Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mogherini Federika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mogherini Federika. Pokaż wszystkie posty

2015-03-16

Tusk w Brukseli: ale się władowałem!

Bardzo mi się podoba moja funkcja, bo mam poparcie w walce z "pustymi unijnymi procedurami" - mówi Donald Tusk w wywiadzie udzielonymym "Gazecie Wyborczej" i pięciu innym dziennikom europejskim wydającym dodatek europejski ("Le Figaro", "The Guardian", "El Pais", "La Stampy" i "Süddeutsche Zeitung). Dzięki temu poparciu posiedzenia Rady Europejskiej są krótsze. Z wywiadu wynika, że to największe osiągnięcie byłego polskiego premiera odkąd został szefem Rady Europejskiej i jedyne źródło zawodowej satysfakcji.

Donald Tusk w Parlamencie Europejskim 23/01/2015
Niewiedza, albo hipokryzja zapewne kierują tymi krytykami Tuska w Polsce, którzy zarzucają mu, że nie jest królem Europy. Że nie czyni więcej i bardziej zdecydowanie i w bardziej widoczny sposób. Kompetencje szefa Rady Europejskiej są jakie są. Decyduje o tym traktat. Jakie wywalczy sobie miejsce dzieląc się rolą politycznego reprezentanta Unii Europejskiej z przewodniczącym Komisji Junckerem, z wysoką przedstawiciel do spraw polityki zagranicznej (której nazywanie szefową "unijnej dyplomacji" też jest nieuzasadnioną hiperbolą) Mogherini i, w mniejszym stopniu, z przewodniczącym Parlamentu Schulzem, zależy już w większym stopniu od niego samego. Od jego taktyki rozwiązywania konkretnych problemów, od politycznej strategii sprawowania swojego urzędu i od osobowości.

Z osobowością ma problem: w wywiadzie skarży się, że jako premier mógł być ambitniejszy, a teraz podcinają mu skrzydła. Nie pozwalają na realizację ambicji. Jakich dokładnie - nie powiedział. Chodziło raczej o potrzebę mentalną niż plan działania. Na rozgraniczenie taktyki i strategii jest może za wcześnie: jako strateg i jako taktyk Tusk przedstawia się sam jako osoba skrępowana formatem swojej funkcji. Słusznie mówi, że jego rola na codzień polega na poszukiwaniu kompromisu między rządami 28 państw członkowskich. Ale już przyznanie, że jest to dla niego odkryciem, do którego z trudem się przyzwyczaja pokazuje, że Tusk obejmując stanowisko nie do końca rozumiał jak funkcjonuje Unia. To pierwsza fundamentalna różnica, którą dostrzegam między nim a jego poprzednikiem Van Rompuyem oraz byłym i obecnym szefem Komisji: Barroso i Junckerem. Wszyscy oni wiedzą doskonale jak działa złożony, ciężki a jednak niezawodny mechanizm integracji europejskiej. Tusk natomiast nadal zmaga się z paraliżującym go zaskoczeniem.

Więcej nie dam rady

Druga podstawowa różnica, którą ten wywiad nad wyraz jasno ukazuje, dotyczy zdolności odnalezienia się w roli jednej z kluczowych postaci, które ten mechanizm mają obsługować i wprawiać w ruch. Tusk się jeszcze z rolą nie oswoił, jeszcze się otrząsa po kuble zimnej wody. Marudzi, że tu każdy ma inne zdanie. Coś podobnego... I że właściwie, to on tu tylko moderuje. Gdyby oświadczył: ja tu tylko sprzątam, to - w kontekście tego wywiadu - nawet bym się nie zdziwił. Szczerze przyznaje, że bardzo mu na rękę, iż w przypadku Ukrainy to Merkel i Hollande wzięli na siebie ciężar negocjacji z Rosją i Ukrainą, bo w tym układzie, zwanym formatem normandzkim, po stronie unijnej jest tylko dwóch, a nie dwudziestu ośmiu partnerów, i na dodatek moderują się oni wzajemnie. Tusk jest przekonany, że sam by i tak więcej nie osiagnął.

