Unia Europejska, w swej obecnej postaci i w poprzednich wcieleniach, została dziś wyróżniona pokojową nagrodą Nobla za to, że w ciągu sześćdziesięciu lat udało się jej "zamienić kontynent wojny w kontynent pokoju". Tego uzasadnieni nie trzeba rozwijać, bo każdy, kto sprawę analizuje bez złej woli, musi temu rozumowaniu przyznać rację: nigdy w historii, w żadnej cywilizacji, nie udało się wymyślić i zrealizować planu takiego powiązania nienawidzących się i od wieków wojujących między sobą narodów, żeby wojna między nimi została wyeliminowana na stałe, by wojna stała się nie do pomyślenia. Unia Europejska jest rezultatem tego planu.
Przewodniczący Norweskiego Komitetu Noblowskiego, Thorbjoern Jagland, podał jednak jeszcze jedna przyczynę przyznania UE nagrody, odpowiadając bardziej na pytanie dlaczego teraz niż dlaczego w ogóle. Chodziło o to, by uratować to co udało się osiągnąć i by poprawić to, co udało się stworzyć, bo to jedyny i najlepszy sposób, aby poradzić sobie z obecnymi problemami. Chodzi oczywiście o wyniszczający Europę kryzys. Nagroda pocieszenia? Nie, przeciwnie: nagroda otrzeźwienia. Proeuropejski apel z eurosceptycznej Norwegii: Europejczycy, obywatele Unii, szefowie narodowych państw i państewek: nie marnujcie tego, co zostało dokonane. W tym sensie, rzeczywiście mają rację ci, którzy wiedzeni polityczną poprawnością głoszą, że pokojowy Nobel adresowany jest do pięciuset milionów Europejczyków. Żeby tak łatwo nie zapominali, jaką wartością jest pokój. I że metoda, jaką dawno temu znaleziono by wojnę zastąpić negocjacjami, współpracą i podziałem zasobów, jest też metodą na wspólne życie.
Nie wiem, czy udało się to przypomnieć. Na Unię i Komitet Noblowski posypał się grad krytyki. Że Nagroda się nie należy, bo jest kryzys. A jak kryzys, to trudno żyć. A jak trudno - to pokoju w umysłach nie ma. Absurd kompletny. Wszystkie pokojowe Nagrody Nobla w ostatnich kilkudziesięciu latach były krytykowane: a to że, laureat jest raczej wojennym podżegaczem niż obrońcą pokoju (Kissinger), albo, że terrorystą (Arafat), albo, że dostał nagrodę za kolor skóry i na wyrost (Obama), albo, że byli lepsi kandydaci, bo jak wiadomo zawsze są lepsi kandydaci. Pierwszy raz się zdarza, że laureatowi chcą nagrodę zabrać, bo jest słabego zdrowia. Oskarżanie Unii o kryzys jest tak samo głupie jak nieuczciwe, bo kryzys nie w UE się zaczął i nie nadmiar, ale niewystarczający poziomem integracji sprawił, że tak szybko się rozprzestrzenił. Nie unijne przepisy, ale ich brak lub nieprzestrzeganie przez państwa członkowskie zadecydował o trwałości i głębi tego kryzysu. Przede wszystkim jednak, to nie z ekonomii dostała Unia nagrodę, nagroda jest pokojowa.
Zarzucają Unii, że ma armię i wydaje dużo na zbrojenia. Można oczywiście powiedzieć, że to nie UE, tylko państwa czlonkowskie. Ale czy państwa członkowskie to nie Unia? No Unia przecież. Zarzucają też Unii, że była bezradna w Bośni. Owszem, nie miała armii. W Srebrenicy wymordowano ludzi pod nosem uzbrojonych holenderskich żołnierzy. Działających jednak pod egida NATO. Unia jest winna? Ma mieć Unia armię czy ma nie mieć? Jak wytłumaczyć ludziom, że kraje, które zaledwie kilkanaście lat temu toczyły brutalną wojnę na wyniszczenie, dziś muszą ze sobą jakoś współpracować, dbać o prawa człowieka, budować demokratyczne instytucje, nawet jeśli bez głębokiego przekonania, to muszą jednak, bo taka jest europejska soft power, zwana europejską perspektywą?
