieistniejąca już czasoprzestrzeń staje się dla nich jedynym punktem odniesienia. Tak bardzo obco czują się w teraźniejszości, że czasoprzestrzeń, która przeminęła, biorą za teraźniejszość. Grzęzną w anachronizmie, mylonym z konserwatyzmem, i starają się go wszystkim narzucić. Stają się strażnikami przeszłości trzymanej w formolu. Zamykają ją w wielkich słojach, strzegą, wożą ze sobą po wiecach i przedwyborczych spędach.

Ciekawe, że to nie ich przeszłość - nie mogli przecież być świadkami historycznych bitew i intryg, momentów chwały i klęski sprzed dzięsiątków lat, czasem sprzed wieków. Nie odwołują się do własnego doświadczenia, ale do zmitologizowanego, wyidealizowanego, ale też spłaszczonego, odwirowanego z dwuznaczności wyobrażenia przeszłości. I na tej podstawie uzurpują sobie prawo do jedynej słusznej interetacji historii. Negują wszystko co nowe. Gotowi są powtórzyć wszystkie niegdysiejsze błędy zarzucając innym nieznajomość historii lub brak dla niej szacunku. W swych ocenach nieustannie przywołują argument: "zawsze tak było". Gdy mówią o teraźniejszości, powtarzają: "Orbán ma rację".

Dla kogoś, kto za prawdziwą Europę uważa tylko tę, która była kiedyś - zdezintegrowaną, wstrząsaną terytorialnymi wojnami i krwawymi rewolucjami, w ktorej władza opierała się na przemocy, Unia Europejska jako współczesna forma Europy jest uzurpacją. Bo coś, czego wcześniej nie było, nie może być. Należy to więc zatrzymać, ograniczyć, najlepiej zniszczyć.

Europa jako miejsce na mapie i terytorium, Europa jako narodowa przeszłość i pamięć, Europa jako przyszłość i wspólny projekt - nikt tej wojny na słowa nie wygra. Ważne tylko, by używać ich świadomie i świadomie dokonać wyboru.

2014-05-19

Polska proeuropejskość nie na wybory

W najbardziej proeuropejskim kraju UE, jakim jest ponoć Polska, o Unii Europejskiej lepiej nie mówić poważnie, szczegółowo, ideowo. Przynajmniej jeśli się jest zadeklarowanym zwolennikiem integracji europejskiej. Takie ujęcie europejskiej tematyki możliwe jest tylko z pozycji eurosceptycznych. Paradoks? Być może. Ale to oczywista konkluzja, gdy przyjrzeć się kampanii wyborczej i obchodom dziesięciolecia polskiego członkostwa.


Spór w sprawie spotu, który rząd zamówił na dziesięciolecie członkostwa w UE, nieco już przebrzmiał, warto do niego wrócić na spokojnie. Spot został skrytykowany przez opozycję za to, że w ogóle powstał. Prawicowe media i prawicowi politycy byli wyburzeni, że promuje się UE. Zarówno lewicowi jak i prawicowi, pro- i antyeuropejscy oponenci rządu skrytykowali go też za zbyt wysokie ich zdaniem koszty i za to, że ponoć jest elementem kampanii wyborczej PO. Nie będę się do tych oskarżeń odnosił z dwóch powodów. Po pierwszej dlatego, że osobiście skłonny byłbym do ostrej krytyki rządu, gdyby spotu nie zrobił; gdyby nie wykorzystał przynajmniej tej jednej okazji do przypomnienia Polakom dobrodziejstw członkostwa Polski w UE. Po drugie dlatego, że tematem znacznie ciekawszym wydają mi się usprawiedliwienia rzeczniczki rządu, pani minister Kidawy-Błońskiej: rząd zrobił spot, bo Bruksela kazała i Bruksela zapłaciła. To idiotyczne wytłumaczenie mówi więcej o charakterze polskiej "proeuropejskości" niż niejedna analiza politologoliczna czy socjologiczne badanie.

Za proeuropejskość nie trzeba przepraszać

Rząd Tuska uczynił proeuropejskość elementem swojej politycznej tożsamości. Sprawnie i przekonująco wykorzystał w tym celu okres polskiej prezydencji w Radzie UE. Dzięki temu nie tylko w Polsce, ale i gdzie indziej w Europie jest uważany za prounijny. I to mimo idiotycznych umizgów wobec lobby tytoniowego, gdy przyjmowana była dyrektywa antynikotynowa, mimo niemądrej gry w sprawie jednolitego europejskiego patentu, mimo postawy wobec polityki klimatycznej UE czy też całkowitego niezrozumienia programu Łącząc Europę (instrumentu finansowania paneuropejskiej polityki infrastrukturalnej). Mimo odsuwania daty przyjęcia wspólnej europejskiej waluty. I ociągania się z poparciem unii bankowej. To prawda, że na tle niektórych rządów w UE polski rząd wygląda europejsko. To prawda, że stara się wykorzystać kartę proeuropejskości do wpływania na niektóre kierunki polityczne UE. Kiedyś typowym przykładem tego było Partnerstwo Wschodnie, dziś jest "unia energetyczna". Jak jednak tu, w Polsce, rząd Tuska prezentuje swoją proeuropejskość i jak ją realizuje? Sprowadzając ją do księgowego bilansu: opłaciło się, bo są fundusze europejskie. Skoro do tego ogranicza się polskie poparcie członkostwa, to co się z nim stanie, gdy fundusze się skończą?

W przygotowanym z okazji dziesięciolecia Polski w UE raporcie, MSZ nie ogranicza podsumowania członkostwa do kilometrów dróg i liczby oczyszczalni, wykracza poza miliardy euro i wskazuje pozytywne cywilizacyjne i polityczne skutki przystąpienia do Unii. Czyli można. Ale raport jest dla ekspertów. A skoro powstał na zamówienie MSZ, a nie Kancelarii premiera, to pewnie przede wszystkim dla ekspertów zagranicznych. A co o dziesięcioleciu członkostwa rząd ma do powiedzenia polskim obywatelom? To widać w spocie "Dziesięć lat świetlnych": migawki z prezentowanych z prędkością światła infrastrukturalnych osiągnięć. I główny przekaz: kiedyś był, Panie, taki interesik, na polowym łóżku. No a teraz patrz Pan: jest wielki interes. Za miliardy. Taka "Ziemia obiecana" w świetlnym skrócie. Tylko bez idei i narracji Reymonta. Tylko bez estetyki i reżyserskiego kunsztu Wajdy.