Pewnie by nie osiągnął. Nie uważam, że Mogherini, a tym bardziej Tusk, powinni brać bezpośrednio udział w negocjacjach w Mińsku. Choć bardzo bym chciał, żeby to było możliwe. Traktatowo i politycznie. Ale nie jest. Żeby Unia miała rzeczywiście wspólną dyplomację. I rzeczywiście wspólną, ponadnarodową reprezentację broniącą unijnych wartości i zasad. Ale nie ma. Trudno. W tej sytuacji negocjacje międzynarodowe prowadzą ci, którzy tradycyjnie na polu międzynarodowym pełnią rolę globalnych graczy. Konflikt izraelsko-palestyński, Afryka, państwo islamskie, Syria, Irak, Ukraina - pozycja polityczna, gospodarcza, militarna i historycznie uwarunkowana rola najpotężniejszych (nawet, jeśli ta potęga jest mocno nadwyrężona) sprawiają, że to oni, a nie kto inny siedzi przy stole negocjacji. Albo wysyła armię - w pojedynkę albo budując wokół siebie koalicję, z mandatem ONZ albo bez. Do tego wąskiego grona - czy im się podoba czy nie - należą USA, Francja i Niemcy. Czasem dołącza do niego Wielka Brytania, ale coraz rzadziej. Trudno mieć do Tuska prentensje o to, że w tym gronie nie ma Unii, która w dziedzinie rozwiązywania konfliktów i bezpieczeństwa i tak robi i znaczy o wiele więcej, niż wynikałoby to z traktatów, ale tylko wtedy, gdy jest zgoda wszystkich, albo gdy takiej zgody nie potrzeba.

Unia mnie krępuje

Szkoda jednak, że Tusk, po wielu miesiącach sprawowania mandatu, wciąż zdaje się być zmartwiony tym spóźnionym odkryciem i że traktuje tę sytuację jak dopust boży. Z polskiej perspektywy cały świat widać przez ukraiński pryzmat, ale są inne perspektywy, szersze. Bardziej naturalne dla szefa Rady Europejskiej. Na pytanie, czy mu się praca podoba, odpowiada, że tak. Że mu się podoba. Ale z całego wywiadu powiewa rozczarowaniem i zniechęceniem. Między wierszami słychać tuskowe utyskiwanie: ale się władowałem! Van Rompuy czy Barroso, dzisiaj Juncker, też musieli na co dzień borykać się z tymi samymi ograniczeniami. Ich działania, zarówno te widoczne przed kamerami (wierzchołek wystający ponad chmury) jak i te kuluarowe i gabinetowe były funkcją tych samych traktatowych zapisów. Sytuacja jest dziś bardziej skomplikowana w dziedzinie stosunków zagranicznych. Ale mniej skomplikowana gospodarczo. Wtedy też nie było łatwo. Przestrzeń działania się nie zmieniła. Zmienia się zdolność polityczna i psychiczna człowieka do skutecznego poruszania się w tej przestrzeni.

Zarówno Van Rompuy jak Barroso, mimo różnych politycznych doświadczeń i odmiennych osobowości, mówili w imieniu Unii. Jako część Unii. Nie musieli ukrywać tarć, trudnych negocjacji i bolesnych kompromisów, rozczarowań. Ale kiedy decyzja była podjęta, mówili: my, Unia. My Rada, my Komisja. Podobnie dziś postępuje Juncker. Tusk natomiast ustawia się w pozycji tego, któremu Unia zrobiła krzywdę. Którego zawiodła. Sam ustawia się z tyłu bramki i wygląda na to, że nawet się nie rozgrzewa, bo nie wierzy, że dadzą mu zagrać. Świadomie używam zupełnie nieadekwatnej do sytuacji metafory piłkarsko-boiskowej, bo mam wrażenie, że tak to widzi Tusk. Tymczasem to nie ta gra. Najwyższy czas się przebudzić, Tusku. Dla dobra Unii, oczywiście. Ale i po to, żeby nie potwierdzać coraz silniejszego wrażenia, że nie tylko osobisty staż Tuska w Unii, ale w ogóle europejskie doświadczenie polityków z tak zwanych "nowych krajów", jest zbyt krótkie, zbyt płytkie, by powierzać im tak odpowiedzialne funkcje.