Łatwiej jest powiedzieć, że Unia to nie my, to oni, to obcy, winni wszystkiemu. Dlatego to oczywiście nieprawda, że jest to nagroda dla wszystkich obywateli UE. Nie, jest to przede wszystkim nagroda dla tych, którzy kiedyś integrację europejską wymyślili i tchnęli w nią życie. W tym sensie, jest to nagroda pośmiertna, pierwsza w noblowskiej historii. Jest to nagroda dla tych, którzy dziś w tę ideę wierzą i na co dzień ją realizują. Na pewno nie jest to nagroda dla Camerona i Klausa. Nie dla tych, którzy hołdują w ten czy inny sposób narodowym egoizmom i z populistycznym lub ideologicznym impetem niszczą najmądrzejszy projekt, jaki kiedykolwiek Europejczykom udało się stworzyć.
Przemówienie laureata (Van Rompuy i Barroso w duecie) na ceremonii wręczenia Nagrody Nobla (po polsku, ale dla tych, dla których UE to chińszczyzna, jest też po chińsku)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vaclav Klaus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vaclav Klaus. Pokaż wszystkie posty
2012-12-10
2012-03-01
Podwójne standardy
![]() |
| Viktor Orbán ©Wikimedia commons |
O stosowaniu podwójnych standardów czyta się regularnie i nie tylko w odniesieniu do UE. A czasem się nie czyta, choć nie wiadomo dlaczego. Gazety donoszą dziś o nowej polityce ochrony prywatności wprowadzonej przez Google'a. Google od chwili rozwinięcia skrzydeł i wprowadzenia szeregu usług, jak Gmail na przykład, nieustannie zwiększa ochronę prywatności swoich użytkowników i powoli dochodzi do tak ścisłej ochrony, że owej prywatności coraz trudniej się doszukać. Wszystko to oczywiście dla naszej wygody, bo po co mamy sami dokonywać wyborów i selekcji, po co mamy tracić czas na jakiekolwiek decyzje: Google zrobi to za nas. Wystarczy, że lepiej nas pozna. Pozna nas lepiej, niż my sami się znamy i spakuje w logarytm.
To niezwykłe, że działania Google'a nie budzą niepokoju internautów podskakujących tysiącami na ulicach i placach w obronie wolności i prywatności zagrożonej przez ACTA. Ktoś powie, że to kwestia zaufania. Rządy, instytucje, międzynarodowe organizacje go nie mają, roztrwoniły przez lata, obywatele przestali szanować oficjalne, reprezentujące ich struktury. Skąd jednak bierze się zaufanie do prywatnych firm, których liczona w bilionach wartość jest wartością naszych kliknięć, naszych spojrzeń na ekran, naszej zawłaszczonej prywatności? Nie wiadomo. Brak zaufania tłumaczy stosunek ludzi do rządów. Naiwność tłumaczy ich stosunek do Google'a i innych jemu podobnych.
2012-02-01
Cień Klausa
To, że na zakończonym wczoraj szczycie pod "paktem fiskalnym" (czyli wzajemnym zobowiązaniem państw Eurolandu do przestrzegania dyscypliny budżetowej) zabrakło brytyjskiego podpisu nikogo nie zdziwiło, tak miało być. Ale nie dla wszystkich było jasne, czemu do Brytyjczyków dołączyli Czesi. W końcu wynik szczytu, jeśli chodzi o udział w szczytach Eurolandu państw spoza unii walutowej, był lepszy, niż mozna się było spodziewać (dla krajów spoza strefy, nie dla Francji, która musiała jednak co nieco ustąpić).
Czesi, choć zgłosili wiele zastrzeżeń, niby nie powiedzieli "nie". Furtka pozostaje otwarta, bo premier Nečas będzie sprawę musiał skonsultować z Parlamentem. Ale trudno się spodziewać, ze w wyniku tych konsultacji Czechy dołączą do sygnatariuszy paktu. Nečasowi już przed wyjazdem do Brukseli niektórzy zarzucali, że źle broni czeskich interesów. Na ich czele, jak zwykle znaleźli się zwolennicy antyeuropejskiego prezydenta Vaclava Klausa. Nečas, w końcu członek tej samej partii co Klaus, musi grać ostrożnie, bo budowanie parlamentarnych koalicji jest nad Wełtawą szczególnie utrudnione przez tamtejszy regulamin, przede wszystkim jednak dlatego, że sprawa jest znacznie szersza. Chodzi również o porozumienie w sprawie referendum, które miałoby poprzedzić przystąpienie Czech do unii walutowej. Jego organizacja wymagałaby specjalnej ustawy.