Tłumaczenie rzeczniczki rządu, że spot powstał, bo kazała Bruksela to skandal nie tylko dlatego, że to nieprawda. Machnięcie ręką na koszty (kwestionowane przez opozycję), bo skoro płaci UE, to koszty nieważne, to więcej niż głupota. Największym problemem jest chowanie (bezmyślnej?) głowy w piasek. I brak odwagi w obronie prowadzonej przez siebie polityki. Za proeuropejskość nie trzeba przepraszać. Informując o tym, co Polska osiągnęła dzięki UE (nie tylko przez dziesięć lat członkostwa, ale też wcześniej, gdy przygotowując przystąpienie do UE wprowadzała reformy, otrzymywała unijne wsparcie finansowe i eksperckie) nie wolno tłumaczyć się brukselski prikazem. A prezentując zmiany, które w Polsce nastąpiły w zasadniczej mierze dzięki członkostwu w UE trzeba mówić o kulturze, cywilizacji, wartościach, o tak zwanych "europejskich standardach", o demokrcaji, wolności, pokoju i pozycji w świecie a nie tylko o betonie. Chyba, że jedynie beton ma się w głowie. Cieszę się, że mamy w Polsce rząd proeuropejski. Szkoda, że jego proeuropejskość jest taka asfaltowo-cementowa. Szkoda, że tak bardzo nie wierzy w proeuropejskość Polaków, skoro sam się nią chwali. 

Proeuropejskości nie trzeba ukrywać za farsą

Najbardziej żenującym spotem trwającej kampanii wyborczej jest reklamówka kandydatki Twojego Ruchu, Doroty Gardias. Wystrojona w pielęgniarski kitel (wedle badań pielęgniarka to jeden z zawodów cieszących się największym uznaniem Polaków) wypowiada kwestię streszczającą jej polityczny program: "A teraz robimy zastrzyk". Olbrzymią strzykawą zasysa pobłyskujące złotem symbole euro gdzieś z okolic Brukseli i wstrzykuje je gdzieś w okolice Torunia. Gdyby chodziło tylko o estetykę, nawet bym o tej produkcji nie wspominał. Ale w czym innym rzecz: to kandydatka jedynej polskiej partii, która opowiada się wprost za federacyjnym kierunkiem rozwoju UE i za przyjęciem przez Polskę euro. Kandydatka koalicji, która Europę nosi w nazwie. Która Dzień Europy i rocznicę członkostwa świętuje nikogo za to nie przepraszając. Co widzimy w spocie? Kasę. To nie wyjątek. Inna kandydatka tej koalicji, Izabella Łukowska-Pyżalska, obiecuje z ekranu pomoc w zdobyciu "milionów euro, które są na wyciągnięcie ręki". Infantylna dosłowność przekazu, podobnie jak w spocie Gardias, nie pozwala dostrzec w nim artystycznej ironii, estetyki absurdu, ponoć zamierzonej.

W spocie Anny Kubicy cudzysłów jest bardziej czytelny. Elementy farsy są na pierwszym planie, polityczny przekaz jest przemycony: "najwyższy czas na wprowadzenie europejskich standardów do polityki regionalnej". Czyli znowu polityka regionalna, a więc znowu unijne fundusze. Chyba, że za postulatem wprowadzenia europejskich standardów coś innego się kryje, tylko nie wiadomo co. Brzmi bez sensu, a egzegeza postulatu w oparciu o inne wypowiedzi kandydatki mi się nie powiodła. Zamierzony przerost formy nad treścią najbardziej uderza w spocie Kazimiery Szczuki. Hasło "więcej kultury, mniej Watykanu" jest jasne, ale co ma wspólnego z UE? Ja też wolałbym, żeby świątynie nie były w Polsce głównym beneficjentem szczodrości ministra kultury, ale związku z pracą europosła i z kompetencjami trakatowymi unijnych instytucji nie dostrzegam.

Jan Hartman, który dzięki fotelowi w Strasburgu chce być dla Krakowa tym, czym Batman dla dla Gotham City, tłumaczył niedawno, że farsowne spociki Twojego Ruchu adresowane są do tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak głosować, a nie do przekonanych. Mam szczęście, bo to znaczy, że adresowane są do mnie. Niestety te spoty mnie nie przekonują. Bo nie przekonuje mnie założenie, że aby pozyskać proeuropejsko nastawionych Polaków proeuropejska partia musi zamienić kwestie integracji europejskiej w żart, albo skupić się na swej zdolności do wyciągnięcia z Brukseli pieniędzy, które są ponoć na wyciągnięcie strzykawki.


Do proeuropejskości przyznaje się też SLD, choć nie czyni z niej linii przewodniej kampanii. Sojusz, ustami Leszka Millera, zapowiada w sprawach europejskich kurs na zmianę. Twarzami zmiany są Pastusiak, Zemke, Iwiński. Dlatego, choć tu przekaz jest na serio, też wychodzi farsa. W spocie Joanny Senyszyn poza miejscami pracy (polityka społeczna i zatrudnienia to w UE kompetencja narodowa), prawami człowieka (no dobrze, zawsze warto przypomnieć ich znaczenie), polityką świecką (zbieżność z apelem Szczuki, podobnie jak tam raczej polsko-polski postulat bez szans realizacji za pośrednictwem Strasburga i Brukseli), jest też obietnica poprawy jakości życia Polaków. Bardziej niż obietnice, przekonuje mnie doświadczenie Senyszyn w parlamentarnej pracy. Ale odwagi w głoszeniu rzeczywiście proeuropejskich idei jej od niego nie przybyło.

Properopejskość słabych i zagrożonych

Główny spot partyjny proeuropejskiej Platformy Obywatelskiej tłumaczy czego potrzebuje Polska. Już w 2012 roku PO w spocie wyborczym nie owijała w bawełnę: "nasza przyszłość zależy od tego, ile wywalczymy unijnych pieniędzy dla Polski". Nie wiem czy dwuznaczność była zamierzona, czy tak po prostu wyszło: "nasza przyszłość", to znaczy PO i Polaków. Jeżeli przyszłość PO na scenie politycznej miała zależeć od wielkości kasy, którą Polska dostanie z unijnego budżetu, to należy spodziewać się dobrego wyniku PO w niedzielnych wyborach: kasa obrodziła. Teraz trzeba tylko o tym sukcesie skutecznie poinformować najbardziej proeuropejskie społeczeństwo Europy.