2014-08-28

Problem taktyczny Tuska w Brukseli

Federica Mogherini                                                      ©UE2014
Szanse na to, że Sikorski przejmie schedę po Ashton topnieją z minuty na minutę. W stolicach państw członkowskich wszyscy wiedzą, że włoska kandydatka nie ma profilu by kierować unijną dyplomacją, ale nie wszyscy uważają, że to wada: rządy nie lubią, gdy polityką zagraniczną kieruje się z Brukseli. 

Poza tym trudno powiedzieć: "nie" włoskiemu premierowi, trzeba go wesprzeć, bo jest gwarantem reform we Włoszech i wyjścia tego kraju z kryzysu. Symboliczna rozgrywka dla strefy euro i dla całej UE. A Matteo Renzi się uparł na Mogherini i ustąpić nie chce.

Z kolei, jeśli wierzyć prasowym doniesieniom, rosną szanse Tuska. Czy medialne i przyjacielskie zachęty z najbliższego środowiska wpłyną na jego skłoność do powiedzenia "tak", gdyby rzeczywiście propozycja przewodniczenia Radzie Europejskiej została mu złożona na sobotnim szczycie? Osobiście wątpię, by tak się stało.

Tusk dlatego sam pozostawał w grze, mówiąc, że niby nie chce, ale mrugając znacząco okiem, i dlatego w grze, mimo malejących szans, pozostawił Sikorskiego, by ustawić się w centrum pola negocjacji. Ich prawdziwym celem miałoby być ugranie dla Polski ważnej teki komisarza. Może nawet wiceprzewodniczącego Komisji na dodatek. Ale ta pozornie logiczna taktyka może okazać się nie do zrealizowania na sobotnim szczycie.

Jest już oczywiste, że w sobotę nie zapadną żadne decyzje dotyczące podziału tek w przyszłej Komisji. Negocjacje w tej sprawie należałoby prowadzić z przewodniczącym elektem. Ale ponoć Jean-Claude Juncker nie zamierza w dyskusjach uczestniczyć. Zrobi sobie rodzinne zdjęcie i wyjdzie. I słusznie: dlaczego miałby wystawiać się na narodowe naciski, wymuszanie zobowiązań i ustępstw? To byłaby pułapka. Tymczasem sprawa jest jasna: do dyskusji o tekach komisarzy przejdziemy dopiero, gdy zapadną decyzje dotyczące "top jobs", następców Van Rompuya i Ashton. A te decyzje podejmą szefowie rządów, Juncker nie ma tu nic do powiedzenia. Jego rola zacznie się później, od poniedziałku.

Taki scenariusz oznacza zaś, że transakcji wiązanej (ważna teka dla polskiego komisarza, skoro nie dostajemy żadnego z dwóch kluczowych stanowisk) nie będzie. Inna sekwencja zdarzeń, inne poziomy negocjacji. Na Junckera na pewno nie zadziała argument: przegraliśmy w sobotę, to w zamian chcemy wygrać w poniedziałek. Nie ze mną graliście, anioły moje - odpowie Tuskowi Juncker. Jeżeli Tusk się domyśla, że tak to może wyglądać, to - by nie wrócić z Brukseli na tarczy dwukrotnie: i w sobotę i w poniedziałek - powinien poważnie przymierzyć się do walki o stanowisko szefa Rady Europejskiej.