1 lutego zbiera się na posiedzeniu czeski rząd, żeby omówić wyniki unijnego szczytu. Nie będzie to łatwa dyskusja.
![]() |
| Petr Nečas © European Union, 2010 |
1 lutego zbiera się na posiedzeniu czeski rząd, żeby omówić wyniki unijnego szczytu. Nie będzie to łatwa dyskusja.
2012-01-31
Dorna rozumienie Europy legło w gruzach
Jaka to szkoda, ze Donald Tusk wrócił z Brukseli, z unijnego szczytu, na którym zajmował się przyszłym traktatem międzyrządowym i tak zwanym "paktem fiskalnym". Szkoda dla Ludwika Dorna.
Mógł Tusk pojechać na kongres socjologiczny. Dorn dawno się już socjologią nie zajmuje, ale przynajmniej ma tytuł, żeby sie wypowiadać. Mógł przecież Tusk napisać bajkę i zgłosić ja do jakiegoś konkursu. Wiadomo, że w tej dziedzinie Dorn ma spore osiągnięcia i słusznie, niewątpliwie, cieszy się uznaniem. Mógł też Tusk pomalować sobie ciało: sam Dorn bodypaintingu co prawda nie uprawia (albo się z tym nie afiszuje), ale ma przynajmniej dostęp do eksperta (o czym na pewno pisały portale plotkarskie, a może nawet i te poświęcone sztuce ).
Efekt każdego takiego działania podjętego (lub zaniechanego) przez Tuska Dornowi kojarzyłby się z gruzami. I z przesławnym laniem. Dorn nie ma innego wyjścia, bo mówiąc w imieniu Solidarnej Polski musi być przeciw. Bo Polska "solidarna" to Polska przeciw, zdaniem Dorna i jego ugrupowania. On w ogóle już tak ma, że musi "dezawuować kierownictwo partii i osobę samego prezesa". Raz swojej partii, innym razem cudzej partii. A wobec Dorna, bezbronnego wobec imperatywu sprzeciwu, Tusk zachował się podstępnie zadając mu europejski temat. Bo brak Dornowi tytułu i choćby nabytej wiedzy, żeby się do niego odnieść; i dokonań brak; i jak się okazuje - ekspertów.
Na dzisiejszej konferencji Solidarnej Polski Dorn oświadczył ni z gruszki ni z pietruszki, że "cały plan polityki europejskiej duetu Donald Tusk - Radosław Sikorski właśnie się zawalił". Gruzy. W Brukseli Tusk dostał wedle Dorna "przesławne lanie". Oczom i uszom nie wierzę, ale powinienem, bo tak donosi portal "W Polityce", który sam siebie skromnie określa "jako najsilniejszy portal po stronie prawdy". Jak więc nie wierzyć?
Jaki to plan polityki europejskiej Dorn co prawda nie mówi, ale można się domyślić. Tusk pojechał do Brukseli z jednym postulatem, który bynajmniej nie był najważniejszym dylematem tego szczytu, a mianowicie w jakich posiedzeniach Eurolandu, na jaki temat i jak często Polska będzie uczestniczyć. Nie bagatelizuję znaczenia tego zagadnienia, bo jeżeli Unia Europejska ma pozostać unią, to nie można pozwolić na tworzenie specyficznego mechanizmu (traktatowego, instytucjonalnego, decyzyjnego, gospodarczego i politycznego) służącego integracji europejskiej tylko państw należących do strefy euro, inne pozostawiając poza nawiasem. Polska ma więc rację, że się temu sprzeciwia, oraz że robi to z pozycji państwa proeuropejskiego, opowiadającego się za głębszą integracją Unii, zarówno polityczną jak i gospodarczą.