Do tej informacji wyborczy przekaz PO 2014 się jednak nie ogranicza. Przepis pozostał ten sam co dwa lata temu: list do Świętego Mikołaja. Tylko główne zapotrzebowanie Polski ewoluowało: "prawdziwą stawką tych wyborów jest bezpieczeństwo Polski". Osobiście nie mam wątpliwości, że obecność Polski w silnej Unii jest gwarancją beieczeństwa, jakby go nie rozumieć. Ale w przekazie politycznym PO nie ma ani słowa o silnej, sprawnej, wpływowej w świecie Unii Europejskiej. W ogóle nie ma mowy o Europie, którą europosłowie Platformy mieliby współtworzyć. Bo nie taka jest obietnica, nie taka rola. Wyborczy sukces PO w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest równie ważny jak w każdych innych wyborach, bo zapewni Polsce stabilność, pozycję w Europie, zaufanie sojuszników (w spocie widać prezydenta USA), silną gospodarkę, przewidywalne przywództwo (w tle Europejska Partia Ludowa) i to, czego chcą Polacy: niezależność energetyczną (czyli gospodarka oparta na węglu? blokowanie unijnej polityki klimatycznej?), nowoczesną armię (gwarancję wprost rozumianego beieczeństwa) i poczucie bezpieczeństwa (również socjalnego).

Pewna sukcesu w europejskich wyborach ani słowem, ani w tym spocie ani w żadnym innym, nie nawiązuje do europejskiej wizji Jean-Claude'a Junckera, kandydata Partii Ludowej na szefa Komisji Europejskiej. W ogóle nie wspomina o roli Komisji Europejskiej. Nie ma nic na temat przystąpienia do strefy euro ani do unii bankowej.

Jeżeli PO jest tak proeuropejska, dlaczego skrzętnie ukrywa wszystko to, co mnie, proeuropejskiemu wyborcy, pozwoliłoby tę proeuropejskość zweryfikować i docenić?

Eurosceptycyzm słabych i zagrożonych

Z PiS jest łatwiej: pisałem już kilka razy, w odcinkach, dlaczego państwo, które ta partia chce Polsce zafundować jest nie z tej Europy, nie z tej czasoprzestrzeni (tutaj). Nie oczekuję od nich proeuropejskości i nie chodzi tu tylko o takie czy inne konkretne postulaty, ale o przynależność do innej kultury, innej wrażliwości. A jednak i oni jakoś z sondażową proeuropejskością Polaków muszą sobie poradzić. W odróżnieniu od Platformy i Twojego Ruchu (ukrywających w filmikach wyborczych swe poparcie dla integracji europejskiej), PiS ukrywa przed elektoratem swoją postpeerelowską eurofobię.

Wyobrażenie potrzeb, które Polacy chcieliby widzieć zaspokojone, nie różni się specjalnie w głównych spotach kampanii PiS i PO: słaba i zagrożona Polska potrzebuje siły i bezpieczeństwa, jej głos w Europie musi być słyszany, pozycja zapewniona. Spoty, nawet w konstrukcji i w retoryce są bardzo do siebie podobne. Po partii, której jedna z liderek uważa unijną flagę za szmatę, a elektorat maszeruje z transparentem "Konzentrationslager Europa", spodziewałbym się czegoś gorszego.


Oczywiście, podobnie jak na przykład Solidarna Polska (tutaj), PiS nie uważa mobilności pracowników za sposób na bezrobocie i protestuje przeciw dumpingowi socjalnemu. Jest to trudne do pogodzenia z polityką UE, chociaż z drugiej strony postulat, by ludzie znajdowali pracę w kraju jest jak najbardziej słuszny. W spocie zadbano, by odbiorcy nie uznali, że PiS popiera ataki swego sojusznika, Davida Camerona, na Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii: jest odniesienie do protestu Prezesa przeciw antyimigracyjnej, szowinistycznej polityce brytyjskiego premiera. PiS kontestuje nie tylko swobodę przepływu pracowników (było nie było jedną z podstaw wspólnego rynku UE), ale też równie fundamentalną swobodę przpływu kapitału, wyciągając z lamusa strachy przed wykupem polskiej ziemii.

W spocie wyborczym pojawia się też postulat poprawy jakości służby zdrowia (obywatele wielu krajów by się pod nim podpisali), w tym ułatwienia dostępu do specjalistów. Obecność przedstawicieli PiS w Parlamencie Europejskim niczego w tej dziedzinie nie zmieni, bo to nie ten obszar kompetencji, ale można by życzliwie założyć, że PiS ma na myśli swobodę świadczenia usług medycznych w UE. Raczej jednak o to nie chodzi. PiS zapewnia też, że będzie potrafił zadbać o wagę polskiego głosu w Brukseli, ale nie wiem na czym opiera to przekonanie, bo wcześniejsze doświadczenia dowodzą, że pierwszym krokiem do wzmocnienia znaczenia Polski w UE było odejście PiS od władzy po przegranych wyborach. Co do energii, poglądy PiS nie różnią się od poglądów PO (węgiel przede wszystkim, bez względu na wysokość państwowych dotacji i kierunek importu, dziwna cisza w sprawie łupków, blokowanie unijnej polityki klimatycznej i energetycznej zakładające zróżnicowanie źródeł energii i zwiększenie wykorzystania źródeł odnawialnych), ale z innym nastawieniem: Tusk przekonuje, że wszyscy w UE popierają jego wizję unii energetycznej, podczas gdy PiS jest raczej skłonny przekonywać, że dopiero obecność posłów z tego ugrupowania w Straburgu skłoni UE do akceptacji polskich planów.

Jako proeuropejski wyborca, na tyle sumiennie ile się da śledzący kampanię wyborczą, wiem na kogo nie głosować. Ale to wiedziałem już wcześniej. Wciąż jednak nie wiem na kogo oddać głos 25 maja.