2014-08-27

Kto do Brukseli: trzy scenariusze dla PO

Sala obrad Rady Europejskiej z pustym krzesłem przewodniczącego
W sobotę mają zapaść decyzje, kto zostanie nowym przewodniczącym Rady Europejskiej w miejsce Belga Hermana Van Rompuya i kto zastąpi Brytyjkę Catherine Ashton na stanowisku szefa unijnej dyplomacji. 

Polska ma poważnych kandydatów na oba stanowiska, co już samo w sobie jest ewenementem. Jakie są ich rzeczywiste szanse nie wie dziś chyba nikt. Ale zgłoszenie do udziału w wyścigu nie pozostaje bez konsekwencji dla uczestników. Patrząc z polskiej perspektywy, nominacje na te dwa kluczowe stanowiska będą miały zasadniczy wpływ na sytuację w kraju i na notowania PO, i to bez względu na to, kto w ostatecznym rozrachunku pokieruje Radą Europejską i sprawami zagranicznymi.

Porządek obrad tego nadzwyczajnego szczytu UE, którego zasadniczym celem miało być obsadzenie obu najważniejszych stanowisk oraz podział tek w nowej Komisji, bardzo się skomplikował. Instytucjonalno-kadrowa część się zawęziła do wyznaczenia następców Van Rompuya i Ashton. Jeśli się uda, to już będzie duży krok do przodu, a nad komisarzami można się będzie jeszcze pozastanawiać, biorąc również pod uwagę znane oczekiwania Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie lista spraw do omówienia wydłużyła się w wyniku sytuacji międzynarodowej: Ukraina, strefa Gazy, Irak, Syria, Libia nie mogą przecież być zbyte milczeniem. Siłą rzeczy skrzyżują się rozbieżne priorytety i interesy. Kwestie instytucjonalne, personalne i międzynarodowe zostaną powiązane w pakiety negocjacyjne. Łatwo nie będzie. W tej mgławicy trudnych do przewidzenia wydarzeń można jednak, dla porządku, zarysować trzy scenariusze interesujące z polskiego i europejskiego punktu widzenia.

Scenariusz pierwszy: włoska kandydatka na szefa dyplomacji, Federica Mogherini, odpada pod naciskiem państw oskarżających ją o prorosyjskość, następcą Lady Ashton zostaje Radosław Sikorski. W tej sytuacji kandydatura Tuska na szefa Rady Europejskiej staje się bezprzedmiotowa, Tusk zostaje w kraju. To najlepszy scenariusz dla Polski, ale i dla PO, bo gwarantuje stabilność polityczną i przynajmniej w jakimś stopniu rozmywa perspektywę wyborczego zwycięstwa PiS. Jednocześnie objęcie teki wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa przez polityka z tak zwanych "nowych krajów" eliminuje z "krótkiej listy" kandydatury Bułgarki Georgijewej i Łotysza Dombrovskisa. Rosną wtedy szanse Dunki Helle'y Thorning Schmidt i Irlandczyka Endy Kenny'ego.

Scenariusz drugi: zarezerwowane dla socjalistów stanowisko wysokiego przedstawiciela dostaje Włoszka, Tusk zostaje przewodniczącym Rady Europejskiej. Sikorski, zgłoszony jako polski kandydat na komisarza tylko po to, by objąć tekę spraw zagranicznych (wysoki przedstawiciel jest jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji) wypada z gry. Kandydatem na komisarza zostaje Danuta Hübner. Dzięki temu Jean-Claude Juncker ma w składzie Komisji dodatkową kobietę, co zwiększa szanse na uzyskanie niezbędnego poparcia Parlamentu (na razie Parlament przygotowuje się do odrzucenia en bloc zespołu kandydatów na komisarzy, bo w obecnym kształcie nie spełnia on wymogu parytetu kobiety-mężczyźni). Z tego powodu kandydatura Rostowskiego na członka Komisji, mimo preferencji Tuska, odpada na rzecz kandydatury Hübner.