Od kiedyż to jednak Ludwik Dorn i jego kolejne ugrupowania, kiedyś PiS, dziś SP, za takim modelem się opowiadali? Ich wzorem europejskiego polityka jest Vaclav Klaus, a ulubionym modelem europejskiej retoryki język brytyjskich, szowinistycznych tabloidów. Ludwik Dorn powinien jaśniej powiedzieć czy życzył europejskiemu planowi Tuska sukcesu czy porażki. Dziś ogłasza jego klęskę, wzywa Tuska do dymisji a Polskę do referendum. Ale jakiej Unii chce Dorn: Unii międzyrządowej, ze słabymi instytucjami wspólnotowymi? Takiego planu broni Sarkozy, ale i Klaus. Różnice między nimi są tylko dwie, ale zasadnicze: Sarkozy chce wspólnej Unii, w której Francja i największe (politycznie i gospodarczo) kraje wiodą prym, na chwałę swoich narodowych egoizmów. Klaus do wszystkiego co wspólne czuje niechęć i broni narodowego egoizmu sprzeciwiając się dominacji największych, bo sam jest mały. Jest też wizja Europy federalnej. Takiej - ku zaskoczeniu wielu obserwatorów - bronił w swym berlińskim wystąpieniu Sikorski. I jest też Unia taka jak jest: to znowu ona została utrwalona na brukselskim szczycie. Tym, którzy wierzą w integrację europejską, trudno ten wynik określać mianem sukcesu. Ale muszą przyznać, że mogłoby być gorzej, gdyby zwyciężyła wizja Sarkoziego. Tak się nie stało. W dużej mierze dzięki Polsce.
Na zakończonym nad ranem szczycie Polska poradziła sobie lepiej, niż się tego ktokolwiek spodziewał. To prawda, że z poparciem szefa Komisji Europejskiej Barroso i przy życzliwym dopingu innych państw spoza Eurolandu (choć żadne z nich nie miało odwagi przyjąć na siebie roli lidera). Ale jednak dzięki twardej postawie Tuska i skuteczności jego negocjacji. Na jedno i drugie mógł sobie pozwolić, bo przez sześć miesięcy polskiej prezydencji udało mu się zbudować wizerunek godnego zaufania, proeuropejskiego polityka, którego kraj odnosi sukcesy gospodarcze. To prawda, że Francja i Niemcy odgrywają kluczową rolę. A niby kto ma odgrywać w czasie gospodarczego kryzysu, jeśli nie dwie największe gospodarki? W czasie, gdy największym wyzwaniem na dziś jest wyłożenie raz, i jeszcze raz, dziesiątków miliardów euro na pomoc dla Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Włoch, Irlandii? Dobrze że Polska przypomina skutecznie, że poza miliardami są jeszcze inne ważne sprawy, ważne również w przyszłości. Przypomina z większym samozaparciem, niż wynikałoby to z kontekstu: w końcu nie można zaprzeczyć, że Polska domaga się stolika w klubie, do którego nie należy. Fakt, że jest to jej reakcją na chęć euroklubowiczów decydowania również o jej sprawach.
Dorn bez zająknięcia oświadcza, że "decyzja o podpisaniu paktu fiskalnego oznacza perspektywę realnych kar w wysokości 1/10 procenta PKB". I przelicza tę kwotę na złotówki ("parędziesiąt miliardów złotych") ani słowem nie wspominając (bo żaden ekspert nie podpowiedział?), że mechanizm ten obowiązuje tylko kraje strefy euro, bo dla tych, które euro nie mają, jest opcjonalny: mogą zastosować u siebie mechanizm dyscypliny budżetowej (wraz z sankcjami za jego nieprzestrzeganie), ale nie muszą. Wielu to uczyni, dla uzdrowienia finansów publicznych, ale też dla podniesienia zaufania inwestorów, dla wzmocnienia rynkowej wiarygodności.
Dorn ironizuje, że Tusk się godzi na "pakt fiskalnyw zamian za taka organizację szczytów euro, by kraje nie należące do strefy euro trudno było wypraszać." Coś w tym jest, jeśli chodzi o szczyty Eurolandu zajmujące się mechanizmem stabilizacji finansów, na który kraje spoza Eurolandu się przecież nie składają. To źle? Ważniejsze, że w innych szczytach, których zakres tematyczny wykracza poza tę kwestię, kraje spoza strefy będą brały udział już nie dlatego, że trudno je będzie oderwać od krzesła, tylko dlatego, ze tak uzgodniono. Poza tym pozostają szczyty całej UE, wkrótce 28 państw, dotyczące innych zagadnień, w pierwszym rzędzie jednolitego rynku.