2014-02-11

Proste europejskie wybory


Zmniejszyć Unię, zwiększyć Polskę


W Polsce słychać przede wszystkim zwolenników tej pierwszej teorii, zgrabnie wyrażonej wyborczym hasłem partii Jarosława Gowina „Polska Razem”: „Wielka Polska w małej Unii”. Powinno być chyba „słaba” Unia, „albo płytka” bo w swoim programie gowinowcy domagają się, wbrew tytułowi, powiększenia UE, ale to szczegół. Jeśli ktoś chce powiedzieć „Wszechpolska” zamiast „Wielka Polska”, to też proszę się nie krępować: różnica jest jedynie retoryczna. Bo poza retoryką i polityczną gestykulacją, wzmocnioną na czas kampanii wyborczej (nie ma się co dziwić, bo dla niektórych partyjek miejsca w Europarlamencie to szansa na przetrwanie) poglądy w sprawie UE takich partii jak PiS, SP, PR JG i RN są praktycznie identyczne. Dosyć dobrze scharakteryzował je Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego, kandydat na europosła (poważnie!): Europa ojczyzn, związek suwerennych państw, precz z traktatem lizbońskim, skończyć z polityką klimatyczną i bronić palenia węglem, nigdy nie przyjmować euro (w rozmowie z francuskim Nouvel Observateur).

Ten program można wzbogacić innymi punktami z programu PR Gowina, na przykład postulatem by organizować referendum narodowe za każdym razem, gdy Unia miałaby uzyskać nowe kompetencje, albo oskarżeniem UE o wszystko, jak leci, na przykład o to, że za dużo Polaków wyjeżdża do pracy w Norwegii i Islandii. Albo opiniami Solidarnej Polski Ziobry, który lubi na przykład powoływać się na „wybitnych ekonomistów” przewidujących „upadek i katastrofę” strefy euro. Jego poglądy idealnie pokrywają się w tej sprawie z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, co zresztą otwarcie podkreśla, mimo, że PiS jest partią konkurencyjną w wyborach do PE, obie partie zabiegają przecież o ten sam elektorat. Ale jeśli chodzi o Unię Europejską, to różnic programowych i ideologicznych nie ma, konsensus jest całkowity, i niemal wszystko co na temat programu europejskiego PiS piszę od paru tygodni na tym blogu (Państwo PiS jest nie z tej Europy), można by też powiedzieć o SP, PR i, w dużej mierze, o RN.


Dalsza integracja czy status quo


Zwolenników dalszej integracji politycznej Europy wyraźnie widać właściwie tylko w Twoim Ruchu Palikota. To ugrupowanie, w przeciwieństwie PR Gowina, widzi wielką Polskę w wielkiej UE. Czym silniejsza Unia, a przede wszystkim jej wspólnotowy wymiar, tym lepiej dla Polski. Ale nawet w deklaracjach polityków tego ugrupowania nie dostrzegam głębokiej wiary w sens integracji europejskiej i zrozumienia tego procesu. To bardziej kwestia usytuowania na politycznym rynku, odróżnienia od innych, zbudowania tożsamości. Więcej w tym PR, polityki wizerunkowej, pragmatyzmu, niż idei. U polskich zwolenników integracji europejskiej zaobserwować można syndrom sierocy, zagubienie adoptowanego dziecka, bolesną nieświadomość korzeni. To wynik nieuczestniczenia Polski i Polaków w procesie integracji europejskiej od samego początku. Chcemy, jesteśmy za, ale nie czujemy do końca tego procesu.

W koalicji rządowej dominuje postawa utrzymania status quo. PO jest oczywiście bardziej proeuropejska niż jej koalicyjny partner, integracja europejska to dla Tuska najlepszy, i jedyny, sposób na budowę zasobnej Polski (zasobnej, bo zasoby są jednak na pierwszym miejscu). Proeuropejskość PSL jest, po pierwsze, objawem politycznego mimetyzmu, w końcu są w rządzie; a po drugie wynikiem pewnej ewolucji, której motorem - jak zawsze w przypadku tej partii – jest korporacyjny pragmatyzm: dzięki unijnym funduszom możemy zaproponować więcej naszym wyborcom niż bez nich. Utrzymanie status quo i program minimum: to uznawana za typową postawa PO i PSL wobec rzeczywistości, ironicznie nazywana polityką ciepłej wody w kranie, która ma zastosowanie również wobec UE. Trzeba przyznać, że nie różni się zasadniczo od polityki innych większości parlamentarnych obecnie u władzy w państwach europejskich. Rządzeni przez socjalistów Francuzi i Niemcy z chadekami u władzy też chcą status quo w UE. O dalszej integracji mówią coraz wyraźniej, ale jedynie w strefie euro. A to oznacza tylko tyle, że dziś już bez owijania w bawełnę politycznej poprawności wzywają do powrotu do małej Unii, tej sprzed wielkiego rozszerzenia, bo dzisiejsza wydaje im się zbyt kosztowna i niespójna (gospodarczo, społecznie, kulturowo i politycznie).


Wymarzone miejsce w przeszłości


Wyjątkowość Wielkiej Brytanii,,rządzonej przez torysów, w tym kontekście jest banalna. Nie jestem nawet pewien, czy wyjątkowość do dobre słowo, bo ma ono sens tylko, gdy możliwe jest porównanie bytów porównywalnych. A stosunek wyspiarskiego Zjednoczonego Królestwa do kontynentu zawsze charakteryzował się izolacjonizmem i silnym poczuciem odrębności celów i interesów. Ich relacja wobec UE nie odbiega od tej zasady. Oni też zresztą chcą powrotu, tyle, że jeszcze bardziej w przeszłość niż Francuzi i Niemcy: do czasu, gdy jednocząca się Europa nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście chce być czymś więcej niż ograniczoną do rynku i unii celnej EFTA. O ile można zrozumieć zbieżność programów polskiej opcji narodowo-eurosceptycznej (PiS, PRJG, SP, RN) z brytyjską wizją (nacjonalistów z UKIP i większości torysów) co do postulatu ograniczenia Unii do minimum, o tyle ich uwikłanie w sojusz z Brytyjczykami w innych sprawach jest wbrew naturze. Brytyjski egoizm i izolacjonizm wyklucza przecież bezinteresowną szczodrość, której od tak zwanego Zachodu oczekują polscy eurosceptycy z tytułu zadośćuczynienia za historyczną krzywdę Polski.