Z zewnątrz taki rozwój wypadków wyglądałby na prestiżowy sukces Tuska jako polityka i sukces Polski, jako państwa. Ale poza prestiżem, to kiepski scenariusz i dla Polski i dla PO. Mogherini na czele unijnej dyplomacji zostałaby odebrana w Polsce jako porażka negocjacyjna rządu PO. Na dodatek, Tusk zostałby niechybnie oskarżony o świadome poświęcenie interesu Polski dla osobistej kariery. Platforma bez Tuska raczej by się nie wzmocniła. Krytyka opozycji, że Tusk uciekł z tonącego okrętu łatwo znalazłaby posłuch w opinii publicznej, która chętniej wierzy, wbrew faktom, że sytuacja Polski jest katastrofalna, niż że kraj rozwija się szybciej niż kiedykolwiek. To jeszcze bardziej obniżyłoby sondażowe notowania Platformy i przyczyniło się do jej wyborczej porażki. Wybory wygrałoby PiS, a to najgorsze co Polsce może się przydarzyć.

To również ryzykowny scenariusz dla Europy. Nie wiem czy Tusk ma format międzynarodowego polityka i czy bycie politykiem sprawnym i utalentowanym wystarczy by skutecznie działać na unijnej arenie. Nieznajomość francuskiego i kiepska znajomość angielskiego to poważny problem. Niewiadomo też ile czasu potrzebowałby Tusk, by rozwinąć skrzydła nie mogąc liczyć na żadne partyjne zaplecze, działając w zupełnie innym kontekście niż ten, który poznał jako premier. Ale nawet gdyby Tusk miał się okazać najlepszym z możliwych szefem Rady Europejskiej, to najpoważniejsze niebezpieczeństwo kryje się gdzie indziej: Polska pod rządami PiS stałaby się dla UE jeszcze większym problemem niż Węgry. Orban jest antyunijny i antyzachodni, ale ma zmysł pragmatyczny. PiS i jego prezes mają zmysł oszołomski. A w sytuacji, gdy Tusk byłby szefem Rady Europejskiej, Unia stałaby się nieustannym celem ataków pisowskiego rządu. (Na temat "europejskiej" polityki PiS zob też: "Państwo PiS jest nie z tej Europy")

Rozpatrując ten scenariusz czuję się jednak w obowiązku przypomnieć, że sam Tusk nadal twierdzi, że schedą po Van Rompuyu nie jest zainteresowany. Mimo ekscytacji polskich mediów, które dziś piszą o poparciu Camerona dla kandydatury Tuska, tak jak parę miesięcy temu rozpisywały się o poparciu Merkel. Czyżby "nie chcem ale muszem"?

Scenariusz trzeci: Sikorski nie staje na czele dyplomacji UE, innej teki objąć nie chce lub nie może, polskim komisarzem zostaje Rostowski, Bielecki albo Hübner. Tusk nie przejmuje pałeczki od Van Rompuya, zostaje w kraju, szefem Rady Europejskiej zostaje przedstawiciel Bałtów albo Dunka. Zostaje to naturalnie odebrane jako spektakularna porażka premiera i jego formacji na scenie europejskiej. Notowania PO lecą w dół, PiS szybuje w sondażach. Gdyby Mogherini, a nie Georgijewa, została w tej sytuacji wysokim przedstawicielem UE ds. polityki zagranicznej, klęska byłaby totalna. Nawet uzyskanie przez Polskę ważnej teki w Komisji Europejskiej, na przykład energii lub rynku wewnętrznego, nawet stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji przyznane jako zadośćuczynienie mogłoby okazać się w oczach opozycji i opinii publicznej zbyt skromną rekompensatą. Gdyby na dodatek warunkiem uzyskania takiego stanowiska było wyznaczenie na komisarza Danuty Hübner, stracilibyśmy cenionego i doświadczonego szefa komisji parlamentarnej. Zastąpiłby ją inny Polak z PO, ale jest wątpliwe, by dało się znaleźć kogoś równie cenionego.