Dorn martwi się, że Tusk lekceważy kraje naszego regionu. Ale te kraje, z wyjątkiem Czech, przystąpiły do porozumienia. Porozumienia lepszego, niż byłyby w stanie wywalczyć same, bez Polski. Tusk "rozbija dziedzictwo budowy koalicji w Europie Środkowo-Wschodniej, odziedziczone po śp. prezydencie Lechu Kaczyńskim", mówi Dorn. Jakiej koalicji? Z Gruzją? Przez szacunek do zmarłych nie wspomnę o zdolności budowania przez Lecha Kaczyńskiego koalicji w ogóle, a koalicji europejskich w szczególności.
Dobrze natomiast, że Dorn i SP wzywają do debaty w Sejmie. Europejskie debaty będzie też organizował prezydent Komorowski. Debat nigdy za dużo. Byle z sensem. Byle z sensem.
Mógł Tusk pojechać na kongres socjologiczny. Dorn dawno się już socjologią nie zajmuje, ale przynajmniej ma tytuł, żeby sie wypowiadać. Mógł przecież Tusk napisać bajkę i zgłosić ja do jakiegoś konkursu. Wiadomo, że w tej dziedzinie Dorn ma spore osiągnięcia i słusznie, niewątpliwie, cieszy się uznaniem. Mógł też Tusk pomalować sobie ciało: sam Dorn bodypaintingu co prawda nie uprawia (albo się z tym nie afiszuje), ale ma przynajmniej dostęp do eksperta (o czym na pewno pisały portale plotkarskie, a może nawet i te poświęcone sztuce ).
Efekt każdego takiego działania podjętego (lub zaniechanego) przez Tuska Dornowi kojarzyłby się z gruzami. I z przesławnym laniem. Dorn nie ma innego wyjścia, bo mówiąc w imieniu Solidarnej Polski musi być przeciw. Bo Polska "solidarna" to Polska przeciw, zdaniem Dorna i jego ugrupowania. On w ogóle już tak ma, że musi "dezawuować kierownictwo partii i osobę samego prezesa". Raz swojej partii, innym razem cudzej partii. A wobec Dorna, bezbronnego wobec imperatywu sprzeciwu, Tusk zachował się podstępnie zadając mu europejski temat. Bo brak Dornowi tytułu i choćby nabytej wiedzy, żeby się do niego odnieść; i dokonań brak; i jak się okazuje - ekspertów.
![]() |
| Rada Europejska, 30.01.2012 © European Union, 2012 |
Jaki to plan polityki europejskiej Dorn co prawda nie mówi, ale można się domyślić. Tusk pojechał do Brukseli z jednym postulatem, który bynajmniej nie był najważniejszym dylematem tego szczytu, a mianowicie w jakich posiedzeniach Eurolandu, na jaki temat i jak często Polska będzie uczestniczyć. Nie bagatelizuję znaczenia tego zagadnienia, bo jeżeli Unia Europejska ma pozostać unią, to nie można pozwolić na tworzenie specyficznego mechanizmu (traktatowego, instytucjonalnego, decyzyjnego, gospodarczego i politycznego) służącego integracji europejskiej tylko państw należących do strefy euro, inne pozostawiając poza nawiasem. Polska ma więc rację, że się temu sprzeciwia, oraz że robi to z pozycji państwa proeuropejskiego, opowiadającego się za głębszą integracją Unii, zarówno polityczną jak i gospodarczą.
Od kiedyż to jednak Ludwik Dorn i jego kolejne ugrupowania, kiedyś PiS, dziś SP, za takim modelem się opowiadali? Ich wzorem europejskiego polityka jest Vaclav Klaus, a ulubionym modelem europejskiej retoryki język brytyjskich, szowinistycznych tabloidów. Ludwik Dorn powinien jaśniej powiedzieć czy życzył europejskiemu planowi Tuska sukcesu czy porażki. Dziś ogłasza jego klęskę, wzywa Tuska do dymisji a Polskę do referendum. Ale jakiej Unii chce Dorn: Unii międzyrządowej, ze słabymi instytucjami wspólnotowymi? Takiego planu broni Sarkozy, ale i Klaus. Różnice między nimi są tylko dwie, ale zasadnicze: Sarkozy chce wspólnej Unii, w której Francja i największe (politycznie i gospodarczo) kraje wiodą prym, na chwałę swoich narodowych egoizmów. Klaus do wszystkiego co wspólne czuje niechęć i broni narodowego egoizmu sprzeciwiając się dominacji największych, bo sam jest mały. Jest też wizja Europy federalnej. Takiej - ku zaskoczeniu wielu obserwatorów - bronił w swym berlińskim wystąpieniu Sikorski. I jest też Unia taka jak jest: to znowu ona została utrwalona na brukselskim szczycie. Tym, którzy wierzą w integrację europejską, trudno ten wynik określać mianem sukcesu. Ale muszą przyznać, że mogłoby być gorzej, gdyby zwyciężyła wizja Sarkoziego. Tak się nie stało. W dużej mierze dzięki Polsce.