Chęć powrotu do przeszłości i izolacjonizm to cechy charakteryzujące postawę wobec integracji europejskiej w większości państw UE. Niepewność jutra w czasach kryzysu gospodarczego rozbraja polityczną odwagę i dalekowzroczność. Idea postępu (jakbyśmy tego terminu nie definiowali) trafiła do muzeum, którego kustoszami są zatwardziali konserwatyści. Ich konserwatyzm należy rozumieć dosłownie: jako determinację w zakonserwowaniu swoich własnych (swojego kraju, społeczeństwa) zdobyczy. Zdobyczy (na przykład socjalnych, na przykład poziomu życia), które kiedyś w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Francja uważano za objaw postępu. Które z kolei w takich krajach jak Polska czy Czechy też definiować trzeba dosłownie: nie damy sobie odebrać tego co zdobyliśmy, a więc i prawa do dalszych zdobyczy (z unijnego budżetu), bo jako biedniejsi i – jak lubi powtarzać prezes Kaczyński – „na dorobku”, potrzebujemy ich do życia. Ponieważ potrzebujemy, to nie chcemy wracać do czasu sprzed rozszerzenia. Wygląda na to, że w przypadku krajów korzystających z funduszy spójności koncepcja powrotu, kroku wstecz w integracji europejskiej, nie ma zastosowania.

Czy rzeczywiście? Polskie partie narodowo—eurosceptyczne domagają się Unii bez tych zasad, które - wedle chociażby definicji  Joschki Fischera - są siłą napędową integracji europejskiej: zaufania, solidarności i kompromisu. Bo zaufanie miedzy państwami i narodami jest wbrew naturze, bo solidarność polega na tym, że oni dają nam pieniądze a my im logo „Solidarności”, bo kompromis to zdrada, która dowodzi, że skoro interesy każdy ma inne, zaufania być nie może. Można się jedynie spierać, czy rozumujący w ten sposób politycy i wyborcy chcą powrotu do sytuacji, gdy te integracyjne mechanizmy i pryncypia nie działały, czy też po prostu nie przyjmują ich do wiadomości, bo w głowie się im nie mieszczą. Jeśli ta druga interpretacja jest prawdziwa, to na ich usprawiedliwienie można jedynie powiedzieć, że w głowie im się zasady europejskiej integracji nie mieszczą dlatego, że byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny, gdy się one krystalizowały. I chyba spoza tej kurtyny nie wyszli do dziś. To specyficzna odmiana ukąszenia heglowskiego. Niestety, jego ofiarami padli nie tylko narodowcy-eurosceptycy, ale i spora cześć zwolenników integracji europejskiej, tak otumanionych historycyzmem, że utracili zdolność zrozumienia na czym integrowanie Europy polega, choć bronią tego projektu, bo wiedzą, że do czegoś się może przydać, że się opłaca. Czysty pragmatyzm.

Rower z napędem na ciepłą wodę

Podejście do historycznych zdobyczy i długość doświadczenia w integrowaniu Europy to różnice decydujące o stosunku do UE państw bogatych, które wymyśliły i nadały bieg integracji europejskiej, i tych „na dorobku”, które jako ostatnie przystąpiły do UE. W roku dziesiątej rocznicy polskiego członkostwa warto sobie te różnice uświadomić. To, co praktycznie wszystkie państwa UE dziś łączy, to pokusa powrotu (do lepszych czasów albo do bardziej zrozumiałej rzeczywistości) i izolacjonizm. Na tym właśnie polega kryzys integracji europejskiej, poważniejszy niż wszystkie pozostałe. Do tej pory przekonanie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni świetnie sprawdzało się w odniesieniu do integracji europejskiej: każdy kryzys stawał się bodźcem do pogłębienia i przyspieszenia procesu, bo siła powiązań między państwami zmuszała do poszukiwania wspólnych rozwiązań.
Dziś prawdziwość tej reguły potwierdza się przede wszystkim w odniesieniu do strefy euro, czy jednak rzeczywiście gwarantuje to trwałą konsolidację należących do niej państw? A jeśli tak, to co z tymi, którzy znajdą się poza tym obszarem? Trudno przewidzieć. Ale jeżeli dzisiejsze tendencje zmierzające do sformalizowania „zmiennej geometrii” Europy się umocnią, spór o Europę jeszcze wyraźniej niż dziś stanie się sporem fundamentalnym w polskiej polityce.

Bo na coś trzeba się będzie zdecydować: albo zrobić krok do przodu z tymi, którzy wzmocnią UE ograniczoną do strefy euro, albo krok wstecz z tymi, którzy chcą Unii bez kompetencji, powrotu do idei EFTA. To raczej zła wiadomość dla uprawiających politykę ciepłej wody w kranie: czas status quo właśnie się kończy. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że integracja europejska jest jak rower: w którąś stronę trzeba pedałować, żeby się nie wywrócić. Napęd na ciepłą wodę nie zadziała. Na węgiel też zresztą nie.

2014-02-08

Państwo PiS jest nie z tej Europy (7) Udział Polski w konstruowaniu UE: żeby się za bardzo nie zintegrowali

W swym przemówieniu programowym wygłoszonym w Sosnowcu w 2013 roku, Jaroslaw Kaczyński zapowiedział, że pod jego rządami Polska włączy się w poszukiwania nowego modelu organizacyjnego UE. To ważna deklaracja, z której dowiadujemy się, że takie poszukiwania trwają, że Polska w nich nie uczestniczy oraz, że się do nich włączy, kiedy PiS dojdzie do władzy. 

Deklaracja ta zachęca też do pytań. Po pierwsze, jak się włączy zważywszy na dość specyficzną koncepcję współpracy Prezesa Kaczyńskiego z partnerami unijnymi i jego niechęć, a nawet niezdolność do kompromisu? Po drugie, jak Prezes ocenia stan wyjściowy przyszłych zmian, czyli obecny model organizacyjny UE? Na to pytanie udzieliłem już poniekąd odpowiedzi w poprzednich artykułach cyklu poświęconego programowi europejskiemu PiS: nie jest to ocena specjalnie pozytywna. I wreszcie po trzecie, jak Unia Europejska powinna zdaniem Prezesa wyglądać w przyszłości, jak widzi on ewolucję integracji europejskiej? Bo przecież model organizacyjny nie jest celem samym w sobie: ma służyć realizacji celów.