Po wygranych wyborach rząd PiS byłby antyunijny, nieustannie krytykowałby włoską szefową unijnej dyplomacji. Poparcie dla UE obniżyłoby się w Polsce nie tylko z powodu antyeuropejskiej retoryki rządu, ale też w reakcji na uczucie porażki narodowej: w Europie nas nie szanują, nie chcieli Tuska, nie chcieli Sikorskiego, a prorosyjska Włoszka negocjuje z Putinem rozwiązanie ukraińskiego konfliktu.

Oczywiście inne warianty są możliwe. I naturalnie nie można wykluczyć, że stanie się cud i w międzyczasie pojawi się na scenie politycznej nowa formacja centrowa (Balcerowicza?) zdolna do wyborczego zwycięstwa nad PiS i przejęcia rządów po Platformie. Na razie jednak sytuacja jest jaka jest i dlatego z niecierpliwością czekam sobotnie decyzje (jeżeli uda się dojść do porozumienia).


2014-07-17

Dam pracę kobiecie lewicowo wrażliwej

Wczorajszy szczyt UE zakończył się gigantycznym patem jeśli chodzi o obsadę najważniejszych stanowisk w unijnych instytucjach. Ku ogólnemu zaskoczeniu obecny przewodniczący Rady Herman Van Rompuy już w pierwszych słowach oznajmił zebranym szefom państw i rządów, że sprawa jest zbyt skomplikowana, by można było już teraz cokolwiek zdecydować. "Nie mógł Pan tego powiedzieć wczoraj, zanim tu niepotrzebnie przyjechaliśmy?" - zapytał włoski premier Renzi.

Czy rzeczywiście szczyt był niepotrzebny? Dyskusja dotycząca szefa unijnej dyplomacji, następcy baronowej Ashton, i przewodniczącego Rady, któremu pałeczkę ma przekazać Van Rompuy, była całkowicie jałowa. Wbrew temu, co można było wyczytać w mediach społecznościowych i usłyszeć od komentujących "na żywo" dziennikarzy, nie rozmawiano o nazwiskach. Ani o krok nie przybliżyliśmy się do decyzji personalnych, które odłożono na koniec sierpnia. Z tego punktu widzenia Matteo Renzi miał rację.

Juncker spotkał się z Tuskiem. Niewyraźnie widać? Bo taki jest stan rzeczy
Szczyt uzmysłowił jednak jak trudne będzie znalezienie konsensusu. Unaocznił niemożności. Potwierdził, że z warunków, jakie muszą być spełnione przy obsadzie stanowisk, trudno będzie zrezygnować, mimo, że wyglądają dziś na... praktycznie niemożliwe do spełnienia. Nigdy jeszcze kwestia równowagi nie została postawiona tak mocno na ostrzu noża. Wymóg równowagi geograficznej i demograficznej został zapisany w deklaracji nr 6 załączonej do traktatu z Lizbony, co zostało skrupulatnie przypomniane podczas wczorajszego szczytu. Do tego dochodzą jeszcze parytet kobiety-mężczyźni i partyjna równowaga. Jean-Claude Juncker, który od listopada będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, opisany wedle tych kryteriów, to mężczyzna, chrześcijański demokrata (EPL) z małego kraju, kraju zachodniego i "starego" członka UE. Kandydatów na kolejne stanowiska należałoby też tak opisać.

Francuski prezydent i niemiecka kanclerz oświadczyli wczoraj, że na czele unijnej dyplomacji powinna stanąć kobieta. I socjalistka. Nic to nowego. Włoszka Federica Mogherini spełnia oba warunki, ale to za mało: jakość tej kandydatury (brak doświadczenia) i stanowisko Mogherini w sprawach międzynarodowych obniżyły jej notowania. Tak, te kryteria, kiedyś oczywiste, dziś mogłyby się zgubić w masie innych formalnych wymogów, ale tak się nie stało. To dobrze. Przeciw kandydaturze Mogherini lobbowała Polska i kraje bałtyckie, bo obawiały się jej prorosyjskiej skłonności. Sam pisałem na Twitterze, że Włoszka odpadła z peletonu, ale nie jest to aż tak jednoznaczne. Przynajmniej z formalnego punktu widzenia, bo przecież nie rozmawiano wczoraj o nazwiskach. Przeciwnicy tej kandydatury przekonują media, na razie skutecznie, że skoro oczywista kandydatka nie została wybrana, to już nie będzie. Ale nie jest to takie pewne. Pewne jest tylko, że negocjacje w tej sprawie będą trwały, a nazwisko Mogherini znajdzie się w propozycjach "pakietowych".