Na zakończonym nad ranem szczycie Polska poradziła sobie lepiej, niż się tego ktokolwiek spodziewał. To prawda, że z poparciem szefa Komisji Europejskiej Barroso i przy życzliwym dopingu innych państw spoza Eurolandu (choć żadne z nich nie miało odwagi przyjąć na siebie roli lidera). Ale jednak dzięki twardej postawie Tuska i skuteczności jego negocjacji. Na jedno i drugie mógł sobie pozwolić, bo przez sześć miesięcy polskiej prezydencji udało mu się zbudować wizerunek godnego zaufania, proeuropejskiego polityka, którego kraj odnosi sukcesy gospodarcze. To prawda, że Francja i Niemcy odgrywają kluczową rolę. A niby kto ma odgrywać w czasie gospodarczego kryzysu, jeśli nie dwie największe gospodarki? W czasie, gdy największym wyzwaniem na dziś jest wyłożenie raz, i jeszcze raz, dziesiątków miliardów euro na pomoc dla Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Włoch, Irlandii? Dobrze że Polska przypomina skutecznie, że poza miliardami są jeszcze inne ważne sprawy, ważne również w przyszłości. Przypomina z większym samozaparciem, niż wynikałoby to z kontekstu: w końcu nie można zaprzeczyć, że Polska domaga się stolika w klubie, do którego nie należy. Fakt, że jest to jej reakcją na chęć euroklubowiczów decydowania również o jej sprawach.
Dorn bez zająknięcia oświadcza, że "decyzja o podpisaniu paktu fiskalnego oznacza perspektywę realnych kar w wysokości 1/10 procenta PKB". I przelicza tę kwotę na złotówki ("parędziesiąt miliardów złotych") ani słowem nie wspominając (bo żaden ekspert nie podpowiedział?), że mechanizm ten obowiązuje tylko kraje strefy euro, bo dla tych, które euro nie mają, jest opcjonalny: mogą zastosować u siebie mechanizm dyscypliny budżetowej (wraz z sankcjami za jego nieprzestrzeganie), ale nie muszą. Wielu to uczyni, dla uzdrowienia finansów publicznych, ale też dla podniesienia zaufania inwestorów, dla wzmocnienia rynkowej wiarygodności.
Dorn ironizuje, że Tusk się godzi na "pakt fiskalnyw zamian za taka organizację szczytów euro, by kraje nie należące do strefy euro trudno było wypraszać." Coś w tym jest, jeśli chodzi o szczyty Eurolandu zajmujące się mechanizmem stabilizacji finansów, na który kraje spoza Eurolandu się przecież nie składają. To źle? Ważniejsze, że w innych szczytach, których zakres tematyczny wykracza poza tę kwestię, kraje spoza strefy będą brały udział już nie dlatego, że trudno je będzie oderwać od krzesła, tylko dlatego, ze tak uzgodniono. Poza tym pozostają szczyty całej UE, wkrótce 28 państw, dotyczące innych zagadnień, w pierwszym rzędzie jednolitego rynku.
Dorn martwi się, że Tusk lekceważy kraje naszego regionu. Ale te kraje, z wyjątkiem Czech, przystąpiły do porozumienia. Porozumienia lepszego, niż byłyby w stanie wywalczyć same, bez Polski. Tusk "rozbija dziedzictwo budowy koalicji w Europie Środkowo-Wschodniej, odziedziczone po śp. prezydencie Lechu Kaczyńskim", mówi Dorn. Jakiej koalicji? Z Gruzją? Przez szacunek do zmarłych nie wspomnę o zdolności budowania przez Lecha Kaczyńskiego koalicji w ogóle, a koalicji europejskich w szczególności.
Dobrze natomiast, że Dorn i SP wzywają do debaty w Sejmie. Europejskie debaty będzie też organizował prezydent Komorowski. Debat nigdy za dużo. Byle z sensem. Byle z sensem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.
Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...
-
To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Oneci...
-
©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipc...
-
Fot. Wikimedia Commons Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka...