Federacji mówimy "nie"

Model organizacyjny to termin dość techniczny. Co konkretnie Jarosław Kaczyński ma na myśli, nie wiadomo. Rzeczywiście trwają spory o to, jak bardzo UE powinna być zintegrowana: czy mamy zachować status quo, cofnąć się w integracji w stronę struktury bardziej międzyrządowej, oddając niektóre ponadnarodowe kompetencje państwom członkowskim, czy też – przeciwnie – zmierzać w stronę federacji. Wszystkie te opcje dotyczą ustroju UE i raczej wykraczają poza minimalistyczne rozważania na temat "modelu organizacyjnego". Jest jednak jasne, że Kaczyński jest przeciwny federacyjnym ciągotom, opowiada się za wzmocnieniem wymiaru międzyrządowego UE, więc de facto za krokiem w tył. W czerwcu 2013 w Sosnowcu zapowiedział, że PiS "zdecydowanie będzie odrzucać propozycje federalistyczne skazujące Polskę na wieczną peryferyzację i bycie rezerwuarem taniej siły roboczej. Bez własnego ośrodka dyspozycyjnego o suwerennym charakterze, a więc bez suwerennego państwa, nie jesteśmy w stanie tej sytuacji zmienić." Kaczyński nie przyjmuje do wiadomości zasady dzielenia suwerenności, fundamentalnej dla integracji europejskiej: albo się jest suwerennym, albo nie, nie ma nic pośredniego jego zdaniem.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że unia bankowa, wzmocnienie koordynacji gospodarczej i budżetowej, zacieśnienie więzów gospodarczych i politycznych między członkami strefy euro, to wszystko procesy o charakterze federacyjnym. Konieczność walki z kryzysem bardzo te procesy przyspieszyła. PiS jest tego świadom. Dlatego 3 czerwca 2013 rzecznik partii, Adam Hofman, powiedział (cytat za Gazetą Wyborczą): "Unia Europejska jest rzeczą dla Polski bardzo dobrą pod jednym warunkiem: że nie będzie się zmieniać w stronę federacji, czyli jednego superpaństwa. Trzeba UE mocno zmienić, mamy sporo zastrzeżeń do kierunku, w którym ona podąża. Oficjalne stanowisko PiS zakłada, że odpowiedzią na kryzys nie powinna być zwiększona integracja w Europie, lecz refleksja o tym, co powinno wracać czy też zostać w państwach narodowych".

Suwerenny margines

PiS, nawet w przypadku wygrania wyborów w Polsce, nie będzie oczywiście w stanie doprowadzić do zatrzymania dalszej integracji UE. Będzie ona postępowała przynajmniej w strefie euro. PiS jest przeciwny przystąpieniu Polski do euro. Państwa, które będą chciały w procesie integracji uczestniczyć, będą musiały w strefie euro pozostać (a nie słychać, aby ktoś zamierzał wychodzić) albo do nie przystąpić (tak, jak właśnie zrobiła to Łotwa, za rok zrobi Litwa, i jak chce w nieco dalszej przyszłości zrobić Tusk). Wyłączając Polskę z udziału w tych federalistycznych formach integracji, Kaczyński wyłączy ją z głównego nurtu, usytuuje poza centrum UE, w którym zapadają decyzje, i które jest motorem dalszej integracji. To z kolei, w przypadku dojścia PiS do władzy, może się oczywiście udać. Wówczas nawet dla wyborców PiS stanie się jasne, że obrona "suwerenności" w rozumieniu Kaczyńskiego oznaczać będzie de facto całkowitą marginalizację Polski.

Co, poza czysto politycznym, wymiarem, przyniesie marginalne usytuowanie Polski w UE? Konsekwencje będą poważne. Po pierwsze, dla samej Unii. Wiadomo, że strefa euro będzie miała swój własny budżet. Nie wiadomo, jak będzie się on miał do budżetu ogólnego UE. Jest jasne, że taka zmiana wymaga podstawy prawnej, ale nie jest jasne, jak ani kiedy dojdzie do zmiany traktatu UE. I czy w ogóle dojdzie, bo bardziej możliwy jest traktat międzyrządowy (na zmianę traktatu musiałyby się zgodzić wszystkie państwa członkowskie). Mimo tych wszystkich niewiadomych, jest pewne, że decyzje dotyczące rozdysponowania środków unijnych nie będą takie same bez udziału Polski jak z jej udziałem, bo Polska to znaczący kraj. PiS i jego liderzy nie rozumieją jak bardzo wzrosła pozycja naszego kraju w UE, a jeśli rozumieją, to nie przyjmują tego do wiadomości, nie mieści się to bowiem w ich koncepcji relacji miedzy państwami, jest też sprzeczne z ich postrzeganiem procesu integracji europejskiej.  W przypadku rządów Kaczyńskiego, jeżeli zrealizuje on swój program wyłączenia Polski z głównego nurtu integracji, należy się przygotować na nieobecność naszego kraju przy głównym stole negocjacyjnym i przyspieszoną alienację Polski.  Ale dzięki temu strefa euro będzie mogła się zintegrować nawet szybciej.

Po drugie, Polska niewątpliwie ucierpi na swojej marginalizacji budżetowo. Do 2020 roku środki z UE mamy zagwarantowane. Po 2020 natomiast fundusze UE tak czy owak nie będą już mogły płynąć do Polski tak szerokim jak obecnie nurtem. Nie zmienia to faktu, że nadrobienie zapóźnień rozwojowych potrwa jeszcze długie lata. To, jak będzie wyglądał unijny budżet i jaki będzie udział Warszawy w decyzjach kluczowych dla kształtu unijnej awangardy będzie nadal miało zasadnicze znaczenie dla rozwoju Polski. Nie wierzę, by Kaczyńskiemu udało się przekonać państwa głównego nurtu integracji do szczodrości wobec outsidera argumentem zadośćuczynienia za "zdradę jałtańską".

Sojusz idei, konkurencja patriotyzmów

Tym bardziej trudno oczekiwać, by PiS mógł oczekiwać szczodrości od Wielkiej Brytanii. Anty-imigrancka histeria, która zapanowała nad Tamizą, niewolna od antypolskich deklaracji, wyklucza takie oczekiwania. Pozostający tam u władzy torysi to nie tylko sojusznicy PiS z tego samego klubu politycznego w Parlamencie Europejskim (ECR), ale i ideowi pobratymcy. Przynajmniej pozornie. Pisałem o tym już wielokrotnie, wiec tym razem bardzo krótko. Z jednej strony z ECR i brytyjskimi torysami PiS łączą poglądy polityczne: eurosceptycyzm (mniej ekstremalny jednak niż w przypadku skrajnie prawicowej Partii Niepodległości UKIP), suwerenizm, pociąg do autarchii, nieufność wobec wszystkiego, co na zewnątrz (Unii Europejskiej, sąsiadów).