Poszukiwania kandydata (kandydatki), który pokieruje Europejską Służbą Działań Zewnętrznych są też utrudnione z innych powodów. Wśród potencjalnych następców Ashton wymieniano Bułgarkę, Krystalinę Georgijewę, obecną komisarz do spraw współpracy międzynarodowej i pomocy humanitarnej. Ale kandydaturę blokuje skutecznie... bułgarski rząd socjalistycznego premiera Sergeja Staniszewa. Georgijewa ma poparcie prawicowego (EPL) prezydenta Rosena Plewnelijewa, ale to za mało. Kandydatem polskiego rządu jest Radosław Sikorski, ale ta kandydatura ma same wady: mężczyzna, z prawicy, posądzany o zbytnią wojowniczość w stosunku do Rosji. Sikorski jest ceniony w UE jako polityk, ale to tych wad nie równoważy. Jak ktoś w kuluarach zauważył: "nie nadaje się, bo jest z jajami" (dwuznaczność zamierzona, nagrania wypowiedzi brak).

Co do szefa Rady, kandydatów też jest kilku. Tusk (mężczyzna, prawica, średni kraj, "nowy" członek UE) faktycznie dostał propozycję objęcia tego stanowiska, formalnie byłoby to do zaakceptowania, gdyby Włoszka została szefową dyplomacji, czemu Tusk jest przeciwny. Pytanie, czy nie zamieni swego sprzeciwu na negocjacyjny argument i czy w ostatecznym rozrachunku nie zgodzi się na Mogherini. Sam twierdzi, że nie jest posadą Van Rompuya zainteresowany, ale nie jest już tak jednoznaczny w swej odpowiedzi jak parę tygodni temu. Jego kandydatura wydaje się bardziej elementem przetargowym niż prawdopodobnym scenariuszem, ale kto wie. Gdyby Tusk powiedział "tak", w Polsce mogłoby to oznaczać wcześniejsze wybory.

Rozwój wypadków pozornie zwiększa znaczenie przyszłego szefa Komisji Europejskiej w tych rozgrywkach, ale w rzeczywistości stawia go w trudnej sytuacji, bo szef unijnej dyplomacji jest jednocześnie komisarzem i wiceprzewodniczącym Komisji. To, jakie teki dostaną poszczególni komisarze z pozostałych 26 krajów będzie zależało w dużej mierze od obsady tego kluczowego stanowiska opisanego wedle kryteriów partyjnych, demograficznych, geograficznych i płciowych. A nie są to decyzje, które można podjąć z dnia na dzień. Z końcem sierpnia możemy więc spodziewać się ze strony Junckera raczej jakiejś wstępnej propozycji składu Komisji. Kandydaci na komisarzy muszą następnie odpowiedzieć na pytania parlamentarzystów. Przesłuchania w komisjach parlamentarnych mają się zacząć 22 września, ale możliwe, że ten termin trzeba będzie przesunąć. W międzyczasie rozkręci się na dobre karuzela mniej eksponowanych, ale znaczących stanowisk w Radzie, ale przede wszystkim w Komisji. Jak polski rząd poradzi sobie z obsadzeniem Polakami większej niż dotychczas liczby wpływowych funkcji? Zobaczymy.

Poza kwestiami personalnymi, których rozstrzygania nawet nie rozpoczęto, unijny szczyt skupił się na sprawach międzynarodowych. To Ukraina i Bliski Wschód okazały się prawdziwymi tematami brukselskiego spotkania.



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...