Z drugiej strony, paradoksalnie, zarzewiem konfliktu między PiS i torysami jest patriotyzm. W jednym i drugim przypadku jego fundamentem jest narodowy egoizm. Nie od dziś wiadomo, że trudno zbudować sojusz egoizmów, dlatego też, na szczęście, nacjonalistom nie udaje się stworzyć trwalej ponadnarodowej struktury. Jednym z głównych elementów patriotyzmu PiS jest zasada, że cały świat ma nam robić dobrze, bo nam się należy. Tymczasem patriotyzm brytyjskich torysów opiera się na zasadzie: niczego od nikogo nie potrzebujemy, dlatego nic nikomu nie jesteśmy winni. Patrioci z PiS, intuicyjnie eurosceptyczni, oczekują od Unii Europejskiej funduszy spójności, dopłat rolniczych, poszanowania swobody i przemieszczania się pracowników. Eurosceptyczny patriotyzm torysów każe im odrzucać wszystkie te elementy integracji europejskiej.

Być wewnątrz i na zewnątrz jednocześnie

Eurosceptycyzm zapędził brytyjski rząd w ślepą uliczkę referendum w sprawie ewentualnego wyjścia z UE. To on jest motorem stanowiska Wielkiej Brytanii w kluczowych dla UE sprawach. Kanclerz skarbu George Osborn w wystąpieniu na forum eurosceptycznego think tanku Open Europe (15 stycznia 204) zapowiedział, że Wielka Brytania zgodzi się na dalszą integrację strefy euro pod warunkiem, że nie będzie to oznaczało marginalizacji państw pozostających Eurolandem. Na pozór to dobra wiadomość dla PiS, bo nie będzie odosobniony. W praktyce jednak to mrzonki. Przekonanie, że Wielka Brytania mogłaby mieć w tej sprawie wiele do powiedzenia jest pozbawione podstaw. We wszystkich innych kwestiach (rynek wewnętrzny, polityka obronna, koordynacja gospodarcza) Londyn opowiada się za modelem "Europe à la carte" i za międzyrządowym (a nie wspólnotowym) mechanizmem wzmocnionej współpracy. Opowiada się tak konsekwentnie i skutecznie, że sam wpadł we własną pułapkę: pozbawił się wpływu na najważniejsze decyzje.

W tę samą w pułapkę PiS chce wepchnąć Polskę żywiąc naiwne przekonanie, że przynajmniej uda się pozostać w komitywie z Londynem. Zaskakujący brak konsekwencji w przypadku partii, która swą politykę buduje na nieufności, a w relacjach z UE kieruje się pamięcią o "zdradzie jałtańskiej". Nie sądzę, żeby Kaczyński nie był tej sprzeczności świadomy. Chodzi raczej o retorykę: polska opinia publiczna boi się izolacji Polski, trzeba więc ja uspokoić zapewnieniami o sojuszu z Londynem. "Głupi naród to kupi", jak mawiał Jacek Kurski w czasach członkostwa w PiS. Ale podobnie należy rozumieć deklaracje Osborna i Camerona o utrzymaniu się w głównym nurcie UE mimo antyunijnej postawy: to retoryka pod adresem brytyjskich przedsiębiorców i londyńskiego City przerażonych perspektywą wyjścia Wielkie Brytanii z UE.

Cameron może sobie wyobrażać, że uda mu się zachować profity płynące z przynależności do wspólnego rynku UE i jednocześnie uwolnić od wszelkich unijnych zobowiązań. Na jakiej podstawie podobne wyobrażenia podtrzymuje w sobie Kaczyński – nie mam pojęcia. Czyżby liczył, że uda się Polsce pozostać w jakiejś nowej EFTA, niedorozwiniętą namiastką UE, pod wodzą Londynu? A może na zasadach równości Warszawy (pod rządami PiS) i Londynu? Że na obrzeżach UE będzie funkcjonowała grupa dziewiętnastowiecznie suwerennych państw, której najbiedniejsi członkowie, ci "na dorobku", będą finansowani przez sfederalizowaną UE? Bo chyba nie liczy na pieniądze z Londynu. I chyba pamięta, że w tej samej grupie może znaleźć się inny konkurent na dorobku, Węgry, które pod rządami Viktora Orbána też pozostają uczestnikiem aliansu hamulcowych integracji europejskiej.

Ciekawe też, jak Kaczyński wyobraża sobie pozycję Polski w duecie z Wielką Brytanią, skoro jest przekonany, że – poza bogactwem, którego kraj na dorobku jeszcze nie ma - to demografia decyduje o znaczeniu państwa. W debacie na temat traktatu lizbońskiego i sposobu głosowania w Radzie, broniąc zasady "pierwiastka kwadratowego" (sen szalonego arytmetyka…) Kaczyński oświadczył: "Domagamy się tylko tego, by nam oddano to, co nam zabrano. Gdyby Polska nie przeżyła lat 1939–1945, byłaby dzisiaj, jeśli odwołać się do kryterium demograficznego, państwem 66-milionowym" (wypowiedź dla Sygnałów Dnia z 22 czerwca 2007). System głosowania też powinien być rekompensatą dla Polski pozostającej na, demograficznym tym razem, dorobku. Ten postulat to kolejna wskazówka, jak Kaczyński wyobraża sobie swój udział w kształtowaniu przyszłego "modelu organizacyjnego" UE.

Pomysł na Unię zbudowany na sprzecznościach

Kaczyński jest krytycznie nastawiony do UE, która jego zdaniem za dużo żąda od Polski w zamian za to, co daje, a daje za mało. Czy da się tak zreformować Unię, by usatysfakcjonowała Prezesa? Każda reforma UE jest wynikiem kompromisu między członkami UE, możliwego, bo więcej je łączy niż dzieli.  Ale zdolność Prezesa do przekonania kogokolwiek w UE do swojej wizji jest niewielka: nie ma nic do zaoferowania (odpowiedzią na straszenie wetem jest traktat międzyrządowy), kompromisem się brzydzi, negocjacje jest w stanie prowadzić tylko z pozycji siły (której nie ma), a jego główny sojusznik w Parlamencie Europejskim (torysi) promuje model funkcjonowania i organizacji UE nie do pogodzenia z wyborczymi obietnicami i priorytetami PiS.

Kaczyński ma wobec UE oczekiwania, których spełnieniu służą silne ponadnarodowe instytucje i stosowanie metody wspólnotowej, ale jednocześnie – tak jak jego brytyjscy  sojusznicy - odrzuca wszystko, co ponadnarodowe i preferuje metodę międzyrządową. Kaczyńskiemu obecna UE się zdecydowanie nie podoba, ale w ostateczności woli zachować status quo niż przystać na dalszą integrację. Jego zdaniem każdy krok w stronę federacji jest niebezpieczny, ale postulowany powrót do sytuacji sprzed traktatu lizbońskiego to propozycja podróży w czasie: jest nie do zrealizowania.

Działania, które w polityce europejskiej zapowiada Kaczyński, mają ponoć uchronić Polskę przed marginalizacją. Ale w rzeczywistości to ich podjęcie doprowadzi do błyskawicznego zepchnięcia Polski na margines. Mieliśmy już tego próbkę za rządów braci Kaczyńskich. Wbrew deklarowanym intencjom Prezesa, skażą Polskę "na wieczną peryferyzację i bycie rezerwuarem taniej siły roboczej". Kaczyński jest zagorzałym przeciwnikiem Tuska. Jego opozycja nie jest natury politycznej, tylko paroksyzmowej. Tuska można krytykować za wiele rzeczy. Ale jednego nie sposób mu odmówić: to za jego rządów Polska zajęła w UE miejsce, jakiego nie miała na poziomie międzynarodowym przez wieki. To nie tylko jego osobista zasługa, to wynik ewolucji kraju, która zaczęła przynosić najbardziej widoczne efekty za jego kadencji. Ale bez jego zaangażowania i sposobu wykorzystania forum, jakim była polska prezydencja w Radzie UE, bez umiejętności zdobycia zaufania Niemiec, Komisji Europejskiej, a nawet Francji, nie udałoby się wydobyć Polski tak szybko i skutecznie z zapaści dyplomatycznej, którą spowodowały rządy PiS. I w tej sytuacji Kaczyński chce bronić Polski przed marginalizacją? Pusty śmiech. Jego dzisiejsze pomysły doprowadziłyby nie tylko do dyplomatycznej, ale też gospodarczej izolacji Polski.

Poglądy na państwo głoszone przez PiS sytuują to ugrupowanie w nurcie lewicowych suwerenistów, obrońców "Europy socjalnej": duże wydatki socjalne i centralna dystrybucja środków budżetowych; podejrzliwość wobec przedsiębiorców i przekonanie, że pieniądz rodzi korupcję; nieufność wobec bogatych i tendencje do obrony interesów biedniejszych obywateli metodą Robin Hooda; centralizm państwowy; program nacjonalizacji gospodarki; keynesizm w dziedzinie walki z bezrobociem; patriotyzm gospodarczy; emocjonalna krytyka liberalizmu. Jednocześnie jednak głównego sojusznika w planowaniu przyszłego kształtu UE upatruje w liberalnej Wielkiej Brytanii.

Integracja europejska tak bardzo nie mieści się Kaczyńskiemu w głowie, że mówiąc o UE grzęźnie w sprzecznościach, które czynią jego europejski program absurdalnym. Tak naprawdę, nie jest w stanie zadowolić ani tych, którzy integracji europejskiej nie lubią, ani jej zwolenników. Mówiąc o zwolennikach, nie mam na myśli tak zwanych euroentuzjastów, bo tu sprawa wydaje się jasna. Ale nawet ci, którzy popierają członkostwo Polski w UE i jednocześnie głosują na PiS, bo chcą Unii państw narodowych, nie mają na co liczyć: PiS pod przewodnictwem Kaczyńskiego nie jest w stanie wpływać na kształt UE.  Oferta, jaką Kaczyński ma dla eurosceptyków, nic nie jest warta, bo jego eurosceptycyzm prowadzi donikąd: Kaczyński nie jest w stanie sformułować pozytywnego programu, rzeczowej alternatywy, która dodałaby wiarygodności postawie "Unia tak, ale inaczej". Bo też jego stosunek do integracji europejskiej jest bardziej emocjonalny niż intelektualny. Momentami nadaje to wiecowej ostrości jego poglądom, ale ta emocjonalna więź strachu, agresji i nieufności to za mało, by pociągnął za sobą nawet elementy najbardziej skrajne, szowinistyczne, eurofobiczne. Rozumie, że jest skazany na polityczny flirt z nimi (tak jak kiedyś z LPR, z Samoobroną), ale - przyznajmy uczciwie - to nie jego towarzystwo. Kibicuje ich poczynaniom na Marszu Niepodległości w Warszawie, ale sam jedzie maszerować do Krakowa. Niegdysiejszy uczeń i wyznawca Prezesa a dziś jego zażarty oponent, Michał Kamiński, powiedział niedawno w wywiadzie z Moniką Olejnik, że Kaczyński "poszukuje wyborców, takich emocji, jakie wyraża pani Pawłowicz". Jeżeli rzeczywiście poszukuje,  to i tu może go spotkać rozczarowanie: dla eurofobów i nacjonalistów wciąż jest zbyt mało radykalny.

Z deklaracji Kaczyńskiego wyłania się plan udziału w dyskusji na temat przyszłego "modelu organizacyjnego UE" ograniczony do jednego prostego zaklęcia: żeby się tylko za bardzo nie zintegrowali. Gdy próbuje tłumaczyć, o co mu chodzi i jakie byłyby konsekwencje jego działań dla Polski, ginie w retoryce pełnej sprzeczności i niekonsekwencji. Retoryce miałkiej i mało atrakcyjnej. Przegrywa ona w konkurencji ze stylem posłanki Krystyny Pawłowicz, która mówi wprost: "Jestem z gruntu przeciwna Unii Europejskiej. Czekam i modlę się, żeby to się po prostu samo rozwaliło" (wywiad dla Rzeczpospolitej z 1 czerwca 2013, w którym deklaruje też, że jej stanowisko w tej sprawie aprobuje prezes Kaczyński). Pawłowicz jest wyrazista i konsekwentna, gdy wspomina o "unijnej szmacie" (wywiad dla Super Expressu, 10 grudnia 2013), a zapewnienia kolejnych rzeczników PiS (Adama Hoffmana w czerwcu 2013 i Andrzeja Dudy w grudniu), że posłanka Pawłowicz nie stanowi głównego nurtu PiS nie zmienia faktu, iż to jej wypowiedzi nadają ton dyskursowi PiS o Unii Europejskiej. To one zostaną zapamiętane i w tych kategoriach o UE myśleć będą wyborcy PiS oddając na te partie glos w najbliższych wyborach. Pod tym względem Michał Kamiński ma rację: "to ona wyraża jądro PiS!"


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...